22 listopada 2016

[Recenzja] Santana - "Santana III" (1971)



"Trójka" to ostatni album grupy Santana nagrany w klasycznym, woodstockowym składzie. Trzeba jednak sprecyzować, że poszerzonym o nowego muzyka, drugiego gitarzystę Neala Schona. Jego udział nie wpłynął jednak znacząco na styl grupy. Album został przygotowany z tych samych składników, co poprzednie, a nawet układ utworów jest bardzo podobny. Całość tradycyjnie rozpoczyna się od energetycznego instrumentala - z bogatą warstwą rytmiczną i licznymi solówkami gitarowo-organowymi - zatytułowanego  "Batuka". "No One to Depend On" to z kolei przebojowy kawałek, godny następca "Evil Ways" i "Black Magic Woman", choć nieco wolniejszy i bardziej stonowany, aczkolwiek nabierający rockowej zadziorności podczas solówki Schona. Mniej typowym dla grupy utworem jest "Taboo" - bardzo udana ballada, z intrygującym klimatem i ładną melodią, ale także ostrzejszymi solówkami gitarowymi. To mój faworyt z tego albumu. Pierwszą stronę winylowego wydania kończy niemal w całości instrumentalny (poza kilkoma wersami w języku hiszpańskim) "Toussaint L'Overture". To kolejny świetny popis instrumentalistów, o raczej jamowym charakterze.

Szkoda tylko, że cały album nie trzyma poziomu powyższych utworów. Druga strona wypada zdecydowanie słabiej. Zespół po raz pierwszy w karierze zaprezentował tak ewidentnie komercyjne, banalne kawałki, jak "Everybody's Everything" (z pierwszoplanową rolą dęciaków) i "Everything's Coming Our Way" (z dużą rolą gitary akustycznej i irytującym falsetem Gregga Rollie'ego). Podobnie komercyjny charakter ma także bardzo latynoski "Guajira" (wyjątkowo zaśpiewany przez gościa, Rico Reyesa), będący jakby zapowiedzią multiplatynowego albumu "Supernatural". Gdyby nie gitarowe solówki z drugiej połowy utworu, nie miałby on nic wspólnego z rockiem. Całości dopełniają dwa covery. "Jungle Strut" z repertuaru Gene'a Ammonsa to akurat całkiem dobry instrumental - na pewno najbardziej udany fragment strony B - z kolejnymi porywającymi popisami gitarowo-organowymi (zamiast saksofonowymi, jak w oryginale) i fantastyczną grą sekcji rytmicznej. Jeszcze większy popis perkusistów stanowi "Para los Rumberos" z dorobku Tito Puente'a, zdominowany jednak przez latynoskie zaśpiewy, do których nie potrafię się przekonać.

"Santana III" niestety nie jest tak udany, jak dwa poprzednie albumy. Muzycy za bardzo chyba zasmakowali sukcesu i dlatego spróbowali trafić do jeszcze szerszej publiczności. Taki krok niemal nigdy nie wpływa pozytywnie na artystyczną wartość muzyki. Na szczęście, komercyjne zapędy muzyków są obecne tylko w niektórych utworach, a pozostałe wciąż prezentują wysoki poziom.

Ocena: 7/10



Santana - "Santana III" (1971)

1. Batuka; 2. No One to Depend On; 3. Taboo; 4. Toussaint L'Overture; 5. Everybody's Everything; 6. Guajira; 7. Jungle Strut; 8. Everything's Coming Our Way; 9. Para los Rumberos

Skład: Gregg Rolie - wokal i instr. klawiszowe; Carlos Santana - gitara, dodatkowy wokal; Neal Schon - gitara; David Brown - bass; Michael Shrieve - perkusja i instr. perkusyjne; José Areas - instr. perkusyjne, perkusja; Mike Carabello - instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Gościnnie: Thomas Escovedo - instr. perkusyjne, dodatkowy wokal; Rico Reyes - dodatkowy wokal (2,4,9), wokal (6)Greg Errico - tamburyn (2); Tower of Power - instr. dęte (5); Linda Tillery - dodatkowy wokal (5,8)Mario Ochoa - pianino (6); Luis Gasca - trąbka (9)
Producent: Santana


10 komentarzy:

  1. "Guajira" jest rewelacyjnie cudowną perłą w koronie TRÓJKI i łączenie jej z - delikatnie mówiąc - knotkiem pt. "Supernatural" to wyraźne nadużycie proszę Pana.. :-) Tu absolutnie nie ma związku. Kawałkami z "Supernatural" Carlos próbował wskrzesić przeszłość - ale to nie te czasy, nie ta technika nagrań, nie Ci ludzie - choć w tym ostatnim przypadku.. hmmm.. zagrali na "Santana IV" - i wyszła kompletna katastrofa. Nie te czasy, nie te czasy, a i klimat nie "Flower Power".. To se ne wrati.. Może i dobrze... Tak czy owak, dla mnie 3-ka Santany jest X-tra i do dziś słucham jej z niebywałą przyjemnością.

