16 września 2016

[Recenzja] Jeff Beck - "Blow by Blow" (1975)



W połowie lat 70. Jeff Beck postanowił nagle opuścić grupę Beck, Bogert & Appice (mimo zaawansowanych prac nad drugim albumem studyjnym) i rozpocząć solową działalność. Szybko zebrał nowy skład, w którym znalazł się dawny kompan z drugiego wcielenia The Jeff Beck Group, klawiszowiec Max Middleton, oraz nowa sekcja rytmiczna - basista Phil Chen i perkusista Richard Bailey (choć początkowo tą ostatnią rolę miał pełnić Carmine Appice). Muzycy weszli do studia, by pod okiem samego George'a Martina (słynnego producenta The Beatles), zarejestrować materiał na debiutancki album Becka, zatytułowany "Blow by Blow".

Swojego wsparcia udzielił także Stevie Wonder, który podarował Jeffowi dwie kompozycje - "Cause We've Ended as Lovers" (którą rok wcześniej nagrał ze swoją ówczesną żoną, Syreetą Wright, na album "Stevie Wonder Presents: Syreeta") i zupełnie premierową "Thelonius". W drugim z tych utworów Wonder wystąpił osobiście, grając na klawinecie (choć nie zostało to odnotowane w opisie albumu. Pozostałe utwory to głównie kompozycje Becka i Middletona, stworzone razem lub osobno, a w jednym przypadku ("AIR Blower") z pomocą Chena i Baileya. "Diamond Dust" to kompozycja niejakiego Berniego Hollanda - gitarzysty grupy Hummingbird, utworzonej po rozpadzie drugiego wcielenia The Jeff Beck Group, przez jego członków: Middletona i wokalistę Bobby'ego Trencha. Całości dopełnia przeróbka "She's a Woman" Beatlesów.

Zawartość "Blow by Blow" znacznie się różni od bluesowo-hardrockowej twórczości The Yardbirds, The Jeff Beck Group i Beck, Bogert & Appice. To zbiór instrumentalnych utworów o bardzo jamowym charakterze. Spora część utworów opiera się na intensywnej, bardzo funkowej grze sekcji rytmicznej, stanowiącej podkład do wirtuozerskich, niemal jazzowych popisów Becka ("You Know What I Mean", "Constipated Duck", "AIR Blower", "Thelonius"). Rola Middletona w tych kawałkach czasem ogranicza się do tła (np. "You Know What I Mean", "Constipated Duck"), kiedy indziej zaś muzyk wychodzi na pierwszy plan, grając solówki na przemian z Beckiem ("AIR Blower"). Dynamicznie jest także w "Freeway Jam", ale tutaj Beck i sekcja rytmiczna grają w bardziej rockowy sposób, z czym kontrastują jazzujące partie Middletona.

Pozostałe utwory mają już trochę odmienny charakter. "She's a Woman" został znacznie zwolniony i nabrał nieco latynoskiego klimatu, przez co kojarzyć się może z twórczością Santany. W nagraniu wykorzystany został talk box, dzięki czemu mamy tu namiastkę partii wokalnej. Wolnym tempem charakteryzuje się także początek "Scatterbrain", z piękną partią gitary i delikatnym, jazzującym akompaniamentem. W pewnym momencie utwór nabiera jednak mocy, za sprawą rozszalałej partii perkusji, oraz zadziornych solówek Middletona i Becka. Ciekawym kontrastem jest smyczkowe tło zaaranżowane przez Martina. Orkiestracja odgrywa jeszcze większą rolę w finałowym "Diamond Dust", który w całości jest dość stonowany. Tworzące podniosły nastrój smyczki i jazzująca gra Middletona stanowią podkład dla prześlicznych partii Becka. Najwspanialszym utworem na albumie jest jednak "Cause We've Ended as Lovers" - kolejna ballada z jazzowym podkładem, oraz cudowną solówką Becka, wyjątkowo bardziej bluesową, w stylu Roya Buchanana, któremu zresztą utwór jest dedykowany.

