20 listopada 2016

[Recenzja] The Soft Machine - "Volume Two" (1969)



Drugi album Soft Machine nagrany został po małej, ale istotnej zmianie składu. Ciągnącego w stronę psychodelii Kevina Ayersa zastąpił Hugh Hopper, podzielający jazzową fascynację Roberta Wyatta i Mike'a Ratledge'a. Mimo tego, na "Volume Two" grupa wciąż dość mocno tkwi w swoich psychodelicznych korzeniach. Utwory stały się jednak bardziej skomplikowane, zespół jeszcze wyraźniej zaczął oddalać się od piosenkowych struktur. Przy czym nie ma tu nic z patetyzmu  i pretensjonalności (niektórych) grup progrockowych - całość charakteryzuje specyficzne poczucie humoru, objawiające się m.in. nawiązaniami do dadaizmu. Zainspirowani albumem "Absolutely Free" Franka Zappy i jego The Mothers of Invention, muzycy postanowili umieścić na albumie dwie długie suity, wypełniające po jednej stronie płyty winylowej. Druga z nich wyszła jednak sporo krótsza, więc na albumie znalazły się także dwa krótkie, "niezależne" utwory. Zgodnie z zaleceniem Zappy, obie suity zostały podzielone na traciliście na kilka osobnych utworów, co miało zwiększyć dochody zespołu ze sprzedaży albumu. Na debicie Soft Machine przeważnie połączone były ze sobą przypadkowe utwory - tym razem suity tworzą spójniejszą całość.

17-minutowa "Rivmic Melodies", zajmująca pierwszą stronę, bliższa jest psychodelicznych korzeni zespołu i zawiera sporu humorystycznych fragmentów (np. dwuczęściowy "A Concise British Alphabet", o którym wszystko mówi tytuł, albo "Dada Was Here" z tekstem śpiewanym po hiszpańsku, albo celowo kakofoniczny "Out of Tunes"). Jednak już tutaj pojawia się bardziej poważny segment "Hibou, Anemone and Bear", zdradzający jazzowe inspiracje i pokazujący wielki talent muzyków do zespołowej interakcji. Uwagę zwracają ciężkie, przesterowane partie basu Hoppera, oraz wykorzystanie instrumentów dętych. Takie wpływy jeszcze istotniejsza rolę odgrywają w drugiej suicie, "Esther's Nose Job", będącej drogowskazem dla późniejszych dokonań grupy. Tym razem poszczególne części jeszcze lepiej do sobie pasują. Zaczyna się od znów nieco kakofonicznego "Fire Engine Passing with Bells Clanging", z którego stopniowo wyłania się bardzo melodyjny "Pig", oparty na zakręconej linii basu, ozdobiony chwytliwym motywem na pianinie i subtelną partią saksofonu (w wykonaniu Briana Hoppera, brata Hugha). Saksofon wychodzi na prowadzenie w intensywnych "Orange Skin Food" i "A Door Opens and Closes" - w tym drugim walczy o nie z basem. Świetny finał stanowi "10.30 Returns to the Bedroom", brzmiący bardzo ciężko (znów ten bas!) i zaskakująco nowocześnie (partia organów z początku brzmi bardzo elektronicznie), a zarazem mający zdecydowanie jazzrockowy charakter.

Całości dopełniają dwa wspomniane krótsze utwory, mające bardziej konwencjonalną, piosenkową strukturę. "As Long as He Lies Perfectly Still" wypada bardzo przebojowo - to jeden z niewielu tak chwytliwych kawałków w dorobku Soft Machine. Przesterowany bas z powodzeniem zastępuje tu gitarę elektryczną. A skoro już mowa o tym instrumencie - "Dedicated to You But You Weren't Listening" opiera się wyłącznie na akompaniamencie gitary akustycznej (zagrał na niej Hopper), co stanowi prawdziwy fenomen w twórczości zespołu (przynajmniej tej z oficjalnych albumów). Sam utwór zaś jest zgrabną, naprawdę ładną piosenką.

"Volume Two" to prawdziwie progresywny album, w najlepszym tego słowa znaczeniu. Muzycy nagrali dojrzałe dzieło, z jednej strony ambitne, a z drugiej - całkiem przystępne i pozbawione patetycznego nadęcia. Album ma ponadto wyjątkowo dobre brzmienie, jak na ten zespół. Ale zawarta na nim muzyka broni się sama. Wstyd nie znać.

