29 września 2016

[Recenzja] Opeth - "Sorceress" (2016)



Opeth powraca z dwunastym albumem studyjnym, a zarazem czwartym (trzecim pod rząd), pozbawionym elementów deathmetalowych. Grupa już chyba na dobre odeszła od swoich korzeni, by grać muzykę przywołującą klimat przełomu lat 60. i 70. Mnie akurat taka metamorfoza w pełni odpowiada, bo ekstremalnego metalu nie jestem w stanie słychać, za to takie albumy Opeth, jak "Damnation" czy wydany dwa lata temu "Pale Communion", nalezą do moich ulubionych wydawnictw XXI wieku. Dlatego też miałem spore oczekiwania wobec "Sorceress". Nie ukrywam, że z tegorocznych premier właśnie tej najbardziej wyczekiwałem. Jednocześnie miałem też spore obawy, spowodowane nierównym poziomem przedpremierowych singli.

Jako pierwszy opublikowany został tytułowy "Sorceress". Mimo kilku przesłuchań, utwór nie przypadł mi do gustu. Jest zdecydowanie cięższy, od utworów z poprzednich niemetalowych albumów Opeth, ale zarazem ociężały, pozbawiony energii i dobrej melodii. Drugi singiel, "Will O the Wisp", dla odmiany zaskoczył od razu. Zawsze lubiłem te balladowe utwory Opeth, w których melodyjnej partii wokalnej towarzyszy tylko gitara akustyczna i delikatne klawiszowe tło. Do tego kawałek zdradza wyraźną inspirację twórczością Jethro Tull, zarówno w warstwie muzycznej (mimo braku fletu), jak i wokalnej - podczas powtarzającego się fragmentu tekstu of your life można mieć wątpliwości czy to na pewno wciąż śpiewa Mikael Åkerfeldt, czy może sam Ian Anderson wpadł na sesję. Pod koniec utwór leciutko się zaostrza, dochodzi perkusja i gitarowe solo, ale piękny klimat zostaje do końca. To naprawdę bardzo udana kompozycja. Całkiem niezły okazał się także "The Wilde Flowers" - bardziej rozbudowany utwór, łączący cięższe fragmenty (nieco bardziej energetyczne i melodyjne niż w "Sorceress") z balladowymi. Dzięki wszechobecnym brzmieniom klawiszowym klimatem przypomina "Pale Communion".

W końcu przyszła pora na przesłuchanie całego albumu. Rozpoczyna się obiecująco, od introdukcji "Persephone" - ładnego tematu na dwie gitary akustyczne, choć pod koniec zepsutego jakimś babskim gadaniem (w stylu "Born to Touch Your Feelings" Scorpionsów). Następnie umieszczono trzy wyżej opisane single (w innej kolejności). Jako część albumu pozostawiają takie samo wrażenie, jak słuchane osobno. Rozbrzmiewający po nich "Chrysalis" to kolejny dłuższy utwór, składający się z dwóch części - pierwszej bardziej dynamicznej, drugiej balladowej. To też całkiem zgrabna i udana kompozycja. Później jednak coś zaczyna się psuć. Łagodne, oparte na akompaniamencie gitary akustycznej i melotronu, utwory "Sorceress 2" i "The Seventh Sojourn" w warstwie muzycznej są dość monotonne, ale najbardziej rozczarowują w nich wyjątkowo słabe partie wokalne Åkerfeldta. W "Strange Brew" i "A Fleeting Glance" zbudowane są natomiast na dynamicznych kontrastach, ale wkrada się w nich zbyt wiele chaosu, poszczególne fragmenty nie łączą się w spójną kompozycję. W dodatku w drugim z nich znów męczy partia wokalna. Przyjemnym urozmaiceniem jest natomiast "Era" - pomijając wstęp na pianinie, jest to najbardziej energetyczny kawałek na albumie. Z początku dość toporny, z niemal thrashmetalowym riffem i agresywną perkusją, ale z czasem nabierający bardziej przebojowego charakteru. Całość kończy nic do niej nie wnoszący "Persephone (Slight Return)" - znów żeński głos, tym razem z akompaniamentem pianina.

Przed napisaniem tej recenzji zdążyłem kilkakrotnie przesłuchać cały album i za każdym razem pod koniec towarzyszyło mi to samo uczucie. Znużenie. Tylko w kilku utworach udało się utrzymać poziom "Pale Communion". Poza tym jest tu monotonnie, czasem chaotycznie, a często przewidywalnie. Zespół już chyba nadto wyeksploatował swój aktualny styl i zaczyna zjadać swój własny ogon. Zresztą o braku pomysłów świadczą już same tytuły niektórych utworów, podebrane innym wykonawcom - Wishbone Ash ("Persephone"), Cream ("Strange Brew") i Jimiemu Hendrixowi ("Persephone (Slight Return)" to oczywiste nawiązanie do "Voodoo Child (Slight Return)"). Gdyby chociaż były to kompozycje na poziomie ich "imienników", to można by wybaczyć ten nietakt Åkerfeldtowi i spółce. Ale muzycy muszą jeszcze dużo popracować, jeśli chcą tworzyć ponadczasowe arcydzieła. "Sorceress" nie jest oczywiście jakimś kompletnym nieporozumieniem, bo grupa nie schodzi tutaj poniżej pewnego poziomu. Liczyłem jednak na coś więcej, niż poprawny, momentami zachwycający, ale częściej usypiający album.

Ocena: 6/10

PS. Rozszerzone wydanie albumu zawiera dodatkowy dysk z pięcioma utworami - dwoma studyjnymi i trzema koncertowymi. Oba studyjne kawałki, "The Ward" i "Spring MCMLXXIV", nie są wcale gorsze od podstawowej zawartości albumu. Szczególnie drugi z nich mógłby podnieść nieco jego poziom - to jeden z najbardziej melodyjnych i chwytliwych utworów w dorobku Opeth. Nagrania koncertowe - "Cusp of Eternity" i "Voice of Treason"  z "Pale Communion", oraz "The Drapery Falls" z "Blackwater Park" - mają naprawdę fatalną, bootlegową jakość dźwięku. Ciekawe, że w "The Drapery Falls" Åkerfeldt nie rezygnuje z growlu, ale brzmi on znacznie łagodniej, niż w wersji studyjnej.



Opeth - "Sorceress" (2016)

1. Persephone; 2. Sorceress; 3. The Wilde Flowers; 4. Will O the Wisp; 5. Chrysalis; 6. Sorceress 2; 7. The Seventh Sojourn; 8. Strange Brew; 9. A Fleeting Glance; 10. Era; 11. Persephone (Slight Return)

Skład: Mikael Åkerfeldt - wokal i gitara; Fredrik Åkesson - gitara; Martín Méndez - bass; Martin Axenrot - perkusja i instr. perkusyjne; Joakim Svalberg - instr. klawiszowe
Producent: Tom Dalgety


Brak komentarzy

Prześlij komentarz

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.