30 września 2016

[Recenzja] Trettioåriga Kriget - "Trettioåriga Kriget" (1974)



Trettioåriga Kriget, czyli wojna trzydziestoletnia, to bardzo dziwna nazwa zespołu. Twórczość tej szwedzkiej grupy jest jednak jak najbardziej godna polecenia. Może nie cała - bo z czasem muzycy zwrócili się w stronę mniej interesującej, bardziej popowej muzyki - ale na pewno warto znać jej najwcześniejsze albumy. Zespół został założony w 1970 roku przez szóstkę nastolatków (w tym dwóch perkusistów). Dość szybko z oryginalnego składu zostali tylko basista Stefan Fredin i perkusista Dag Lundquist, a poniekąd także Olle Thörnvall, który jednak porzucił grę na gitarze i harmonijce, aby skupić się na pisaniu tekstów. Nowymi muzykami zostali wokalista o swojsko brzmiącym nazwisku Robert Zima (z pochodzenia Austriak), oraz gitarzysta Christer Åkerberg. Zespół funkcjonuje w tym składzie do dzisiaj (mimo zawieszenia działalności w latach 80. na niemal dwie dekady).

Kolejnych kilka lat muzycy spędzili na tworzeniu autorskiego materiału oraz szlifowaniu własnego, oryginalnego brzmienia. Dopiero w 1974 podpisali pierwszy kontrakt i nagrali debiutancki longplay, zatytułowany po prostu "Trettioåriga Kriget". Zawarto na nim muzykę można określić mianem ciężkiego rocka, nie jest to jednak typowy hard rock, mimo niewątpliwie ciężkiego (i bardzo dobrego, także obecnie) brzmienia. Muzycy mają zdecydowanie szersze horyzonty i łączą tutaj różne style i gatunki. Już w otwierającym całość "Kaledoniska Orogenesen" mieszają się wpływy hard rocka i jazzu, do czego dochodzą akustyczne wstawki i naprawdę ciężkie fragmenty, zwiastujące nadejście heavy metalu. Kilkakrotnie pojawia się tu nawet dziki wrzask w stylu Kinga Diamonda - niemal dekadę przed debiutem Mercyful Fate! Utwór nie ma tradycyjnej, piosenkowej struktury, brzmi bardzo spontanicznie. Podobnie jest w pozostałych kompozycjach. W niektórych z nich brzmienie łagodzone jest melotronem ("Röster Från Minus Till Plus", "Ur Djupen") lub gitarą akustyczną ("Mina Löjen", "Handlingens Skugga"), ale nawet w nich nie brakuje ostrych gitarowych riffów i solówek, oraz intensywnej gry sekcji rytmicznej. Instrumentaliści pokazują naprawdę spore umiejętności i kunszt wykonawczy. Przyczepić można się natomiast do warstwy wokalnej. Zima, nie mający zbyt ciekawej barwy głosu, śpiewa z dość irytującą, pretensjonalną manierą. Nie bez znaczenia jest też fakt, że wszystkie teksty są w języku szwedzkim, który nie jest tak śpiewny jak angielski.

"Trettioåriga Kriget" nie jest szczytowym osiągnięciem zespołu (na to miano zasługuje kolejny longplay, "Krigssång"), ale posłuchać zdecydowanie warto. Zawarta na nim muzyka może podobać się zarówno słuchaczom rocka progresywnego, jak i cięższego grania. A wykonanie jest na naprawdę wysokim poziomie. To kolejny dowód na to, jak wiele świetnej muzyki powstawało w latach 70. w Skandynawii, wbrew powszechnemu przekonaniu, że wartościową muzykę tworzyło się wówczas tylko na Wyspach Brytyjskich, w Ameryce Północnej i w Niemczech.

