5 września 2016

[Recenzja] Blue Cheer - "Vincebus Eruptum" (1968)



Niedługo po pojawieniu się pierwszych grup hardrockowych, z Cream i The Jimi Hendrix Experience na czele, a tuż przed ostatecznym zdefiniowaniem tego stylu przez Led Zeppelin, Black Sabbath i Deep Purple, trójka młodych Kalifornijczyków postanowiła nagrać najcięższy album na świecie. Był rok 1967. Trio przybrało nazwę Blue Cheer (od jednego z określeń na LSD) i od razu wzięło się do pracy. Mimo pewnych komplikacji (zmiana perkusisty) debiutancki album zespołu ukazał się na początku 1968 roku. Pretensjonalny, stylizowany na łaciński tytuł "Vincebus Eruptum" (z którego przetłumaczeniem nie radzą sobie internetowe słowniki), według pewnych źródeł znaczy "zapanować nad chaosem". Niewiele ma to wspólnego z rzeczywistością, bowiem to właśnie chaos zdaje się panować na tym albumie.

Zawartość longplaya właściwie nie odbiega stylistycznie od ówczesnych trendów - to typowa dla tamtych czasów mieszanka blues rocka i psychodelii. Za to brzmienie było w chwili wydania albumu niewątpliwie szokujące. Tak ciężko faktycznie nikt wcześniej nie brzmiał. Celowo używam tu słowa "brzmiał", a nie "grał", ponieważ ów ciężar wynikał nie tyle ze sposobu gry muzyków, co bardzo zniekształconego, mocno przesterowanego brzmienia. Inne grupy hardrockowe miały czystsze, mniej przesterowane brzmienie, a ciężar osiągały na inne sposoby (np. obniżając strój gitary, jak Tony Iommi z Black Sabbath, albo korzystając z wymyślonych przez Jimmy'ego Page'a technik nagrywania perkusji, by brzmiała jak podczas koncertów). I właśnie z tych powodów nie mogę zgodzić się z krytykami uznającymi Blue Cheer za prekursorów heavy metalu. Był to po prostu jeden z licznych bluesrockowo-psychodelicznych zespołów, wyróżniający się tylko bardziej zdeformowanym brzmieniem.

"Vincebus Eruptum" to bardzo spontaniczny album. Nagrania poszły szybko, a jeszcze prędzej zajęło zbieranie materiału. Muzycy wzięli na warsztat trzy "cudzesy" -  "Summertime Blues" Eddiego Cochrana, "Rock Me Baby" B.B. Kinga, oraz "Parchment Farm" Mose'a Allisona - a kompletu dopełniły trzy kompozycje śpiewającego basisty grupy, Dickiego Petersona, który twierdzi, że na tworzenie każdego z nich poświęcił po dziesięć minut. Wykonanie też nie należy do najlepszych, muzycy graja prosto i dość niedbale. O jakiejkolwiek wirtuozerii można zapomnieć - szczególnie żałośnie wypadają próby grania solówek (np. "Doctor Please"). Nie brzmi to zachęcająco, ale w sumie, mimo tego całego punkowego (właściwie proto-punkowego) podejścia, jest to całkiem fajna muzyka. Główna zaletą tego materiału jest ogromna energia i żywiołowość, która zwłaszcza w chwili wydania musiała robić wrażenie. A czasem z tego całego chaosu wyłaniają się bardziej wyraziste riffy i niemal przebojowe melodie (np. "Summertime Blues", "Out of Focus" , "Parchment Farm"). Na pewno warto zwrócić też uwagę na partie basu, których rola wykracza poza zapewnianie warstwy rytmicznej (szczególnie wyróżnia się pod tym względem "Second Time Around", zawierający także przyzwoite solo perkusisty).

Muzycy Blue Cheer prochu (ani heavy metalu) nie wymyślili, a współcześni krytycy znacznie przeceniają role zespołu w rozwoju ciężkiego grania - w tamtym czasie działało wiele bardziej inspirujących kapel. Z drugiej strony należy docenić chęci muzyków, którzy próbowali zaproponować coś nowego i oryginalnego. I na tym polu odnieśli nawet pewien sukces, W 1968 roku próżno było szukać innego albumu o takim brzmieniu, jak "Vincebus Eruptum".

Ocena: 7/10



Blue Cheer - "Vincebus Eruptum" (1968)

1. Summertime Blues; 2. Rock Me Baby; 3. Doctor Please; 4. Out of Focus; 5. Parchment Farm; 6. Second Time Around

Skład: Dickie Peterson - wokal i bass; Leigh Stephens - gitara; Paul Whaley - perkusja
Producent: Abe "Voco" Kesh


4 komentarze:

  1. Pierwszy stoner rockowy album w historii ;) Bardzo miły, ale faktycznie nic nadzwyczajnego prócz brzmienia tu nie ma. Dla mnie Vincebus Eruptum i w ogóle Blue Cheer to zawsze była tylko taka ciekawostka, której można sobie kilka razy w życiu posłuchać i tyle.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nigdy wcześniej nie słyszałem o tym zespole, więc robię wielkie oczy gdy czytam, że ktoś go przecenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To dosyć znany zespół, więc dziwne, że o nim nigdy nie słyszałeś. Zasadniczo chyba każdy, kto z końcówki lat 60' potrafi wymienić więcej niż kilka, może kilkanaście kapel Blue Cheer to element rockowego abecadła epoki.

      Usuń
  3. Szczerze mówiąc nigdy nie rozumiałem zachwytu nad "jedynką" B.C. Z biegiem czasu muzyka na ich płytach zdecydowanie łagodnieje. Dla jednych to z pewnością kiepska zmiana - dla innych niezła. Należę do tej drugiej grupy i wolę późniejsze kompozycje, bez zbędnego hałasu. Przyjemnie się słucha choćby nawet "Oh! Pleasant Hope". "Tłuste" granie na "VE" jest naturalnie również fajne - choć do szufladki z napisem "ponadczasowe" raczej trafić nie powinno. Ale nostalgia to siła i moc - "VE" urosła obecnie do roli bez mała pioniera mocnego grania. Cóż, grali głośno - to i było o nich głośno. Na tle innych kapel nurtu "Frisco" - Grateful Dead, Jefferson Airplane, Quicksilver Messenger Service etc. z pewnością ich muzyka była mocno odmienna, nie jam'owa jak wymienionych i zapewne dawała niezłego kopa - budząc do życia po dawkach tego i owego.. :-). Swoje miejsce w historii mają.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.