Ocena: 9/10



The Soft Machine - "Volume Two" (1969)

1. Rivmic Melodies: Pataphysical Introduction (Part I) / A Concise British Alphabet (Part I) / Hibou, Anemone and Bear / A Concise British Alphabet (Part II) / Hulloder / Dada Was Here / Thank You Pierrot Lunaire / Have You Ever Bean Green? / Pataphysical Introduction (Part II) / Out of Tunes; 2. As Long as He Lies Perfectly Still; 3. Dedicated to You But You Weren't Listening; 4. Esther's Nose Job: Fire Engine Passing with Bells Clanging / Pig / Orange Skin Food / A Door Opens and Closes / 10.30 Returns to the Bedroom

Skład: Robert Wyatt - wokal i perkusja; Hugh Hopper - bass, gitara, saksofon; Mike Ratledge - instr. klawiszowe, flet
Gościnnie: Brian Hopper - saksofon
Producent: The Soft Machine


10 komentarzy:

  1. Czy Ty postawisz jeszcze kiedykolwiek jakieś 10? Znowu jest tak że nie wymieniasz żadnej wady (bo chyba nie jest nią "piosenkowa struktura") ale nie stawiasz 10. Wychodzi na to że bardziej wartościowy jest prostacki w porównaniu z tym metal Black Sabbathu czy po prostu rockowi Zeppelini. A obydwa zespoły debiutowały po TSM. Tylko są bardziej znani.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cóż za ignorancja. BS nie jest ani prostacki, ani metalowy. I jak się w ogóle mają BS i LZ do SM? Zupełnie inny styl, inna konwencja. Pierwsze dwa zespoły były mistrzowskie w ciężkim rocku, a ostatni w psychodelii/jazz rocku.

      Nie rozumiem czemu Cię tak bardzo boli, że ocena 10 zarezerwowana jest dla albumów, które znam od lat, regularnie ich słucham i mam do nich emocjonalny stosunek? To trochę jak ze szkolną szóstką, która przysługuje za więcej niż 100%. 9 to i tak wyższa ocena, niż zazwyczaj daję albumom, których słucham raz na dłuższy czas i nie wywołują we mnie szczególnych emocji (może - w tym konkretnym przypadku - poza podziwem dla umiejętności muzyków i ich nowatorskiego podejścia; ale już kompozytorami tak dobrymi nie byli, a to dla mnie bardzo ważny aspekt).

      Usuń
  2. W mojej osobistej ocenie zarówno 8-ka jak i 9-tak to BARDZO WYSOKIE noty. A dziesiątka, cóż - to ABSOLUT osiągany przez niewielu wykonawców. Osiągnięcie "dychy" to nie lada sztuka i szafować nią "nie nada". Wielokrotnie zresztą poruszany był - przynajmniej przeze mnie - temat personalnego odbioru klimatów podanych nam krążkach. Np. dla mnie 9-tka dla drugiego SM jest z kolei nieco za wysoka, bo przecież przed nami kolejne ich wspaniałe płyty - ale o litości - to nie moja ocena tylko recenzującego. A może jak nie tym to innym razem zwróci mi uwagę na coś co do tej pory mi umknęło - i to jest głównym powodem, dla którego czytam te osobiste przecież opinie. Jeśli mi zdecydowanie nie odpowiadają recenzowani wykonawcy bo ich nie lubię lub nie cenię - nie zabieram głosu z uwagi na fakt, iż to nie "moja bajka". Lubię zarówno Soft Machine jak i Black Sabbath - i dla mnie osobiście każda z tych kapel była (niestety) rewelacyjna w obszarze w którym się poruszała. Uwielbiam np. Gong ale i prosty (ale nigdy nie prostacki) rock & roll grany przez Motorhead. Krótko mówiąc - nie porównujmy kapel ze sobą. Zgoda - można jedne lubić bardzo, inne mniej, a jeszcze inne zupełnie "olewać" - ale każda jest inna i tworzy/gra dla innego odbiorcy. Jeśli za niego się uważamy to OK, jeśli zaś nie - pozwólmy cieszyć się innym. Niech żyje różnorodność. Proszę, nie przenośmy codziennej brutalności w naszą od niej odskocznię jaką jest MUZYKA, bo jak zwykł mawiać mój ukochany Frank Zappa - MUSIC IS THE BEST i... niech już tak pozostanie. Hough.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do większości albumów, które oceniłem na 8 i 9 wracam często i z przyjemnością, tak naprawdę dopiero 7 to albumy, które mają jakieś istotniejsze wady ;) "Volume Two" dostał taką, a nie inną, ocenę z mniej subiektywnych powodów, głównie za postęp w stosunku do debiutu, ocenionego na 8 (ktoś niedawno się dziwił, że dwa pierwsze albumy Santany mają taką samą ocenę, choć drugi ma bardziej entuzjastyczną recenzję - ale ich poziom jednak jest bardziej zbliżony).

