30 listopada 2016

[Recenzja] John Mayall - "Jazz Blues Fusion" (1972)



Po wydaniu kilku albumów, które udowodniały - z lepszym lub gorszym efektem - że można grać bluesa bez elektrycznej gitary i perkusji, John Mayall postanowił spróbować czegoś innego. A konkretnie  - połączyć blues, rock i jazz. Próbował już tego wcześniej, na albumach "Bare Wires" i "The Turning Point", jednak w dość jeszcze zachowawczy sposób - elementy jazzowe były tylko dodatkiem. Tym razem postanowił pójść na całość. W tym celu nawiązał współpracę z afroamerykańskimi muzykami, mającymi we krwi zarówno blues, jak i jazz. Byli to: popularny jazzowy trębacz Blue Mitchell, gitarzysta Freddy Robinson (wcześniej grający m.in. z Howlin' Wolfem, Little Walterem i Rayem Charlesem), perkusista Ron Selico (mający za sobą współpracę z Frankiem Zappą), oraz mniej znany saksofonista Clifford Solomon. Na stanowisku basisty pozostał Larry Taylor, występujący z Mayallem już od kilku lat.

Pod koniec 1971 roku nowy zespół wyruszył w trasę po Stanach Zjednoczonych, a fragmenty trzech występów - z 18 listopada w Bostonie, oraz 3 i 4 grudnia w Nowym Jorku - zostały wydane na albumie "Jazz Blues Fusion". Na repertuar złożyły się wyłącznie premierowe kompozycje, wszystkie autorstwa Mayalla. Początek jest jeszcze bardzo zachowawczy. "Country Road" to praktycznie typowy 12-taktowy blues, z dużą rolą harmonijki i świetnym solowym popisem Robinsona, jedynie podczas saksofonowej solówki nabierający bardziej jazzowego charakteru. Tuż potem pojawia się stricte bluesrockowy "Mess Around" - najbardziej konwencjonalny i tym samym najmniej porywający fragment albumu. Ciekawsze rzeczy zaczynają dziać się od "Good Times Boogie". Pierwsza, wokalna część bliższa jest jeszcze bluesa, ale w drugiej, instrumentalnej, sekcja rytmiczna zaczyna grać w jazzowy sposób, tworząc akompaniament dla fantastycznych, zdecydowanie jazzowych popisów Robinsona i Solomona. Naprawdę intrygująco robi się w momencie, gdy pojawia się harmonijka, a utwór zmierza w kierunku, którego nie sposób jednoznacznie przypisać ani do jazzu, ani do bluesa - to prawdziwa fuzja tych gatunków.

"Change Your Ways" to kolejny rewelacyjny utwór, oparty na funkowym pulsie gitary i sekcji rytmicznej, oraz doskonale wplecionymi dęciakami. Solówki Robinsona utwierdzają mnie w przekonaniu, że to najlepszy gitarzysta w zespole Mayalla od czasu Micka Taylora. "Dry Throat" podtrzymuje wysoki poziom. To nieco wolniejszy utwór, prowadzony prostą partią organów, raczej bluesowy, choć z nadającymi jazzujący klimat dęciakami. Uwagę znów przyciągają gitarowe solówki. Na tle całości na pewno wyróżnia się "Exercise in C Major for Harmonica" - długi, niemal w całości instrumentalny jam, będący przede wszystkim popisem Larry'ego Taylora, Rona Selico i oczywiście samego Mayalla, który zgodnie z tytułem pokazuje tu swoje umiejętności gry na harmonijce. Początek co prawda nasuwa skojarzenia z "Room to Move" (co jest o tyle ciekawe, że w innym momencie albumu Mayall tłumaczy domagającej się tego kawałka publiczności, że podczas tego koncertu będą grać zupełnie inny materiał), ale potem improwizacja rozwija się w innym kierunku, znów na pograniczu bluesa i jazzu. Finałowy "Got to Be This Way" to kolejny świetny blues, z porywającymi solówkami i dodającymi jazzowego smaczku dęciakami.

"Jazz Blues Fusion" to jedno ze szczytowych osiągnięć Johna Mayalla. Dobre kompozycje, interesująco łączące wpływy bluesa, jazzu i rocka, porywająco zagrane przez świetnych instrumentalistów. Finalny efekt moim zdaniem jest jeszcze lepszy, niż na - bardzo dobrym przecież - "The Turning Point". "Jazz Blues Fusion" to kolejna obowiązkowa pozycja, nie tylko dla fanów Mayalla, a wszystkich wielbicieli dobrej muzyki.

Ocena: 9/10



John Mayall - "Jazz Blues Fusion" (1972)

1. Country Road; 2. Mess Around; 3. Good Time Boogie; 4. Change Your Ways; 5. Dry Throat; 6. Exercise in C Major for Harmonica; 7. Got to Be This Way

Skład: John Mayall - wokal, gitara, instr. klawiszowe, harmonijka; Freddy Robinson - gitara; Larry Taylor - bass; Ron Selico - perkusja i instr. perkusyjne; Clifford Solomon - saksofon; Blue Mitchell - trąbka
Producent: John Mayall


29 listopada 2016

[Recenzja] Soft Machine - "Third" (1970)



Aż trudno uwierzyć, jak bardzo zmieniła się muzyka Soft Machine w ciągu zaledwie dziewięciu miesięcy, dzielących publikację albumów "Volume Two" i "Third". Z grupy grającej rock psychodeliczny, dość w sumie nieśmiało zdradzającej inspirację jazzem, zespół stał się jednym z najbardziej jazzowych przedstawicieli jazz rocka. Muzycy zaczęli prezentować podobne podejście, co Miles Davis na swoich elektrycznych albumach  - szczególnie na "Bitches Brew", wydanym w marcu 1970 roku, czyli w czasie, gdy Soft Machine już pracowało nad zawartymi tutaj kompozycjami. Część z nich powoli nabierała ostatecznego kształtu podczas koncertów w drugiej połowie 1969 roku. W tamtym okresie skład grupy poszerzył się do septetu, wzbogacony o czterech muzyków grających na instrumentach dętych; saksofonistów Eltona Deana i Lyna Dobsona, puzonistę Nicka Evansa, oraz grającego na skrzydłówce Marka Chariga. Z czasem jednak skurczył się do kwintetu (bez Evansa i Charinga), a następnie kwartetu (po odejściu Dobsona). Właśnie w czteroosobowym składzie została zarejestrowana większość tego longplaya.

Ze względów finansowych, zespół nie mógł poświęcić zbyt wiele czasu na nagrania. Podstawowa sesja odbyła się w kwietniu 1970 roku i trwała nie dłużej niż kilka dni - zespół musiał wspomagać się wcześniej zarejestrowanymi nagraniami koncertowymi i demo. Kolejna sesja miała miejsce na początku maja. Wówczas prawdopodobnie dograno tylko partie dodatkowych muzyków - Nicka Evansa, flecisty Jimmy'ego Hastingsa i skrzypka Raba Spalla. Całość została szybko i niestety dość niedbale zmiksowana. 6 czerwca album trafił już do sprzedaży. Złożyły się na niego tylko cztery utwory, ale tak rozbudowane (wszystkie trwają po 18-19 minut), że w czasach płyt winylowych musiano wydać je na dwóch krążkach - po jednym na każdej stronie.

Pierwszą stronę albumu wypełnia kompozycja "Facelift", zarejestrowana podczas dwóch styczniowych koncertów grupy, występującej wówczas w kwartecie. Miejsce złączenia, a właściwie nałożenia na siebie tych dwóch nagrań jest wyraźnie słyszalne, co brzmi bardzo amatorsko. Samo wykonanie jest jednak rewelacyjne. Pierwsza cześć (nagrana 4 stycznia w Fairfield Hall w Croydon) brzmi zdecydowanie ciężej, momentami wręcz agresywnie, za sprawą przesterowanych organów Mike'a Ratledge'a w introdukcji, oraz ostrym partiom saksofonów, wspartych intensywną grą sekcji rytmicznej (fragment ten kojarzy się z instrumentalną częścią "21st Century Schizoid Man" King Crimson). Druga część (zarejestrowana 11 stycznia w Mother's Club w Birmingham) jest łagodniejsza, bardziej jazzowa. Pojawia się w niej ładne solo Lyna Dobsona na flecie, a kończy ją podniosły motyw grany unisono przez saksofon i organy, odtworzony potem wspak w przyśpieszonym tempie.

"Slightly All the Time" to już utwór w całości bardzo jazzowy. Przez pierwsze kilka minut utwór płynie swobodnie i spokojnie, powoli rozwijając główny temat. Na pierwszym planie słyszymy cudowne solówki Deana, Evansa i Hastingsa, do prostego, subtelnego akompaniamentu Ratledge'a i grającej w skomplikowanym metrum sekcji rytmicznej. W pewnym momencie muzycy przyśpieszają tempo, a na pierwszy plan zaczynają wychodzić partie klawiszowca lub basowe popisy Hugha Hoppera. Utwór cały czas zachowuje swój transowy charakter, coraz bardziej wciągając słuchacza. Wręcz chciałoby się, aby muzycy grali tak w nieskończoność... Niestety, w trzynastej minucie następuje nagłe cięcie i zaczyna się kolejna część utworu, o podtytule "Backwards" - jeszcze bardziej subtelna i bardzo ładna, ale moim zdaniem lepiej sprawdziłaby się jako osobny utwór. Na koniec następuje powrót do wcześniejszego tematu, tym razem grany szybciej i nieco ostrzej.

Najbardziej konwencjonalnym - i przez to najbardziej kontrowersyjnym - utworem jest "Moon in June". Kompozycja Roberta Wyatta pokazująca, że jego wizja rozwoju Soft Machine była nieco inna, niż pozostałych muzyków. Pierwsza część utworu nie jest wcale odległa od tego, co zespół grał na poprzednich albumach. Fragment ten został zarejestrowany przez Wyatta jako demo, zupełnie samodzielnie - zagrał tu nie tylko na perkusji, ale także na basie i klawiszach. I to nie tylko partie rytmiczne i melodyczne, ale także solowe (klawiszowa solówka wyszła trochę nieporadnie, za to basowa całkiem nieźle). Najważniejsza jest tu jednak obecność partii wokalnej - jedynej na tym albumie i zarazem ostatniej w karierze Soft Machine. Wyatt napisał bardzo długi (śpiewany przez niemal całe dziewięć minut tej części), poetycki tekst. Druga, w większości instrumentalna, połowa kompozycji została nagrana już w studiu, z pomocą Ratledge'a, grającego wspaniałe klawiszowe solówki, i Hoppera, ozdabiającego utwór przesterowanymi partiami basu, które wprowadzają bardzo niepokojący nastrój. W nagraniu pojawia się także partia skrzypiec, wykorzystana w nieco kakofonicznej, atonalnej końcówce.

