12 września 2016

[Recenzja] Pentagram - "Pentagram" (1985)



Niekwestionowanym prekursorem doom metalu jest grupa Black Sabbath. Charakterystyczne elementy jej stylu - jak mroczny klimat, ciężkie brzmienie i posępne riffy  - szybko zostały podchwycone przez różnych naśladowców. Po odrzuceniu przez nich innych ważnych cech muzyki Sabbath (np. bluesowych korzeni i chęci eksperymentowania z innymi stylami), narodził się doom metal. Jednym z najwcześniejszych i najważniejszych przedstawicieli tego stylu jest amerykański zespół Pentagram. Grupa powstała już w 1971 roku, ale przez wiele lat nie zdołała nikogo zainteresować swoją muzyką (bo i po co komu słabsza kopia Black Sabbath, gdy oryginał wciąż funkcjonował?). Z pewnością nie pomagały częste zmiany składu (jedynym stałym członkiem był wokalista Bobby Liebling) i nazwy. Dopiero w połowie lat 80. muzycy postanowili wydać własnym sumptem album długogrający. W rzeczywistości były to nagrania demo, zarejestrowane w latach 1981-82 (wydane w 1982 roku na kasecie "All Your Sins", sygnowanej nazwą Death Row), do którego w 1984 roku dograno trochę nowych partii, przede wszystkim wokalnych i gitarowych, a także przygotowano nowy miks.

Mimo tych zabiegów, brzmienie całości pozostało bardzo surowe i suche. Na pierwszy plan wysunięte są wokalne partie Lieblinga - dość zresztą przeciętne - oraz gitara Victora Griffina, którego riffy i solówki dobitnie zdradzają uwielbienie dla Tony'ego Iommiego, choć oczywiście daleko mu do geniuszu gitarzysty Black Sabbath. Perkusista Joe Hasselvander gra bardzo energetycznie, ale bez większej finezji, zaś gitary basowej Martina Swaneya w większości utworów praktycznie nie słychać (z wyjątkiem "Dying World" i "The Deist", w których momentami wychodzi na pierwszy plan). Pod względem stylistycznym i aranżacyjnym album jest bardzo jednorodny, wszystkie utwory zostały przygotowane według jednego schematu - nieustanne riffowanie, bez żadnych zaskakujących przejść czy zwolnień. Im dalej, tym bardziej poszczególne utwory się ze sobą zlewają. Od biedy można wyróżnić na plus kilka fragmentów. Do nich należą wolny i klimatyczny "The Ghoul", bardzo posępny "Sinister", oraz najbardziej melodyjny "Sign of the Wolf (Pentagram)".

Co ciekawe, album nigdy nie został wznowiony w tej formie, co niskonakładowe wydanie z 1985 roku, stanowiące dziś prawdziwy unikat. Wszystkie reedycje wydane zostały pod tytułem "Relentless", z nową okładką i - co najbardziej kontrowersyjne - z oryginalnym miksem z 1982 roku, bez późniejszych poprawek.

Debiutancki album Pentagram to jeden wielki hołd dla Black Sabbath. Niestety, muzycy całkiem wypaczyli istotne muzyki Black Sabbath, ograniczać ją do posępnych riffów i wolnych temp, podczas gdy miała ona znacznie więcej do zaoferowania. Członkom Pentagram zabrakło talentu, umiejętności, finezji, charyzmy i muzycznej otwartości, jaką mieli ich idole. Wykonanie jest tu amatorskie, kompozycje zbyt do siebie podobne, oparte na tych samych schematach i aranżacjach, a brzmienie demówkowe. Album tylko dla największych fanatyków takiej stylistyki. Reszcie wystarczą albumy Black Sabbath.

Ocena: 4/10



Pentagram - "Pentagram" (1985)

1. Relentless; 2. Sign of the Wolf (Pentagram); 3. All Your Sins; 4. Run My Course; 5. Death Row; 6. Dying World; 7. The Ghoul; 8. You're Lost I'm Free; 9. The Deist; 10. Sinister; 11. 20 Buck Spin

Skład: Bobby Liebling - wokal; Victor Griffin - gitara; Martin Swaney - bass; Joe Hasselvander - perkusja
Producent: Bobby Liebling, Victor Griffin i Tim Kidwell


6 komentarzy:

  1. A co sądisz o Witchfinder General? Niby podobne granie do Pentagram, ale troszkę bardziej zróżnicowane.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O Witchfinder General mam takie samo zdanie. Urozmaicanie repertuaru nie wychodzi im tak zgrabnie i naturalnie, jak Black Sabbath. Utwory w rodzaju "Music" i "I Lost You" nie przegryzają się z resztą materiału, w dodatku są tandetne.

      Jedyna "podróbka" Black Sabbath, jaka mi się podoba, to album "The Alchemist" Witchcraft. Są tam naprawdę dobre - jak na XXI wiek - kompozycje i dużo ciekawych urozmaiceń (np. utwór z saksofonem), które czynią ten longplay czyś więcej, niż kopią. Zresztą wpływy Black Sabbath nie są tam nachalne, nawet brzmienie jest dużo lżejsze.

      Usuń
  2. Jeżeli chodzi o podróby, to polecam szwedzki Candlemass. Bardzo dobrzy instrumentalnie, zawsze posiadali świetnych wokalistów zwłaszcza Macolin.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Candlemass nie nazwałbym podróbą. Inspirując się Black Sabbath próbowali jednak grać inaczej.

      Usuń
  3. Pojawią się jakieś recenzje Candlemass??

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mam już w ogóle ochoty na słuchanie jakiegokolwiek metalu, więc na chwilę obecną jest to bardzo mało prawdopodobne.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.