      Usuń
  3. Z dyskografii Soft Machine na dychę bezwzględnie zasługuje Third, no bo tu już faktycznie, od której strony by płyty nie analizować wychodzi, że to jest muzyczny parnas. Poza tym osobiście byłbym skłonny ocenić podobnie Czwórkę, bo jednak mało który zespół rockowy potrafiłby nagrać album właściwie w pełni jazzowy, który byłby tak dobry. Całkiem możliwe, że nie potrafiłby żaden poza Maszynką. Poza tym chyba aż tak wysoko nie oceniłbym od nich nic.

    OdpowiedzUsuń
  4. Czyli najwyższą oceną jest 9, a 10 sygnalizuje że album może być np. nie taki super jak ten z 9, ale Ty wracasz do niego często i masz emocjonalny stosunek - więc stawiasz taką notę? Co zatem gra(ł) Black Sabbath, jak nie metal (który ma 50 podgatunków)? Odnośnie 10 które wystawiłeś to może (jak wezmę pod uwagę rewolucyjność) zgodzę się z Revolverem, ewentualnie jakimiś Floydami. Ale albumy Zeppelinów czy Sabbathu jako całość na pewno nie są czymś idealnym, przy czym Ci drudzy od początku wypuszczali płyty które dawały nieprzyjemne wrażenie że to mutacja czegoś co już wcześniej się słyszało. Zresztą - weźmy taki Bring It On Home LZ - totalnie sztampowy blues, który potem bezładnie przechodzi w kociokwik.

    Zarówno jedynki jak i dwójki Zeppelinów nie słuchałem z czystą przyjemnością(po 2-3 utworze miałem dość), ostatnio znowu próbując się do tego przekonać. A krótkie wstawki na "Master Of Reality" skutecznie rozwalają jakąkolwiek spójność.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, najwyższa ocena to 10. Nie każdy album do którego mam emocjonalny stosunek i którego często słucham dostaje najwyższą ocenę. Często mają po 8 i 9, bo nie wszystko jest tam idealne. 10 dostają albumy, które uważam za doskonałe pod każdym względem. I absolutnie nie obchodzi mnie czy były rewolucyjnie. Przypadkiem większość z nich to przełomowe dzieła. Także pierwsze albumy BS i LZ. Przez swoje subiektywne odczucia nie potrafisz tego docenić, potwierdzając swoją ignorancje.

      Z metalem sprawa jest skomplikowana. W latach 70. nazywano "heavy metalem" co popadnie, od Sabbathu, Zeppelinów i Purpli po Queen. Potem pojawili się Judas Priest, Iron Maiden i inne zespoły NWOBHM i wtedy ustalono, że takie granie to heavy metal, a LZ czy DP to hard rock. Nie wiedzieć czemu przy BS zostawiono etykietkę metalu. Może ze względu na ich twórczość z lat 80. Bo to, co grali wcześniej, nijak się ma do twórczości JP czy IM, którym było bliżej do DP, Wishbone Ash, Thin Lizzy czy UFO, a więc zespołów zaliczanych do hard rocka. Owszem, w latach 80. powstał też styl zwany doom metalem, czerpiący z twórczości BS, ale jego przedstawiciele wzięli tylko niektóre elementy stylu BS, odrzucając inne, w tym wszechstronność i otwartość na eksperymenty z innymi stylami (dokładniej opisałem to w recenzji debiutu Pentagram). Dlatego trudno jednoznacznie stwierdzić co zespół grał w latach 70. Ja to nazywam hard rockiem, bo w tamtym czasie styl ten był otwarty na różne wpływy - jego przedstawiciele wrzucali na swoje płyty kawałki bluesowe, folkowe, nawet jazzowe. Metal z kolei kojarzy mi się z zamknięciem w jednej konwencji.

      Usuń
  5. Nie przeczę, że jestem ignorantem ;) Ale wszystkie swoje argumenty zabiłeś pisząc, że 10 dajesz albumom m. in. z powodu częstego wracania do nich (!) swojego emocjonalnego stosunku (!!). Kiedyś słuchałeś głównie metalu (jak sam w którejś z recenzji wspominałeś), a jakoś nie widzę by albumy z tego gatunku dostawały szczególnie wysokie oceny, nawet gdy uchodzą za klasyki. Ja nigdy w ocenach nie kierowałem się takimi względami, zawsze zwracając uwagę na jakieś potknięcia, które sprawiały że zamiast 10 było np 9.6 :D ale chwilowo jest to przeszłość więc nie rozwijam tematu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, ale ja daje tylko pełne oceny, a takie 9.6 po zaokrągleniu bliższe jest 10 niż 9. Takie niewielkie potknięcia nie muszą mi odbierać czerpania stuprocentowej radości ze słuchania danego albumu. Z drugiej strony są albumy, które może i nie mają jakiś wyraźnych wad, ale tej radości ze słuchania jest jakoś mniej. Zawsze podkreślałem, że oceny są tutaj skrajnie subiektywne, a nawiasem mówiąc "obiektywna recenzja" to oksymoron ;)

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.