Ostatni utwór, "Out-Bloody-Rageous", jest najbardziej eksperymentalny i innowacyjny. Rozpoczyna go długi klawiszowy popis Ratledge'a, o zdecydowanie elektronicznym, minimalistycznym, wręcz ambientowym brzmieniu, powstałym poprzez studyjną obróbkę taśm. Inspiracji dostarczyła twórczość amerykańskiego minimalisty Terry'ego Rileya. Dopiero pod koniec piątek minuty zaczyna się dynamiczna, bardzo jazzowa część grana przez cały zespół. Pierwszoplanową rolę odgrywa fantastycznie pulsujący bas Hoppera i solówki na dęciakach. W środku na chwile wracają brzmienia elektryczne, szybko ustępujące miejsca przepięknej, ciepłej partii fortepianu, do której zaraz dołączają pozostałe instrumenty, rozpoczynając kolejną jazzową improwizację, tym razem o bardziej subtelnym charakterze - dopiero pod koniec na chwilę robi się nieco intensywniej. Koda tej kompozycji to oczywiście kolejny elektroniczny popis Ratledge'a.

Niesamowity album. Każda z czterech kompozycji robi ogromne wrażenie. Choć łączenie rocka i jazzu nie było w tamtym czasie już niczym zaskakującym, to muzycy Soft Machine zrobili to w naprawdę nowatorski sposób. Zazwyczaj, gdy rockowi muzycy brali się za granie jazz rocka, to okazywało się, że ich umiejętnościom sporo brakuje w porównaniu z jazzmanami. Tutaj jednak taka sytuacja nie ma miejsca - muzycy mają wystarczające umiejętności i talent do grania takiej muzyki. Trochę traci ten materiał przez niedbałą produkcję, ale poza tym nie ma do czego się przyczepić.

Ocena: 10/10



Soft Machine - "Third" (1970)

LP1: 1. Facelift; 2. Slightly All the Time
LP2: 1. Moon in June; 2. Out-Bloody-Rageous

Skład: Mike Ratledge - instr. klawiszowe; Hugh Hopper - bass; Robert Wyatt - perkusja, wokal (3), instr. klawiszowe (3), bass (3); Elton Dean - saksofon (1,2,4)
Gościnnie: Lyn Dobson - saksofon i flet (1); Jimmy Hastings - flet i klarnet basowy (2,4); Nick Evans - puzon (2,4); Rab Spall - skrzypce (3)
Producent: Soft Machine


27 listopada 2016

[Recenzja] Roy Harper - "Sophisticated Beggar" (1966)



Roy Harper jest dobrze znany wśród fanów muzyki rockowej. Szkoda tylko, że bardziej dzięki Pink Floyd (to właśnie on zaśpiewał w utworze "Have a Cigar") i Led Zeppelin (którzy oddali mu hołd tytułując jeden z utworów "Hats Off to (Roy) Harper", czyli "Czapki z głów przed Royem Harperem"), niż swojej własnej twórczości. A przecież mówimy o jednym z najważniejszych wykonawców folkrockowych i jednym z najlepszych gitarzystów akustycznych. Jego wpływu na takich wykonawców, jak Jethro Tull czy Led Zeppelin (ten bardziej folkowy), nie da się przecenić. Na jego albumach wielokrotnie występowały wielkie rockowe gwiazdy, jak Paul McCartney, David Gilmour, Jimmy Page, Alvin Lee, czy Ian Anderson (i popowe, jak Kate Bush), dla których możliwość współpracy z Harperem była sporym zaszczytem.

Roy zadebiutował w 1966 roku (według niektórych źródeł rok później) albumem "Sophisticated Beggar". Zarejestrowany został w raczej prymitywnych warunkach, na zwyczajnym magnetofonie szpulowym, co w sumie doskonale pasowało do intymnego charakteru większości kompozycji. Składają się one z partii wokalnej i akompaniamentu gitary akustycznej, czasem wzbogaconego partią drugiej, także akustycznej gitary. W nagraniach wsparło Harpera kilku gitarzystów - m.in. John Renbourn i Bert Jansch z folkowej grupy Pentagle, a także pracujący wówczas jako muzyk sesyjny Ritchie Blackmore - jednak w opisie albumu brakuje dokładnych informacji w których utworach wystąpili. Mimo podobnych aranżacji utwory nie sprawiają wrażenia monotonnych. Kompozycje różnią się klimatem - czasem jest bardziej subtelnie (np. w nieco orientalizującym utworze tytułowym), kiedy indziej dość energetycznie i po prostu przebojowo (przede wszystkim "Big Fat Silver Aeroplane"). Nie brakuje też wyrazistych, dobrych melodii - często naprawdę urzekających, jak w "Forever", "Girlie", "Goldfish", "Legend" czy "October the Twelfth".

Nie wszystkie jednak utwory cechują się takim ascetyzmem. W rozpoczynającym album "China Girl" wykorzystano efekt odtworzonej od tyłu taśmy. Z kolei w "Mr. Station Master" gitara schodzi na dalszy plan, ustępując miejsca psychodelicznej partii organów. Niestety, ich brzmienie bardzo się zestarzało, co sprawia, że ten utwór - najbardziej nowoczesny w chwili wydania albumu - dziś brzmi bardzo archaicznie, czego nie można zarzucić pozostałym kompozycjom. I chyba właśnie dlatego, jest to moim zdaniem najsłabszy fragment longplaya, kompletnie niepasujący do reszty. Pod względem stylistycznym od całości odstaje także finałowy "Committed" - w warstwie muzycznej po prostu rockowy, z podkładem sekcji rytmicznej (złożonej z anonimowych muzyków) i gitarą elektryczną (prawdopodobnie to właśnie w tym utworze zagrał Blackmore). Trochę przypomina to wczesny, barrettowski Pink Floyd. Warstwa wokalna jest natomiast ewidentnie żartobliwa, z nagłymi wybuchami śmiechu, fałszowaniem i śpiewaniem falsetem. To kolejny utwór, który nie bardzo pasuje do tego longplaya, ale można go potraktować jako celowo kontrastujący z resztą bonus.

"Sophisticated Beggar" to udany debiut, pokazujący, że już na tym etapie kariery Roy Harper miał sporo do zaoferowania. Naprawdę dobrze skomponowane i równie wspaniale wykonane utwory. A brzmienie, choć ascetyczne, to (poza dwoma kawałkami) absolutnie nic się nie zestarzało. To niewątpliwa zaleta akustycznego instrumentarium. Większość utworów równie dobrze mogłaby zostać nagrana wczoraj i brzmiałaby tak samo. Czapki z głów przed Royem Harperem.

Ocena: 8/10



Roy Harper - "Sophisticated Beggar" (1966)

1. China Girl; 2. Goldfish; 3. Sophisticated Beggar; 4. My Friend; 5. Big Fat Silver Aeroplane; 6. Blackpool; 7. Legend; 8. Girlie; 9. October the Twelfth; 10. Black Clouds; 11. Mr. Station Master; 12. Forever; 13. Committed

Skład: Roy Harper - wokal i gitara
Gościnnie: John Renbourn - gitara; Bert Jansch - gitara; Ritchie Blackmore - gitara; Paul Brett - gitara; Lon Goddard - gitara
Producent: Peter Richards


24 listopada 2016

[Recenzja] Queen - "On Air: The Complete BBC Sessions" (2016)



To już tradycja, że w listopadzie ukazuje się nowe wydawnictwo z archiwalnym materiałem Queen. Zapewne związane jest to z datą śmierci Freddiego Mercury'ego, który odszedł 24 listopada 1991 roku - równo ćwierć wieku temu. Tym razem nie jest to jednak zapis jednego występu (jak wydany dwa lata temu "Live at the Rainbow '74" i zeszłoroczny "A Night at the Odeon - Hammersmith 1975"), a zbiór sześciu sesji radiowych, jakie zespół dał na przestrzeni lat 1973-77. Dotąd oficjalnie opublikowane były tylko dwie z tych sesji - pierwsza i trzecia (na wydanym w 1989 roku albumie "Queen at the Beeb"). "On Air: The Complete BBC Sessions" zawiera także pozostałe cztery sesje, które do tej pory nie miały oficjalnej premiery.

Aż pięć sesji odbyło się w latach 1973-74. Dominują tu zatem utwory z pierwszych trzech, najbardziej hardrockowych albumów grupy ("Queen", "Queen II" i "Sheer Heart Attack"). O ile jednak w studiu te hardrockowe zapędy muzyków zostały nieco pohamowane wygładzoną produkcją, tak podczas radiowych sesji zespół zagrał ciężej, bardziej energetycznie, nie unikając dłuższych solówek - zupełnie jak podczas ówczesnych koncertów. Tak jest chociażby w "Son and Daughter", "Liar", "Ogre Battle", "Great King Rat", "Now I'm Here", nie wspominając o rozpędzonych "Stone Cold Crazy" i "Modern Times Rock 'n' Roll". Grupę zawsze cechował jednak spory eklektyzm. I dlatego usłyszeć możemy tu także urocze ballady ("White Queen", "Nevermore"), trochę typowego dla grupy pastiszu ("My Fairy King", "Doing All Right"), a nawet odrobinę rzadkiego w jej twórczości bluesa ("See What a Fool I've Been", pochodzący ze strony B singla "Seven Seas of Rhye"). Niektóre utwory się powtarzają, ale dzięki temu można chociażby przekonać się, jak z czasem ewoluowała solówka Briana Maya w "Son and Daughter".

