7 września 2016

[Recenzja] Peter Green - "In the Skies" (1979)



Dziewięć lat - tyle czasu minęło między wydaniem solowego debiutu Petera Greena, "The End of the Game", a premierą jego następcy, "In the Skies". Muzyk porzucił na kilka lat swoją karierę, z powodu pogarszającego się stanu psychicznego, spowodowanego nadużywaniem środków psychotropowych. Pierwsze objawy choroby pojawiły się już w czasie, gdy wciąż był członkiem Fleetwood Mac. Tak przynajmniej został odebrany jego pomysł, aby członkowie grupy oddawali wszystkie swoje zyski dla ubogich. W znacznym stopniu wpłynęło to na rozstanie lidera z założonym przez niego zespołem. Z czasem całkowicie stracił zainteresowanie graniem. Pod koniec lat 70. dał się jednak namówić na powrót, czego efektem była seria pięciu albumów wydanych rok po roku. W większości niezbyt udanych, choć zaczęło się całkiem dobrze - "In the Skies" to najlepszy solowy album Greena.

W nagraniu albumu uczestniczyli m.in. klawiszowiec Peter Bardens (znany z Them i Camel) i gitarzysta Snowy White (wówczas koncertowy współpracownik Pink Floyd, późniejszy członek Thin Lizzy). Ten drugi został zaangażowany, ponieważ Green, po długiej przerwie od muzykowania, nie był w stanie sam zarejestrować wszystkich gitarowych partii. Na longplay złożyły się głównie utwory instrumentalne, z których każdy ma nieco odmienny charakter. "Slabo Day" to melodyjny gitarowy popis z bardzo chwytliwym podkładem rytmicznym. Transowy "Tribal Dance" zgodnie z tytułem opiera się na plemiennych perkusjonaliach i roztańczonej partii basu, czemu towarzyszą klawiszowo-gitarowe ozdobniki o jazzowym charakterze. "Funky Chunk" to po prostu funk, choć partia gitary ma lekko orientalne zabarwienie. "Proud Pinto" przywodzi zaś na myśl latynoski rock Santany. Finałowy "Apostle" to natomiast piękna balladowa miniaturka z uzupełniającymi się partiami gitary akustycznej i elektrycznej. Wszystkie te instrumentale robią naprawdę dobre wrażenie.

Nieco bardziej mieszane odczucia pozostawiają natomiast utwory z wokalem. Tytułowy "In the Skies" i "Seven Stars" to po prostu melodyjne rockowe piosenki, których bardzo przyjemnie się słucha, ale zaraz potem o nich zapomina. Natomiast klimatyczny, nieco funkowy rytmicznie "Just for You" okazuje się bardzo monotonny - w ogóle się nie rozwija. Rewelacyjnie wypada natomiast nowa wersja "A Fool No More" (oryginalna, krótsza i mniej porywająca wersja powstała w czasach Fleetwood Mac). To typowa 12-taktowa ballada bluesowa, brzmiąca jakby została nagrana dekadę wcześniej. Ale za to jak niesamowicie wykonana. Poruszający śpiew Greena i przeszywające smutkiem, przepiękne gitarowe solówki tworzą tutaj wspaniały klimat, którego nie oddadzą żadne słowa. Takich utworów mogę słuchać w kółko i nigdy się nie znudzą. A to jedna z najpiękniejszych tego typu kompozycji, jakie słyszałem - a słyszałem ich naprawdę wiele.

"In the Skies" był naprawdę udanym powrotem Petera Greena. Mimo że album jest nierówny, jako całość pozostawia bardzo dobre wrażenie. A ze względu na "A Fool No More" nie powinno go zabraknąć w kolekcji żadnego wielbiciela bluesa.

Ocena: 8/10



Peter Green - "In the Skies" (1979)

1. In the Skies; 2. Slabo Day; 3. A Fool No More; 4. Tribal Dance; 5. Seven Stars; 6. Funky Chunk; 7. Just for You; 8. Proud Pinto; 9. Apostle

Skład: Peter Green - wokal i gitara; Snowy White - gitara; Peter Bardens - instr. klawiszowe; Kuma Harada - bass; Reg Isidore - perkusja; Godfrey Maclean - perkusja; Lennox Langton - instr. perkusyjne
Producent: Peter Vernon-Kell


2 komentarze:

  1. Mimo wszystko - z perspektywy czasu - najlepsza solowa pozycja WIELKIEGO kompozytora i muzyka. Green zawsze wzbudza we mnie poczucie niedosytu - fantastyczny talent, a tyle zmarnowanego czasu.

    OdpowiedzUsuń
  2. Przyznam szczerze, mimo że nie przepadam za bluesem (delikatnie mówiąc) to ten album bardzo lubię. Przez wiele lat była to jedna z moich wakacyjnych płyt. Zawsze gdy świeciło mocno słońce wyłaziłem na taras, odpalałem tego Greena na winylu (dość głośno) i popijając zimne piwko myślałem "Pocałujcie mnie wszyscy w dupę". W szczególności dobrze nastrajała mnie strona pierwsza. Aha, no i mam wydanie amerykańskie z inną okładką ;-)

    OdpowiedzUsuń