31 października 2016

[Recenzja] Blood Ceremony - "The Eldritch Dark" (2013)



Z okazji wypadającego dzisiaj Halloween, postanowiłem przyjrzeć się trzeciemu albumowi Blood Ceremony, "The Eldritch Dark". Grupa w swoich tekstach porusza bowiem takie tematy, jak pogańskie wierzenia, obrzędy i rytuały, a także czary, czarownice i sabaty. Sama muzyka też nierzadko wywołuje skojarzenia właśnie z taką tematyką, czerpiąc z tradycji takich grup, jak Black Sabbath, Black Widow czy Coven. Jak zwykle wpływy te mieszają się z elementami folku w stylu Jethro Tull i innymi inspiracjami. Zresztą na "The Eldritch Dark" zespół poszerza nieco swoje horyzonty, adaptując do swojej twórczości nowe elementy.

Całość rozpoczyna się jednak od typowego dla Blood Ceremony utworu "Witchwood", o klasycznie hardrockowym brzmieniu, z sabbathowym riffowaniem i organowym tłem. Utwór ma dość nieoczywistą strukturę, zwłaszcza w drugiej połowie sporo się dzieje - żeby wspomnieć tylko o zmianach tempa, wprowadzaniu nowych motywów i poszerzenia instrumentarium o flet. "Goodbye Gemini" to także typowy dla grupy utwór, tym razem z tych prostszych, o piosenkowej strukturze. Niespodzianki zaczynają się od "Lord Summerisle" - folkowej ballady opartej na subtelnym akompaniamencie gitary akustycznej, klawiszy i fletu. Jeszcze większym zaskoczeniem jest warstwa wokalna - w roli głównego wokalisty wystąpił tutaj basista grupy, Lucas Gadke, zaś Alia O'Brien jedynie wspomaga go w tle. Wyszło naprawdę ciekawie i bardzo klimatycznie. Nietypowy jest także "Ballad of the Weird Sisters", w którym zadziorne riffy zostały zestawione z partią skrzypiec, nadającą folkowego charakteru. To również udany eksperyment.

Na tym eksperymenty się kończą, jednak kolejne utwory także zasługują na uwagę. Tytułowy "The Eldritch Dark" wypada wyjątkowo posępnie, za sprawą wolnego tempa, ciężkich riffów i partii organów przywołującej klimat starych horrorów. Nawet ciepła partia fletu nie zmienia charakteru tej kompozycji. Dla odmiany, "Drawing Down the Moon" to Blood Ceremony w bardziej przebojowym wydaniu. Zupełnie inaczej brzmią tutaj organy, nadające kompozycji bardzo pogodny charakter. Podobnie jak na poprzednich albumach, znalazła się tu także instrumentalna miniaturka z pierwszoplanową rolą fletu - "Faunus". Wieńczący album, najdłuższy w zestawie "The Magican" nie jest niestety tak wielkim finałem, jak można się było spodziewać - wypada trochę zbyt monotonnie i właściwie nic już ciekawego nie wnosi do całości.

Ogólnie jednak jest to całkiem udany album. Może nie tak dobry, jak poprzedni w dyskografii "Living with the Ancients", ale mający naprawdę dobre fragmenty. Szczególnie wnoszące powiew świeżości "Lord Summerisle" i "Ballad of the Weird Sisters". Reszta trochę zachowawcza, ale dobra. Nie jest to album, do którego często wracam, ale do posłuchania w Halloween doskonale się nadaje.

Ocena: 7/10



Blood Ceremony - "The Eldritch Dark" (2013)

1. Witchwood; 2. Goodbye Gemini; 3. Lord Summerisle; 4. Ballad of the Weird Sisters; 5. The Eldritch Dark; 6. Drawing Down the Moon; 7. Faunus; 8. The Magician

Skład: Alia O'Brien - wokal, flet, organy; Sean Kennedy - gitara; Lucas Gadke - bass, wokal (3); Michael Carrillo - perkusja
Gościnnie: Ben Plotnick - skrzypce (4)
Producent: Blood Ceremony


29 października 2016

[Relacja] Ten Years After, klub Parlament, Gdańsk, 28.10.2016

Czasami żałuję, że nie żyłem na przełomie lat 60. i 70., oczywiście w jakimś normalniejszym kraju, w którym dostęp do muzyki nie był ograniczony. W czasach kiedy największe rockowe zespoły co kilka, najwyżej kilkanaście miesięcy wydawały kolejne genialne albumy, a za niewielkie pieniądze można było zobaczyć je na żywo. Dziś niestety wiele z tych zespołów już nie istnieje, a wielu muzyków już nie żyje. Nowe albumy wydają coraz rzadziej, a ich zawartość daleka jest od poziomu albumów z lat świetności. Oczywiście, są jeszcze koncerty. Nawet w Polsce nie można narzekać na ilość występów klasyków rocka. Niestety, zazwyczaj są to wielkie koncerty w sportowych obiektach o akustyce nieprzystosowanej do grania muzyki na żywo, a publiczność na nich jest mniej lub bardziej przypadkowa i nie bardzo wie, jak zachowywać się na koncercie. Na szczęście zdarzają się też mniejsze występy nieco już zapomnianych gwiazd. Pod koniec października do Polski przyjechała grupa Ten Years After, by zagrać cztery klubowe koncerty - w Poznaniu, Gdańsku, Wrocławiu i Krakowie. Miałem przyjemność uczestniczyć w drugim z tych występów.


Przed zakupem biletów na koncert nie wiedziałem nawet, że w zespole nie grają już Leo Lyons i... ten gość, który kilkanaście lat temu zastąpił Alvina Lee (chodzi oczywiście o Joe'a Goocha, jednak bez sprawdzenia nie przypomniałbym sobie tego nazwiska). No cóż, nie ma co ukrywać, że zespół był wielki w latach 1967-75, ale jego późniejsze poczynania śledzili tylko najbardziej zagorzali wielbiciele. Nagrany po wieloletniej przerwie album "About Time", będący zarazem ostatnim studyjnym dokonaniem oryginalnego składu, był tylko marnym cieniem wcześniejszej twórczości grupy. Przez kolejnych kilkanaście lat muzycy wciąż koncertowali, jednak Alvin Lee sprzeciwiał się nagraniu nowego materiału studyjnego. Dopiero po jego odejściu (w 2003 roku) powstały dwa nowe albumy - jednak dla większości fanów Ten Years After to tylko Alvin Lee, więc jakiekolwiek nagrania bez niego były skazane na porażkę. Dwa lata temu doszło do kolejnego rozpadu, w wyniku którego nowym basistą został Colin Hodgkinson (prawdziwy weteran, mający za sobą m.in. współpracę z Alexisem Kornerem, Mickiem Jaggerem i Whitesnake, oraz własnym jazzrockowym triem Back Door), a rola wokalisty i gitarzysty przypadła młodemu muzykowi Marcusowi Bonfantiemu. Z oryginalnego składu pozostali jedynie klawiszowiec Chick Churchill i perkusista Ric Lee.

Przyznam, że trochę obawiałem się tego występu. Spodziewałem się, że obecne Ten Years After to tylko cover band (poniekąd tak jest, skoro najnowsze utwory z setlisty powstały w 1972 roku), grający największe przeboje w wersjach wiernym studyjnych pierwowzorów. Przyjemnie się jednak "rozczarowałem". Muzykom udało się rewelacyjnie przywołać klimat rockowych występów sprzed ponad czterech dekad. Owszem, w repertuarze nie zabrakło przebojów - z "I'd Love to Change the World", "Love Like a Man", "Good Morning Little Schoolgirl" i "I'm Going Home" na czele - ale zagrane zostały w dość rozbudowanych wersjach, z długimi solówkami. Nie zabrakło też licznych niespodzianek, w postaci mniej znanych utworów, jak np. "I'm Coming On", "Me and My Baby", "Working on the Road", czy niesamowitego "Standing at the Station". Całość zaś rozpoczęła się dokładnie tak samo, jak najlepszy studyjny album grupy, "Cricklewood Green", czyli od utworu "Sugar the Road". Warto jeszcze wspomnieć o porywającym, jak zwykle, bluesie "I Woke Up This Morning". Do pełni szczęścia zabrakło tylko "Help Me" i "I Can't Keep from Cryin' Sometimes".