Ostatnia sesja odbyła się dopiero 28 października 1977 roku - dokładnie w dniu premiery albumu "News of the World". I złożyły się na nią utwory właśnie z tego longplaya. Zabrakło co prawda tego najsłynniejszego, "We're the Champions", są natomiast dwie wersje "We Will Rock You" - pierwsza nawiązująca do wersji albumowej, choć krótsza, druga zaś znacznie przyśpieszona, z hardrockową grą na instrumentach zamiast oszczędnego klaskania i tupania. Muzycy zaprezentowali także świetną balladę "Spread Your Wings", oraz dwa mniej porywające kawałki - "It's Late" i "My Melancholy Blues". To już zupełnie inny zespół, niż podczas wcześniejszych sesji. Tam muzycy wciąż jeszcze walczyli o zdobycie popularności i dlatego grali z niesamowitym zaangażowaniem. Tutaj natomiast mają już za sobą pierwsze wielkie sukcesy i sprawiają wrażenie nieco już zblazowanych gwiazd, które po prostu odgrywają utwory tak, jak zostały zarejestrowane w studiu. Chociażby dla możliwości bezpośredniego porównania tych dwóch oblicz Queen, warto zapoznać się z "On Air".

Podstawowe wydanie albumu zawiera dwie płyty kompaktowe z opisaną wyżej zawartością. Rozszerzona edycja to aż sześć dysków, w tym trzy z radiowymi wywiadami z członkami zespołu (głównie z Freddiem Mercurym i Brianem Mayem, rzadziej z Rogerem Taylorem i ani razu z Johnem Deaconem), oraz jeden z fragmentami trzech występów Queen z różnych okresów działalności - z 13 września '73 w Londynie, 20 marca '81 w São Paulo, oraz 21 czerwca '86 w Mannheim (w sumie 24 utwory, głównie przeboje, kilka rockandrollowych przeróbek, a na deser niealbumowy utwór "Alright Alright"). Rzecz to jednak raczej tylko dla największych fanów. Wszystkim pozostałym polecam raczej sięgnięcie po wspomniany "Live at the Rainbow '74" z porywającymi występami początkującego Queen, a z późniejszego okresu - "Live Killers" lub "Queen Rock Montreal". Po podstawowe wydanie "On Air" także warto sięgnąć, nawet nie będąc zagorzałym miłośnikiem Queen. Sporym mankamentem jest, niestety, kiepska jakość tych nagrań. Poza tym słucha się tego świetnie, a i wartości historycznej nie można temu wydawnictwu odmówić.

Ocena: 8/10



Queen - "On Air: The Complete BBC Sessions" (2016)

Disc 1: 1. My Fairy King; 2. Keep Yourself Alive; 3. Doing All Right; 4. Liar; 5. See What a Fool I've Been; 6. Keep Yourself Alive; 7. Liar; 8. Son and Daughter; 9. Ogre Battle; 10. Modern Times Rock 'n' Roll; 11. Great King Rat; 12. Son and Daughter
Disc 2: 1. Modern Times Rock 'n' Roll; 2. Nevermore; 3. White Queen (As It Began); 4. Now I'm Here; 5. Stone Cold Crazy; 6. Flick of the Wrist; 7. Tenement Funster; 8. We Will Rock You; 9. We Will Rock You (fast); 10. Spread Your Wings; 11. It's Late; 12. My Melancholy Blues

Skład: Freddie Mercury - wokal, pianino; Brian May - gitara, wokal; John Deacon - bass; Roger Taylor - perkusja i instr. perkusyjne, wokal
Producent: Justin Shirley-Smith, Josh Macrae i Kris Fredriksson


23 listopada 2016

[Recenzja] Keef Hartley Band - "The Time Is Near" (1970)



Zespół kontynuuje drogę obraną na "The Battle of North West Six". Tym razem jednak ta mieszanka bluesa, jazzu i rocka, mocno doprawiona brzmieniem sekcji dętej, wypada dużo bardziej porywająco. Bardziej przemyślane kompozycje i aranżacje, a także większa różnorodność czynią z "The Time Is Near" naprawdę interesującą całość. Choć sam początek tego nie zapowiada. "Morning Rain" i "From the Window" to takie łagodne, proste i melodyjne piosenki, których słucha się przyjemnie, ale które nie prezentują sobą nic wyjątkowego. Album rozkręca się wraz z blisko dziesięciominutową kompozycją tytułową. Wokalna część utworu budzi skojarzenia z Colosseum, jednak w środku pojawia się długi fragment instrumentalny, początkowo o bluesrockowym charakterze (z fantastyczną gitarową solówką Millera Andersona, wyrazistą grą sekcji rytmicznej i ładnym organowym tłem), pod koniec przechodzący w jazzrockowy popis z solówką Henry'ego Lowthera na trąbce. Nie mogę nie wspomnieć o pięknej partii fletu rozpoczynającej ten utwór.

Wysoki poziom utrzymany jest już do samego końca. Dynamiczny "You Can't Take It With You", oparty na nieco funkowym pulsie sekcji rytmicznej, jest zarazem przebojowy i zadziorny, zawiera też ciekawą niespodziankę w postaci stricte jazzowego zwolnienia w środku, pokazującego przede wszystkim kunszt Keefa Hartleya i Gary'ego Thaina. Podobnie jak w utworze tytułowym, pomysłów starczyłoby na kilka kompozycji, ale udanie połączono je w spójną całość. Instrumentalny "Premonition" w całości utrzymany jest w jazzrockowym stylu. Utwór napędzany jest świetną grą sekcji rytmicznej, której towarzyszą liczne solówki na dęciakach i jedna gitarowa. Czymś zupełnie nowym w twórczości grupy był natomiast folkowy "Another Time, Another Place". To praktycznie solowe nagranie Millera Andersona, który tu śpiewa i akompaniuje sobie na gitarze akustycznej, a towarzyszą mu tylko subtelne dęciaki. Bardzo ładnie i zgrabnie to wyszło, szkoda tylko, że to najkrótszy utwór na albumie - choć z drugiej strony dłuższe nagranie w tym stylu mogłoby nużyć, a w takiej formie zachęca do kolejnych przesłuchań. Finał albumu to pięknie rozwijający się "Change", interesująco zróżnicowany dynamicznie i bardzo zgrabnie łączący patenty rockowe i jazzowe. Linia wokalna momentami kojarzy się z "Return to Sanity" Andromedy, ale to chyba tylko przypadek.

Krótko podsumowując - świetny album, doprowadzający niemal do perfekcji styl wypracowany na poprzednim wydawnictwie Keef Hartley Band. "The Time Is Near" prezentuje podobny poziom, co twórczość Colosseum czy bardziej jazzowe dokonania Johna Mayalla. Gdyby nie dwa pierwsze utwory, trochę zbyt banalne na tle całości, rozważałbym wyższą ocenę.

Ocena: 8/10



Keef Hartley Band - "The Time Is Near" (1970)

1. Morning Rain; 2. From the Window; 3. The Time Is Near; 4. You Can't Take It With You; 5. Premonition; 6. Another Time, Another Place; 7. Change

Skład: Miller Anderson - wokal i gitara; Gary Thain - bass; Keef Hartley - perkusja i instr. perkusyjne; Henry Lowther - trąbka, skrzydłówka, skrzypce, pianino
Gościnnie: Dave Caswell - skrzydłówka, sakshorn, trąbka, pianino elektryczne; Jim Jewell - saksofon (1,7); Lyle Jenkins - saksofon i flet (2-6); Stewart Wicks - instr. klawiszowe (2,3); Del Roll - instr. perkusyjne (7)
Producent: Neil Slaven i Keef Hartley


22 listopada 2016

[Recenzja] Santana - "Santana III" (1971)



"Trójka" to ostatni album grupy Santana nagrany w klasycznym, woodstockowym składzie. Trzeba jednak sprecyzować, że poszerzonym o nowego muzyka, drugiego gitarzystę Neala Schona. Jego udział nie wpłynął jednak znacząco na styl grupy. Album został przygotowany z tych samych składników, co poprzednie, a nawet układ utworów jest bardzo podobny. Całość tradycyjnie rozpoczyna się od energetycznego instrumentala - z bogatą warstwą rytmiczną i licznymi solówkami gitarowo-organowymi - zatytułowanego  "Batuka". "No One to Depend On" to z kolei przebojowy kawałek, godny następca "Evil Ways" i "Black Magic Woman", choć nieco wolniejszy i bardziej stonowany, aczkolwiek nabierający rockowej zadziorności podczas solówki Schona. Mniej typowym dla grupy utworem jest "Taboo" - bardzo udana ballada, z intrygującym klimatem i ładną melodią, ale także ostrzejszymi solówkami gitarowymi. To mój faworyt z tego albumu. Pierwszą stronę winylowego wydania kończy niemal w całości instrumentalny (poza kilkoma wersami w języku hiszpańskim) "Toussaint L'Overture". To kolejny świetny popis instrumentalistów, o raczej jamowym charakterze.

Szkoda tylko, że cały album nie trzyma poziomu powyższych utworów. Druga strona wypada zdecydowanie słabiej. Zespół po raz pierwszy w karierze zaprezentował tak ewidentnie komercyjne, banalne kawałki, jak "Everybody's Everything" (z pierwszoplanową rolą dęciaków) i "Everything's Coming Our Way" (z dużą rolą gitary akustycznej i irytującym falsetem Gregga Rollie'ego). Podobnie komercyjny charakter ma także bardzo latynoski "Guajira" (wyjątkowo zaśpiewany przez gościa, Rico Reyesa), będący jakby zapowiedzią multiplatynowego albumu "Supernatural". Gdyby nie gitarowe solówki z drugiej połowy utworu, nie miałby on nic wspólnego z rockiem. Całości dopełniają dwa covery. "Jungle Strut" z repertuaru Gene'a Ammonsa to akurat całkiem dobry instrumental - na pewno najbardziej udany fragment strony B - z kolejnymi porywającymi popisami gitarowo-organowymi (zamiast saksofonowymi, jak w oryginale) i fantastyczną grą sekcji rytmicznej. Jeszcze większy popis perkusistów stanowi "Para los Rumberos" z dorobku Tito Puente'a, zdominowany jednak przez latynoskie zaśpiewy, do których nie potrafię się przekonać.

"Santana III" niestety nie jest tak udany, jak dwa poprzednie albumy. Muzycy za bardzo chyba zasmakowali sukcesu i dlatego spróbowali trafić do jeszcze szerszej publiczności. Taki krok niemal nigdy nie wpływa pozytywnie na artystyczną wartość muzyki. Na szczęście, komercyjne zapędy muzyków są obecne tylko w niektórych utworach, a pozostałe wciąż prezentują wysoki poziom.