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak ni z gruchy ni z pietruchy27 listopada 2016 19:26

    Tak ni z gruchy ni z pietruchy zarekomenduję Ci kilka fajnych albumów jazz-rockowych, które prawdopodobnie będą Ci się podobały, a ich nie recenzowałeś i nie wiem czy przesłuchałeś kiedyś czy nie. Polecam sprawdzić rzeczy następujące:

    Billy Cobham - Spectrum (1973)
    The Eleventh House - Introducing The Eleventh House With Larry Coryell (1974)
    Embryo - Rocksession (1973) - i w sumie wiele innych ich płyt, ale ta może okazać się niezłym wprowadzeniem.
    Fermáta - Huascaran (1978)
    Fläsket Brinner - Fläsket brinner (1971)
    Jazz Celula - Oheň až požár (1976)
    Magma - Live (1975)
    Manfred Mann Chapter Three - Manfred Mann Chapter Three (1969)
    Missus Beastly - Missus Beastly (1974) - czyli drugi ich album, nie debiut. W sumie kolejne też są super, tylko bardziej w stylistyce dojrzałego fusion niż takiego rockowego jazzu.
    Alphonse Mouzon - Mind Transplant (1975)
    The New Tony Williams Lifetime - Believe It (1975)
    Het Pandorra Ensemble - III (1978)
    Jean-Luc Ponty - King Kong: Jean-Luc Ponty Plays the Music of Frank Zappa (1970)
    Rahmann - Rahmann (1980)
    SBB - Sikorki (2004) - to nie jest taka zwykła płyta SBB ;) Podobnie Karlstad, ale to już nie jazz-rock, choć też świetne, w sumie nawet lepsze.
    Tasavallan Presidentti - Lambertland (1972)
    The Keith Tippett Group - Dedicated to You, But You Weren't Listening (1971)
    Tonton Macoute - Tonton Macoute (1971)
    Web - I Spider (1970)
    Zao - Shekina (1975)

    Polecam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, na pewno się przyda ta lista ;) Dużo takiej muzyki teraz słucham, a akurat tych albumów z listy chyba nie słyszałem (najwyżej inne tych wykonawców). Lista albumów do recenzji w "jazzowe wtorki" jest już całkiem długa, ale chętnie ją uzupełnię o kolejne pozycje.

      Usuń
    2. Tak ni z gruchy ni z pietruchy27 listopada 2016 20:41

      Skoro tak to dorzucę jeszcze jedną listę, na której będzie odrobinę mniej znane fusion, w sensie ta jazzowa strona zagadnienia. I pewnie kilka rzeczy ze środka, które nie są ani bardziej jazzem, ani bardziej rockiem. Totalnie oczywistości typu Davis, Hancock, Mahavishnu, Pogodynki, czy RtF pomijam, bo na to nie da się nie natknąć. Wypiszę kilka mocnych rzeczy, które mógłbyś niechcący przeoczyć...