Wykonaniom nie brakowało energii, większość utworów została zagrana z prawdziwie hardrockowym czadem (z chwilami wytchnienia, np. w postaci jazzującego "Me and My Baby"). Całe show spadło oczywiście na młodego Bonfantiego, który naprawdę dobrze wywiązał się z roli frontmana. Wokalnie idealnie wpasował się w styl Alvina Lee, jako gitarzysta też poradził sobie z jego partiami (a w "One of These Days" zagrał także na harmonijce). Pozostali muzycy, którzy przekroczyli już siedemdziesiątkę, grali w skupieniu, jednak także dawali z siebie wszystko. Chick Churchill zaprezentował swoje umiejętności chociażby w "Hear Me Calling", w którym zagrał długą solówkę. Sam utwór wypadł zresztą dużo lepiej niż w wersji studyjnej, także dzięki zaangażowani publiczności we wspólne śpiewanie. Ric Lee i Colin Hodgkinson dostali dodatkowy czas na solowe popisy. Pierwszy w obowiązkowym punkcie koncertów grupy, "Hobbit", składającym się głównie z perkusyjnego popisu (po tym utworze Lee wygłosił do publiczności dłuższą przemowę); drugi zaś wykonał kompozycję "San Francisco Bay Blues" (z repertuaru Jesse'a Fullera) - samodzielnie ją śpiewając i akompaniując sobie na basie, który przejmował rolę zarówno gitary rytmicznej, jak i solowej.

Naprawdę nic nie mogę zarzucić organizacji koncertu. Brzmienie nie było może powalające - dźwięk był trochę zbyt głośny, przez co lekko zniekształcony - ale akustyka klubu była znacznie lepsza niż większych, sportowych obiektów (typu Ergo Arena). Kto chciał stać pod sceną - mógł się tam dostać bez problemu, kto chciał oglądać na siedząco - mógł siedzieć w miejscu z dobrym widokiem na scenę. Atmosfera była całkiem przyjemna, dzięki dojrzałej publiczności (bez gówniarzy pogujących do czego popadnie, i do metalu, i do folku). Koncert zakończył się o przyzwoitej porze, dzięki czemu bez problemu można było wrócić tramwajem na drugi koniec miasta (kto mieszka w Gdańsku ten wie, że po dwudziestej trzeciej komunikacja miejsca praktycznie przestaje funkcjonować i trafienie na linię nocną w odpowiednim czasie to cud).

Zobaczenie na żywo jednego z najlepszych bluesrockowych zespołów, i to w zaskakująco dobrej formie, było naprawdę fantastycznym przeżyciem. Był to zdecydowanie jeden z najlepszych koncertów, w jakich uczestniczyłem. Mam nadzieję, że jeszcze uda mi się zobaczyć jakiś innych klasyków rocka i to właśnie w takich, klubowych warunkach.

Setlista:

1. Sugar the Road
2. One of These Days
3. I'm Coming On
4. Hear Me Calling
5. I'd Love to Change the World
6. Me and My Baby
7. Working on the Road
8. San Francisco Bay Blues
9. If You Should Love Me
10. Hobbit
11. Love Like a Man
12. Standing at the Station
13. I Say Yeah
14. Good Morning Little Schoolgirl
15. I'm Going Home
Bis:
16. I Woke Up This Morning
17. Choo Choo Mama


PS. W roli supportu wystąpiła wejherowska grupa White Room, która niestety postawiła głównie na covery - repertuar składał się z jednego autorskiego kawałka (o znajomej nazwie "I Am Going Home"), kilku utworów Breakoutu, oraz zagranego na koniec fragmentu "Love Like a Man" Ten Years After.




26 października 2016

[Recenzja] Stone the Crows - "Stone the Crows" (1970)



Szkocki zespół Stone the Crows powstał pod koniec lat 60. i wykonywał muzykę na pograniczu rocka i bluesa. Bynajmniej nic oryginalnego. Takich kapel było wówczas bez liku. A jednak Szkoci posiadali pewien atut, wyróżniający ich spośród podobnych grup. Przy mikrofonie stała bowiem wokalistka, Maggie Bell. W tamtych czasach kobiety niezwykle rzadko zasilały składy rockowych zespołów, szczególnie w Wielkiej Brytanii był to prawdziwy ewenement. W dodatku nie była to byle jaka wokalistka, a obdarzona naprawdę mocnym głosem, kojarzącym się natychmiast z Janis Joplin. Towarzyszący jej instrumentaliści również byli muzakami z wysokiej półki. Gitarzysta Les Harvey, śpiewający basista Jimmy Dewar i klawiszowiec John McGinnis doskonale znali się na swoim fachu, zaś perkusista Colin Allen doświadczenie zdobywał u samego Johna Mayalla, co jest najlepszą możliwą rekomendacją w świecie brytyjskiego bluesa.

Zespół nie mógł być zresztą zły, skoro zainteresował się nim sam Peter Grant, słynny menadżer Led Zeppelin, i postanowił przyjąć muzyków pod swoje skrzydła. Wiąże się z tym pewna anegdota. Gdy Grant po raz pierwszy usłyszał zespół, występujący jeszcze pod nazwą Power, wykrzyknął słowa stone the crows - w Wielkiej Brytanii zwrot ten jest wyrażeniem zaskoczenia, a w tym wypadku pewnie i zachwytu. Muzykom tak się to spodobało, że postanowili przemianować zespół. Grant zaś został ich menadżerem, wespół z Markiem Londonem. London został także producentem grupy.

Niestety, debiutancki album Stone the Crows pozostawia spory niedosyt. Nie udało się na nim odtworzyć porywających występów grupy. Fatalnym pomysłem było rozpoczęcie całości wolną balladą "The Touch of Your Loving Hand", w warstwie instrumentalnej zdominowaną przez pianino elektryczne i organy. Jej ckliwy charakter podkreśla damsko-męski duet wokalny Bell i Dewara (który, nawiasem pisząc, śpiewał później na pierwszych solowych albumach Robina Trowera). Utwór trwa ponad sześć minut i bardzo się dłuży. O wiele lepiej w roli otwieracza sprawdziłby się kolejny utwór, "Raining in Your Heart" - rozpędzony, zadziorny brzmieniowo, pełen świetnych solówek McGinnisa i Harveya, a także ekspresyjnego śpiewu dwójki wokalistów. To najlepszy fragment albumu - jedyny, który pokazuje jak grupa brzmiała na koncertach.

Ponadto na pierwszej stronie winylowego wydania znalazły się dwie przeróbki: akustyczny blues "Blind Man" autorstwa Josha White'a Juniora, który dzięki oszczędnej aranżacji w pełni pokazuje wokalne możliwości Maggie Bell, a także beatlesowski "The Fool on the Hill", który w tej wersji stracił swój psychodeliczny klimat, broni się jednak jako zgrabna, klimatyczna ballada. Całą drugą stronę albumu wypełnia natomiast 17-minutowa kompozycja "I Saw America". Nie jest to typowy dla bluesrockowych wykonawców jam, a próba stworzenia wieloczęściowej suity progrockowej. Niestety, muzycy znacznie przecenili swoje umiejętności i efekt jest, delikatnie mówiąc, kiepski. Poszczególne fragmenty są naprawdę fajne i jako osobne utwory by się obroniły. Ale połączono je kompletnie bez pomysłu, przez co całość jest po prostu chaotyczna. Doskonały przykład przerostu formy nad treścią.

Debiutancki album Stone the Crows pozostawia mieszane odczucia. Choć mam wrażenie, że wszystkie jego wady wynikają z niekompetencji producenta, niż z winy muzyków. To przecież producent powinien odwieść zespół od nagrania czegoś tak nieprzemyślanego, jak "I Saw America" (tymczasem jego nazwisko widnieje na liście kompozytorów tego utworu), a także zadbać o właściwe ułożenie tracklisty (aby nie zniechęcać słuchaczy umieszczeniem najbardziej smętnego kawałka na samym początku). Mimo wszystko, "Stone the Crows" przyniósł pewien powiew świeżości na scenie brytyjskiego blues rocka. W sumie bardzo fajne to granie, choć niewykorzystujące potencjału grupy.

