10 października 2016

[Recenzja] Van Halen - "Van Halen" (1978)



Debiutancki album Van Halen odegrał istotną rolę w rozwoju muzyki hardrockowej i jej przeistoczeniu się w heavy metal. Wydany pod koniec lat 70., w czasie kryzysu ciężkiego grania, był czymś niewątpliwie świeżym i dość oryginalnym. Struktury kompozycji są tu bardzo proste, podobnie jak gra sekcji rytmicznej, a rytmiczne partie gitary też nie są specjalnie wyrafinowane. Zupełnie inaczej wygląda sprawa z gitarowymi solówkami Eddiego Van Halena, które grane są z niesamowitą prędkością i precyzją, w niespotykany wcześniej sposób, który zrewolucjonizował ciężki rock niemal w równy sposób, co dekadę wcześniej popisy Jimiego Hendrixa. Aranżacyjna prostota i surowość (tylko gitara, bas, perkusja i szorstki wokal Davida Lee Rotha) kontrastuje także z wypolerowanym, wręcz sterylnym brzmieniem - jakże dalekim od innych ówczesnych produkcji, charakterystycznym natomiast dla kolejnej dekady.

Album "Van Halen" zawiera kilka najbardziej znanych utworów z dorobku zespołu: przebojowe, energetyczne "Runnin' with the Devil" i "Ain't Talkin' 'Bout Love" (drugi z nich opiera się na naprawdę fantastycznym riffie), znacznie cięższą od oryginału, ale bardzo chwytliwą wersję "You Really Got Me" z repertuaru The Kinks, a także kultowy "Eruption", czyli niespełna dwuminutowy solowy popis Eddiego Van Halena, pokazujący jego umiejętności, ale moim zdaniem zupełnie bezcelowy (solówki mają sens jako część utworu, osobno nie mają żadnego uzasadnienia). Właśnie te cztery utwory rozpoczynają album i zarazem wypełniają większość pierwszej strony winylowego wydania. Poza nimi trafił na nią jeszcze mniej wyrazisty "I'm the One", zwracający uwagę tylko dzięki krótkiej wodewilowej wstawce, śpiewanej grupowo a cappella. Skojarzenia z Queen są jak najbardziej na miejscu.

Druga strona albumu nie wypada już tak dobrze, jak pierwsza. Pojawia się tutaj trochę banalnego grania, w postaci przesłodzonego "Feel Your Love Tonight" i kojarzącego się z Aerosmith "Jamie's Cryin'". Z kolei przeróbkę "Ice Cream Man" chicagowskiego bluesmana Johna Brima - wzbogaconą gitarą akustyczną i zachowującą bluesowy charakter - należy traktować wyłącznie jako żart. Nie zrozumcie mnie źle - to przyjemny utwór, ale nijak nie pasujący do reszty albumu. Dobre wrażenie robią ciężkie, rozpędzone "Atomic Punk" i "On Fire". Ten drugi to już właściwie stricte heavymetalowy kawałek - te solówki Van Halena i przeszywające falsety Rotha to przecież kanon stylu. Najjaśniejszym punktem drugiej strony jest jednak bardziej stonowany, utrzymany w średnim tempie "Little Dreamer", w którym doskonale wyważono ciężar i melodyjność.

Debiut Van Halen spotkał się z bardzo dobrym przyjęciem wśród krytyków i fanów ciężkiego grania. Album przyniósł zespołowi tak wielki sukces i rozgłos, że już wkrótce po jego wydaniu muzycy dostąpili zaszczytu rozgrzewania publiczności przed występami samego Black Sabbath (i ponoć wypadali znacznie lepiej, co w sumie nie dziwi, biorąc pod uwagę ówczesną sytuację w grupie Tony'ego Iommiego). W ciągu niespełna trzydziestu lat longplay w samych Stanach rozszedł się w ilości przekraczającej dziesięć milionów egzemplarzy (zyskując tym samym status "diamentowej płyty"). To największy sukces komercyjny w historii Van Halen. 

Ocena: 7/10



Van Halen - "Van Halen" (1978)

1. Runnin' with the Devil; 2. Eruption; 3. You Really Got Me; 4. Ain't Talkin' 'Bout Love; 5. I'm the One; 6. Jamie's Cryin'; 7. Atomic Punk; 8. Feel Your Love Tonight; 9. Little Dreamer; 10. Ice Cream Man; 11. On Fire

Skład: David Lee Roth - wokal, gitara (10); Eddie Van Halen - gitara, dodatkowy wokal; Michael Anthony - bass, dodatkowy wokal; Alex Van Halen - perkusja
Producent: Ted Templeman


19 komentarzy:

  1. Z jednej strony da się tego słuchać, co w takiej stylistyce (powiedzmy: nie-klasycznego hard rocka) jest pewną niespodzianką, ale z drugiej nic specjalnie interesującego tutaj nie ma. Moim zdaniem ten album to strata czasu...

