19 września 2016

[Recenzja] Sir Lord Baltimore - "Kingdom Come" (1970)



W recenzjach z cyklu "Ciężkich poniedziałków" niejednokrotnie będę wspominał o grupach Black Sabbath, Led Zeppelin i Deep Purple. To właśnie albumy tych zespołów wydane na przełomie lat 60. i 70. zdefiniowały pojęcie hard rocka i stanowią punkt odniesienia. Oczywiście było też wiele innych wykonawców, którzy przyczynili się do rozwoju tego stylu, a pod względem wykonawczym i kompozytorskim prezentowali równie wysoki warsztat. Takie zespoły, jak Uriah Heep, Wishbone Ash, czy nieco później Judas Priest, także odegrały ważną rolę w kształtowaniu się stylu. A z kolei gdyby nie Cream, Jimi Hendrix, The Who oraz The Jeff Beck Group, w ogóle mogłoby nie dojść do jego powstania. Mógłbym wymienić jeszcze kilka ważnych nazw i nazwisk, ale nie sądzę by w sumie było ich więcej niż kilkanaście. Oczywiście grających na poziomie wykonawców hardrockowych jest znacznie więcej, ale nie prawdziwych innowatorów.

Niestety, można zaobserwować występującą u dziennikarzy muzycznych tendencję do "odkrywania" zapomnianych grup sprzed lat, które rzekomo mogły być nowym Sabbathem czy Zeppelinem, ale mimo rzekomego ogromnego potencjału, nie miały wystarczająco dużo szczęścia. Co gorsze, są ludzie, którzy to kupują i tak rodzi się kult wokół w sumie mało istotnych i niezbyt utalentowanych grup pokroju Blue Cheer czy Sir Lord Baltimore. O ile jeszcze w przypadku tej pierwszej można to w pewnym stopniu zrozumieć - wszak zaczynała już w 1968 roku i brzmiała jak nikt inny w tamtym czasie - tak kreowanie drugiej na prekursorów czegokolwiek jest już sporym nadużyciem. Debiutancki album zespołu, "Kingdom Come", ukazał się dopiero w grudniu 1970 roku, czyli w czasie gdy pierwsze nakłady debiutu i "dwójki" Zeppelinów, albumów "Black Sabbath" i "Paranoid", oraz "In Rock", już dawno zdążyły się rozejść po świecie. Longplay Sir Lord Baltimore nie przyniósł niczego naprawdę nowatorskiego. Owszem, jest bardziej surowy i agresywny od wspomnianych albumów, ale i to nie było w 1970 roku szczególnym osiągnięciem, biorąc pod uwagę, że już wcześniej ukazały się takie albumy, jak "Vincebus Eruptum" Blue Cheer czy "Kick Out the Jams" MC5.

Może więc pod względem wykonawczym i/lub kompozytorskim mamy do czynienia z czymś wybitnym? Niestety, też nie. Pod względem muzycznym jest nawet całkiem nieźle. Tu czy tam trafia się jakiś świetny riff lub porywająca solówka, sporo dobrego robi też sekcja rytmiczna. Nieco gorzej wypada warstwa melodyjna, choć zdarzają się całkiem zgrabne kompozycje. Zresztą to, co najlepsze, sprytnie umieszczono na najbardziej strategicznych pozycjach, a więc na początku każdej strony winylowego wydania. "Master Heartache" (zbudowany na wyraźnej, przesterowanej partii basu) i tytułowy "Kingdom Come", aż kipią energią, miażdżą ciężarem, a zarazem wyróżniają się naprawdę chwytliwymi melodiami. Jedyne do czego można się przyczepić, to fatalne, pretensjonalne partie wokalne w wykonaniu perkusisty Johna Garnera. Jeszcze bardziej przeszkadzają w pozostałych utworach, zazwyczaj utrzymanych w szybkich tempach, za którymi wokalista nie zawsze nadąża. Kawałki w rodzaju "Lady of Fire" czy "Hell Hound" brzmią jak Hendrix na przyśpieszonych obrotach, z bardziej przesterowanym brzmieniem i znacznie gorszą warstwą wokalną. Na tle całości wyróżnia się łagodna ballada "Lake Isle of Innersfree" z istotną rolą gitary akustycznej. Podejrzewam, że powstała pod naciskiem wytwórni, która nie chciała wydać albumu z samymi ciężkimi utworami. Kompozycja kompletnie nie pasuje do reszty longplaya, ale jest całkiem przyjemna i nawet wokal jest mniej drażliwy.

"Kingdom Come" niewątpliwie można uznać za jeden z najwcześniejszych - jeszcze bardzo surowych i niedopracowanych - przykładów heavy metalu. Jednak jego wpływ na rozwój tego stylu jest znacznie przecenianych przez niektórych współczesnych recenzentów. W 1970 roku ukazało się tyle wspaniałej muzyki, że dość przeciętny materiał Sir Lord Baltimore po prostu nie miał szans zainteresować w tamtym czasie szerszej publiczności. Grupa szybko popadła w zapomnienie i dopiero po latach zaczęła zyskiwać status kultowej.

Ocena: 7/10



Sir Lord Baltimore - "Kingdom Come" (1970)

1, Master Heartache; 2. Hard Rain Fallin'; 3. Lady of Fire; 4. Lake Isle of Innersfree; 5. Pumped Up; 6. Kingdom Come; 7. I Got a Woman; 8. Hell Hound; 9. Helium Head (I Got a Love); 10. Ain't Got Hung on You

Skład: John Garner - wokal i perkusja; Louis Dambra - gitara; Gary Justin - bass
Producent: Mike Appel i Jim Cretecos


Brak komentarzy

Prześlij komentarz