Ocena: 7/10



Stone the Crows - "Stone the Crows" (1970)

1. The Touch of Your Loving Hand; 2. Raining in Your Heart; 3. Blind Man; 4. The Fool on the Hill; 5. I Saw America

Skład: Maggie Bell - wokal; Les Harvey - gitara; Jimmy Dewar - bass, wokal; Colin Allen - perkusja i instr. perkusyjne; John McGinnis - instr. klawiszowe
Producent: Mark London


25 października 2016

[Recenzja] Jeff Beck - "Wired" (1976)



Na swoim drugim solowym albumie, "Wired", Jeff Beck jeszcze dalej zapuszcza się w klimaty jazzrockowe. Nie przypadkiem w nagraniach wsparli go m.in dwaj byli członkowie Mahavishnu Orchestra - klawiszowiec Jan Hammer i perkusista Narada Michael Walden. Ten drugi jest zresztą kompozytorem aż czterech utworów z albumu ("Come Dancing", "Sophie", "Play with Me" i "Love Is Green"). Poza tym znalazło się tutaj po jednej kompozycji Hammera ("Blue Wind"), Maxa Middletona ("Led Boots") i basisty Wilbura Bascomba ("Head for Backstage Pass", napisana wspólnie z Andym Clarkiem), oraz przeróbka jazzowego standardu "Goodbye Pork Pie Hat" Charlesa Mingusa. Sam Beck tym razem - w przeciwieństwie do albumu "Blow By Blow" - nie brał udziału w komponowaniu materiału.

Album rozpoczyna się od "Led Boots" - przewrotnego hołdu dla Led Zeppelin. Przewrotnego, bo w praktycznie nie przypominającego twórczości tej grupy. Utwór opiera się na bardzo gęstej grze Waldena, stanowiącej podkład dla gitarowo-klawiszowych popisów Becka, Middletona i Hammera. Zwraca uwagę brzmienie, które za sprawą wykorzystania syntezatorów znacznie rożni się od wcześniejszych dokonań Jeffa. Trochę prościej jest w "Come Dancing", opartym na funkowej grze sekcji rytmicznej i wyrazistej - wręcz chwytliwej - melodii. Funkowy klimat podkreślają syntezatory, tym razem pełniące rolę ozdobnika. Oczywiście i tu nie brakuje skomplikowanych partii gitarzysty. Talent Becka potwierdza jednak przede wszystkim wykonanie "Goodbye Pork Pie Hat". Przepiękny saksofonowy temat został bardzo udanie przełożony na gitarę; a towarzyszy jej subtelny podkład rytmiczny, z bardzo przyjemnie pulsującym basem. Wilbur Bascomb pierwszoplanową rolę przejmuje w krótkim, mocno funkowym "Head for Backstage Pass", napędzanym jego intensywną grą na basie.

Otwierający druga stronę winylowego wydania rozpędzony "Blue Wind" to z kolei przede wszystkim popis Jana Hammera, grającego nie tylko na syntezatorach, ale także na perkusji - i dlatego też rytm jest tu znacznie prostszy, niż w większości utworów. Utwór wyróżnia się także sporą melodyjnością. Bardzo ładnie rozpoczyna się "Sophie", jednak po chwili muzycy zagęszczają i komplikują swoją grę, co nie najlepiej współgra z dość banalnym motywem przewodnim. Dość przeciętnie wypada także "Play with Me", oparty na funkowym rytmie, stanowiącym podkład do niezbyt interesujących popisów Becka i klawiszowców. Prześlicznie wypada natomiast finałowy "Love Is Green", z przejmującą partią gitary, wspartą partią pianina wyjątkowo w wykonaniu Waldena.

"Wired" pod wieloma względami wypada słabiej od "Blow By Blow". Wiele utworów zdaje się płynąć bez konkretnego celu, dając jedynie czas na skomplikowane popisy muzyków. Najlepiej wypadają tu te kompozycje, w których chodzi przede wszystkim o stworzenie nastroju ("Goodbye Pork Pie Hat", "Love Is Green"), a także pozostałe, w których nie zapomniano o warstwie melodycznej ("Come Dancing", "Blue Wind"). Cała reszta to takie granie dla samego grania, w którym owszem, można podziwiać wykonawcze umiejętności muzyków, ale nic poza tym.

Ocena: 7/10



Jeff Beck - "Wired" (1976)

1. Led Boots; 2. Come Dancing; 3. Goodbye Pork Pie Hat; 4. Head for Backstage Pass; 5. Blue Wind; 6. Sophie; 7. Play with Me; 8. Love Is Green

Skład: Jeff Beck - gitara; Max Middleton - instr. klawiszowe; Jan Hammer - syntezator, perkusja (5); Wilbur Bascomb - bass; Narada Michael Walden - perkusja (1,2,6,7), pianino (8); Richard Bailey - perkusja (3,4); Ed Greene - perkusja (2)
Producent: George Martin i Chris Bond; Jan Hammer (5)


23 października 2016

[Recenzja] Pelander - "Time" (2016)



Podobno w dzisiejszych czasach muzycy nie zarabiają na wydawaniu nowych albumów, a tylko na koncertowaniu - stąd też więcej czasu spędzają na trasach niż w studiu. W tym kontekście dziwić może podejście Szwedów z Witchcraft, którzy ostatni koncert zagrali trzy lata temu - wydanego na początku bieżącego roku longplaya "Nucleus" nie promował ani jeden występ. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Dzięki braku koncertowych zobowiązań, Magnus Pelander - wokalista, gitarzysta i jedyny stały członek Witchcraft - miał czas na przygotowanie solowego albumu. "Time" nie jest jego debiutem w roli solisty - w 2010 roku wydał EPkę "A Sinner's Child" - jest natomiast jego pierwszym długogrającym wydawnictwem sygnowanym własnym nazwiskiem.

Zawartość "Time" ma sporo wspólnego z twórczością Witchcraft - rozpoznawalny głos i sposób komponowania Magnusa, czy oczywiste inspiracje muzyką z lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Tutaj jednak nie znajdziemy ciężkich, sabbathowych riffów, a głównie akustyczne granie, o wyraźnie folkowym klimacie. Całość rozpoczyna się od znanego już na długo przed premierą "Umbrella". To naprawdę udany utwór, z chwytliwą melodią i ciekawą aranżacją - poza głosem i gitarą Pelandera pojawiają się tu także partie fletu i skrzypiec, oraz żeńskie chórki - dzięki której udało się wytworzyć bardzo fajny klimat, taki pogańsko-folkowy. W kolejnym utworze, "Family Song", partii wokalnej i gitarze akustycznej towarzyszą tylko okazjonalne klawiszowe ozdobniki. To nieco słabszy fragment albumu, dość banalny melodycznie. Tuż po nim rozbrzmiewa jednak przepiękny "The Irony of Man". Bardzo delikatny, wręcz intymny utwór, z ascetyczną partią gitary, znów ozdobioną fletem, skrzypcami i żeńskim drugim wokalem.

Pelander próbuje też swoich sił w progresywnym folku, czego przykładem prawie dziewięciominutowy "True Colour" i niemal dziesięciominutowy "Precious Swan". Pierwszy z nich zaczyna się bardzo intrygująco, ale potem zdaje się zmierzać donikąd - za dużo w nim powtórzeń, a poszczególnym fragmentom brakuje płynności. Zupełnie inaczej sytuacja przedstawia się w przypadku "Precious Swan" - naprawdę niezwykłej kompozycji, z przepiękną, zgrabnie skonstruowaną melodią, a także dość dziwną instrumentalną częścią środkową, która przywołuje skojarzenia z "First Utternace" grupy Comus. Ciężko uwierzyć, że taki utwór powstał w XXI wieku, że nie jest to jakaś zagubiona kompozycja sprzed czterdziestu-paru lat. Podstawową część albumu zamyka utwór tytułowy - znów dość wyciszony, z subtelnym akompaniamentem gitary akustycznej, bardzo zgrabny melodycznie. Większość wydań "Time" na tym się jednak nie kończy. Bonusowy utwór "Rebecka" wyróżnia się najbardziej ascetycznym charakterem i celowo gorszym, zaszumionym brzmieniem, podkreślającym jego intymny charakter.

Porównując "Time" z ostatnim albumem Witchcraft, można dojść do wniosku, że obecnie Magnus Pelander o wiele lepiej czuje się w klimatach folkowych, niż ciężkim rockowym graniu. "Time" to album niewymuszony i szczery, czego nie można powiedzieć o "Nucleus". Zespół utknął w pewnej konwencji, gra to, czego oczekują fani, nie pozwala już sobie na eksperymenty z innymi stylami, jakich przecież nie brakowało na pierwszych trzech albumach. Dobrze, że Pelander zdecydował się zrealizować swoje prawdziwe ambicje pod innym szyldem. Osobiście nie miałbym nic przeciwko temu, by w przyszłości skupił się głównie na solowej karierze. Chyba, że znów odnajdzie w sobie zamiłowanie do cięższego grania.