Ocena: 7/10



Santana - "Santana III" (1971)

1. Batuka; 2. No One to Depend On; 3. Taboo; 4. Toussaint L'Overture; 5. Everybody's Everything; 6. Guajira; 7. Jungle Strut; 8. Everything's Coming Our Way; 9. Para los Rumberos

Skład: Gregg Rolie - wokal i instr. klawiszowe; Carlos Santana - gitara, dodatkowy wokal; Neal Schon - gitara; David Brown - bass; Michael Shrieve - perkusja i instr. perkusyjne; José Areas - instr. perkusyjne, perkusja; Mike Carabello - instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Gościnnie: Thomas Escovedo - instr. perkusyjne, dodatkowy wokal; Rico Reyes - dodatkowy wokal (2,4,9), wokal (6)Greg Errico - tamburyn (2); Tower of Power - instr. dęte (5); Linda Tillery - dodatkowy wokal (5,8)Mario Ochoa - pianino (6); Luis Gasca - trąbka (9)
Producent: Santana


20 listopada 2016

[Recenzja] The Soft Machine - "Volume Two" (1969)



Drugi album Soft Machine nagrany został po małej, ale istotnej zmianie składu. Ciągnącego w stronę psychodelii Kevina Ayersa zastąpił Hugh Hopper, podzielający jazzową fascynację Roberta Wyatta i Mike'a Ratledge'a. Mimo tego, na "Volume Two" grupa wciąż dość mocno tkwi w swoich psychodelicznych korzeniach. Utwory stały się jednak bardziej skomplikowane, zespół jeszcze wyraźniej zaczął oddalać się od piosenkowych struktur. Przy czym nie ma tu nic z patetyzmu  i pretensjonalności (niektórych) grup progrockowych - całość charakteryzuje specyficzne poczucie humoru, objawiające się m.in. nawiązaniami do dadaizmu. Zainspirowani albumem "Absolutely Free" Franka Zappy i jego The Mothers of Invention, muzycy postanowili umieścić na albumie dwie długie suity, wypełniające po jednej stronie płyty winylowej. Druga z nich wyszła jednak sporo krótsza, więc na albumie znalazły się także dwa krótkie, "niezależne" utwory. Zgodnie z zaleceniem Zappy, obie suity zostały podzielone na traciliście na kilka osobnych utworów, co miało zwiększyć dochody zespołu ze sprzedaży albumu. Na debicie Soft Machine przeważnie połączone były ze sobą przypadkowe utwory - tym razem suity tworzą spójniejszą całość.

17-minutowa "Rivmic Melodies", zajmująca pierwszą stronę, bliższa jest psychodelicznych korzeni zespołu i zawiera sporu humorystycznych fragmentów (np. dwuczęściowy "A Concise British Alphabet", o którym wszystko mówi tytuł, albo "Dada Was Here" z tekstem śpiewanym po hiszpańsku, albo celowo kakofoniczny "Out of Tunes"). Jednak już tutaj pojawia się bardziej poważny segment "Hibou, Anemone and Bear", zdradzający jazzowe inspiracje i pokazujący wielki talent muzyków do zespołowej interakcji. Uwagę zwracają ciężkie, przesterowane partie basu Hoppera, oraz wykorzystanie instrumentów dętych. Takie wpływy jeszcze istotniejsza rolę odgrywają w drugiej suicie, "Esther's Nose Job", będącej drogowskazem dla późniejszych dokonań grupy. Tym razem poszczególne części jeszcze lepiej do sobie pasują. Zaczyna się od znów nieco kakofonicznego "Fire Engine Passing with Bells Clanging", z którego stopniowo wyłania się bardzo melodyjny "Pig", oparty na zakręconej linii basu, ozdobiony chwytliwym motywem na pianinie i subtelną partią saksofonu (w wykonaniu Briana Hoppera, brata Hugha). Saksofon wychodzi na prowadzenie w intensywnych "Orange Skin Food" i "A Door Opens and Closes" - w tym drugim walczy o nie z basem. Świetny finał stanowi "10.30 Returns to the Bedroom", brzmiący bardzo ciężko (znów ten bas!) i zaskakująco nowocześnie (partia organów z początku brzmi bardzo elektronicznie), a zarazem mający zdecydowanie jazzrockowy charakter.

Całości dopełniają dwa wspomniane krótsze utwory, mające bardziej konwencjonalną, piosenkową strukturę. "As Long as He Lies Perfectly Still" wypada bardzo przebojowo - to jeden z niewielu tak chwytliwych kawałków w dorobku Soft Machine. Przesterowany bas z powodzeniem zastępuje tu gitarę elektryczną. A skoro już mowa o tym instrumencie - "Dedicated to You But You Weren't Listening" opiera się wyłącznie na akompaniamencie gitary akustycznej (zagrał na niej Hopper), co stanowi prawdziwy fenomen w twórczości zespołu (przynajmniej tej z oficjalnych albumów). Sam utwór zaś jest zgrabną, naprawdę ładną piosenką.

"Volume Two" to prawdziwie progresywny album, w najlepszym tego słowa znaczeniu. Muzycy nagrali dojrzałe dzieło, z jednej strony ambitne, a z drugiej - całkiem przystępne i pozbawione patetycznego nadęcia. Album ma ponadto wyjątkowo dobre brzmienie, jak na ten zespół. Ale zawarta na nim muzyka broni się sama. Wstyd nie znać.

Ocena: 9/10



The Soft Machine - "Volume Two" (1969)

1. Rivmic Melodies: Pataphysical Introduction (Part I) / A Concise British Alphabet (Part I) / Hibou, Anemone and Bear / A Concise British Alphabet (Part II) / Hulloder / Dada Was Here / Thank You Pierrot Lunaire / Have You Ever Bean Green? / Pataphysical Introduction (Part II) / Out of Tunes; 2. As Long as He Lies Perfectly Still; 3. Dedicated to You But You Weren't Listening; 4. Esther's Nose Job: Fire Engine Passing with Bells Clanging / Pig / Orange Skin Food / A Door Opens and Closes / 10.30 Returns to the Bedroom

Skład: Robert Wyatt - wokal i perkusja; Hugh Hopper - bass, gitara, saksofon; Mike Ratledge - instr. klawiszowe, flet
Gościnnie: Brian Hopper - saksofon
Producent: The Soft Machine


17 listopada 2016

[Recenzja] Metallica - "Hardwired... to Self-Destruct" (2016)



Metallica to zespół budzący skrajne emocje. Dla jednych należący do niekwestionowanej klasyki rocka, o której można mówić i pisać tylko z pozycji klęczek (a jak już krytykować, to tylko za "St. Anger" i "Lulu"). Dla innych Metallica skończyła się na "Kill 'em All" i trzeba ją gnoić za wszystko wydane później, bo nie jest to już czysty (albo żaden) thrash metal. Nie brakuje też oczywiście bardziej wyważonych opinii, z całą pewnością bliższych prawdy. Do końca lat 80. zespół nie schodził przecież poniżej wysokiego poziomu. Później, niestety, zaczęły się różne eksperymenty. Zespół wyraźnie zaczął podążać za muzycznymi modami, chcąc trafić do szerszej publiczności, co znacznie obniżyło jego wiarygodność i podzieliło fanów na dwa obozy. Powrót do cięższego grania na "Death Magnetic" nie zmienił tej sytuacji. Nie jest to zły album, ale zbyt wiele utworów ociera się o autoplagiat konkretnych kawałków z przeszłości. Zespół tak bardzo chciał odzyskać dawnych fanów, że posunął się zdecydowanie za daleko w przywołaniu klimatu dawnej Metalliki. Longplay dawał jednak nadzieję na przyszłość.

Ale lata mijały, a kolejny album nie nadchodził. Członkowie zespołu zdawali się angażować we wszystko, co popadnie, aby tylko jak najbardziej opóźnić rozpoczęcie prac nad nowym materiałem. Fakt, w międzyczasie ukazał się album "Lulu", ale był to tylko poboczny projekt, de facto niesygnowany nazwą zespołu (choć wykorzystywano ją do promocji). Wszystko wskazywało na to, że zespół nie jest w stanie sklecić tych kilku nowych kawałków, które będą mogły wypełnić nowy album. Jakież było zdziwienie, gdy przed kilkoma miesiącami - niemal osiem lat po premierze "Death Magnetic" - ogłoszono, że nowy album został już nagrany i ukaże się w listopadzie. Początkowo nawet myślałem, że to żart, w czym utwierdziła mnie zaprezentowana lista utworów (infantylne tytuły), nie wspominając już o okładce. Metallica nigdy nie miała dobrych okładek ("...And Justice for All" to wyjątek potwierdzający regułę), ale czegoś tak okropnego jeszcze nie było. Jest tu nawet jakiś pomysł - zerżnięty od Queen z ich albumu "The Miracle", ale jest - jednak wykonany został tandetnie, przez kogoś całkowicie pozbawionego dobrego smaku.

A jednak zespół naprawdę postanowił wydać album z taką okładką i takimi tytułami, co potwierdziło udostępnienie pierwszego singla, w postaci prawie-tytułowego "Hardwired", będącego zarazem otwieraczem longplaya. Utwór wprost nawiązuje do najlepszego okresu twórczości zespołu. Szybkie tempo, typowo thrashowe riffowanie, prosta struktura i wyjątkowo krótki - jak na współczesną Metallikę - czas trwania, ledwo przekraczający trzy minuty, zdają się nawiązywać do czasów "Kill 'em All". Tylko, że na debiucie mielibyśmy wrzeszczącego Hetfielda, a obecnie wokalista nie bardzo potrafi się dostosować do tego typu grania (i do tekstu), śpiewa za mało agresywnie. Drugi singiel, "Moth Into Flame", utrzymany jest w podobnie szybkim tempie, ale dzieje się w nim znacznie więcej, dobrą robotę robią dłuższe solówki gitarowe, nieco lepiej w całość wtapia się warstwa wokalna. Oba te utwory nie są jednak zbyt reprezentatywne dla całości. Poza nimi na albumie znalazł się tylko jeden tak rozpędzony kawałek - finałowy "Spit Out the Bone". To prawdopodobnie najbardziej agresywny utwór, jaki zespół nagrał w ciągu ostatniego ćwierćwiecza, nawet jeśli w drugiej połowie nieco traci swój początkowy impet. Świetnie wypada tu natomiast krótkie basowe solo Roberta Trujillo - to jeden z najlepszych i najciekawszych fragmentów albumu.