"Blow by Blow" okazał się największym komercyjnym sukcesem w całej karierze Jeffa Becka (4. miejsce na liście w Stanach, a zarazem jedyne w pierwszej dziesiątce). Niewątpliwie jest to także jeden z jego największych artystycznych sukcesów. Tak naprawdę dopiero na tym albumie gitarzysta w pełni zaprezentował swój kunszt i wirtuozerię. Osobiście co prawda preferuje jego dokonania z The Jeff Beck Group i Beck, Boggert & Appice, które są mi bliższe stylistycznie, ale muzyka zawarta na "Blow by Blow" również wywiera na mnie wielkie wrażenie. Coraz bardziej przekonuję się do albumów w całości instrumentalnych.

Ocena: 8/10



Jeff Beck - "Blow by Blow" (1975)

1. You Know What I Mean; 2. She's a Woman; 3. Constipated Duck; 4. AIR Blower; 5. Scatterbrain; 6. Cause We've Ended as Lovers; 7. Thelonius; 8. Freeway Jam; 9. Diamond Dust

Skład: Jeff Beck - gitara, bass; Max Middleton - instr. klawiszowe; Phil Chen - bass; Richard Bailey - perkusja i instr. klawiszowe
Gościnnie: George Martin - orkiestracja (5,9); Stevie Wonder - klawinet (7)
Producent: George Martin


11 komentarzy:

  1. Klasyka dojrzałego fusion. Kilka lat później nurt ten zaczął zmieniać się w straszne g***o i na takich płytach jak "Blow by Blow" słychać już pierwsze tego symptomy - lekko tandeciarskie brzmienie, zwłaszcza klawiszy, znaczne uproszczenie rytmu w porównaniu z tym, co grano pięć / sześć lat wcześniej, ewidentne ustawianie się w kierunku masowej publiki etc. Słychać pierwsze symptomy zepsucia, ale jeszcze wtedy było to naprawdę fajne granie.

    Dla samego Becka ten album był punktem kulminacyjnym. To bez wątpienia jedna z najlepszych płyt w jego karierze. Można dyskutować, czy wcześniej nagrywał rzeczy jeszcze lepsze, ale bezdyskusyjne jest co innego - że nigdy później nie dosięgnął już tego poziomu. "Blow by Blow" to przesilenie, po którym Beck zaczął małymi krokami schodzić ze szczytu.

    OdpowiedzUsuń
  2. J.B. to kolejny zmarnowany - pożarty przez komercję - talent. Jeff Beck Group - absolutnie TAK, Jeff Beck solo - absolutnie NIE. Tak jak napisał "Anonimowy" - tandetny momentami "Blow..." to początek końca. I choć Beck pojawia się czasami to tu, to tam - to nie zachwyca. Był WIELKIM (kiedyś) czy tylko NA WIELKIEGO go wykreowano ? Skłaniam się ku drugiemu stwierdzeniu. Trudno doszukać się w jego sztuce geniuszu - przynajmniej ja takowego nie znajduję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Proponuję cofnąć się do czasów The Yardbirds - kto w połowie lat 60. grał na gitarze i brzmiał tak jak Beck? Bardzo inspirujący gitarzysta, sam Hendrix nie krył, że na nim się wzorował.

      Usuń
    2. Nie no, nie napisałem przecież, że to zły album. Po prawdzie to mój ulubiony z dyskografii Becka. Dwa kolejne też lubię. Tak samo koncerty. Chodziło mi o to, że to była kulminacja całej kariery Jeffa, moment, w którym z jednej strony wzniósł się na wyżyny, ale z drugiej od niego zaczął pomału dołować. Z początku delikatnie, ale później...