Ocena: 8/10



Pelander - "Time" (2016)

1.  Umbrella; 2. Family Song; 3. The Irony of Man; 4. True Colour; 5. Precious Swan; 6. Time; 7. Rebecka

Skład: Magnus Pelander - wokal, gitara, instr. perkusyjne
Gościnnie: Rage Widerberg - bass (1), pianino (2,5); Gustav Hafvenstein - flet (1,3), trąbka (7); Hannah Lindgren - wiolonczela (1,3-5); Emma Hedlund - skrzypce (1,3-5); Mariam Wallentin - dodatkowy wokal (1,3,4,6); Katarina Lilja - dodatkowy wokal (5)
Producent: Michael Linder


21 października 2016

[Recenzja] Gentle Giant - "Gentle Giant" (1970)



Gentle Giant to zespół w pewnych kręgach kultowy, choć na ogół nie wymieniany jednym tchem z czołowymi przedstawicielami rocka progresywnego. Tymczasem jest to jedna z ciekawszych grup w tym nurcie, posiadająca swój własny styl i brzmienie. Oczywiście, można doszukać się różnych podobieństw - czy to do King Crimson, czy np. Genesis. Ale przecież żaden rockowy wykonawca nie jest wolny od różnych wpływów, a podobieństwa często wynikają z czerpania z tych samych inspiracji.

Debiutancki album Gentle Giant jest jednak jeszcze dość zachowawczy. Szczególnie dotyczy to jego drugiej strony, której zawartość to niemalże konwencjonalny rock tamtych czasów. Kompozycja "Nothing at All", choć najdłuższa w repertuarze zespołu, nie przypomina monumentalnych suit innych progresywnych gigantów. Więcej ma wspólnego z ambitniejszą odmianą hard rocka. Rozpoczyna się balladowo - gitara akustyczna i harmoniczna partia wokalna prowadzą bardzo ładną melodię, a w tle przyjemnie pulsuje bas. W czwartej minucie następuje hardrockowe zaostrzenie, utwór nabiera riffowego charakteru, pojawia się osra gitarowa solówka, a potem także długie solo na perkusji, do którego po pewnym czasie dołącza nieco chaotyczna partia pianina. Na koniec muzycy wracają do balladowego grania. Kolejny utwór, "Why Not?", mocno opiera się na bluesowo-hardrockowych schematach. Nie brakuje w nim gitarowo-organowych popisów, ani ciężkiej gry sekcji rytmicznej. Z drugiej strony, wyróżnia się bogatymi partiami wokalnymi (przez co może kojarzyć się z twórczością Uriah Heep), a także łagodniejszym fragmentem, w którym akompaniament stanowi wyłącznie partia fletu.

Pod hardrockowe granie można na upartego podciągnąć także otwierający całość "Giant", cechujący się sporą energią i ciężkim brzmieniem. Utwór posiada jednak bardzo bogatą aranżację i nieoczywistą, progrockową strukturę. Podobny charakter ma "Alucard", w którym wiodącą rolę odgrywają partie instrumentów dętych i klawiszowych, w tym syntezatora (a konkretnie Minimooga). Zapowiedzią późniejszych dokonań Gentle Giant są natomiast utwory "Funny Ways" i "Isn't It Quiet and Cold?" - oba wyraźnie inspirowane muzyką dawną, co dodatkowo podkreśla wykorzystanie instrumentów smyczkowych i - w drugim z nich - ksylofonu. Muzycy oczywiście nie uciekają całkowicie od bardziej współczesnych wpływów - w "Funny Ways" pojawia się ostra solówka gitarowa, zaś melodia "Isn't it Quiet and Cold?" ma wyraźnie beatlesowski charakter (nie sposób uniknąć skojarzeń z psychodelicznym okresem twórczości Wspaniałej Czwórki). Całości dopełnia instrumentalny, niespełna dwuminutowy "The Queen", będący nieco swobodną interpretacją brytyjskiego hymnu "God Save the Queen". Pomysł został później powtórzony przez grupę Queen na jej czwartym albumie, "A Night at the Opera".

Debiutancki album Gentle Giant na ogół oceniany jest nieco niżej od kilku następnych albumów grupy. Prawdopodobnie właśnie ze względu na konwencjonalny charakter niektórych utworów i jeszcze nie w pełni ukształtowany własny styl. Kolejne albumy zespołu na pewno są bardziej dojrzałe i nowatorskie, jednak muzycy już tutaj zaprezentowali wielki talent kompozytorski, aranżacyjny i wykonawczy. Zachowali też dobre proporcje między graniem ambitnym, a - nazwijmy to - bardziej rozrywkowym. I chyba właśnie dlatego jest to jeden z moich ulubionych albumów, jeśli nie najulubieńszy, w dyskografii grupy.

Ocena: 8/10



Gentle Giant - "Gentle Giant" (1970)

1. Giant; 2. Funny Ways; 3. Alucard; 4. Isn't It Quiet and Cold?; 5. Nothing at All; 6. Why Not?; 7. The Queen

Skład: Derek Shulman - wokal (1-3,5,6), bass (4); Gary Green - gitara, dodatkowy wokal; Kerry Minnear - instr. klawiszowe, wokal (3,6), bass (2), wiolonczela (2), ksylofon (4); Phil Shulman - wokal (2-5), saksofon, flet, trąbka; Ray Shulman - bass, gitara (5-7), skrzypce (2,4), dodatkowy wokal; Martin Smith - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Paul Cosh - sakshorn (1); Claire Deniz - wiolonczela (4)
Producent: Tony Visconti


20 października 2016

[Recenzja] Riverside - "Eye of the Soundscape" (2016)



"Eye of the Soundscape" nie jest kolejnym "zwyczajnym" albumem Riverside. Zespół postanowił tutaj pokazać swoje inne, niż to powszechnie znane, oblicze. Bowiem od blisko dekady muzycy nagrywali także instrumentalne kompozycje o ambientowym klimacie, przepełnione brzmieniami elektronicznymi. Dotąd to oblicze znane było głównie największym fanom grupy, posiadającym rozszerzone wydania regularnych albumów i nagrania z singli. Teraz, dzięki "Eye of the Soundscape", na którym zebrano owe kompozycje, ta strona twórczości Riverside ma szansę dotarcia do szerszej publiczności. Nie jest to jednak zwykła kompilacja, bowiem znalazły się tutaj także cztery zupełnie premierowe utwory, o łącznym czasie trwania przekraczającym pół godziny. Są to ostatnie nagrania z udziałem zmarłego w lutym tego roku gitarzysty Piotra Grudzińskiego.

Starsze kompozycje to przede wszystkim tzw. "nocne" i "dzienne sesje", zarejestrowane odpowiednio podczas sesji nagraniowych albumów "Shrine of New Generation Slaves" i "Love, Fear and the Time Machine", i wydane na ich rozszerzonych edycjach. "Night Session (Part One)" i "Night Session (Part Two)" to ponad dziesięciominutowe improwizacje, pierwsza o bardziej elektronicznym charakterze, oparta na hipnotycznym rytmie, zaś druga o bardziej naturalnym brzmieniu, z odgrywającymi istotną rolę partiami gitary akustycznej i saksofonu, a także wokalizami Mariusza Dudy. Z kolei "Day Sessions" to pięć krótszych nagrań, na ogół o bardzo ambientowym, elektronicznym charakterze ("Heavenland", "Machines"), czasami skontrastowanym wyrazistymi partiami gitary ("Return", "Aether"). Wyróżnia się najkrótszy "Promises", w którym pierwszoplanową rolę pełni partia gitary akustycznej, a klawisze jedynie dopełniają tła.

Jeszcze wcześniejsze są utwory "Rapid Eye Movement" i "Rainbow Trip", nagrane w 2007 roku (pierwszy został oryginalnie wydany na rozszerzonej edycji tak samo zatytułowanego albumu, drugi zaś na singlu/EPce "Schizophrenic Prayer"). Tutaj obie kompozycje mają dopisek "2016 mix", jednak zmiany są ledwo zauważalne, nie wpłynęły na charakter utworów, nawet czas trwania różni się tylko o sekundy w stosunku do oryginalnych wersji. To właśnie od tych utworów zespół rozpoczął swoje eksperymenty z ambientem i pewnie dlatego są one nieco bliższe "codziennej" twórczości grupy, niż pozostałe zebrane tutaj kompozycje - mniej w nich elektroniki, zaś więcej naturalnych brzmień, przede wszystkim gitarowych. Szczególnie w "Rainbow Trip" można podziwiać gitarowy talent Piotra.

