13 listopada 2016

[Recenzja] The Soft Machine - "The Soft Machine" (1968)



Soft Machine to jeden z najbardziej oryginalnych i intrygujących zespołów w historii muzyki rockowej. Niestety, przez liczne zmiany składu, grupa nigdy nie wypracowała sobie stałego brzmienia - każdy album utrzymany jest w nieco innej stylistyce, choć oczywiście nie brakuje na nich wspólnego pierwiastka. Soft Machine powstał w 1966 roku, jako kwintet składający się ze śpiewającego perkusisty Roberta Wyatta, śpiewającego basisty Kevina Ayersa, organisty Mike'a Ratledge'a, oraz gitarzystów Larry'ego Nowlina i Daevida Allena. Nowlin odszedł po ledwie kilku koncertach, a pod koniec 1967 roku z zespołem musiał rozstać się także Allen - Australijczyk z pochodzenia, który po serii francuskich koncertów zespołu nie został ponownie wpuszczony do Wielkiej Brytanii (w rezultacie udał się do Paryża, gdzie stworzył grupę Gong). Pozostali muzycy postanowili kontynuować działalność jako trio.

W takim też składzie zarejestrowany został debiutancki album, "The Soft Machine". Sesja nagraniowa nie przebiegała gładko. Muzycy nie mogli liczyć na wsparcie pełniącego rolę producenta Toma Wilsona, któremu ponoć nie podobała się grana przez zespół muzyka, więc praktycznie nie angażował się w nagrania. Nie bez znaczenia był też pewnie fakt, że zespół nie miał spójnej wizji albumu - zafascynowali jazzem Wyatt i Ratledge chcieli pójść w takim kierunku, podczas gdy Ayersowi odpowiadało granie rocka psychodelicznego i nie był chętny zmianie stylu. Mimo że basista był w mniejszości, termin "rock psychodeliczny" najlepiej oddaje zawartość debiutu Soft Machine. Jest to jednak dość eksperymentalna odmiana psychodelii, ze słyszalnym wpływem jazzu. Efektem różnic artystycznych muzyków było odejście Ayersa wkrótce po wydaniu debiutu. Jego miejsce zajął Hugh Hopper, który zresztą wsparł zespół już na tym albumie - głównie jako kompozytor, a w jednym utworze jako basista.

Album teoretycznie składa się z trzynastu utworów, ale większość z nich została połączona ze sobą w taki sposób, że w praktyce otrzymujemy trzy mniej lub bardziej rozbudowane "mini-suity". Pierwsza z nich rozpoczyna się od dynamicznego "Hope for Happiness", napędzanego mocną sekcją rytmiczną (ze świetnie pulsującym basem), charakteryzującego się wieloma nakładkami wokalnymi i partią organów początkowo schowaną w tle, ale stopniową wychodzącą na pierwszy plan. Kawałek płynnie przechodzi w instrumentalny "Joy of a Toy" (wydany na promującym album singlu - jednym z nielicznych karierze grupy), utrzymany w bardziej stonowanym charakterze, choć pod koniec nabierający większej intensywności, prowadząc do repryzy "Hope for Happiness". Druga "suita" także składa się z trzech "segmentów" - piosenkowego "Why Am I So Short?" i bardzo ładnej, subtelnej ballady "A Certain Kid" (zakończonej długą kodą organową), połączonych ponad siedmiominutowym, w większości instrumentalnym "So Boot If At All", najlepiej pokazującym improwizacyjne umiejętności muzyków i ich zdolność do zespołowej interakcji.

Trzecia "suita" wypełnia całą drugą stronę winylowego wydania albumu i składa się aż z siedmiu "segmentów". Rozpoczyna się od dość ciężkiego "Save Yourself", który mimo skomplikowanej gry muzyków, jest całkiem przebojowy. W instrumentalnym przerywniku "Priscilla" gęsta partia basu kontrastuje z oszczędną, jazzową partią perkusji i ładnym organowym tłem. "Lullabye Letter" to kolejny bardziej przebojowy kawałek, z porywającą grą instrumentalistów, zdających się "walczyć" ze sobą o pierwszeństwo. Energetyczny "We Did It Again", z basowym motywem przypominającym riff "You Really Got Me" The Kinks i powtarzanym jak mantra tytułem, na koncertach rozrastał się nawet do trzech kwadransów, choć w wersji albumowej trwa niespełna cztery minuty. "Plus Belle qu'une Poubelle" to jeszcze jeden krótki instrumental, z pierwszoplanową rolą basu, stanowiący wstęp do melodyjnego "Why Are We Sleeping?", wyróżniającego się mówią partią wokalną w zwrotkach. Finał albumu, "Box 25/4 Lid", to właściwie niemal solowe nagranie Hugha Hoppera, powtarzającego kilkakrotnie prosty motyw na przesterowanym basie.