Ocena: 8/10



Trettioåriga Kriget - "Trettioåriga Kriget" (1974)

1. Kaledoniska Orogenesen; 2. Röster Från Minus Till Plus; 3. Fjärilsattityder; 4. Mina Löjen; 5. Ur Djupen; 6. Handlingens Skugga

Skład: Robert Zima - wokal; Christer Åkerberg - gitara; Stefan Fredin - bass; Dag Lundquist - perkusja i instr. perkusyjne, melotron
Producent: Adrian Moar


29 września 2016

[Recenzja] Opeth - "Sorceress" (2016)



Opeth powraca z dwunastym albumem studyjnym, a zarazem czwartym (trzecim pod rząd), pozbawionym elementów deathmetalowych. Grupa już chyba na dobre odeszła od swoich korzeni, by grać muzykę przywołującą klimat przełomu lat 60. i 70. Mnie akurat taka metamorfoza w pełni odpowiada, bo ekstremalnego metalu nie jestem w stanie słychać, za to takie albumy Opeth, jak "Damnation" czy wydany dwa lata temu "Pale Communion", nalezą do moich ulubionych wydawnictw XXI wieku. Dlatego też miałem spore oczekiwania wobec "Sorceress". Nie ukrywam, że z tegorocznych premier właśnie tej najbardziej wyczekiwałem. Jednocześnie miałem też spore obawy, spowodowane nierównym poziomem przedpremierowych singli.

Jako pierwszy opublikowany został tytułowy "Sorceress". Mimo kilku przesłuchań, utwór nie przypadł mi do gustu. Jest zdecydowanie cięższy, od utworów z poprzednich niemetalowych albumów Opeth, ale zarazem ociężały, pozbawiony energii i dobrej melodii. Drugi singiel, "Will O the Wisp", dla odmiany zaskoczył od razu. Zawsze lubiłem te balladowe utwory Opeth, w których melodyjnej partii wokalnej towarzyszy tylko gitara akustyczna i delikatne klawiszowe tło. Do tego kawałek zdradza wyraźną inspirację twórczością Jethro Tull, zarówno w warstwie muzycznej (mimo braku fletu), jak i wokalnej - podczas powtarzającego się fragmentu tekstu of your life można mieć wątpliwości czy to na pewno wciąż śpiewa Mikael Åkerfeldt, czy może sam Ian Anderson wpadł na sesję. Pod koniec utwór leciutko się zaostrza, dochodzi perkusja i gitarowe solo, ale piękny klimat zostaje do końca. To naprawdę bardzo udana kompozycja. Całkiem niezły okazał się także "The Wilde Flowers" - bardziej rozbudowany utwór, łączący cięższe fragmenty (nieco bardziej energetyczne i melodyjne niż w "Sorceress") z balladowymi. Dzięki wszechobecnym brzmieniom klawiszowym klimatem przypomina "Pale Communion".

W końcu przyszła pora na przesłuchanie całego albumu. Rozpoczyna się obiecująco, od introdukcji "Persephone" - ładnego tematu na dwie gitary akustyczne, choć pod koniec zepsutego jakimś babskim gadaniem (w stylu "Born to Touch Your Feelings" Scorpionsów). Następnie umieszczono trzy wyżej opisane single (w innej kolejności). Jako część albumu pozostawiają takie samo wrażenie, jak słuchane osobno. Rozbrzmiewający po nich "Chrysalis" to kolejny dłuższy utwór, składający się z dwóch części - pierwszej bardziej dynamicznej, drugiej balladowej. To też całkiem zgrabna i udana kompozycja. Później jednak coś zaczyna się psuć. Łagodne, oparte na akompaniamencie gitary akustycznej i melotronu, utwory "Sorceress 2" i "The Seventh Sojourn" w warstwie muzycznej są dość monotonne, ale najbardziej rozczarowują w nich wyjątkowo słabe partie wokalne Åkerfeldta. W "Strange Brew" i "A Fleeting Glance" zbudowane są natomiast na dynamicznych kontrastach, ale wkrada się w nich zbyt wiele chaosu, poszczególne fragmenty nie łączą się w spójną kompozycję. W dodatku w drugim z nich znów męczy partia wokalna. Przyjemnym urozmaiceniem jest natomiast "Era" - pomijając wstęp na pianinie, jest to najbardziej energetyczny kawałek na albumie. Z początku dość toporny, z niemal thrashmetalowym riffem i agresywną perkusją, ale z czasem nabierający bardziej przebojowego charakteru. Całość kończy nic do niej nie wnoszący "Persephone (Slight Return)" - znów żeński głos, tym razem z akompaniamentem pianina.