Pora przejść do nowości. Ujawniony już jakiś czas temu "Where the River Flows" to dziesięciominutowa, powoli rozwijająca się, transowa kompozycja, z początku zdominowana przez brzmienia elektroniczne, jednak z czasem na pierwszy plan wyłania się partia gitary, do której na sam koniec dochodzi wokaliza. Zupełnie inny charakter ma "Shine" - zaledwie czterominutowy utwór, wyróżniający się większą dynamiką i cięższym brzmieniem, na swój sposób całkiem chwytliwy. Z kolei "Sleepwalkers", łączący mocno orientalny klimat z dość agresywną elektroniką, wywołuje skojarzenia z drugim zespołem Mariusza Dudy, Lunatic Soul. W sumie mógłby trafić na jego najnowszy album, "Walking on a Flashlight Beam", choć byłby tam jednym z bardziej eksperymentalnych fragmentów. Ostatni nowy utwór, będący zarazem zakończeniem całości, tytułowy "Eye of the Soundscape", to wyciszony, wolno płynący ambientowy pejzaż, który zwłaszcza w drugiej połowie nabiera niezwykłego piękna.

"Eye of the Soundscape" nie jest albumem do słuchania na każdą okazję (i między innymi stąd poniższa ocena). Potrzeba odpowiedniego nastroju, wyciszenia i oczywiście sporo wolnego czasu (gdyż to blisko sto minut muzyki), aby w pełni docenić jego zawartość. Choć pomysł na wydanie takiego materiału narodził się jeszcze przed śmiercią Piotra Grudzińskiego, "Eye of the Soundscape" zdaje się być hołdem dla niego - momentami naprawdę pięknym hołdem. Jest to też swego rodzaju podsumowanie dotychczasowej kariery Riverside. Niedługo zespół rozpocznie zupełnie nowy etap działalności, bez stałego gitarzysty w składzie, i trudno przewidzieć w jakim kierunku będzie zmierzać. Na razie pozostaje słuchanie "Eye of the Soundscape", idealnie pasującego na długie jesienne wieczory.

Ocena: 6/10



Riverside - "Eye of the Soundscape" (2016)

CD1: 1. Where the River Flows; 2. Shine; 3.  Rapid Eye Movement (2016 mix); 4. Night Session (Part One); 5. Night Session (Part Two)
CD2: 1. Sleepwalkers; 2. Rainbow Trip (2016 mix); 3. Heavenland; 4. Return; 5. Aether; 6. Machines; 7. Promise; 8. Eye of the Soundscape

Skład: Michał Łapaj - instr. klawiszowe; Piotr Grudziński - gitara; Mariusz Duda - bass, wokal; Piotr Kozieradzki - perkusja
Gościnnie: Marcin Odyniec - saksofon (CD1: 5)
Producent: Riverside, Magda Srzednicka i Robert Srzednicki


19 października 2016

[Recenzja] Willie Dixon - "I Am the Blues" (1970)



Willie Dixon to jedna z najważniejszych i najbardziej wpływowych postaci muzyki bluesowej. Urodził się w 1915 roku w stanie Mississippi, zaś w latach 30. wyemigrował do Chicago. Początkowo dzielił swój czas między boksem (w 1937 roku zdobył tytuł mistrza wagi ciężkiej) i muzyką. W latach 40. poświęcił się już całkowicie tej drugiej pasji, występując - jako wokalista i basista - w licznych bluesowych zespołach. Punkt zwrotny w jego karierze nastąpił w 1951 roku, gdy rozpoczął pracę w wytwórni Chess Records. Jako producent, aranżer, kompozytor i muzyk sesyjny współpracował z czołowymi przedstawicielami chicagowskiego bluesa. W tym okresie nagrał też kilka albumów sygnowanych wspólnie z Memphisem Slimem.

W 1969 roku Dixon zarejestrował swój pierwszy solowy album. Zatytułował go "I Am the Blues" - nieco zarozumiale, ale miał do tego pełne prawo jako kompozytor niezliczonych standardów bluesowych. W latach 50. i 60. przyniosły one popularność innym bluesmanom, tym razem zostały nagrane przez ich kompozytora. Dixon wybrał dziewięć utworów, które oryginalnie zarejestrowali Howlin' Wolf ("Back Door Man", "Spoonful", "I Ain't Superstitious", "The Little Red Rooster"), Muddy Waters ("You Shook Me", "I'm Your Hoochie Coochie Man", "The Same Thing"), Otis Rush ("I Can't Quit You, Baby") i Willie Mabon ("The Seventh Son"). Wszystkie  z nich - może z wyjątkiem "The Same Thing" i "The Seventh Son" - to niekwestionowana klasyka bluesa.

Zresztą nie tylko bluesa. Utwory te zostały nagrane także przez niezliczonych wykonawców rockowych, żeby wspomnieć tylko o The Rolling Stones ("The Little Red Rooster"), Johnie Mayallu ("I Can't Quit You, Baby"), Cream i Ten Years After (obie grupy sięgnęły po "Spoonful"), The Doors ("Back Door Man"), The Jeff Beck Group ("You Shook Me", "I Ain't Superstitious"), Led Zeppelin ("You Shook Me", "I Can't Quit You, Baby"), The Allman Brothers Band ("I'm Your Hoochie Coochie Man"), albo Climax Chicago Blues Band ("The Seventh Son"), czy nawet zespoły bardziej odległe od bluesa, jak Motörhead (znów "I'm Your Hoochie Coochie Man") i Megadeth ("I Ain't Superstitious"). Rockowi wykonawcy sięgali też chętnie po inne, niezawarte na tym albumie kompozycje Dixona, jak chociażby "Evil" czy "I Just Want to Make Love to You" (oryginalnie nagrane przez - odpowiednio - Wolfa i Watersa).

Na "I Am the Blues" utwory są zaaranżowane w podobny sposób, co ich oryginalne wersje. Mamy tu więc do czynienia ze stricte bluesowym graniem, na swój sposób bardzo energetycznym (nie licząc dwóch bardziej stonowanych kompozycji - "I Can't Quit You Baby" i "You Shook Me"), ale niezbyt ciężkim brzmieniowo i pozbawionym rozbudowanych improwizacji. Tu chodzi przede wszystkim o osiągnięcie specyficznego klimatu, budowanie napięcia i dramaturgii. Ważną rolę odgrywają teksty, a muzyka jest ściśle związana z emocjonalnym śpiewem Dixona. Akompaniament stanowi bardzo typowe dla bluesa instrumentarium: gitara, harmonijka i pianino jako instrumenty solowe, a także wyrazista sekcja rytmiczna, z pulsującym basem i mocna perkusja. Warto dodać, że wśród towarzyszących Dixonowi w nagraniach muzyków, znalazło się kilka ważnych dla sceny chicagowskiego bluesa postaci, jak słynny harmonijkarz Walter Horton czy pianiści Lafayette Leake i Sunnyland Slim.

"I Am the Blues" może być świetnym wprowadzeniem do chicagowskiego bluesa. Willie Dixon zebrał tutaj większość swoich najlepszych kompozycji, będących zarazem absolutną klasyką gatunku. Każdy wielbiciel klasycznego rocka z pewnością zna ich urockowione przeróbki, warto więc przekonać się jak brzmią w wykonaniu ich autora.

Ocena: 9/10



Willie Dixon - "I Am the Blues" (1970)

1. Back Door Man; 2. I Can't Quit You, Baby; 3. The Seventh Son; 4. Spoonful; 5. I Ain't Superstitious; 6. You Shook Me; 7. (I'm Your) Hoochie Coochie Man; 8. The Little Red Rooster; 9. The Same Thing

Skład: Willie Dixon - wokal i bass; Johnny Shines - gitara; Clifton James - perkusja; Lafayette Leake - pianino; Sunnyland Slim - pianino; Walter Horton - harmonijka
Producent: Abner Spector


17 października 2016

[Recenzja] Blood Ceremony - "Living with the Ancients" (2011)



O debiucie Blood Ceremony pisałem już ponad rok temu, jednak minęło wiele czasu, zanim zdecydowałem się przesłuchać kolejne pozycje w dyskografii tej kanadyjskiej grupy. "Living with the Ancients" to jej drugi album. Pod każdym względem lepszy, lub co najmniej tak samo dobry, jak poprzednik. Muzycy trzymają się wypracowanego wcześniej stylu, polegającego na łączeniu sabbathowych riffów z elementami folku w stylu Jethro Tull, oraz okultystycznym klimatem Coven i Black Widow. W międzyczasie poczynili jednak znaczne postępy jako twórcy, w rezultacie czego kompozycje są znacznie bardziej dopracowane pod względem melodycznym i aranżacyjnym. Samo wykonanie też jest na bardzo wysokim poziomie.

