27 listopada 2016

[Recenzja] Roy Harper - "Sophisticated Beggar" (1966)



Roy Harper jest dobrze znany wśród fanów muzyki rockowej. Szkoda tylko, że bardziej dzięki Pink Floyd (to właśnie on zaśpiewał w utworze "Have a Cigar") i Led Zeppelin (którzy oddali mu hołd tytułując jeden z utworów "Hats Off to (Roy) Harper", czyli "Czapki z głów przed Royem Harperem"), niż swojej własnej twórczości. A przecież mówimy o jednym z najważniejszych wykonawców folkrockowych i jednym z najlepszych gitarzystów akustycznych. Jego wpływu na takich wykonawców, jak Jethro Tull czy Led Zeppelin (ten bardziej folkowy), nie da się przecenić. Na jego albumach wielokrotnie występowały wielkie rockowe gwiazdy, jak Paul McCartney, David Gilmour, Jimmy Page, Alvin Lee, czy Ian Anderson (i popowe, jak Kate Bush), dla których możliwość współpracy z Harperem była sporym zaszczytem.

Roy zadebiutował w 1966 roku (według niektórych źródeł rok później) albumem "Sophisticated Beggar". Zarejestrowany został w raczej prymitywnych warunkach, na zwyczajnym magnetofonie szpulowym, co w sumie doskonale pasowało do intymnego charakteru większości kompozycji. Składają się one z partii wokalnej i akompaniamentu gitary akustycznej, czasem wzbogaconego partią drugiej, także akustycznej gitary. W nagraniach wsparło Harpera kilku gitarzystów - m.in. John Renbourn i Bert Jansch z folkowej grupy Pentagle, a także pracujący wówczas jako muzyk sesyjny Ritchie Blackmore - jednak w opisie albumu brakuje dokładnych informacji w których utworach wystąpili. Mimo podobnych aranżacji utwory nie sprawiają wrażenia monotonnych. Kompozycje różnią się klimatem - czasem jest bardziej subtelnie (np. w nieco orientalizującym utworze tytułowym), kiedy indziej dość energetycznie i po prostu przebojowo (przede wszystkim "Big Fat Silver Aeroplane"). Nie brakuje też wyrazistych, dobrych melodii - często naprawdę urzekających, jak w "Forever", "Girlie", "Goldfish", "Legend" czy "October the Twelfth".

Nie wszystkie jednak utwory cechują się takim ascetyzmem. W rozpoczynającym album "China Girl" wykorzystano efekt odtworzonej od tyłu taśmy. Z kolei w "Mr. Station Master" gitara schodzi na dalszy plan, ustępując miejsca psychodelicznej partii organów. Niestety, ich brzmienie bardzo się zestarzało, co sprawia, że ten utwór - najbardziej nowoczesny w chwili wydania albumu - dziś brzmi bardzo archaicznie, czego nie można zarzucić pozostałym kompozycjom. I chyba właśnie dlatego, jest to moim zdaniem najsłabszy fragment longplaya, kompletnie niepasujący do reszty. Pod względem stylistycznym od całości odstaje także finałowy "Committed" - w warstwie muzycznej po prostu rockowy, z podkładem sekcji rytmicznej (złożonej z anonimowych muzyków) i gitarą elektryczną (prawdopodobnie to właśnie w tym utworze zagrał Blackmore). Trochę przypomina to wczesny, barrettowski Pink Floyd. Warstwa wokalna jest natomiast ewidentnie żartobliwa, z nagłymi wybuchami śmiechu, fałszowaniem i śpiewaniem falsetem. To kolejny utwór, który nie bardzo pasuje do tego longplaya, ale można go potraktować jako celowo kontrastujący z resztą bonus.

"Sophisticated Beggar" to udany debiut, pokazujący, że już na tym etapie kariery Roy Harper miał sporo do zaoferowania. Naprawdę dobrze skomponowane i równie wspaniale wykonane utwory. A brzmienie, choć ascetyczne, to (poza dwoma kawałkami) absolutnie nic się nie zestarzało. To niewątpliwa zaleta akustycznego instrumentarium. Większość utworów równie dobrze mogłaby zostać nagrana wczoraj i brzmiałaby tak samo. Czapki z głów przed Royem Harperem.

Ocena: 8/10



Roy Harper - "Sophisticated Beggar" (1966)

1. China Girl; 2. Goldfish; 3. Sophisticated Beggar; 4. My Friend; 5. Big Fat Silver Aeroplane; 6. Blackpool; 7. Legend; 8. Girlie; 9. October the Twelfth; 10. Black Clouds; 11. Mr. Station Master; 12. Forever; 13. Committed

Skład: Roy Harper - wokal i gitara
Gościnnie: John Renbourn - gitara; Bert Jansch - gitara; Ritchie Blackmore - gitara; Paul Brett - gitara; Lon Goddard - gitara
Producent: Peter Richards


3 komentarze:

  1. Lo-fi taki, że kreska hipsteryzmu sama rośnie ;) Chociaż trochę szkoda, bo Harper jest na tyle dobrym gitarzystą, że nagrywanie na dyktafon trochę bu jednak ujmuje...

    OdpowiedzUsuń
  2. O.. wkraczamy na ciekawy "teren"... :-) Roy Harper to postać niezmiernie interesująca jak i intrygująca zarazem. Moje skojarzenie: RH jest jak Jim Dandy (Black Oak Arkansas) przez jednych uwielbiany (do słuchania "na okrągło"), przez innych z miejsca odtrącany z powodu irytującej - ponoć - barwy głosu (absolutnie nie do słuchania) czyli jest albo GORĄCO albo też ZIMNO - nic pomiędzy NIE ISTNIEJE. Innymi słowy - kochasz lub nienawidzisz. RH nagrał wiele, rzeczywiście wiele materiału - w tym niemało cudowności. Mój osobisty typ to już kolejna płyta w jego bogatej dyskografii czyli "Come Out Fighting Ghengis Smith" - wiele lat temu od razu zawróciła mi w głowie.. :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie jego głos przypomina głos Rogera Watersa z czasów, gdy jeszcze mógł śpiewać ;)

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.