Przed napisaniem tej recenzji zdążyłem kilkakrotnie przesłuchać cały album i za każdym razem pod koniec towarzyszyło mi to samo uczucie. Znużenie. Tylko w kilku utworach udało się utrzymać poziom "Pale Communion". Poza tym jest tu monotonnie, czasem chaotycznie, a często przewidywalnie. Zespół już chyba nadto wyeksploatował swój aktualny styl i zaczyna zjadać swój własny ogon. Zresztą o braku pomysłów świadczą już same tytuły niektórych utworów, podebrane innym wykonawcom - Wishbone Ash ("Persephone"), Cream ("Strange Brew") i Jimiemu Hendrixowi ("Persephone (Slight Return)" to oczywiste nawiązanie do "Voodoo Child (Slight Return)"). Gdyby chociaż były to kompozycje na poziomie ich "imienników", to można by wybaczyć ten nietakt Åkerfeldtowi i spółce. Ale muzycy muszą jeszcze dużo popracować, jeśli chcą tworzyć ponadczasowe arcydzieła. "Sorceress" nie jest oczywiście jakimś kompletnym nieporozumieniem, bo grupa nie schodzi tutaj poniżej pewnego poziomu. Liczyłem jednak na coś więcej, niż poprawny, momentami zachwycający, ale częściej usypiający album.

Ocena: 6/10

PS. Rozszerzone wydanie albumu zawiera dodatkowy dysk z pięcioma utworami - dwoma studyjnymi i trzema koncertowymi. Oba studyjne kawałki, "The Ward" i "Spring MCMLXXIV", nie są wcale gorsze od podstawowej zawartości albumu. Szczególnie drugi z nich mógłby podnieść nieco jego poziom - to jeden z najbardziej melodyjnych i chwytliwych utworów w dorobku Opeth. Nagrania koncertowe - "Cusp of Eternity" i "Voice of Treason"  z "Pale Communion", oraz "The Drapery Falls" z "Blackwater Park" - mają naprawdę fatalną, bootlegową jakość dźwięku. Ciekawe, że w "The Drapery Falls" Åkerfeldt nie rezygnuje z growlu, ale brzmi on znacznie łagodniej, niż w wersji studyjnej.



Opeth - "Sorceress" (2016)

1. Persephone; 2. Sorceress; 3. The Wilde Flowers; 4. Will O the Wisp; 5. Chrysalis; 6. Sorceress 2; 7. The Seventh Sojourn; 8. Strange Brew; 9. A Fleeting Glance; 10. Era; 11. Persephone (Slight Return)

Skład: Mikael Åkerfeldt - wokal i gitara; Fredrik Åkesson - gitara; Martín Méndez - bass; Martin Axenrot - perkusja i instr. perkusyjne; Joakim Svalberg - instr. klawiszowe
Producent: Tom Dalgety


28 września 2016

[Recenzja] Keef Hartley Band - "The Battle of North West Six" (1969)



Po rewelacyjnym debiucie, "Halfbreed", oczekiwania wobec Keef Hartley Band musiały być spore. Zespół zdecydował się jednak na nieoczywiste posunięcie i zamiast pójść za ciosem, zmienił nieco koncepcję swojej muzyki. W nagraniu "The Battle of North West Six", drugiego longplaya grupy, wzięła udział rozbudowana sekcja dęta, licząca osiem osób. I często to właśnie dęciaki pełnią pierwszoplanową rolę. Szczególnie w łagodniejszych utworach, o jazzowym odcieniu, których jest tutaj nadspodziewanie dużo - przebojowe "Don't Give Up" i "Waiting Around", instrumentalny "Hickory" (z bardzo ładną partią fletu w wykonaniu Barbary Thompson), oraz najładniejszy z nich, bardzo zgrabny "Believe in You" (nagrany z gościnnym udziałem Micka Taylora). W takich klimatach użycie instrumentów dętych jest w pełni uzasadnione, a wręcz trudno wyobrazić sobie te utwory bez nich.

Ale już w bardziej dynamicznych, ostrzejszych kawałkach bluesrockowych, jak "Me and My Woman" i "Not Foolish, Not Wise", wysunięcie ich na pierwszy plan jest dość kontrowersyjnym i w sumie niepotrzebnym posunięciem. Na szczęście, są też utwory, w których dęciaki są tylko dodatkiem i pojawiają się jedynie na zasadzie ozdobników. Tak właśnie jest w dwóch instrumentalach: "The Dansette Kid / Hartley Jam for Bread" - z porywającym gitarowym popisem Spita Jamesa w roli głównej, oraz fantastyczną grą sekcji rytmicznej - i typowo bluesrockowym jamie "Tadpole". Zaś w zadziornym i bardzo energetycznym "Don't Be Afraid" w ogóle nie ma instrumentów dętych, jest za to świetne organowe tło i dużo gitary. Te trzy ostatnie utwory mają najwięcej wspólnego z poprzednim albumem zespołu. Czymś zupełnie nowym jest natomiast "Poor Mabel (You're Just Like Me)", czyli wycieczka w stronę... country. Niepotrzebny eksperyment, zaniżający poziom longplaya.