Zdecydowana większość utworów opiera się na posępnych gitarowych riffach i ciężkiej grze sekcji rytmicznej, czemu towarzyszą dostojne brzmienia organowe (np. "The Great God Pan", "My Demon Brother", "Oliver Haddo") lub folkowe partie fletu (np. "Coven Tree", "Morning of the Magicans"). Prawie we wszystkich utworach pojawiają się też naprawdę zgrabne, klasycznie rockowe solówki gitarowe. Kompozycjom nie brakuje przebojowości, w czym spora zasługa wokalnych partii Alii O Brien. Jednym z najbardziej chwytliwych fragmentów jest nieco lżejszy "Night of Augury", wyróżniający się także nieco progrockową - przynajmniej pod względem klimatu - częścią instrumentalną. Zresztą i pozostałe utwory charakteryzują się wieloma smaczkami, jak zmiany tempa, czy akustyczne przejścia, a w "Morning of the Magicans" i "Oliver Haddo" wykorzystano nawet syntezator (dobrze wpasowujący się w mroczny klimat utworów). Ciekawym urozmaiceniem albumu są także dwa utwory instrumentalne - energetyczny, niezbyt ciężki "The Hermit", z fantastycznym solem na flecie w pierwszoplanowej roli, oraz miniaturka "The Witch's Dance", w której słychać tylko gitarę akustyczną i flet. Fantastycznym podsumowaniem całości jest ponad dziesięciominutowy finał albumu, "Daughter of the Sun", pełen zmian nastroju i tempa, w którym ciężar spotyka się z fragmentami akustycznymi, brzmienie ubogacane jest folkowym fletem i podniosłymi organami, nie brakuje świetnych solówek, ani chwytliwej melodii.

"Living with the Ancients" to prawdziwa perła retro rocka i jeden z najlepszych albumów wydanych w ostatnich latach. Na palcach jednej ręki można policzyć współczesnych wykonawców, którym udało się osiągnąć podobny poziom (oprócz Blood Ceremony - Witchcraft, Witchwood, Ghost i Blues Pills).

Ocena: 8/10



Blood Ceremony - "Living with the Ancients" (2011)

1. The Great God Pan; 2. Coven Tree; 3. The Hermit; 4. My Demon Brother; 5. Morning of the Magicians; 6. Oliver Haddo; 7. Night of Augury; 8. The Witch's Dance; 9. Daughter of the Sun

Skład: Alia O'Brien - wokal, flet, organy; Sean Kennedy - gitara; Lucas Gadke - bass, dodatkowy wokal; Andrew Haust - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Sanford Parker - syntezator
Producent: Sanford Parker


15 października 2016

[Recenzja] Gary Moore - "Dark Days in Paradise" (1997)



W połowie lat 90. mogło się wydawać, że Gary Moore w końcu znalazł swoją niszę, w której doskonale się czuje i że nie szybko - jeśli w ogóle - postanowi z niej wyjść. Jakim zaskoczeniem musiał więc być album "Dark Days in Paradise". Moore porzucił na nim swój ukochany blues, by po raz kolejny popłynąć z głównym nurtem. W końcu przyjemność z grania to jedno, ale kasa też się musi zgadzać. A że w tamtym czasie modne było łączenie rocka z elektroniką... "Dark Days in Paradise" zdominowany jest przez przeróżne sample, loopy i inne nowoczesne wynalazki. Oczywiście wykorzystano tu także prawdziwe instrumenty - gitarę, bas i perkusję - jednak często mają one bardzo industrialny charakter, wtapiają się w elektroniczne podkłady. Wyjątek stanowią gitarowe solówki Moore'a, których na szczęście w żaden sposób nie przetwarzano, a także większość jego partii wokalnych (te czasem są zniekształcane, jak np. we wstępie "One Good Reason").

W sumie mógł to być całkiem ciekawy eksperyment. Jednak brakuje tu jakiejś ciekawej koncepcji na połączenie dwóch odległych światów muzycznych. Brzmienia elektroniczne są bardzo sztampowe, a prawdziwe instrumenty dodano do nich po prostu bez pomysłu. Może i całość by się jakoś obroniła, gdyby pod względem kompozytorskim utwory nie były tak miałkie. Początek jeszcze jakoś ujdzie na tle podobnych wydawnictw z tamtego okresu. W takich utworach, jak "One Good Reason", "Cold Wind Blows" i lekko beatlesowskim melodycznie "One Fine Day", jest energia i nawet wpadające w ucho melodie - nawet jeśli zaraz wypadają drugim uchem. Dominują tu jednak nieznośnie mdłe, przesłodzone ballady, które nawet pojedynczo irytują, a w takim natężeniu są nie do przebrnięcia. Wyróżnia się "Like Angels", ale tylko za sprawą wyjątkowo naturalnego brzmienia - poza tym jest to taki sam kicz, jak pozostałe. Warto natomiast zwrócić uwagę na ponad dziesięciominutowy "Business as Usual" - w zamyśle kompozycję pełną rozmachu, w rzeczywistości nieco naiwną. Jednak podczas długiej solówki Moore'a, przepełnionej irlandzkim klimatem, robi się naprawdę magicznie. Ten jeden jedyny fragment naprawdę zasługuje na poznanie.

"Dark Days in Paradise" jako całość jest jednak zupełnie niepotrzebnym i nieudanym eksperymentem, do którego doszło nie tyle z artystycznych ambicji Gary'ego Moore'a, co z jego chęci zaistnienia w nowej muzycznej rzeczywistości, niesprzyjającej tradycyjnemu rockowi, ani tym bardziej muzyce bluesowej. Podobnie jak w przypadku innych wykonawców, którzy zdecydowali się na taki krok, skończył się on kompletną porażką.

Ocena: 3/10



Gary Moore - "Dark Days in Paradise" (1997)

1. One Good Reason; 2. Cold Wind Blows; 3. I Have Found My Love in You; 4. One Fine Day; 5. Like Angels; 6. What Are We Here For?; 7. Always There For You; 8. Afraid of Tomorrow; 9. Where Did We Go Wrong?; 10. Business as Usual

Skład: Gary Moore - wokal i gitara; Magnus Fiennes - instr. klawiszowe; Phil Nicholas - instr. klawiszowe; Guy Pratt - bass; Gary Husband - perkusja
Gościnnie: Dee Lewis - dodatkowy wokal
Producent: Chris Tsangarides, Andy Bradfield i Gary Moore


12 października 2016

[Recenzja] John Mayall - "Back to the Roots" (1971)



"Back to the Roots" to wyjątkowy album w karierze Johna Mayalla. W nagraniach wspomogli go nie tylko muzycy, z którymi kilka miesięcy wcześniej nagrał "USA Union" (Harvey Mandel, Larry Taylor, "Sugarcane" Harris), ale także wielu dawnych współpracowników (Eric Clapton, Mick Taylor, Keef Hartley, John Almond, Steve Thompson), oraz zupełnie nowi instrumentaliści (gitarzysta Jerry McGee i perkusista Paul Lagos). Podczas sesji zarejestrowane zostało tyle materiału, że postanowiono wydać album dwupłytowy.