Debiut Soft Machine zdecydowanie wyróżnia się na tle dokonań innych ówczesnych grup psychodelicznych. Muzycy zaprezentowali niezwykle oryginalną i inspirującą odmianę stylu, zarazem pokazując bardzo wysoki warsztat wykonawczy. Ale nie jest to muzyka dla każdego. Choć jest to najłatwiejszy w odbiorze album Soft Machine, to nie brakuje tutaj niekonwencjonalnych rozwiązań, skomplikowanych i momentami po prostu dziwnych. Na pewno jednak warto go posłuchać i samemu ocenić.

Ocena: 8/10



The Soft Machine - "The Soft Machine" (1968)

1. Hope for Happiness; 2. Joy of a Toy; 3. Hope for Happines (Reprise); 4. Why Am I So Short?; 5. So Boot If At All; 6. A Certain Kind; 7. Save Yourself; 8. Priscilla; 9. Lullabye Letter; 10. We Did It Again; 11. Plus Belle qu'une Poubelle; 12. Why Are We Sleeping?; 13. Box 25/4 Lid

Skład: Robert Wyatt - wokal, perkusja; Kevin Ayers - bass, pianino (5), wokal (10,12), dodatkowy wokal; Mike Ratledge - organy, pianino (13)
Gościnnie: Hugh Hopper - bass (13); Jeanette Jacobs, Barbara Morillo, Eleanor Barooshian - dodatkowy wokal (12)
Producent: Chas Chandler i Tom Wilson


7 komentarzy:

  1. O.. jakże fajnie. "Canterbury" na tapecie.. :-). No i na początek wybitny Soft Machine z jego "rozbiegówką" jaką jest 1-szy (a także 2-gi) album. Wspaniałości.

    OdpowiedzUsuń
  2. Wyżyny muzyki rockowej. Debiut Maszyny jest jeszcze dosyć jak na nich konwencjonalny, ale to i tak ścisła czołówka rocka z końca lat 60'. A na kolejnych płytach (co najmniej kolejnych dwóch, choć według mnie raczej czterech) zaprezentowali się jeszcze lepiej. Aż żal bierze, że to wszystko jest tak kiepsko nagrane i wyprodukowane tanim kosztem. Gdyby mogli nagrywać w normalnych warunkach te albumy mogłyby być przecież jeszcze lepsze!

    OdpowiedzUsuń
  3. Jakość nagrań szczególnie "boli" na "Third". Co ciekawe - nie przeszkadza mi kiepska jakość nagrań (pomijam bootleg'i), które zostały wyciągnięte z przeróżnych zakamarków i ujrzały światło po latach, a ubolewam gdy już w chwili nagarnia "dano plamę". FREE-"Fire & Water", JETHRO TULL-"Stand Up" to tylko dwa takie przykłady - obok "trójki" SOFT MACHINE. Żal.

    OdpowiedzUsuń
  4. Absolutnie się zgadzam - do "Fifth" graja wyśmienicie, choć "szóstka" i "siódemka" są również niezłe - z pewnością nie tak wybitne jak poprzedniczki, ale bardzo dobre. A co tam - "Bundles i "Softs" też są niezłe i choć odmienne to i tak je lubię... :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja bym powiedział, że właśnie "Bundles" jest świetna, chociaż to już takie typowe późne fusion i mało tam ducha Soft Machine, natomiast 6 i 7 to płyty trochę słabsze, choć i tak bardzo dobre. Za to "Softs" jest nierówna i w wielu miejscach dość przeciętna, chociaż ma też znakomite momenty.

      Usuń
  5. Brzmienie albumów Soft Machine i innych wspomnianych nie jest najgorsze w porównaniu np. z "Born Again" Black Sabbath, nie wspominając już o współczesnych, mocno skompresowanych wydawnictwach.

    Co do "Third" absolutnie się zgadzam - rewelacyjny album ;) "Bundles" też lubię, choć to już zupełnie inny zespół personalnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko, że "Born Again" - które rzeczywiście brzmi jak jakieś amatorskie nagrania - to jednak dość prosta muzyka, więc tracisz mniej dźwięków kiedy wszystko się ze sobą zlewa niż np. na "Third".

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.