Pomimo stylistycznego zwrotu, jest to wciąż całkiem dobra (z wspomnianymi wyjątkami) muzyka, wykonywana przez bardzo utalentowanych muzyków. Polecana przede wszystkim wielbicielom bardziej jazzowych dokonań Johna Mayalla, a może nawet grupy Colosseum.

Ocena: 7/10



Keef Hartley Band - "The Battle of North West Six" (1969)

1. The Dansette Kid / Hartley Jam for Bread; 2. Don't Give Up; 3. Me and My Woman; 4. Hickory; 5. Don't Be Afraid; 6. Not Foolish, Not Wise; 7. Waiting Around; 8. Tadpole; 9. Poor Mabel (You're Just Like Me); 10. Believe in You

Skład: Miller Anderson - wokal i gitara; Spit James - gitara; Gary Thain - bass; Keef Hartley - perkusja i instr. perkusyjne; Henry Lowther - instr. dęte, skrzypce; Jim Jewell - saksofon
Gościnnie: Mick Weaver - instr. klawiszowe, instr. perkusyjne; Mike Davis - trąbka; Harry Beckett - trąbka, skrzydłówka; Lyn Dobson - saksofon, flet; Barbara Thompson - saksofon, flet; Chris Mercer - saksofon; Ray Warleigh - flet; Mick Taylor - gitara (10)
Producent: Neil Slaven


26 września 2016

[Recenzja] Led Zeppelin - "The Complete BBC Sessions" (2016)



Grupa Led Zeppelin zawsze była wyjątkowo powściągliwa w wydawaniu albumów koncertowych. W czasie działalności zespołu ukazała się zaledwie jedna koncertówka, "The Song Remains the Same". Kolejna ujrzała światło dzienne dopiero dwadzieścia jeden lat później. Wtedy właśnie, pod koniec 1997 roku, wydany został album "BBC Sessions". Wydawnictwo przyniosło naprawdę solidną porcję muzyki - dwie płyty kompaktowe, zawierające 24 utwory o łącznym czasie trwania przekraczającym dwie i pół godziny. Niestety, był też pewien mankament - album nie wyczerpał tematu radiowych sesji zespołu. Część nagrań została celowo pominięta z powodu braku miejsca, inne uważano za zaginione. Niemal dwadzieścia lat trzeba było czekać na ich publikację. Właśnie wydany album "The Complete BBC Session" zawiera zarówno materiał znany z "BBC Sessions", jak i trzeci kompakt (dostępne jest także pięciopłytowe wydanie winylowe) z dziewięcioma dodatkowymi utworami, z których aż osiem nie było nigdy wcześniej opublikowane.

Pierwsza płyta zawiera fragmenty kilku sesji zespołu dokonanych w studiach należących do BBC pomiędzy marcem a czerwcem 1969 roku. Na ich repertuar, z oczywistego powodu, złożyły się głównie utwory z debiutanckiego albumu grupy (w tym trzy wersje "Communication Breakdown", a także po dwie "You Shook Me" i "I Can't Quit You Baby"), uzupełnione przedpremierowymi wykonaniami dwóch utworów z "Dwójki" ("What Is and What Should Never Be" i "Whole Lotta Love"), oraz trzema przeróbkami, których próżno szukać na studyjnych albumach zespołu. Zatrzymajmy się na chwile właśnie przy tych ostatnich. Świetnie wypada zaostrzona, energetyczna wersja "The Girl I Love She Got Long Black Wavy Hair" Sleepy Johna Estesa, oparta na fantastycznym riffie, który muzycy wykorzystali później w kawałku "Moby Dick". "Travelling Riverside Blues" Roberta Johnsona bliski jest bluesowego pierwowzoru, choć oczywiście więcej w nim rockowej energii. Najmniej ciekawie wypada "Somethin' Else" z repertuaru Eddiego Cochrana - ot, prosty rockandrollowy kawałek, ostrzejszy od oryginału, ale na tym skończyła się inwencja muzyków Led Zeppelin.