Tytuł albumu sugeruje powrót Johna Mayalla do jego muzycznych korzeni. I rzeczywiście, nie brakuje tutaj bluesa i blues rocka (np. "Prisons on the Road", "Accidental Suicide", "Home Again", "Mr. Censor Man", "Devil's Tricks"). Niektóre utwory brzmią jak odnalezione pozostałości po sesjach nagraniowych wczesnych albumów Bluesbreakers. Chociażby ballada "Marriage Madness", ozdobiona rewelacyjnymi solówkami Micka Taylora, której klimat nawiązuje do albumu "Crusade".Ale "Back to the Roots" to nie tylko blues. Mayall przypomina tu także o swojej fascynacji jazzem, której dał wyraz na albumach "Bare Wires" i "The Turning Point", czego przykładem takie utwory, jak "Groupie Girl" i "Television Eye". Są one przede wszystkim popisem Johna Almonda, grającego wspaniałe solówki na saksofonie. Muzyk błyszczy także w "Dream with Me", który ozdobił piękną partią fletu. Z kolei "Looking at Tomorrow" ma coś z klimatu "Fly Tomorrow" z "Blues from Laurej Canyon"; tym razem pole do popisu ma Eric Clapton, przypominający o swoim talencie, który w tamtym czasie powoli zaczynał trwonić. Warto wspomnieć także o ładnej, subtelnej balladzie "Goodbye December", oraz bardzo chwytliwych "My Children" i "Unanswered Questions", wzbogaconych nadającymi psychodeliczny klimat organami. Nie wszystkie utwory wypadają jednak tak dobrze. Zdarzają się też niestety słabsze fragmenty (np. monotonny "Home Again", albo dłużący się "Force of Nature"), a nawet jeden ewidentny wypełniacz (instrumentalny "Boogie Albert").

"Back to the Roots" cierpi na tą samą przypadłość, co większość dwupłytowych albumów - na nierówny poziom utworów. Zapewne gdyby dokonano selekcji materiału i wydano tylko jedną płytę z najlepszymi utworami, można by mówić o kolejnym wybitnym dziele Johna Mayalla. Z drugiej strony - udanych kompozycji jest  tutaj więcej, niż pomieściłaby jedna płyta winylowa, więc dokonanie właściwej selekcji byłoby trudne, a w efekcie pewnie nikt nie byłby do końca zadowolony. Najlepiej więc chyba potraktować "Back to the Roots" jako próbę podsumowania dotychczasowej kariery Mayalla. Album naprawdę dobrze się z tej roli wywiązuje, mimo że trafił na niego zupełnie premierowy materiał.

Ocena: 7/10



John Mayall - "Back to the Roots" (1971)

LP1: 1. Prisons on the Road; 2. My Children; 3. Accidental Suicide; 4. Groupie Girl; 5. Blue Fox; 6. Home Again; 7. Television Eye; 8. Marriage Madness; 9. Looking at Tomorrow
LP2: 1. Dream with Me; 2. Full Speed Ahead; 3. Mr. Censor Man; 4. Force of Nature; 5. Boogie Albert; 6. Goodbye December; 7. Unanswered Questions; 8. Devil's Tricks; 9. Travelling

Skład: John Mayall - wokal, gitara, instr. klawiszowe, harmonijka; Harvey Mandel - gitara (LP1: 2-4,7, LP2: 1,4,6,7); Larry Taylor - bass; Don "Sugarcane" Harris - skrzypce (LP1: 1,3-5,9, LP2: 2,7-9)
Gościnnie: Eric Clapton - gitara (LP1: 1,3,6,9. LP2: 4,6); Mick Taylor - gitara (LP1: 3,8, LP2: 2-4,8); Jerry McGee - gitara (LP1: 5, LP2: 8); Steve Thompson - bass (LP2: 2); Keef Hartley - perkusja (LP1: 2,4,7,8, LP2: 1-3,6,7); Paul Lagos - perkusja (LP1: 1,5,9, LP2: 8,9); John Almond - saksofon i flet (LP1: 2,4,7,8, LP2: 1,3,9)
Producent: John Mayall


10 października 2016

[Recenzja] Van Halen - "Van Halen" (1978)



Debiutancki album Van Halen odegrał istotną rolę w rozwoju muzyki hardrockowej i jej przeistoczeniu się w heavy metal. Wydany pod koniec lat 70., w czasie kryzysu ciężkiego grania, był czymś niewątpliwie świeżym i dość oryginalnym. Struktury kompozycji są tu bardzo proste, podobnie jak gra sekcji rytmicznej, a rytmiczne partie gitary też nie są specjalnie wyrafinowane. Zupełnie inaczej wygląda sprawa z gitarowymi solówkami Eddiego Van Halena, które grane są z niesamowitą prędkością i precyzją, w niespotykany wcześniej sposób, który zrewolucjonizował ciężki rock niemal w równy sposób, co dekadę wcześniej popisy Jimiego Hendrixa. Aranżacyjna prostota i surowość (tylko gitara, bas, perkusja i szorstki wokal Davida Lee Rotha) kontrastuje także z wypolerowanym, wręcz sterylnym brzmieniem - jakże dalekim od innych ówczesnych produkcji, charakterystycznym natomiast dla kolejnej dekady.

Album "Van Halen" zawiera kilka najbardziej znanych utworów z dorobku zespołu: przebojowe, energetyczne "Runnin' with the Devil" i "Ain't Talkin' 'Bout Love" (drugi z nich opiera się na naprawdę fantastycznym riffie), znacznie cięższą od oryginału, ale bardzo chwytliwą wersję "You Really Got Me" z repertuaru The Kinks, a także kultowy "Eruption", czyli niespełna dwuminutowy solowy popis Eddiego Van Halena, pokazujący jego umiejętności, ale moim zdaniem zupełnie bezcelowy (solówki mają sens jako część utworu, osobno nie mają żadnego uzasadnienia). Właśnie te cztery utwory rozpoczynają album i zarazem wypełniają większość pierwszej strony winylowego wydania. Poza nimi trafił na nią jeszcze mniej wyrazisty "I'm the One", zwracający uwagę tylko dzięki krótkiej wodewilowej wstawce, śpiewanej grupowo a cappella. Skojarzenia z Queen są jak najbardziej na miejscu.

Druga strona albumu nie wypada już tak dobrze, jak pierwsza. Pojawia się tutaj trochę banalnego grania, w postaci przesłodzonego "Feel Your Love Tonight" i kojarzącego się z Aerosmith "Jamie's Cryin'". Z kolei przeróbkę "Ice Cream Man" chicagowskiego bluesmana Johna Brima - wzbogaconą gitarą akustyczną i zachowującą bluesowy charakter - należy traktować wyłącznie jako żart. Nie zrozumcie mnie źle - to przyjemny utwór, ale nijak nie pasujący do reszty albumu. Dobre wrażenie robią ciężkie, rozpędzone "Atomic Punk" i "On Fire". Ten drugi to już właściwie stricte heavymetalowy kawałek - te solówki Van Halena i przeszywające falsety Rotha to przecież kanon stylu. Najjaśniejszym punktem drugiej strony jest jednak bardziej stonowany, utrzymany w średnim tempie "Little Dreamer", w którym doskonale wyważono ciężar i melodyjność.

Debiut Van Halen spotkał się z bardzo dobrym przyjęciem wśród krytyków i fanów ciężkiego grania. Album przyniósł zespołowi tak wielki sukces i rozgłos, że już wkrótce po jego wydaniu muzycy dostąpili zaszczytu rozgrzewania publiczności przed występami samego Black Sabbath (i ponoć wypadali znacznie lepiej, co w sumie nie dziwi, biorąc pod uwagę ówczesną sytuację w grupie Tony'ego Iommiego). W ciągu niespełna trzydziestu lat longplay w samych Stanach rozszedł się w ilości przekraczającej dziesięć milionów egzemplarzy (zyskując tym samym status "diamentowej płyty"). To największy sukces komercyjny w historii Van Halen. 

Ocena: 7/10



Van Halen - "Van Halen" (1978)

1. Runnin' with the Devil; 2. Eruption; 3. You Really Got Me; 4. Ain't Talkin' 'Bout Love; 5. I'm the One; 6. Jamie's Cryin'; 7. Atomic Punk; 8. Feel Your Love Tonight; 9. Little Dreamer; 10. Ice Cream Man; 11. On Fire

Skład: David Lee Roth - wokal, gitara (10); Eddie Van Halen - gitara, dodatkowy wokal; Michael Anthony - bass, dodatkowy wokal; Alex Van Halen - perkusja
Producent: Ted Templeman


7 października 2016

[Recenzja] Trettioåriga Kriget - "Krigssång" (1975)



Drugi album szwedzkiego kwartetu Trettioåriga Kriget, zatytułowany "Krigssång" (czyli "pieśń wojenna"), przynosi muzykę łagodniejszą brzmieniowo, choć niepozbawioną dynamiki i energii. Już w otwierającym całość utworze tytułowym istotną rolę pełni gitara akustyczna i melotron, jednak utwór stopniowo nabiera na intensywności, dochodzą ostrzejsze solówki i przede wszystkim mocna, głęboka partia basu. W "Metamorfoser" nastrój z początku jest jeszcze bardziej sielski, z czym kontrastuje cięższa część środkowa. Dopiero folkowy "Jag Och Jag Och "Jag"" zawiera stricte akustyczną aranżację. Zarówno klimat, jak i melodia tego kawałka przypomina wczesną twórczością King Crimson (takie utwory, jak "Cadence and Cascade" czy "I Talk to the Wind").