      John Abercrombie, Dave Holland & Jack DeJohnette - Gateway (1975)
      John Abercrombie, Dave Holland & Jack DeJohnette - Gateway 2 (1977)
      Donald Byrd - Electric Byrd (1970)
      Codona - Codona 3 (1983)
      Larry Coryell - Barefoot Boy (1971)
      Jack DeJohnette - New Directions (1978)
      Eero Koivistoinen Music Society - Wahoo! (1973)
      Et Cetera - Et Cetera Live (1973)
      Eddie Henderson - Realization (1973)
      Freddie Hubbard - Straight Life (1971)
      Bobby Hutcherson - Head On (1971)
      Akira Ishikawa & Count Buffalos - Electrum (1970)
      Keith Jarrett - The Survivors' Suite (1977)
      Masabumi Kikuchi - Poo-Sun (1970)
      Mushroom With Eddie Gale - Joint Happening (2007)
      Czesław Niemen - Niemen vol. 2 (1972) - Vol.1 w sumie też.
      Czesław Niemen - Aerolit (1974)
      Czesław Niemen - Idée Fixe (1976)
      Oregon - Out of the Woods (1978)
      Perigeo - Genealogia (1974)
      Barre Phillips - Mountainscapes (1976)
      Enrico Rava - The Pilgrim and the Stars (1975)
      Terje Rypdal - Odyssey (1975)
      Krzysztof Sadowski - Three Thousand Points (1975)
      Zbigniew Seifert - Kilimanjaro vol.1 i vol 2(1979)
      Wayne Shorter - Super Nova (1970)
      Sloche - J'un oeil (1975)
      Sloche - Stadaconé (1976)
      Sun Ra - Lanquidity (1978)
      Hiromasa Suzuki - ロック・ジョイント琵琶 ~ 組曲 ふることふみ (Rock Joint Biwa ~ Kumikyoku Furukotofumi) (1972)
      Laurent Thibault - Mais on ne peut pas rêver tout le temps (1979)
      Michał Urbaniak Group - Inactin (1972)
      Eberhard Weber - The Colours of Chloë (1974)
      The Tony Williams Lifetime - Emergency! (1969)
      Larry Young - Lawrence of Newark (1973)
      Joe Zawinul - Zawinul (1971)
      Various Artists - Miles From India: A Celebration of the Music of Miles Davis (2008)

      Miłej zabawy :)

      Usuń
    3. O, i tu już są w większości wykonawcy, o których nawet nie słyszałem (przynajmniej niektórych kojarzę) ;) A co z Hancocka być polecił na początek? Bo coś tam kiedyś włączyłem, ale mi nie podeszło i włączyłem sobie coś innego.

      Usuń
    4. Tak ni z gruchy ni z pietruchy27 listopada 2016 21:05

      Wiesz, bo z Hancockiem jest tak, że poza tymi ładnymi bopowymi płytami z lat 60' to on grał takie rzeczy, że trzeba już mocno nasiąknąć elektrycznym Davisem - całym, z tymi, przynajmniej wydanymi w latach 70', koncertami, z dusznymi funkami, sitarami i tak dalej. Hancock rozwijał to, co wymyślił Davis - najpierw, z grupą Mwandishi grał takie bardziej awangardowe Bitches Brew, później z łowcami Głów dyskotekowe On the Corner. Więc naprawdę, bez głębokiego wejścia w Milesa trochę ciężko te płyty załapać...

      Chociaż byłbym chyba w stanie wymienić ze dwa, może (ale tylko może...) trzy wyjątki:

      Mwandishi (1971)- to coś w klimatach In a Silnet Way
      Flood (1975) - a to kapitalny jazz-funkowy koncert.

      Dwie rewelacyjne i dosyć przystępne płyty. Prócz nich może ewentualnie też:

      Sextant (1973) - to jednak dość trudny album, ale nie aż tak strasznie, poza tym to chyba najlepsze co Herbie pod swoim nazwiskiem zrobił, ale, jak mówię, bez zaprzyjaźnienia się z Milesem może tu być różnie, a przy tych dwóch wcześniej wymienionych nie powinno.


      Usuń
    5. Ten album, którego próbowałem słuchać to "Head Hunters". Miles mi całkiem dobrze "wchodzi", i ten elektryczny, i ten wcześniejszy, ale dwa albumy mnie przerosły, a były to właśnie wspomniane "Bitches Brew" i "On the Corner". Ten pierwszy chyba powinien do mnie bardziej trafić, niż np. "A Kind of Blue", a jest zupełnie na odwrót ;)

      Usuń
  3. Tak ni z gruchy ni z pietruchy27 listopada 2016 22:43

    Bitches Brew pewnie załapiesz jak posłuchasz trochę więcej. To jest awangardowa muzyka, dużo się dzieje na raz, ale da się przyzwyczaić, wystarczy trochę się z tym obyć. Nie bez powodu to tak legendarny album, gdyby był za trudny nie byłby tak znany. Gorzej z On the Corner bo to jest bardzo mało przystępna muzyka, a nie wygląda. Sam załapałem ją po wielu latach słuchania Milesa, więc masz czas. Ważne, żebyś na tym nie poprzestał i poznał, dość porządnie także inne jego płyty z prądem - przynajmniej:

    In a Silent Way (1969)
    A Tribute to Jack Johnson (1971)
    Big Fun (1974)
    Get Up With It (1974)
    Pangaea (1976)
    Dark Magus (1977)

    Ale raczej też:

