8 listopada 2016

[Recenzja] Santana - "Santana" (1969)



Słynny festiwal Woodstock z 1969 roku był wielkim wydarzeniem ze względu na występy wielkich gwiazd, jak Jimi Hendrix, The Who, Creedence Clearwater Revival, Janis Joplin, czy Jefferson Airplane. Dla wielu innych, mniej znanych wykonawców wystąpienie na nim było natomiast przepustką do kariery - żeby wspomnieć tylko o Ten Years After, czy praktycznie nieznanej wcześniej grupie Santana (założonej dwa lata wcześniej w San Francisco przez meksykańskiego gitarzystę Carlosa Santanę). Dzięki uporowi jej menadżera, Billa Grahama, organizatorzy festiwalu zgodzili się na występ zespołu, który nie wydał jeszcze żadnego albumu. Trwający ledwie trzy kwadranse występ okazał się jednym z ciekawszych momentów festiwalu - twórczość grupy, lubującej się w instrumentalnych kompozycjach o znaczących wpływach muzyki latynoskiej, afrykańskiej i jazzu, była czymś niezwykle oryginalnym i świeżym, zupełnie innym od tego, co zaprezentowali inni wykonawcy.

Ledwie kilka dni po występie na Woodstocku do sklepów trafił debiutancki album zespołu, "Santana" (zarejestrowany już w maju tego samego roku). Zgodnie z sugestią Grahama, muzycy zgodzili się umieścić na nim kilka bardziej konwencjonalnych, rockowych utworów, wzbogaconych partiami wokalnymi w wykonaniu klawiszowca Gregga Rolie'ego. W rozpędzonym "Persuasion" i chwytliwym "You Just Don't Care" zespół nawiązuje do ówczesnych bluesowo-hardrockowych standardów - mocna, zwarta gra sekcji rytmicznej, zadziorne partie gitary i charakterystyczne dla tego typu muzyki brzmienie organów Hammonda. Ale już w "Shades of Time" - łagodniejszym, choć także energetycznym kawałku - muzycy pokazują swój własny styl, oparty na bogatych brzmieniach perkusyjnych (poza głównym perkusistą Michaelem Shrieve w zespole było także dwóch muzyków grających na perkusjonaliach) i smukłych gitarowych zagrywkach Carlosa Santany. W tym samym stylu utrzymana jest także przeróbka "Evil Ways" z repertuaru Williego Bobo - wydana na drugim singlu promującym album, a zarazem pierwszy przebój zespołu.

Pierwszym singlem także była cudza kompozycja, "Jingo", napisana i po raz pierwszy wykonana przez nigerskiego perkusistę Babatunde'a Olatunjia. W oryginale były tylko perkusjonalia i wokaliza, która w tutejszej wersji została (na szczęście) nieco zredukowana - zamiast tego dodano gitarowe solówki, organowe tło i głęboką partię basu. Pozostałe kompozycje to już wspomniane instrumentalne granie, w jakim zespół czuł się najlepiej. Luźne, jamowe struktury pozwalają muzykom w pełni rozwinąć skrzydła i zaprezentować swoje umiejętności. "Waiting" bardzo dobrze wprowadza w charakterystyczny, latynoski klimat całości. Intensywny "Savor" wyróżnia się brakiem gitary - perkusjonalia i organy wystarczająco wypełniają całą przestrzeń. W "Treat" najbardziej dają o sobie znać jazzowe inspiracje; Rolie wyjątkowo rezygnuje z elektrycznych organów na rzecz pianina. Największą perłą jest jednak finałowy "Soul Sacrifice", który przeszedł do historii za sprawą porywającego wykonania na Woodstocku. Albumowa wersja też robi wrażenie - słyszymy tu fantastyczny "dialog" gitary i organów, jednak i perkusiści nie dają o sobie zapomnieć ani przez chwilę. Utwór płynie nieśpiesznie przez ponad sześć minut, ale w ogóle tego czasu się nie odczuwa - a wręcz pozostaje pewien niedosyt.

Trochę może dziwić, że na albumie sygnowanym nazwą Santana, Carlos Santana często zdaje się pełnić drugoplanową rolę, ustępując miejsca Greggowi Rolie'emu i perkusistom. Według mnie jest to jednak wielką zaletą tego longplaya i innych wczesnych wydawnictw gitarzysty i jego grupy - zawsze bardziej cenię zespołową interakcję wszystkich instrumentalistów, niż popis jednego muzyka z jak najbardziej ograniczoną rolą akompaniatorów. To właśnie to - wraz z dobrymi kompozycjami - sprawia, że debiut Santany jest tak udany. Stanowi on naprawdę ciekawe i oryginalne - nie tylko w chwili wydania - połączenie rocka z "egzotycznymi" wpływami i odrobiną jazzu.

Ocena: 8/10



Santana - "Santana" (1969)

1. Waiting; 2. Evil Ways; 3. Shades of Time; 4. Savor; 5. Jingo; 6. Persuasion; 7. Treat; 8. You Just Don't Care; 9. Soul Sacrifice

Skład: Gregg Rolie - wokal i instr. klawiszowe; Carlos Santana - gitara, dodatkowy wokal; David Brown - bass; Michael Shrieve - perkusja; Michael Carabello - instr. perkusyjne; José Areas - instr. perkusyjne
Producent: Brent Dangerfield i Santana


5 komentarzy:

  1. Jedna z pereł w sznurze Santany. Niewielkim co prawda - ale jakże po dzień dzisiejszy lśniącym.

    OdpowiedzUsuń
  2. O, fajnie, że się w końcu zabrałeś za Santanę! Jak dla mnie debiut to jeszcze nie jest to, za co najbardziej go lubię, ale to dobra płyta - z pewnością lepsza niż chyba cokolwiek, co nagrał po 74 roku. A swoją drogą ciekaw jestem dokąd planujesz dojść w jego dyskografii? I czy będziesz też pisał płytach Carlosa Santany bez grupy Santana? Mam na myśli te klasyczne kolaboracje: McLaughlin, Alice Coltrane i kilka innych, ale też solowe albumy z lat 70'? No bo niby od połowy dekady facet mocno spuścił z tonu, ale w sumie są ludzie, którzy te późniejsze rzeczy też lubią, więc nie wiem...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczerze mówiąc, nie zastanawiałem się nad tym. Na pewno będą kolejne recenzje, ale do którego albumu - nie mam pojęcia.

      Usuń
  3. Planujesz może w bliższej bądź dalszej przyszłości recenzować płyty zespołu Return To Forever? tak sobie myślę, że jeśli miałbym wymyślić zespół, czy cokolwiek, co najbardziej kojarzy mi się z tym blogiem, a czego recenzji na nim nie ma to byliby chyba oni ;) Zwłaszcza z lat 73-76, ale pierwsza płyta też (też jest super, ale mniej mi się kojarzy z Twoim blogiem).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W tej chwili takich planów nie mam, ale może się to zmieni ;) Tym bardziej, że na razie lista wykonawców do recenzowania w "jazzowych wtorkach" nie jest długa.

      Usuń