Dla odmiany, tuż po nim rozbrzmiewają dwa cięższe utwory - "Mitt Mirakel" i instrumentalny "Murar" - brzmieniowo i stylistyczne najbliższe poprzedniego albumu. Choć w tym drugim pojawia się coś zupełnie nowego w twórczości grupy - partia skrzypiec, fantastycznie uzupełniająca ostrą partię gitary i intensywną grę sekcji rytmicznej. Finał albumu to ponad 17-minutowy "Krigssång II", łączący cięższe i łagodniejsze oblicze grupy. Muzycy wyszli obronną ręką z próby stworzenia progrockowej suity, zachowując dobre proporcje między bardziej piosenkowymi fragmentami, a instrumentalnymi popisami, zarazem unikając chaosu lub przesadnego patosu. Jedynie partia wokalna Roberta Zimy wypada trochę zbyt pretensjonalnie. Niestety, podobnie jak na debiucie, warstwa wokalna na całym albumie pozostawia sporo do życzenia. I znów jest to jedyny zarzut, jaki mogę postawić grupie.

"Krigssång" to dowód rozwoju zespołu, który stworzył bardziej różnorodny i lepiej skomponowany materiał, niż zawartość - bardzo dobrego przecież - debiutu. Choć z drugiej strony, zwrot ku bardziej piosenkowej formie utworów spowodował, że instrumentaliści mają mniej okazji do pokazania swoich umiejętności. Najgorsze jednak, że nie zrobiono nic, aby poprawić kwestię wokalną. Jeśli zmiana wokalisty nie wchodziła w grę, to można było mu chociaż dać tym razem anglojęzyczne teksty, zamiast trudniejszych do śpiewania szwedzkojęzycznych (tym bardziej, że szwedzki nie jest ojczystym językiem Roberta Zimy). Dlatego też obu albumom wystawiam taką samą ocenę, z zastrzeżeniem, że "Krigssång" mimo wszystko uważam za odrobinę lepszy.

Ocena: 8/10



Trettioåriga Kriget - "Krigssång" (1975)

1. Krigssång; 2. Metamorfoser; 3. Jag Och Jag Och "Jag"; 4. Mitt Mirakel; 5. Murar; 6. Krigssång II

Skład: Robert Zima - wokal; Christer Åkerberg - gitara; Stefan Fredin - bass, dodatkowy wokal; Dag Lundquist - perkusja i instr. perkusyjne, melotron, skrzypce, dodatkowy wokal
Producent: Trettioåriga Kriget


5 października 2016

[Recenzja] Ten Years After - "Live at the Filmore East 1970" (2001)



Bardzo interesujący suplement do dyskografii Ten Years After. "Live at the Fillmore East 1970" to fragmenty dwóch występów, jakie grupa dała 27 i 28 lutego 1970 roku w nowojorskim Fillmore East. Połączone tak, aby odzwierciedlić ówczesną setlistę. Repertuar dość mocno pokrywa się z zarejestrowanym trzy lata później "Recorded Live", ale są tu też utwory, których na tamtym wydawnictwie nie uświadczymy. Szczególnie cieszy obecność kompozycji z albumu "Cricklewood Green", który zespół wówczas promował. Reprezentują go trzy utwory: "Working on the Road", oraz rozbudowane wersje "Love Like a Man" i "50,000 Miles Beneath My Brain", pełne fantastycznych popisów Alvina Lee. Zespół zaprezentował także bardzo dobre, rozimprowizowane wersje "I Woke Up This Morning" i "Spoonful". Jeśli zaś chodzi o powtarzające się utwory - z "Good Morning Little Schoolgirl", "I Can't Keep from Cryin' Sometimes" i "Help Me" na czele - to tutejsze wykonania są równie porywające, co na klasycznym "Recorded Live". Pod względem brzmieniowym jest może odrobinę gorzej, ale wciąż nie jest to jakość bootlegowa, a profesjonalne nagranie. Dla fanów Ten Years After i koncertowych improwizacji o bluesrockowym charakterze - pozycja gorąco polecana.

Ocena: 8/10



Ten Years After - "Live at the Filmore East 1970" (2001)

CD1: 1. Love Like a Man; 2. Good Morning Little Schoolgirl; 3. Working on the Road; 4. The Hobbit; 5. 50,000 Miles Beneath My Brain; 6. Skoobly-Oobley-Doobob; 7. I Can't Keep from Cryin' Sometimes / Extension on One Chord
CD2: 1. Help Me; 2. I'm Going Home; 3. Sweet Little Sixteen; 4. Roll Over Beethoven; 5. I Woke Up This Morning; 6. Spoonful

Skład: Alvin Lee - wokal i gitara; Chick Churchill - instr. klawiszowe; Leo Lyons - bass; Ric Lee - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Ten Years After


1 października 2016

[Blog] Looking Back: sierpień / wrzesień

Witam w kolejnej części cyklu "Looking Back" (dawniej "Podsumowanie miesiąca"). Po raz drugi z rzędu podwójnej. Sam sierpień był za mało ciekawy, by poświęcać mu osobny wpis. Myślę, że kolejne części też będą ukazywać się co drugi miesiąc.


W sierpniu odpoczywałem od zakupów płytowych. W ciągu całego miesiąca do kolekcji doszedł mi tylko jeden album i to kupiony (przez internet) jeszcze w lipcu - "After the War" Gary'ego Moore'a. Za to we wrześniu na pewnym serwisie aukcyjnym nastąpił prawdziwy wysyp interesujących mnie albumów. Jedną licytację przegrałem ("Crusade" Johna Mayalla), drugą odpuściłem sobie, gdy cena zbytnio poszybowała w górę ("Blues Orbituary" Groundhogs), cztery natomiast wygrałem. Są to albumy "The Turning Point" Mayalla, "Thank Christ for the Bomb" i "Split" Groundhogs, oraz "Malice in Wonderland" projektu Paice Ashton Lord. Wszystkie kupione u jednego sprzedawcy, po naprawdę okazyjnej cenie. Zwłaszcza, że longplaye Groundhogs są dość trudno dostępne. Widziałem wcześniej egzemplarze "Thank Christ..." i "Split", z których każdy kosztował więcej, niż zapłaciłem za cały ten pakiet (może nawet włącznie z "After the War").

Podobnie jak w poprzednich miesiącach, kontynuowałem swój zamiar poznania lub przypomnienia sobie jak największej liczby wydawnictw muzycznych. W sierpniu było ich w sumie 96, we wrześniu - 70 (tak przynajmniej podpowiada mi mój profil na RateYourMusic). Jak zwykle były to głównie albumy hardrockowe, bluesrockowe i bluesowe, trochę też z rockiem progresywnym i psychodelicznym. Ponadto w pierwszym z tych miesięcy słuchałem wyjątkowo dużo jazzu (Miles Davis, John Coltrane) i jazzrocka (Soft Machine, Nucleus). W drugim natomiast w ogóle nie sięgałem po takie klimaty; zamiast tego pojawiło się trochę folku - zarówno w wydaniu bardziej komercyjnym (Fairport Convention), jak i... dziwniejszym (Comus). Część tych albumów zostanie zrecenzowana na blogu jeszcze w tym roku.



Przy okazji, chciałbym trochę zmienić harmonogram publikacji recenzji na blogu. Dla przypomnienia, obecnie ukazują się one według następującego schematu:

  • Ciężkie Poniedziałki (hard rock, heavy metal)
  • Bluesowe Środy (blues rock, blues)
  • Premierowe Czwartki (nowości wydawnicze, różne style)
  • Eklektyczne Piątki (wszystko inne)

Planuję wprowadzenie jeszcze większej różnorodności. Poniedziałki, środy i czwartki pozostaną bez zmian. Dojdą natomiast:

  • Jazzowe Wtorki (jazz rock, później może jazz)
  • Progresywne Piątki (rock progresywny)
  • Imprezowe Soboty (funk rock, rock and roll)
  • Psychodeliczne Niedziele (rock psychodeliczny, folk rock)

Wciąż jednak będą publikowane po 3-4 recenzje tygodniowo, tradycyjnie o godzinie 14:00. Na najbliższe dwa tygodnie są jeszcze zaplanowane recenzje według starego schematu.