    Miles in the Sky (1968)
    Filles de Kilimanjaro (1969)
    At Fillmore: Live at the Fillmore East (1970)
    Live-Evil (1971)
    Black Beauty: Miles Davis at Fillmore West (1973)
    Agharta (1975)

    Przynajmniej to, choć jeszcze są tak zwane kompletne sesje (te do On the Corner to 6 CD w większości niewydanego gdzie indziej materiału ;) ) wszystkie w zasadzie obowiązkowe, bo rewelacyjne, jeszcze są płyty koncertowe wydane po latach, niektóre naprawdę wybitne jak Live in Europe 1969: The Bootleg Series Vol. 2 (3 CD + DVD), jeszcze są płyty z początku lat 80' (możesz wypróbować We Want Miles, bo to świetna, a jak na Davisa dość przystępna muzyka) i sporo innych rzeczy. A to tylko okres elektryczny ;)

    Miles Davis to nawet nie osobna planeta, a osobna grupa planet i takie solidne wejście w jego twórczość zajmuje lata. Są w tej twórczości płyty bardzo ciężkie, ale też... no, może nie łatwe, ale nie aż tak trudne jak On the Corner, więc naprawdę, nie zrażaj się nim.

    Sam zagłębiałem się w Daviesa tak, że najpierw dobrze nasiąkłem tymi trzema głównymi jego płytami z prądem - IaSW, BB i ATtJJ, potem posłuchałem innych rzeczy, o których napisałem powyżej w mniej więcej tej właśnie kolejności, którą podałem. Tobie polecam obranie podobnej drogi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na szczęście przed "On the Corner" poznałem inne albumy, więc ten mnie nie zraził do słuchania kolejnych. Nie przesłuchałem go w całości, szybko się poddałem. "Bitches Brew" przesłuchałem do końca i nie powiem, było tam mnóstwo fantastycznych momentów, ale całość mnie przytłoczyła i już nie wracałem. Ale na pewno jeszcze wrócę. Podobnie miałem kiedyś z "Third" Soft Machine, który pierwszy raz słyszałem wiele lat temu, właściwie na samym początku swojej muzycznej edukacji - wtedy nie przypominało to niczego, co znałem ;) I choć album zrobił na mnie wrażenie, to też wydawał się przytłaczający i przez bardzo długi czas do niego nie wracałem. Teraz uwielbiam ;)

      "In a Silent Way", "A Tribute to Jack Johnson" i "Miles in the Sky" od razu do mnie trafiły. Do dwóch pierwszych chętnie wracam, trzeci dopiero niedawno poznałem. Następny w kolejce do przesłuchania mam "Filles de Kilimanjaro", ale może wybiorę coś z pozycji wyżej ;)

      A co z przed-elektrycznym okresem? "'Round About Midnight" mnie trochę wynudził, za to spodobał mi się "Birth of the Cool" (choć to, zdaje się, składanka), a "Kind of Blue" kompletnie mnie zauroczył - wczoraj sprawiłem go sobie na winylu ;) Co jeszcze z tego okresu warto znać?

      Usuń
    2. Tak ni z gruchy ni z pietruchy28 listopada 2016 12:57

      Lata 50' to w większości bardzo archaiczna muzyka. Ładna i w ogóle, ale obecnie raczej dla specyficznej grupy odbiorców, a im starsza tym bardziej tak z nią jest. Z tego okresu, poza oczywiście Kind of Blue polecam przede wszystkim:

      Miles Ahead (1957)
      Ascenseur pour l'échafaud (1958)

      Jak dla mnie najbardziej uniwersalne z tamtych płyt. Może jeszcze Porgy and Bess (1959).

      Za to lata 60' możesz lecieć praktycznie po kolei, ale ze szczególnym uwzględnieniem (z tych przed-elektrycznych):

      Sketches of Spain (1960)
      E.S.P. (1965)
      Sorcerer (1967)
      Miles Smiles (1967)
      Nefertiti (1968)

      Nie pomijaj też koncertów, tych elektrycznych absolutnie, bo to jeżeli nie premierowy materiał, to wersje tak zmienione, że prawie że, ani tych nie-elektrycznych, choć one nie są aż tak odległe od studyjnych nagrań, jak to było później. Zwłaszcza polecam:

      Miles Davis in Europe (1964)
      Miles in Berlin (1965)
      My Funny Valentine: Miles Davis in Concert (1965)
      'Four' & More: Recorded Live in Concert (1966)

      Usuń