3 października 2016

[Recenzja] Kingdom Come - "Kingdom Come" (1988)



Dwa tygodnie temu pojawiła się tu recenzja albumu "Kingdom Come" Sir Lord Baltimore, przed tygodniem pisałem natomiast o Led Zeppelin. Nic dziwnego, że przypomniałem sobie o grupie Kingdom Come. Tej samej, o którą Gary Moore i Ozzy Osbourne wyśmiewali w utworze "Led Clones". Zespół ten postanowił bowiem wypełnić lukę, jaka powstała po rozpadzie Ołowianego Sterowca, grając muzykę jednoznacznie przywołującą zeppelinowe skojarzenia. Debiutancki album grupy daje niezły pogląd na to, jak Page, Plant i spółka mogliby grać pod koniec lat 80., gdyby nie pozostali obojętni na ówczesne, pudelmetalowe trendy, bo i takie wpływy są tutaj słyszalne (a przede wszystkim widoczne w image'u muzyków).

Zanim przejdę do opisu zawartości albumu, kilka słów o samym zespole. Został założony pod koniec lat 80. w Hamburgu przez iście międzynarodowy skład, w którym znalazło się dwóch szwabów - wokalista Lenny Wolf i gitarzysta Danny Stag - a także italiański basista Johnny B. Frank, oraz dwóch jankesów - gitarzysta Rick Steier i perkusista James Kottak (późniejszy wieloletni członek Scorpions, niedawno zastąpiony tam przez Mikkeya Dee z ostatniego składu Motörhead).

Gdy stacje radiowe zaczęły prezentować promujące album single - "Get It On" i "What Love Can Be" - wielu przypadkowych słuchaczy myślało, że to nowe nagrania Roberta Planta, a może nawet reaktywowanego Led Zeppelin. I ciężko się temu dziwić. Czadowy "Get It On" opiera się na typowo page'owym riffowaniu, sekcja rytmiczna gra równie charakterystycznie, brzmienia dopełniają orientalizujące klawisze, a Lenny Wolf doskonale imituje sposób śpiewania Planta, co w połączeniu z zbliżoną barwą głosu naprawdę może wprowadzić w błąd. Ballada "What Love Can Be" - bardzo zresztą ładna - też przynosi sporo zeppelinowych patentów, choć brzmi bardziej w stylu lat 80. Wolf znów nieźle podrabia Planta, nawet jeśli momentami bliżej mu do Geddy'ego Lee z Rush. Inne utwory wywołujące jednoznaczne skojarzenia z Led Zeppelin, zwłaszcza pod względem wokalnym, to chociażby świetny "17" - z naprawdę dobrym, ciężkim riffowaniem i fantastycznym zwolnieniem z uwypuklonym basem - albo nawiązujący do folkowych eksperymentów grupy "Loving You". Z drugiej strony są tu też kawałki, którym zdecydowanie bliżej do ówczesnego metalowego grania o "pudlowych" naleciałościach - vide "Living Out of Touch" lub "Shout It Out". Jak na ten styl, są to jednak  naprawdę dobre kompozycje - energetyczne, przebojowe (ale bez popadania w kicz) i odpowiednio ciężkie.

Nie takie straszne te Led Klony, jak je malują. Może i nie ma tu za dużo własnej inwencji, ale w sumie cóż złego w czerpaniu z tak zacnego wzorca, jak Led Zeppelin? Tym bardziej, że nie mamy tu do czynienia z plagiatowaniem utworów tej grupy, a jedynie z wyraźną inspiracją. W dodatku album nie jest jedynie sentymentalnym spojrzeniem wstecz, bo wiele utworów i brzmienie całości ewidentnie kojarzy się z końcówką lat 80. A abstrahując już o tej całej kwestii klonowania, to trzeba przyznać, że muzycy potrafią tworzyć naprawdę zgrabne kompozycje. Z biegiem lat grupa coraz bardziej obniżała loty, ale debiutu Kingdom Come do dziś można słuchać z przyjemnością.

Ocena: 6/10



Kingdom Come - "Kingdom Come" (1988)

1. Living Out of Touch; 2. Pushin' Hard; 3. What Love Can Be; 4. 17; 5. The Shuffle; 6. Get It On; 7. Now Forever After; 8. Hideaway; 9. Loving You; 10. Shout It Out

Skład: Lenny Wolf - wokal; Danny Stag - gitara; Rick Steier - gitara; Johnny B. Frank - bass; James Kottak - perkusja
Producent: Bob Rock i Lenny Wolf


5 komentarzy:

  1. Tyle się ostatnio u Ciebie pojawia różnych zespołów, o których jeszcze nawet nie słyszałem, że kiedyś będę musiał nadrobić zaległości i przynajmniej niektórych posłuchać ;)

    Gdzie Ty je wszystkie w ogóle znajdujesz jeśli można wiedzieć? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kingdom Come akurat znam już tyle lat, że nie pamiętam skąd znam ;) A jeśli chodzi o to, gdzie znajduję wykonawców, to mam trzy źródła: rankingi na RateYourMusic.com, propozycje na YouTube i... komentarze pod moimi recenzjami ;)

      Usuń
    2. To chyba muszę zacząć słuchać muzyki na yt ;) Bo w tych rankingach na RYMie jakoś nigdy nie trafiłem na nic ciekawego...

      Usuń
    3. Można w nich ustawić, żeby pokazywało tylko takie albumy, jakie chciałoby się poznać - w konkretnym stylu, z konkretnego roku (lub dekady), a nawet kraju ;)

      Usuń
  2. Sięgnąłem po ta płytę z wielkim zaciekawieniem bo recenzja naprawdę mnie zaintrygowała. No i wyłączyłem chyba po trzecim utworze. O ile sama muzyka jest całkiem strawna to wokal jest nie do przejścia. Racje ma Paweł pisząc że kolesia można pomylić z Robertem Plantem. Mało tego, on go bezwstydnie imituje! Tego się na da słuchać! Tym którzy uważają że David Coverdale imituje Planta (co dla mnie jest śmieszne, a raczej tragiczne) radzę posłuchać tego czegoś, to na pewno zmienią zdanie. To co robi wokalista na tej płycie powinno być karalne.

    OdpowiedzUsuń