Zdecydowanie więcej o całościowym charakterze "Hardwired... to Self-Destruct" mówi trzeci singiel, "Atlas, Rise!". Utrzymany w wolniejszym tempie, pozbawiony thrashowego łojenia, za to z bardziej uwypukloną warstwą melodyczną, dzięki czemu Hetfield lepiej odnajduje się wokalnie. Warto wspomnieć o partiach gitary solowej - bardzo melodyjnych, w klasycznie heavymetalowy sposób. Właśnie takie średnie tempa tu dominują. Ciężkie, nieco posępne (w niemal sabbathowym stylu) "Dream No More", "Confusion" i "Here Comes Revenge" przywodzą na myśl Metallikę z okresu "Czarnego albumu". Z kolei  "Now That We're Dead" (najbardziej przebojowy i najlepiej zaśpiewany kawałek na longplayu), "ManUNkind", "Am I Savage?" i "Murder One" nie są wcale odległe od mocniejszych fragmentów "Load" i "ReLoad", i mogłyby być ozdobą któregoś z tych wydawnictw. Spokojne wstępy trzech ostatnich mogą wprowadzić w błąd - ale przecież muzycy uprzedzali, że tym razem nie będzie żadnej ballady. Słowa dotrzymali, chociaż... Pierwsza część najdłuższej kompozycji "Halo on Fire" składa się z balladowych zwrotek i zaostrzonego, dość topornego refrenu. W drugiej, głównie instrumentalnej części utwór dość ciekawie się rozwija, nabiera polotu.

To, co nie do końca udało się na "Death Magnetic", tutaj wyszło naprawdę znakomicie. Nawiązania do przeszłości są oczywiste, ale tym razem muzycy nie przekraczają granicy autoplagiatu. Całość jest też równiejsza - może i nie ma tutaj wzlotów na miarę najlepszych fragmentów poprzednika (vide "All Nightmare Long", "Cyanide"), ale nie ma za to takich gniotów, jak jego najsłabsze momenty ("The Unforgiven III", "Suicide and Redemption"). Nie sposób nie wspomnieć o brzmieniu - muzycy na szczęście zrezygnowali z usług Ricka Rubina, przez którego "Death Magnetic" padł ofiarą tzw. "loudness war". Tutaj mastering nie jest aż tak głośny, ale mimo tego - przynajmniej bazując na mojej recenzenckiej kopii - zniekształcenia dźwięku się zdarzają. Muszę się też przyczepić do słabo słyszalnej gitary basowej. Są momenty, kiedy wysuwa się na bliższy plan - jak "Spit Out the Bone" czy mocno maidenowy wstęp "ManUNkind" - ale na ogół jest schowana w miksie (nie tak bardzo, jak na "...And Justice for All", ale jest).

Tak, jak już wspomniałem, "Hardwired... to Self-Destruct" to bardzo równy longplay, spójny stylistycznie - choć na swój sposób zróżnicowany - a także pozbawiony słabszych momentów. Bardzo dawno, bo od co najmniej ćwierćwiecza, nie udało się Metallice nagrać takiego albumu. Oczywiście ma on swoje wady, przede wszystkim wykonawcze (wokal Hetfielda, nie wspominając o jak zwykle kiepskiej grze Larsa Urlicha), może i kompozytorskie - bo choć utwory trzymają dobry poziom, to brakuje mi tu jakiejś perły, która dołączyłaby do klasycznych kompozycji zespołu. Mimo wszystko, jestem naprawdę pozytywnie zaskoczony, żeby nie powiedzieć rozczarowany - przygotowywałem się już do napisania miażdżącej krytyki, ale podczas kolejnych przesłuchań przeważały jednak pozytywne wrażenia.

Ocena: 7/10

PS. Wydanie albumu na dwóch dyskach w wersji CD nie ma żadnego uzasadnienia - całość trwa poniżej 80 minut, więc bez problemu zmieściłaby się na jednej płycie. Nie chodzi tu o podział materiału na dwie odrębne części, ponieważ na obu dyskach wymieszane są utwory o różnym charakterze. Warto zauważyć, że identyczny podział ma wersja winylowa - ale tam uzasadnione jest to ograniczeniem czasowym płyt analogowych. W przypadku kompaktowej edycji jest to tylko niepotrzebne zwiększenie kosztu produkcji, a co za tym idzie - zwiększenie ceny, jaką musi zapłacić za album nabywca. Być może właśnie o to chodziło.



Metallica - "Hardwired... to Self-Destruct" (2016)

Disc 1: 1. Hardwired; 2. Atlas, Rise!; 3. Now That We're Dead; 4. Moth Into Flame; 5. Dream No More; 6. Halo on Fire
Disc 2: 1. Confusion; 2. ManUNkind; 3. Here Comes Revenge; 4. Am I Savage?; 5. Murder One; 6. Spit Out the Bone

Skład: James Hetfield - wokal i gitara; Kirk Hammett - gitara, dodatkowy wokal; Robert Trujillo - bass, dodatkowy wokal; Lars Ulrich - perkusja
Producent: Greg Fidelman, James Hetfield i Lars Ulrich


16 listopada 2016

[Recenzja] Stone the Crows - "Ode to John Law" (1970)



Wszystko, czego brakowało debiutanckiemu albumowi Stone the Crows, z nawiązką znalazło się na jego następcy, "Ode to John Law". Muzycy w końcu mogą zaprezentować na co naprawdę ich stać, w pełnych energii, prawdziwie bluesrockowych - a momentami wręcz hardrockowych - kawałkach. Tym razem nie zaczynają od rozlazłej ballady, a czadowym "Sad Mary". Już od pierwszych sekund słyszymy świetną współpracę gitarzysty, klawiszowca i sekcji rytmicznej, do których dopiero ponad minutę później dołącza ekspresyjny wokal Maggie Bell. Partie instrumentalistów nie są może szczególnie wirtuozerskie, ale ich interakcja naprawdę porywa. Struktura utworu nie jest wcale tak oczywista, jak mogłoby się wydawać - uwagę zwracają zwłaszcza intrygujące zwolnienia o psychodelicznym klimacie. Ten psychodeliczny nastrój jeszcze bardziej uaktywnia się w dwóch kolejnych utworach, "Friend" i "Love 74", oraz w tytułowym "Ode to John Law". Wszystkie wypadają niezwykle intrygująco, przyciągają uwagę swoją intensywnością i klimatem.

Ale "Ode to John Law" nie jest albumem jednowymiarowym. Pozostałe utwory mają odmienny charakter. "Mad Dogs and Englishmen" to prosty rockowy kawałek, o pogodnym klimacie i wręcz tanecznej rytmice. "Things Are Getting Better" - w skróconej wersji wydany na singlu - to ballada z wysuniętymi na pierwszy plan brzmieniami klawiszowymi, ogólnie całkiem zgrabna, z wyjątkiem banalnego refrenu, irytującego powtarzanym w nieskończoność tytułem. Zdecydowanie lepiej prezentuje się druga ballada - mroczniejsza, przepełniona bluesowym smutkiem "Danger Zone". Rewelacyjnie wypada wokalna interpretacja Bell, a instrumentaliści umiejętnie budują napięcie. Utwory tego typu zawsze robią na mnie ogromne wrażenie, mimo swojej przewidywalności i braku oryginalności - bo i nie o to w nich chodzi, a o wytworzenie odpowiedniego nastroju i zaangażowanie, poruszenie słuchacza.

Nie ma się co rozpisywać - "Ode to John Law" to po prostu świetny album. Na pewno najlepszy w skromnej dyskografii Szkotów i właśnie od niego najlepiej zacząć ją poznawać. Nie wszystkie utwory trzymają równie wysoki poziom, ale te najlepsze zdecydowanie wystają ponad bluesrockową średnią. Pozycja warta uwagi, a dla fanów stylu - mus.

Ocena: 8/10



Stone the Crows - "Ode to John Law" (1970)

1. Sad Mary; 2. Friend; 3. Love 74; 4. Mad Dogs and Englishmen; 5. Things Are Getting Better; 6. Ode to John Law; 7. Danger Zone

Skład: Maggie Bell - wokal; Les Harvey - gitara; Jimmy Dewar - bass, wokal; Colin Allen - perkusja i instr. perkusyjne; John McGinnis - instr. klawiszowe
Producent: Mark London


15 listopada 2016

[Recenzja] Santana - "Abraxas" (1970)



Drugi album grupy Santana rozwija stylistykę znaną z debiutu - połączenie rocka, muzyki latynoskiej i jazzu. Na "Abraxas" wpływy latynoskie zostały zdecydowanie wysunięte na pierwszy plan, ale muzycy nie rezygnują całkiem z eklektyzmu. Gregg Rolie zadbał, aby nie zabrakło tu hard rocka, który pojawia się przede wszystkim w postaci dwóch skomponowanych przez niego utworów - naprawdę dobrego "Mother's Daughter" i jeszcze bardziej udanego "Hope You're Feeling Better". Oba wyróżniają się dobrymi melodiami, fantastycznymi partiami organów elektrycznych Roliego, oraz zadziornymi solówkami Carlosa Santany. Ciężko brzmi także pierwsza połowa instrumentalnego "Incident at Neshabur" (autorstwa Santany i Alberto Gianquinto, który zagrał tu gościnnie na pianinie), cechująca się porywającymi "dialogami" gitary i organów, oraz intensywną grą rozbudowanej sekcji rytmicznej. Ogólnie jednak utwór ten ma bardziej jazzowy charakter, co uwidacznia się zwłaszcza w jego drugiej, spokojniejszej połowie.

Na albumie znalazły się jeszcze dwa instrumentalne utwory. Otwierający całość "Singing Winds, Crying Beasts", napisany przez Michaela Carabello, to jeden z najbardziej odjechanych utworów we wczesnym dorobku Santany. Jazzujące partie pianina i pianina elektrycznego, transowa linia basu, klimatyczne zagrywki gitary i mnóstwo delikatnych ozdobników perkusyjnych tworzą tutaj naprawdę intrygujący nastrój. Natomiast "Samba Pa Ti", autorstwa samego Santany, to przede wszystkim jego gitarowy popis - cudownie rozwijająca się gitarowa solówka, z początku bardzo subtelna, ale stopniowo nabierająca rockowej zadziorności.