    OdpowiedzUsuń
  2. WOW nie spodziewałem się tutaj recenzji tego zespołu! Dla mnie płyta jest całkiem niezła ale bardzo nierówna. Zawiera jeden genialny numer: Ain't Talkin' 'Bout Love. Jak na tamte czasy to jest to niezwykle nowatorski utwór. Zresztą samo brzmienie gitary Eddiego jest absolutnie niespotykane jak na rok 1978. Tak nie grał wtedy nikt. Riff do tego numeru jest dla mnie jednym z najwspanialszych w dziejach rocka. W pełni podzielam zachwyty nad tym utworem. Ale płyta jest tylko niezła.

    OdpowiedzUsuń
  3. "Gdy album mi się nie podoba ale na świecie uważają go za klasyka - stawiam 7" nie spodziewałem się tu tej płyty, sam jej nie lubię, wkurza mnie głos tego typa i nie pasują mi zestrojone o pół tonu w dół gitary.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Albumom Aerosmith, uważanym w pewnych kręgach za klasyczne, dałem oceny w granicach 5-6 (ten z oceną 7 akurat na ogół jest oceniany niżej). "1987", uważany za najlepszy album Whitesnake, ma ocenę 5. To tylko przykłady z podobnej stylistyki. Gdybym recenzował Kiss, żaden album nie dostałby więcej niż 6. Debiut Van Halen na tle powyższych jednak prezentuje nieco wyższy poziom i są tu co najmniej dwa bardzo dobre utwory. Późniejszych albumów tak dobrze już bym nie ocenił, bez względu na to, jaki mają status "na świecie" (w tym wypadku też nie miało to znaczenia).

      Usuń
    2. + 7 dla "Appetite for Destruction", też podobne amerykańskie granie :)

      Usuń
  4. Dla mnie najlepszy album tej kapeli, obok dwójki i 1984.
    Coś nowego jak na tamte czasy, ale czuć starą szkołę.

    OdpowiedzUsuń
  5. Płyta-ikona. Jedna z najważniejszych w historii rocka. Eddie jest (był?) niesamowity, tylko nieraz pisał niezbyt dobre kompozycje pod swój talent.

    W ogóle bardzo lubię Van Halen z Rothem (do "1984" - ze szczególnym naciskiem na tę właśnie płytę). Era z Hagarem to już nie to samo (może z wyjątkiem "Balance").

    Będą kiedyś kolejne płytki VH na blogu?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mam takich planów. Po nudnej "dwójce" straciłem chęć zagłębiania się w kolejne albumy.

      Usuń
    2. Ale dwójka jeszcze będzie? ;) 1984 też warto zjechać w sumie... ;D

      Usuń
    3. Póki co, jest wiele lepszych rzeczy do opisania ;)

      Usuń
    4. "Women and Children First" i "Fair Warning" są nieco bardziej różnorodne od pierwszych dwóch.

      Usuń
  6. Ja bardzo lubię płytę For Unlawful Carnal Knowledge która jest chyba najbardziej równa i zawiera kilka bardzo dobrych numerów np. Right Now. Pozostałe płyty są w mojej ocenie słabe bądź średnie. Eddie z całym szacunkiem dla jego gry na gitarze jest kiepskim niestety kompozytorem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak - ta płytka ma świetny instrumental "316". Jednak "F.U.C.K." nie nazwałbym szczytowym osiągnięciem.

      Usuń
  7. 1. Paweł, jak ci się podoba głos Rotha?

    2. Same solówki są bezcelowe? Czyli to samo można powiedzieć "Anesthesia" Metallici, która ma podobną strukturę?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 1. Nie podoba się. Może i był dobrym frontmanem, ale wokalista kiepskim.

      2. Tak, są bezcelowe. A "Anesthesia", choć basowe solo odgrywa w nim kluczową rolę, to raczej instrumentalna kompozycja.

      Usuń
    2. Idąc dalej tym tropem to co sądzisz o grze Eddiego? Niby chwalisz go w recenzji ale może jednak coś więcej?

      Usuń
    3. Z tym chwaleniem to trochę przesada. Jedynie stwierdziłem fakt, że stworzył swój własny styl gry, który zainspirował niezliczoną rzeszę gitarzystów. Osobiście nie jestem wielbicielem tego typu grania, polegającego na tym, aby zmieścić jak najwięcej dźwięków w sekundzie. Lubię gitarzystów, którzy grają w bluesowy sposób - emocjonalnie, nie technicznie.

      Usuń
    4. Przyznam, że też nie jestem fanem gitarzystów, którzy grają w większości ekstraszybkie solówki - ale Eddie jest chyba wyjątkiem, jest coś specyficznego w jego grze, trudno to opisać. Moją ulubioną zawsze była jednak ta z "I'll Wait", naprawdę klimatyczna (jak na ten rodzaj muzyki).

      Usuń
  8. Szkoda, że nie będzie więcej recenzji płyt VH. Ze swej strony polecam przede wszystkim Women and Chindren First i For Unlawful Carnal Knowledge. Bardzo fajne granie.

    OdpowiedzUsuń