Utwory powtarzające się ze studyjnymi albumami grupy, w większości są zagrane bardzo podobnie do płytowych wersji. Jedynie brzmienie jest trochę bardziej surowe, nie tak dopieszczone. Co oczywiście w żadnym wypadku nie jest wadą - zwłaszcza, że same kompozycje absolutnie nic w tych wersjach nie tracą. Największe wrażenie robią jednak te fragmenty, które wyraźnie odbiegają od wersji studyjnych. A więc przede wszystkim porywające, rozimprowizowane do ponad dziesięciu minut wykonania "You Shook Me" (z rewelacyjnymi popisami Jimmy'ego Page'a na gitarze i Johna Paula Jonesa na organach) i "How Many More Times" (połączony z - nieoblikowanym jeszcze wtedy - "The Lemon Song") - oba zarejestrowane podczas ostatniej radiowej sesji zespołu, nagranej 27 czerwca 1969 roku do audycji "One Night Stand". Warto też wyróżnić wczesną wersję "Whole Lotta Love" (zarejestrowaną zaledwie trzy dni wcześniej, do programu "Top Gear" słynnego Johna Peela), zagraną nieco bardziej agresywnie i z trochę inną częścią środkową.

Całą drugą płytę wypełniają nagrania z występu grupy w londyńskim Paris Theatre, 1 kwietnia 1971 roku. Koncert został zarejestrowany przez ekipę BBC i trzy dni później wyemitowany w programie "In Concert". Niestety, nie jest to kompletny zapis. Choć i tak robi wrażenie. Czadowe wykonania "Imigrant Song" i "Heartbreaker" (z zupełnie inną częścią instrumentalną) rewelacyjnie rozpoczynają całość. Jako trzeci utwór pojawia się balladowy "Since I've Been Loving You", który jednak zamiast uspokojenia przynosi ogromną dawkę emocji. To chyba najbardziej emocjonujące wykonanie tej kompozycji ze wszystkich, które słyszałem. Zaraz potem rozbrzmiewa kolejny czad, "Black Dog", a następnie niemal dwudziestominutowe, fantastyczne wykonanie "Dazed and Confused", z obowiązkowym popisem Page'a grającego smyczkiem na gitarze. Wyjątkowo słabo wypadł "Stairway to Heaven", w którym Robert Plant położył partię wokalną. Krótki set akustyczny, z utworami "Going to California" i "That's the Way", przynosi chwilę wytchnienia przed kolejnym porywającym fragmentem - znacznie rozbudowaną, ponad trzynastominutową wersją "Whole Lotta Love", w którą ciekawie wpleciono cytaty z różnych rockandrollowych standardów. W rzeczywistości utwór był jeszcze dłuższy, ale przycięto go na potrzeby radiowej emisji lub tego wydawnictwa. Na zakończenie pojawia się jeszcze przyjemny "Thank You", który nie wiedzieć czemu nie był zbyt często wykonywany przez zespół na żywo.

Bonusowy dysk przyniósł kilka kolejnych nagrań, dokonanych podczas tych samych sesji, których fragmenty znalazły się na pierwszym dysku, w tym kolejne wykonania "Communication Breakdown", "What Is and What Should Never Be" i "Dazed and Confused" (rozbudowanego do jedenastu minut), a także akustyczną, instrumentalną kompozycję "White Summer", napisaną przez Page'a jeszcze w czasach The Yardbirds, będącą zalążkiem zeppelinowego "Black Mountain Side". Trafiły tu także dwa kolejne utwory z koncertu w Paris Theatre - "What Is and What Should Never Be" i "Communication Breakdown". Największą atrakcją są jednak trzy utwory z uważanej do niedawna za zaginioną sesji z 19 marca 1969 roku do audycji "Rhythm and Blues" prowadzonej przez Alexisa Kornera. Brzmienie jest niestety fatalne, a dwie kolejne wersje "I Can't Quit You Baby" i "You Shook Me" nie wnoszą nic do całości. W przeciwieństwie do "Sunshine Woman", kompozycji podpisanej przez wszystkich muzyków, która do tej pory nie została oficjalnie wydana w żadnej formie. To bardzo energetyczny, bluesrockowy kawałek z istotną rolą pianina i harmonijki, ale także z ciężkim riffowaniem Page'a i dzikim śpiewem Planta. W sumie nic wielkiego, ale uczucie towarzyszące poznaniu nieznanego dotąd utworu Led Zeppelin - bezcenne.