Muzycy znów wzięli na warsztat cudze kompozycje. "Black Magic Woman" z repertuaru Fleetwood Mac zadziwiająco dobrze wypada w "zlatynizowanej" wersji - wolniejszej, z bogato zaaranżowanymi perkusjonaliami. Bluesowy klimat pozostał jednak w solówkach Santany. Dodatkowym smaczkiem jest wplecenie fragmentów kompozycji "Gypsy Queen" węgierskiego gitarzysty jazzowego Gábora Szabó. Utwór okazał się znacznie większym przebojem, niż singiel Fleetwood Mac. Muzycy sięgnęli także po latynoski przebój "Oye Como Va" Tito Puente'a, który dzięki partii gitary nabrał bardziej rockowego charakteru. To jeden z trzech utworów na albumie z hiszpańskojęzycznym tekstem. Pozostałe dwa to "Se a Cabo" i "El Nicoya", oba autorstwa José'a Areasa. Choć akurat w nich teksty nie odgrywają istotnej roli (ten z "Se a Cabo" ogranicza się do czterokrotnego powtórzenia tytułu). Oba są przede wszystkim popisem perkusistów - pierwszy bardzo intensywny, drugi stonowany, oparty na plemiennym rytmie.

"Abraxas" to kolejny bardzo dobry album Santany, pod pewnymi względami lepszy i bardziej dojrzały od debiutu (szczególnie pod względem wykonawczym i kompozytorskim), ale z drugiej strony niespecjalnie trafiają do mnie te najbardziej latynoskie fragmenty, czyli "Oye Como Va" i "El Nicoya". 

Ocena: 8/10



Santana - "Abraxas" (1970)

1. Singing Winds, Crying Beasts; 2. Black Magic Woman / Gypsy Queen; 3. Oye Como Va; 4. Incident at Neshabur; 5. Se a Cabo; 6. Mother's Daughter; 7. Samba Pa Ti; 8. Hope You're Feeling Better; 9. El Nicoya

Skład: Gregg Rolie - wokal i instr. klawiszowe; Carlos Santana - gitara, dodatkowy wokal; David Brown - bass; Michael Shrieve - perkusja; José Areas - instr. perkusyjne; Michael Carabello - instr. perkusyjne
Gościnnie: Alberto Gianquinto - pianino (4); Rico Reyes - instr. perkusyjne, dodatkowy wokal; Steven Saphore - tabla
Producent: Fred Catero i Carlos Santana


13 listopada 2016

[Recenzja] The Soft Machine - "The Soft Machine" (1968)



Soft Machine to jeden z najbardziej oryginalnych i intrygujących zespołów w historii muzyki rockowej. Niestety, przez liczne zmiany składu, grupa nigdy nie wypracowała sobie stałego brzmienia - każdy album utrzymany jest w nieco innej stylistyce, choć oczywiście nie brakuje na nich wspólnego pierwiastka. Soft Machine powstał w 1966 roku, jako kwintet składający się ze śpiewającego perkusisty Roberta Wyatta, śpiewającego basisty Kevina Ayersa, organisty Mike'a Ratledge'a, oraz gitarzystów Larry'ego Nowlina i Daevida Allena. Nowlin odszedł po ledwie kilku koncertach, a pod koniec 1967 roku z zespołem musiał rozstać się także Allen - Australijczyk z pochodzenia, który po serii francuskich koncertów zespołu nie został ponownie wpuszczony do Wielkiej Brytanii (w rezultacie udał się do Paryża, gdzie stworzył grupę Gong). Pozostali muzycy postanowili kontynuować działalność jako trio.

W takim też składzie zarejestrowany został debiutancki album, "The Soft Machine". Sesja nagraniowa nie przebiegała gładko. Muzycy nie mogli liczyć na wsparcie pełniącego rolę producenta Toma Wilsona, któremu ponoć nie podobała się grana przez zespół muzyka, więc praktycznie nie angażował się w nagrania. Nie bez znaczenia był też pewnie fakt, że zespół nie miał spójnej wizji albumu - zafascynowali jazzem Wyatt i Ratledge chcieli pójść w takim kierunku, podczas gdy Ayersowi odpowiadało granie rocka psychodelicznego i nie był chętny zmianie stylu. Mimo że basista był w mniejszości, termin "rock psychodeliczny" najlepiej oddaje zawartość debiutu Soft Machine. Jest to jednak dość eksperymentalna odmiana psychodelii, ze słyszalnym wpływem jazzu. Efektem różnic artystycznych muzyków było odejście Ayersa wkrótce po wydaniu debiutu. Jego miejsce zajął Hugh Hopper, który zresztą wsparł zespół już na tym albumie - głównie jako kompozytor, a w jednym utworze jako basista.

Album teoretycznie składa się z trzynastu utworów, ale większość z nich została połączona ze sobą w taki sposób, że w praktyce otrzymujemy trzy mniej lub bardziej rozbudowane "mini-suity". Pierwsza z nich rozpoczyna się od dynamicznego "Hope for Happiness", napędzanego mocną sekcją rytmiczną (ze świetnie pulsującym basem), charakteryzującego się wieloma nakładkami wokalnymi i partią organów początkowo schowaną w tle, ale stopniową wychodzącą na pierwszy plan. Kawałek płynnie przechodzi w instrumentalny "Joy of a Toy" (wydany na promującym album singlu - jednym z nielicznych karierze grupy), utrzymany w bardziej stonowanym charakterze, choć pod koniec nabierający większej intensywności, prowadząc do repryzy "Hope for Happiness". Druga "suita" także składa się z trzech "segmentów" - piosenkowego "Why Am I So Short?" i bardzo ładnej, subtelnej ballady "A Certain Kid" (zakończonej długą kodą organową), połączonych ponad siedmiominutowym, w większości instrumentalnym "So Boot If At All", najlepiej pokazującym improwizacyjne umiejętności muzyków i ich zdolność do zespołowej interakcji.

Trzecia "suita" wypełnia całą drugą stronę winylowego wydania albumu i składa się aż z siedmiu "segmentów". Rozpoczyna się od dość ciężkiego "Save Yourself", który mimo skomplikowanej gry muzyków, jest całkiem przebojowy. W instrumentalnym przerywniku "Priscilla" gęsta partia basu kontrastuje z oszczędną, jazzową partią perkusji i ładnym organowym tłem. "Lullabye Letter" to kolejny bardziej przebojowy kawałek, z porywającą grą instrumentalistów, zdających się "walczyć" ze sobą o pierwszeństwo. Energetyczny "We Did It Again", z basowym motywem przypominającym riff "You Really Got Me" The Kinks i powtarzanym jak mantra tytułem, na koncertach rozrastał się nawet do trzech kwadransów, choć w wersji albumowej trwa niespełna cztery minuty. "Plus Belle qu'une Poubelle" to jeszcze jeden krótki instrumental, z pierwszoplanową rolą basu, stanowiący wstęp do melodyjnego "Why Are We Sleeping?", wyróżniającego się mówią partią wokalną w zwrotkach. Finał albumu, "Box 25/4 Lid", to właściwie niemal solowe nagranie Hugha Hoppera, powtarzającego kilkakrotnie prosty motyw na przesterowanym basie.

Debiut Soft Machine zdecydowanie wyróżnia się na tle dokonań innych ówczesnych grup psychodelicznych. Muzycy zaprezentowali niezwykle oryginalną i inspirującą odmianę stylu, zarazem pokazując bardzo wysoki warsztat wykonawczy. Ale nie jest to muzyka dla każdego. Choć jest to najłatwiejszy w odbiorze album Soft Machine, to nie brakuje tutaj niekonwencjonalnych rozwiązań, skomplikowanych i momentami po prostu dziwnych. Na pewno jednak warto go posłuchać i samemu ocenić.

Ocena: 8/10



The Soft Machine - "The Soft Machine" (1968)

1. Hope for Happiness; 2. Joy of a Toy; 3. Hope for Happines (Reprise); 4. Why Am I So Short?; 5. So Boot If At All; 6. A Certain Kind; 7. Save Yourself; 8. Priscilla; 9. Lullabye Letter; 10. We Did It Again; 11. Plus Belle qu'une Poubelle; 12. Why Are We Sleeping?; 13. Box 25/4 Lid

Skład: Robert Wyatt - wokal, perkusja; Kevin Ayers - bass, pianino (5), wokal (10,12), dodatkowy wokal; Mike Ratledge - organy, pianino (13)
Gościnnie: Hugh Hopper - bass (13); Jeanette Jacobs, Barbara Morillo, Eleanor Barooshian - dodatkowy wokal (12)
Producent: Chas Chandler i Tom Wilson


10 listopada 2016

[Recenzja] Glenn Hughes - "Resonate" (2016)



Glenn Hughes to ważna postać w świecie hard rocka. Wystarczy przypomnieć, że przewinął się przez składy Deep Purple i Black Sabbath (tak naprawdę wystąpił na solowym albumie Tony'ego Iommiego, ale wytwórnia uparła się, aby wydać go pod szyldem Black Sabbath). Jako solista zadebiutował już w 1977 roku, longplayem "Play Me Out" - w całości utrzymanym w funkowo-soulowych klimatach, jednak naprawdę udanym. Ale jego solowa kariera nabrała rozpędu dopiero na początku lat 90., gdy zaczął regularnie wydawać albumy sygnowane swoim nazwiskiem. W ostatnich latach wrócił jednak do nagrywania z zespołami - Black Country Communion (z którym ponoć właśnie pracuje nad czwartym longplayem) i California Breed. "Resonate" jest jego pierwszym solowym albumem od ośmiu lat i wydanego wówczas "First Underground Nuclear Kitchen".

Hughes na "Resonate" nie unika nawiązań do swojej muzycznej przeszłości. Wyjątkowo często - jak na współcześnie nagrany album - pojawiają się tutaj organy Hammonda, wywołujące natychmiastowe skojarzenia z Deep Purple - vide "Heavy", "God of Money", czy najbardziej purpurowy "Steady". Z drugiej strony, brzmienie jest bardzo współczesne. Takie utwory, jak "Flow", "Let It Shine", "Stumble & Go" i przede wszystkim "How Long", przypominają raczej Soundgarden, niż Deep Purple lub Black Sabbath. Skojarzenie to pogłębia obecna barwa głosu i sposób śpiewania Glenna, przypominające Chrisa Cornella. Wspomniane dotąd utwory charakteryzują się sporą dynamiką i ciężarem (często kontrastowanym łagodniejszymi momentami), nie brakuje w nich przyzwoitych riffów i solówek, a pod względem melodycznym są całkiem zgrabne. W skrócie - nic wybitnego, ani szczególnie porywającego, ale słucha się tego przyjemnie.