      Usuń
  3. Tak, ale JB w Yardbirds to inna "epoka", tak jak E.Clapton w Bluesbreakers. Wciąż próbuje mi się wmówić, że zarówno JB jak EC to SĄ wielcy blues'mani. Oni rzeczywiście takimi byli, ale tylko w początkach swojej muzycznej działalności. JB tak jak EC nagrał kilka niezłych płyt - ale to było lata temu, w latach 70-tych, a zasadniczo w pierwszej ich połowie. To już 40 lat po fajnych momentach i gdyby na tym zakończyli swoje granie, można by ich za wielkich uznać, ale niestety przez KILKA KOLEJNYCH DZIESIĘCIOLECI - do dzisiejszego dnia nic ciekawego i godnego uwagi nie stworzyli. Może to ryzykowne, a nawet obrazoburcze stwierdzenie, ale z muzycznej perspektywy śmiem twierdzić, iż nigdy tak naprawdę "nie czuli blues'a" a tylko go w początkach swoje kariery bardzo dobrze go wykonywali - takie były ówczesne trendy muzyczne. Wzorować się na czarnych i brzmieć jak oni - to było gwarantem zainteresowania bliższego i dalszego otoczenia. Gdyby było inaczej grali by blues'a do dziś, a tak niestety nie jest i już raczej nie będzie. Klika pozycji np. hołd EC dla Roberta Johnsona - brzmi niestety sztucznie, obnażając prawdziwe zainteresowania wymienionych. Czytaj - komercyjne. Naturalnie nie zamierzam im odbierać tego, czego dokonali. Szczególnie Eric'owi, ale pamiętać również należy, że gdyby nie Duane Allman i sekcja Delaney & Bonnie - słynna LAYLA być może nigdy nie brzmiałaby tak jak brzmi. Wystarczy porównać pierwsze kawałki z w/w (bez Duan'a) i kolejne (z Duane'em) by stało się "jasne jak słońce", kto tak naprawdę nadał płycie właściwe dla niej tempo. Fakt - LAYLA to nie EC lecz Derek & The Dominos. Co prawda nie miało być o EC tylko o JB - ale wiele tych Panów ze sobą łączy. Przede wszystkim historia, do której tak chętnie i z rozrzewnieniem powracamy. A tak na marginesie - miło się z Wami gawędzi, wymieniając uwagi, spostrzeżenia, przemyślenie i fascynacje etc. etc. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Idąc tym tokiem myślenia, za "wielkich" można uznać tylko tych, którzy umarli młodo, bo chyba tylko oni nie zdążyli obniżyć lotów ;)

      Usuń
    2. Jeszcze a propos porównania Claptona i Becka, na przykładzie ich tegorocznych albumów słychać, że ich kariery potoczyły się zupełnie inaczej. Clapton od ponad 40 lat gra ciągle to samo, taki bezpłciowy pop, rock, zaś Beck sili się na nowoczesność.

      Oba albumy są beznadziejnie słabe.

      Usuń
  4. Nie zamierzam nikogo uśmiercać. Obniżanie lotów przez 40 lat ? Ci panowie już dawno wylądowali - cali i zdrowi siedzą w hangarze - już odechciało im się latania. Nie wzniosą się nawet na paralotni...:-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Najgorsza w tym wszystkim jest nasza pamięć. Oni rzeczywiście potrafili przecież zagrać - gdyby nie miało to miejsca nie byłoby tematu, a tak... z przykrością słucha się ich dokonań z ostatnich dekad - szczególnie mając w pamięci te "stare dobre czasy".

    OdpowiedzUsuń
  6. Tytułem uzupełnienia - trafiłeś w sedno: EC tworzy bezpłciowy pop, JB sili się na nowoczesność. Dokładnie TAK.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Cause We've Ended as Lovers" A to z tąd "zainspirował"sie gitarzysta Maanamu do swojej słtynnej Espany
      https://www.youtube.com/watch?v=Ic7SrvJ8N3A

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.