"The Complete BBC Sessions" to wydawnictwo raczej tylko dla największych wielbicieli Led Zeppelin. Nie sądzę, żeby ktoś inny miał ochotę na słuchanie pięciu podobnych do siebie wersji "Communication Breakdown", czy innych powtórek. Dla wielbicieli grupy jest to jednak obowiązkowa pozycja, przede wszystkim ze względu na unikalne dla tego wydawnictwa utwory, ale też kilku naprawdę porywających, przewyższających studyjne wersje, wykonań klasycznych kompozycji zespołu. Czy warto jednak kupować "The Complete BBC Sessions", jeśli już posiada się "BBC Session"? Moim zdaniem - nie. Dodatkowy dysk niewiele wnosi do całości, poza tylko "White Summer" (a to akurat ten utwór, który był już wcześniej wydany) i "Sunshine Woman". Jedynie w przypadku nieposiadania wcześniejszego wydawnictwa, można zastanowić się nad wyborem nowego. Choć różnica w cenie jest wyższa, niż poziom bonusów.

Ocena: 8/10



Led Zeppelin - "The Complete BBC Sessions" (2016)

CD1: 1. You Shook Me; 2. I Can't Quit You Baby; 3. Communication Breakdown; 4. Dazed and Confused; 5. The Girl I Love She Got Long Black Wavy Hair; 6. What Is and What Should Never Be; 7. Communication Breakdown; 8. Travelling Riverside Blues; 9. Whole Lotta Love; 10. Somethin' Else; 11. Communication Breakdown; 12. I Can't Quit You Baby; 13. You Shook Me; 14. How Many More Times
CD2: 1. Immigrant Song; 2. Heartbreaker; 3. Since I've Been Loving You; 4. Black Dog; 5. Dazed and Confused; 6. Stairway to Heaven; 7. Going to California; 8. That's the Way; 9. Whole Lotta Love; 10. Thank You
CD3: 1. Communication Breakdown; 2. What Is and What Should Never Be; 3. Dazed and Confused; 4. White Summer; 5. What Is and What Should Never Be; 6. Communication Breakdown; 7. I Can't Quit You Baby; 8. You Shook Me; 9. Sunshine Woman

Skład: Robert Plant - wokal, harmonijka; Jimmy Page - gitara, dodatkowy wokal; John Paul Jones - bass, instr. klawiszowe, mandolina, dodatkowy wokal; John Bonham - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Producent: Jimmy Page


23 września 2016

[Recenzja] Paice Ashton Lord - "Malice in Wonderland" (1977)



Paice Ashton Lord to efemeryczny zespół, w którym Jon Lord i Ian Paice występowali między rozpadem Deep Purple, a ich dołączeniem do Whitesnake. Trzecią ważną postacią był wokalista i klawiszowiec Tony Ashton, znany między innymi z grup Medicine Head, Family, oraz tria Ashton, Gardner and Dyke. Składu dopełnili gitarzysta Bernie Marsden (kolejny późniejszy członek Whitesnake) i basista Paul Martinez (późniejszy współpracownik Roberta Planta). Zespół wydał tylko jeden album, "Malice in Wonderland". Zawarta na nim muzyka brzmi tak, jak mógłby brzmieć kolejny (po "Come Taste the Band") album Deep Purple, gdyby zespół kontynuował swoje eksperymenty z funkiem i soulem, a zarazem zaczął grać łagodniej, odchodząc od swoich hardrockowych korzeni.