Na albumie znalazło się też kilka odmiennych stylistycznie nagrań. "Landmines" przypomina o uwielbieniu Hughesa dla funku - jest tu świetne organowe tło, fajna taneczna partia gitary i interesująco wykorzystany efekt talkbox podczas solówki. Niestety, melodia refrenu wypada trochę banalnie. Są też ballady: "When I Fall", z fantastyczną partią organów i koszmarnie przesłodzonym refrenem, oraz "Long Time Gone", łącząca fragmenty akustyczne z rockowymi zaostrzeniami. Rozszerzone wydanie albumu zawiera jeszcze jedną balladę - "Nothing's the Same", oryginalnie nagraną przez Gary'ego Moore'a. W porównaniu z przesłodzonym pierwowzorem, tutejsze wykonanie jest oszczędniejsze i bardziej poruszające. Hughes śpiewa tu w bardzo uduchowiony sposób (znany chociażby z purplowskiego "This Time Around"), a akompaniament stanowi prześliczna, klasycyzująca partia gitary akustycznej i lekkie pociągnięcia wiolonczeli. Bardzo piękny hołd dla Moore'a (z którym Hughes niegdyś współpracował) i zarazem najlepszy fragment "Resonate".

Glenn Hughes udowodnił, że należy do tych nielicznych rockowych legend, które wciąż potrafią stworzyć coś na poziomie. Oczywiście nie jest to poziom największych osiągnięć Hughesa z przeszłości, ale w porównaniu chociażby z chałturą jaką jest obecne Deep Purple, "Resonate" to naprawdę udany album. To jedno z nielicznych pozytywnych muzycznych zaskoczeń mijającego roku.

Ocena: 7/10



Glenn Hughes - "Resonate" (2016)

1. Heavy; 2. My Town; 3. Flow; 4. Let It Shine; 5. Steady; 6. God of Money; 7. How Long; 8. When I Fall; 9. Landmines; 10. Stumble & Go; 11. Long Time Gone; 12. Nothing's the Same

Skład: Glenn Hughes - wokal, bass, gitara; Søren Andersen - gitara; Pontus Engborg - perkusja (2-10); Lachy Doley - instr. klawiszowe
Gościnnie: Chad Smith - perkusja (1,11); Luis Maldonado - gitara (12); Anna Maldonado - wiolonczela (12)
Producent: Glenn Hughes i Søren Andersen


9 listopada 2016

[Recenzja] John Mayall - "Thru the Years" (1971)



"Thru the Years" to kolejna kompilacja zbierająca niealbumowe nagrania Johna Mayalla. Doskonale uzupełniająca się z wydaną dwa lata wcześniej "Looking Back" - to, czego tam brakowało, znalazło się tutaj. Ponad połowa utworów została nagrana w okresie drugiego albumu Bluesbreakers, "A Hard Road", a więc w składzie z Peterem Greenem, Johnem McVie i Aynsleyem Dunbarem. Co ciekawe, w części z nich nie wystąpił... Mayall. Znalazły się wśród nich dwa świetne instrumentale - łagodny, jazzujący "Greeny" i ostry, wręcz hardrockowy "Curly", oba z rewelacyjnymi popisami Greena - a także dwa utwory śpiewane przez gitarzystę - napisany przez niego, bardzo chwytliwy "Missing You", oraz stonowany blues "Alabama Blues" z repertuaru J.B. Lenoira. W pełnym składzie zarejestrowane zostały natomiast: bardzo energetyczne, przebojowe "Mama, Talk to Your Daughter" (kolejny utwór autorstwa Lenoira) i "Your Funeral and My Trial" (z repertuaru Sonny'ego Boya Willimansona II), a także wspaniała bluesowa ballada "Out of Reach" (z wokalem Greena i jego rewelacyjnymi solówkami), oraz dość ciężki - jak na 1967 rok - "Please Don't Tell".

Późniejszy okres, z Mickiem Taylorem jako gitarzystą, reprezentowany jest trzema utworami. Przebojowy "Suspicions (Part One)" i porywający instrumental "Knockers Step Forward" wyróżniają się obecnością jazzującej sekcji dętej, ale zachowują rockowy charakter dzięki fantastycznym solówkom Taylora. "Hide and Seek" to natomiast stricte bluesrockowy kawałek (znów ze świetnym popisem Micka), a więc nietypowy dla tego składu, który ciągnął w stronę jazzu (współtworzyli go trzej późniejsi członkowie jazzrockowego Colosseum - basista Tony Reeves, perkusista Jon Hiseman i, akurat w tym utworze niewystępujący, saksofonista Dick Heckstall-Smith). Na "Thru the Years" cofamy się także do czasów przed powstaniem Bluesbreakers. Sporym zaskoczeniem mogą być pierwsze single Mayalla, "Crawling Up a Hill" i "Crocodile Walk", bliższe twórczości, powiedzmy, The Animals (choć lepsze pod względem melodycznym), niż kojarzonego z artystą blues rocka. Podobne naleciałości słychać także w "My Baby Is Sweeter", choć tu już jest nieco bardziej bluesowo. Te trzy utwory to takie ciekawostki dla fanów, ale całkiem interesujące.

"Thru the Years" to naprawdę świetny zbiór utworów, które zazwyczaj w niczym nie ustępują tym z regularnych albumów, a część z nich prezentuje nawet wyższy poziom. Poza tym jest to prawdopodobnie najbardziej przebojowe ze wszystkich wydawnictw Johna Mayalla - tyle tu świetnych melodii. Choć więc jest to "tylko" składanka, to stanowi ona obowiązkową pozycję w kolekcji każdego fana brytyjskiego bluesa (najlepiej razem z uzupełniającym "Looking Back").

Ocena: 9/10



John Mayall - "Thru the Years" (1971)

1. Crocodile Walk; 2. My Baby Is Sweeter; 3. Crawling Up a Hill; 4. Mama, Talk to Your Daughter; 5. Alabama Blues; 6. Out of Reach; 7. Greeny; 8. Curly; 9. Missing You; 10. Please Don't Tell; 11. Your Funeral and My Trial; 12. Suspicions (Part One); 13. Knockers Step Forward; 14. Hide and Seek

Skład: John Mayall - wokal, gitara, instr. klawiszowe i harmonijka (1-4,6,10-14); Roger Dean - gitara (1,2); John McVie - bass (1-11); Hughie Flint - perkusja (1,2); Bernie Watson - gitara (3); Martin Hart - perkusja (3);  Peter Green - gitara (4-11), wokal (5,6,9), harmonijka (9); Aynsley Dunbar - perkusja (4-11); Mick Taylor - gitara (12-14); Paul Williams - bass (12); Keef Hartley - perkusja (12); Dick Heckstall-Smith - saksofon (12,13); Chris Mercer - saksofon (12,13); Tony Reeves - bass (13,14); Jon Hiseman - perkusja (13,14); Henry Lowther - trąbka (13)
Producent: John Mayall i Mike Vernon


8 listopada 2016

[Recenzja] Santana - "Santana" (1969)



Słynny festiwal Woodstock z 1969 roku był wielkim wydarzeniem ze względu na występy wielkich gwiazd, jak Jimi Hendrix, The Who, Creedence Clearwater Revival, Janis Joplin, czy Jefferson Airplane. Dla wielu innych, mniej znanych wykonawców wystąpienie na nim było natomiast przepustką do kariery - żeby wspomnieć tylko o Ten Years After, czy praktycznie nieznanej wcześniej grupie Santana (założonej dwa lata wcześniej w San Francisco przez meksykańskiego gitarzystę Carlosa Santanę). Dzięki uporowi jej menadżera, Billa Grahama, organizatorzy festiwalu zgodzili się na występ zespołu, który nie wydał jeszcze żadnego albumu. Trwający ledwie trzy kwadranse występ okazał się jednym z ciekawszych momentów festiwalu - twórczość grupy, lubującej się w instrumentalnych kompozycjach o znaczących wpływach muzyki latynoskiej, afrykańskiej i jazzu, była czymś niezwykle oryginalnym i świeżym, zupełnie innym od tego, co zaprezentowali inni wykonawcy.

Ledwie kilka dni po występie na Woodstocku do sklepów trafił debiutancki album zespołu, "Santana" (zarejestrowany już w maju tego samego roku). Zgodnie z sugestią Grahama, muzycy zgodzili się umieścić na nim kilka bardziej konwencjonalnych, rockowych utworów, wzbogaconych partiami wokalnymi w wykonaniu klawiszowca Gregga Rolie'ego. W rozpędzonym "Persuasion" i chwytliwym "You Just Don't Care" zespół nawiązuje do ówczesnych bluesowo-hardrockowych standardów - mocna, zwarta gra sekcji rytmicznej, zadziorne partie gitary i charakterystyczne dla tego typu muzyki brzmienie organów Hammonda. Ale już w "Shades of Time" - łagodniejszym, choć także energetycznym kawałku - muzycy pokazują swój własny styl, oparty na bogatych brzmieniach perkusyjnych (poza głównym perkusistą Michaelem Shrieve w zespole było także dwóch muzyków grających na perkusjonaliach) i smukłych gitarowych zagrywkach Carlosa Santany. W tym samym stylu utrzymana jest także przeróbka "Evil Ways" z repertuaru Williego Bobo - wydana na drugim singlu promującym album, a zarazem pierwszy przebój zespołu.

Pierwszym singlem także była cudza kompozycja, "Jingo", napisana i po raz pierwszy wykonana przez nigerskiego perkusistę Babatunde'a Olatunjia. W oryginale były tylko perkusjonalia i wokaliza, która w tutejszej wersji została (na szczęście) nieco zredukowana - zamiast tego dodano gitarowe solówki, organowe tło i głęboką partię basu. Pozostałe kompozycje to już wspomniane instrumentalne granie, w jakim zespół czuł się najlepiej. Luźne, jamowe struktury pozwalają muzykom w pełni rozwinąć skrzydła i zaprezentować swoje umiejętności. "Waiting" bardzo dobrze wprowadza w charakterystyczny, latynoski klimat całości. Intensywny "Savor" wyróżnia się brakiem gitary - perkusjonalia i organy wystarczająco wypełniają całą przestrzeń. W "Treat" najbardziej dają o sobie znać jazzowe inspiracje; Rolie wyjątkowo rezygnuje z elektrycznych organów na rzecz pianina. Największą perłą jest jednak finałowy "Soul Sacrifice", który przeszedł do historii za sprawą porywającego wykonania na Woodstocku. Albumowa wersja też robi wrażenie - słyszymy tu fantastyczny "dialog" gitary i organów, jednak i perkusiści nie dają o sobie zapomnieć ani przez chwilę. Utwór płynie nieśpiesznie przez ponad sześć minut, ale w ogóle tego czasu się nie odczuwa - a wręcz pozostaje pewien niedosyt.

