15 października 2016

[Recenzja] Gary Moore - "Dark Days in Paradise" (1997)



W połowie lat 90. mogło się wydawać, że Gary Moore w końcu znalazł swoją niszę, w której doskonale się czuje i że nie szybko - jeśli w ogóle - postanowi z niej wyjść. Jakim zaskoczeniem musiał więc być album "Dark Days in Paradise". Moore porzucił na nim swój ukochany blues, by po raz kolejny popłynąć z głównym nurtem. W końcu przyjemność z grania to jedno, ale kasa też się musi zgadzać. A że w tamtym czasie modne było łączenie rocka z elektroniką... "Dark Days in Paradise" zdominowany jest przez przeróżne sample, loopy i inne nowoczesne wynalazki. Oczywiście wykorzystano tu także prawdziwe instrumenty - gitarę, bas i perkusję - jednak często mają one bardzo industrialny charakter, wtapiają się w elektroniczne podkłady. Wyjątek stanowią gitarowe solówki Moore'a, których na szczęście w żaden sposób nie przetwarzano, a także większość jego partii wokalnych (te czasem są zniekształcane, jak np. we wstępie "One Good Reason").

W sumie mógł to być całkiem ciekawy eksperyment. Jednak brakuje tu jakiejś ciekawej koncepcji na połączenie dwóch odległych światów muzycznych. Brzmienia elektroniczne są bardzo sztampowe, a prawdziwe instrumenty dodano do nich po prostu bez pomysłu. Może i całość by się jakoś obroniła, gdyby pod względem kompozytorskim utwory nie były tak miałkie. Początek jeszcze jakoś ujdzie na tle podobnych wydawnictw z tamtego okresu. W takich utworach, jak "One Good Reason", "Cold Wind Blows" i lekko beatlesowskim melodycznie "One Fine Day", jest energia i nawet wpadające w ucho melodie - nawet jeśli zaraz wypadają drugim uchem. Dominują tu jednak nieznośnie mdłe, przesłodzone ballady, które nawet pojedynczo irytują, a w takim natężeniu są nie do przebrnięcia. Wyróżnia się "Like Angels", ale tylko za sprawą wyjątkowo naturalnego brzmienia - poza tym jest to taki sam kicz, jak pozostałe. Warto natomiast zwrócić uwagę na ponad dziesięciominutowy "Business as Usual" - w zamyśle kompozycję pełną rozmachu, w rzeczywistości nieco naiwną. Jednak podczas długiej solówki Moore'a, przepełnionej irlandzkim klimatem, robi się naprawdę magicznie. Ten jeden jedyny fragment naprawdę zasługuje na poznanie.

"Dark Days in Paradise" jako całość jest jednak zupełnie niepotrzebnym i nieudanym eksperymentem, do którego doszło nie tyle z artystycznych ambicji Gary'ego Moore'a, co z jego chęci zaistnienia w nowej muzycznej rzeczywistości, niesprzyjającej tradycyjnemu rockowi, ani tym bardziej muzyce bluesowej. Podobnie jak w przypadku innych wykonawców, którzy zdecydowali się na taki krok, skończył się on kompletną porażką.

Ocena: 3/10



Gary Moore - "Dark Days in Paradise" (1997)

1. One Good Reason; 2. Cold Wind Blows; 3. I Have Found My Love in You; 4. One Fine Day; 5. Like Angels; 6. What Are We Here For?; 7. Always There For You; 8. Afraid of Tomorrow; 9. Where Did We Go Wrong?; 10. Business as Usual

Skład: Gary Moore - wokal i gitara; Magnus Fiennes - instr. klawiszowe; Phil Nicholas - instr. klawiszowe; Guy Pratt - bass; Gary Husband - perkusja
Gościnnie: Dee Lewis - dodatkowy wokal
Producent: Chris Tsangarides, Andy Bradfield i Gary Moore


6 komentarzy:

  1. Na końcu płyty Gary ukrył tytułowy utwór "Dark Days In Paradise", którego klimat przenosi nas na Hawaje.

    OdpowiedzUsuń
  2. Byłem tu, ale to nie moje klimaty.

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie ma co mu się dziwić - jakby dalej grał autorskiego blues rocka (do czego potem i tak wrócił) szybko popadłby we wtórność. Ten krok jest całkiem zrozumiały. Rock elektroniczny jest zły? A jakieś konkretne przykłady? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W tym przypadku zły jest koniunkturalizm - granie takiej muzyki tylko dlatego, że akurat była na nią moda, mimo że się kompletnie nie ma pojęcia jak tworzyć taką muzykę. Inne przykłady? Proszę bardzo - "Risk" Megadeth, "Eye II Eye" Scorpions. Obie słusznie uznawane za najsłabsze pozycje w dyskografiach tych zespołu.

      O wiele ciekawiej łączenie elektroniki z rockiem wyszło chociażby grupie Depeche Mode, która szła z drugiej strony - od czystej elektroniki do rockowo zabarwionej. W tym wypadku był to autentyczny rozwój artystyczny, a nie dodanie modnych brzmień, by trafić do szerszej publiczności.

      Usuń
    2. Ja akurat myślałem o młodych zespołach - wizjonerski Adore Smashing Pumpkins, czy albumy które wszyscy bardzo lubimy czyliKid A i Ok Computer wprowadzily rock w nową, świeżą erę. W latach 2000 ze świecą szukać klasycznie rockowych albumow które nie zalatują czerstwością

      Usuń
    3. Akurat Radiohead na "Ok Computer" przestał mieć z rockiem cokolwiek wspólnego, więc ciężko tu mówić o wprowadzeniu do tego gatunku świeżości. Raczej o eksplorowaniu zupełnie innych muzycznych rejonów. A choć było to w chwili wydania czymś nowym w muzyce, to na tym zalety tego albumu się kończą.

      Młodym zespołom było o wiele łatwiej zaadoptować nowe brzmienia, niż weteranom od kilkudziesięciu lat grających w konkretnym stylu/stylach. Tych nowych brzmień nie rozumieli, nie wiedzieli jak je wykorzystać, ale mieli nadzieje, że zastosowanie ich przyniesie im sukces. I dlatego tego krok, chociażby w przypadku Moore'a, był pomyłką. Bo ani nie zdobył tym zainteresowania fanów takich brzmień (ci mieli do wyboru młodych wykonawców, dla których takie granie było czymś naturalnym i dlatego lepiej im to wychodziło), ani tym bardziej nie trafił do swojej dotychczasowej publiczności, która nie chciała niczego nowego. Powstał album dla nikogo.

      Inna sprawa, to fakt, że brzmienia elektroniczne szybko się starzeją. Brzmienie syntezatorów z lat 80. budzi dziś głównie zażenowanie. Klasyczny rock z lat 60. i 70. brzmi wciąż tak samo dobrze. A z inspiracji nim wciąż można stworzyć coś interesującego i niekoniecznie wtórnego, czego dowodem niedawno zrecenzowany tutaj album Blood Ceremony.

      Usuń