2 listopada 2016

[Recenzja] The Butterfield Blues Band - "The Resurrection of Pigboy Crabshaw" (1967)



Kilka tygodni temu w końcu udało mi się zdobyć winylowe wydanie genialnego albumu "East-West" The Butterfield Blues Band. Bezwzględnie należy on do ścisłej czołówki najlepszych albumów bluesrockowych - choć zamknięcie go w tej szufladce jest mocno krzywdzące, bo zawarta na nim muzyka daleko wykracza poza ten styl, a eksperymenty muzyków wyprzedziły swój czas. Ówczesny skład grupy, z rewelacyjnym gitarzystą Michaelem Bloomfieldem, miał w sobie coś wyjątkowego. Niestety, "East-West" okazał się ostatnim wydawnictwem zespołu w tej konfiguracji personalnej. Po jego wydaniu odszedł zarówno Bloomfield, jak i sekcja rytmiczna - Jerome Arnold i Billy Davenport. Pozostali muzycy przegrupowali szyki - Elvin Bishop przekwalifikował się z gitarzysty rytmicznego na solowego - oraz przyjęli kilku nowych członków: basistę Bugsy'ego Maugha i perkusistę Phila Wilsona, a także trzyosobową sekcję dętą.

Nowy skład The Butterfield Blues Band zrezygnował z rozbudowanych jamów zahaczających o jazz i psychodelię, na rzecz prostszego, bardziej przebojowego grania. Sekcja dęta nadaje utworom rhythm & bluesowego charakteru, a jej obecność została mocno uwypuklona w miksie. Więszosć utworów została zmiksowana w dość nietypowy sposób - wokal po środku, dęciaki w prawym kanale, a pozostałe instrumenty w lewym. Na dłuższą metę te wszystkie saksofony i trąbki stają się trochę męczące. Całkowicie zdominowały brzmienie albumu, spychając na dalszy plan harmonijkę Paula Butterfielda i klawisze Marka Naftalina. Na szczęście nie można narzekać na brak gitary Elvina Bishopa, którego zagrywki i solówki nie są może aż tak porywające jak popisy Bloomfielda, ale poza tym nie można im nic zarzucić. Cieszy także uwypuklenie w miksie sekcji rytmicznej.

Na repertuar albumu złożyły się głównie kompozycje innych wykonawców. Nie zabrakło wśród nich popularnych bluesowych standardów - na czele z "Born Under a Bad Sign" Alberta Kinga i "Double Trouble" Otisa Rusha - ale muzycy sięgnęli też po coś bardziej zaskakującego - soulowy przebój "One More Heartache" oryginalnie wykonany przez Marvina Gaye'a. Utwór rozpoczyna album i jest to naprawdę świetne otwarcie - dynamiczny, przebojowy kawałek, oparty na fantastycznej linii basu. Zdecydowanie jeden z najbardziej porywających fragmentów całości. Udanych momentów tu jednak nie brakuje. Jednym z najciekawszych jest także "Driftin' and Driftin'" (z repertuaru Johnny Moore's Three Blazers) - dziewięciominutowy wolny blues, z długimi popisami Butterfielda, Bishopa i Naftalina. We wspomnianym "Double Trouble" jest natomiast rewelacyjne budowanie napięcia i klimatu, w ten charakterystyczny dla bluesowych ballad sposób. Warto też zwrócić uwagę na oba autorskie utwory - jazzujący "Run Out of Time", bardzo przypominający twórczość Colosseum (wówczas jeszcze nieistniejącego), oraz najbardziej chwytliwy na albumie "Droppin' Out", w którym sekcja dęta wyjątkowo schodzi na dalszy plan.

Muszę przyznać, że "The Resurrection of Pigboy Crabshaw" bardzo mi się podoba. Nie ma tu tego dotknięcia geniuszu, cechującego "East-West", jest natomiast kawał naprawdę dobrego rhythm & bluesa. Właściwie nie ma tu słabych momentów. Tylko ta sekcja dęta mogłaby być trochę mniej nachalna. Bo choć lubię takie brzmienia, to w takim natężeniu mnie męczą. Gdyby tak w kilku utworach całkowicie zrezygnować z dęciaków, album sprawiałby wrażenie bardziej różnorodnego, a wtedy słuchałby się go jeszcze lepiej.

Ocena: 8/10



The Butterfield Blues Band - "The Resurrection of Pigboy Crabshaw" (1967)

1. One More Heartache; 2. Driftin' and Driftin'; 3. I Pity the Fool; 4. Born Under a Bad Sign; 5. Run Out of Time; 6. Double Trouble; 7. Drivin' Wheel; 8. Droppin' Out; 9. Tollin' Bells

Skład: Paul Butterfield - wokal, harmonijka; Elvin Bishop - gitara; Bugsy Maugh - bass, wokal (7); Phil Wilson - perkusja i instr. perkusyjne; Mark Naftalin - instr. klawiszowe; Gene Dinwiddie - saksofon; David Sanborn - saksofon; Keith Johnson - trąbka
Producent: John Court


1 komentarz:

  1. Rzeczywiście świetna i godna polecenia pozycja. PB to nie tylko dwie pierwsze znane szerszej publiczności płyty. Dalej też jest jeśli nie znakomicie to bardzo dobrze. Z tym, że nie do końca niestety - a szkoda. PB to rozpoznawalne, ponadczasowe i nietuzinkowe granie.

    OdpowiedzUsuń