Trochę może dziwić, że na albumie sygnowanym nazwą Santana, Carlos Santana często zdaje się pełnić drugoplanową rolę, ustępując miejsca Greggowi Rolie'emu i perkusistom. Według mnie jest to jednak wielką zaletą tego longplaya i innych wczesnych wydawnictw gitarzysty i jego grupy - zawsze bardziej cenię zespołową interakcję wszystkich instrumentalistów, niż popis jednego muzyka z jak najbardziej ograniczoną rolą akompaniatorów. To właśnie to - wraz z dobrymi kompozycjami - sprawia, że debiut Santany jest tak udany. Stanowi on naprawdę ciekawe i oryginalne - nie tylko w chwili wydania - połączenie rocka z "egzotycznymi" wpływami i odrobiną jazzu.

Ocena: 8/10



Santana - "Santana" (1969)

1. Waiting; 2. Evil Ways; 3. Shades of Time; 4. Savor; 5. Jingo; 6. Persuasion; 7. Treat; 8. You Just Don't Care; 9. Soul Sacrifice

Skład: Gregg Rolie - wokal i instr. klawiszowe; Carlos Santana - gitara, dodatkowy wokal; David Brown - bass; Michael Shrieve - perkusja; Michael Carabello - instr. perkusyjne; José Areas - instr. perkusyjne
Producent: Brent Dangerfield i Santana


3 listopada 2016

[Recenzja] Witchwood - "Handful of Stars" (2016)



"Handful of Stars" to jeszcze nie drugi pełnowymiarowy album włoskiego Witchwood. Raczej rodzaj suplementu do wydanego w zeszłym roku, debiutanckiego "Litanies from the Woods". Znalazły się tutaj utwory, których zespół nie wykorzystał na tamtym albumie ("Presentation: Under the Willow", "Like a Giant in a Cage", "A Grave is the River", "Mother"), dwa covery ("Flaming Telepaths" Blue Öyster Cult, "Rainbow Demon" Uriah Heep), oraz nowa wersja jednego utworu z debiutu, "Handful of Stars" (wzbogacona długim, klimatycznym wstępem na klawiszach). To w sumie trzy kwadranse muzyki, w większości premierowej. I, co najważniejsze, utrzymującej wysoki poziom "Litanies from the Woods".

"Presentation: Under the Willow" to tylko minutowe intro, ale nie z tych klimatycznych - mamy tu zadziorny gitarowy motyw, stopniowo nabierający intensywności, stanowiący tło do solówki na flecie. Prawdziwe atrakcje zaczynają się od "Like a Giant in a Cage", opartego na świetnym, klasycznie hardrockowym gitarowym riffie, podbitym partią organów. Klawisze przejmują pierwszoplanową rolę podczas balladowego zwolnienia, są tu też solówki na organach. Utwór ma więc dość progresywny charakter, lecz w ostrzejszych fragmentach brzmi całkiem przebojowo. W podobnym stylu utrzymany jest także "A Grave is the River", także pełen dynamicznych kontrastów i długich fragmentów instrumentalnych, ze świetnie uzupełniającymi się partiami gitar i organów. Dla odmiany "Mother" pokazuje łagodniejsze oblicze grupy, o folkowym klimacie, tworzonym za pomocą gitary akustycznej, mandoliny i fletu. Zaostrzona wersja "Flaming Telepaths" zachowuje przebojowy charakter oryginału; ponadto muzykom Witchwood udało się lepiej wykorzystać brzmienia klawiszowe, dzięki czemu nie brzmią tak kiczowato, jak w pierwowzorze. Z kolei w "Rainbow Demon" dobrze udało odtworzyć się klimat tego utworu.

"Handful of Stars" potwierdza, że Witchwood jest jednym z najciekawszych nowych zespołów i zaostrza apetyt na kolejne wydawnictwa grupy. Pod pewnym względem przewyższa też debiut, który był przeładowany muzyką, a nie wszystkie utwory trzymały równy poziom. "Handful of Stars" trwa niemal o połowę krócej i nie ma nim żadnych spadków jakości (może poza intrem). Mam nadzieję, że w przyszłości muzycy będą trzymać się takiego "winylowego" czasu trwania albumów. 

Ocena: 8/10



Witchwood - "Handful of Stars" (2016)

1. Presentation: Under the Willow; 2. Like a Giant in a Cage; 3. A Grave is the River; 4. Mother; 5. Flaming Telepaths; 6. Rainbow Demon; 7. Handful of Stars

Skład: Riccardo Dal Pane - wokal, gitara, mandolina, instr. perkusyjne; Antonino Stella - gitara; Luca Celotti - bass; Andrea Palli - perkusja i instr. perkusyjne; Stefano Olivi - instr. klawiszowe; Samuele Tesori - flet, harmonijka
Producent: ?


2 listopada 2016

[Recenzja] The Butterfield Blues Band - "The Resurrection of Pigboy Crabshaw" (1967)



Kilka tygodni temu w końcu udało mi się zdobyć winylowe wydanie genialnego albumu "East-West" The Butterfield Blues Band. Bezwzględnie należy on do ścisłej czołówki najlepszych albumów bluesrockowych - choć zamknięcie go w tej szufladce jest mocno krzywdzące, bo zawarta na nim muzyka daleko wykracza poza ten styl, a eksperymenty muzyków wyprzedziły swój czas. Ówczesny skład grupy, z rewelacyjnym gitarzystą Michaelem Bloomfieldem, miał w sobie coś wyjątkowego. Niestety, "East-West" okazał się ostatnim wydawnictwem zespołu w tej konfiguracji personalnej. Po jego wydaniu odszedł zarówno Bloomfield, jak i sekcja rytmiczna - Jerome Arnold i Billy Davenport. Pozostali muzycy przegrupowali szyki - Elvin Bishop przekwalifikował się z gitarzysty rytmicznego na solowego - oraz przyjęli kilku nowych członków: basistę Bugsy'ego Maugha i perkusistę Phila Wilsona, a także trzyosobową sekcję dętą.

Nowy skład The Butterfield Blues Band zrezygnował z rozbudowanych jamów zahaczających o jazz i psychodelię, na rzecz prostszego, bardziej przebojowego grania. Sekcja dęta nadaje utworom rhythm & bluesowego charakteru, a jej obecność została mocno uwypuklona w miksie. Więszosć utworów została zmiksowana w dość nietypowy sposób - wokal po środku, dęciaki w prawym kanale, a pozostałe instrumenty w lewym. Na dłuższą metę te wszystkie saksofony i trąbki stają się trochę męczące. Całkowicie zdominowały brzmienie albumu, spychając na dalszy plan harmonijkę Paula Butterfielda i klawisze Marka Naftalina. Na szczęście nie można narzekać na brak gitary Elvina Bishopa, którego zagrywki i solówki nie są może aż tak porywające jak popisy Bloomfielda, ale poza tym nie można im nic zarzucić. Cieszy także uwypuklenie w miksie sekcji rytmicznej.

Na repertuar albumu złożyły się głównie kompozycje innych wykonawców. Nie zabrakło wśród nich popularnych bluesowych standardów - na czele z "Born Under a Bad Sign" Alberta Kinga i "Double Trouble" Otisa Rusha - ale muzycy sięgnęli też po coś bardziej zaskakującego - soulowy przebój "One More Heartache" oryginalnie wykonany przez Marvina Gaye'a. Utwór rozpoczyna album i jest to naprawdę świetne otwarcie - dynamiczny, przebojowy kawałek, oparty na fantastycznej linii basu. Zdecydowanie jeden z najbardziej porywających fragmentów całości. Udanych momentów tu jednak nie brakuje. Jednym z najciekawszych jest także "Driftin' and Driftin'" (z repertuaru Johnny Moore's Three Blazers) - dziewięciominutowy wolny blues, z długimi popisami Butterfielda, Bishopa i Naftalina. We wspomnianym "Double Trouble" jest natomiast rewelacyjne budowanie napięcia i klimatu, w ten charakterystyczny dla bluesowych ballad sposób. Warto też zwrócić uwagę na oba autorskie utwory - jazzujący "Run Out of Time", bardzo przypominający twórczość Colosseum (wówczas jeszcze nieistniejącego), oraz najbardziej chwytliwy na albumie "Droppin' Out", w którym sekcja dęta wyjątkowo schodzi na dalszy plan.

Muszę przyznać, że "The Resurrection of Pigboy Crabshaw" bardzo mi się podoba. Nie ma tu tego dotknięcia geniuszu, cechującego "East-West", jest natomiast kawał naprawdę dobrego rhythm & bluesa. Właściwie nie ma tu słabych momentów. Tylko ta sekcja dęta mogłaby być trochę mniej nachalna. Bo choć lubię takie brzmienia, to w takim natężeniu mnie męczą. Gdyby tak w kilku utworach całkowicie zrezygnować z dęciaków, album sprawiałby wrażenie bardziej różnorodnego, a wtedy słuchałby się go jeszcze lepiej.

Ocena: 8/10



The Butterfield Blues Band - "The Resurrection of Pigboy Crabshaw" (1967)

1. One More Heartache; 2. Driftin' and Driftin'; 3. I Pity the Fool; 4. Born Under a Bad Sign; 5. Run Out of Time; 6. Double Trouble; 7. Drivin' Wheel; 8. Droppin' Out; 9. Tollin' Bells

Skład: Paul Butterfield - wokal, harmonijka; Elvin Bishop - gitara; Bugsy Maugh - bass, wokal (7); Phil Wilson - perkusja i instr. perkusyjne; Mark Naftalin - instr. klawiszowe; Gene Dinwiddie - saksofon; David Sanborn - saksofon; Keith Johnson - trąbka
Producent: John Court