Dominuje tu bowiem granie o właśnie funkowym charakterze, oparte na wyrazistym rytmie, z głębokim, bujającym basem i istotną rolą syntezatorów, a nierzadko z udziałem sekcji dętej i żeńskich chórków o soulowym posmaku. Gitara, przeważnie schowana w tle, pełni drugorzędną rolę i zazwyczaj wpasowuje się w funkowy klimat. Marsden na pierwszy plan wybija się tylko momentami, jak w przebojowym "Remember the Good Times" - który ozdobił świetnym, funkowym motywem przewodnim, oraz zagrał krótką, lecz udaną solówkę - albo w chwytliwym "On the Road Again" i bardziej zadziornym "Silas & Jerome", w których wyjątkowo gra stricte hardrockowe riffy i solówki. Zgrabne gitarowe solówki pojawiają się także w zdecydowanie mniej rockowym "Sneaky Private Lee". Na tle całości wyróżniają się brzmiące bardziej staroświecko "Dance with Me Baby" (kojarzący się z - późniejszym - projektem Honeydrippers Roberta Planta) i ballada "I'm Gonna Stop Drinking". Koniecznie trzeba wspomnieć także o hipnotyzującym "Ghost Story", który intrygująco rozpoczyna ten album. O ile jednak warstwa instrumentalna we wszystkich utworach wypada co najmniej dobrze, tak bardzo przeciętne są partie wokalne Ashtona, który nie miał ani ciekawej barwy głosu, ani szczególnych predyspozycji do śpiewania.

Mimo wszystko, "Malice in Wonderland" to całkiem przyjemny album. Niekoniecznie przeznaczony dla fanów Deep Purple czy Whitesnake, którzy mogą nie znaleźć tu wiele dla siebie. Longplay może się podobać natomiast wszystkim, którzy lubią granie na pograniczu funku i rocka, a zarazem nie mają uczulenia na dęciaki i żeńskie chórki. Nie jest to szczególnie ambitne czy wybitne granie, ale nie o to przecież chodzi w tym stylu. Chodzi w nim tylko o dobrą zabawę, a to "Malice in Wonderland" całkowicie zapewnia.

Ocena: 7/10



Paice Ashton Lord - "Malice in Wonderland" (1977)

1. Ghost Story; 2. Remember the Good Times; 3. Arabella (Oh Tell Me); 4. Silas & Jerome; 5. Dance with Me Baby; 6. On the Road Again, Again; 7. Sneaky Private Lee; 8. I'm Gonna Stop Drinking; 9. Malice in Wonderland

Skład: Tony Ashton - wokal i instr. klawiszowe; Jon Lord - instr. klawiszowe; Ian Paice - perkusja i instr. perkusyjne; Bernie Marsden - gitara, dodatkowy wokal; Paul Martinez - bass
Producent: Ian Paice, Tony Ashton, Jon Lord i Martin Birch


21 września 2016

[Recenzja] John Mayall - "USA Union" (1970)



"USA Union" to owoc współpracy Johna Mayalla z zupełnie nowymi instrumentalistami. Zgodnie z tytułem, byli to muzycy pochodzenia amerykańskiego: gitarzysta Harvey Mandel i basista Larry Taylor (obaj znani z grupy Canned Heat), oraz Don "Sugarcane" Harris, grający na... skrzypcach. Użycie tego instrumentu to zupełna nowość w twórczości Mayalla. Koncepcja pozostała jednak podobna jak na dwóch poprzednich albumach artysty - w nagraniach w ogóle nie ma perkusji, wróciły natomiast solówki na gitarze elektrycznej, choć są bardziej stonowane niż dawnej. Niestety, nie jest to tak pomysłowy i intrygujący materiał, jak na "The Turning Point", a nawet w porównaniu z mniej udanym "Empty Rooms" wypada niezbyt udanie. Utwory przeważnie są dość długie, nierzadko przekraczając pięć minut, a zarazem bardzo jednostajne, niewiele się w nich nie dzieje. W dodatku kolejne utwory są do siebie bardzo podobne, w większości utrzymane w tym samym, leniwym tempie i sielskim nastroju. Nawet te trochę żwawsze kawałki, jak "You Must Be Crazy" czy "Where Did My Legs Go", brzmią jakby muzycy byli zmęczeni i uleciała z nich cała energia. Szczególnie słychać to w partiach wokalnych Mayalla. Zdarzają się tu co prawda ciekawe momenty (jak jazzujący "Off the Road" oparty na świetnej partii basu, albo chwytliwy "Took the Car"), ale jako całość album jest bardzo monotonny i po prostu nudny. W chwili wydania "USA Union" był najsłabszym albumem Johna Mayalla. Niestety, nawet największym zdarzają się takie potknięcia.

Ocena: 5/10



John Mayall - "USA Union" (1970)

1. Nature's Disappearing; 2. You Must Be Crazy; 3. Night Flyer; 4. Off the Road; 5. Possessive Emotions; 6. Where Did My Legs Go; 7. Took the Car; 8. Crying; 9. My Pretty Girl; 10. Deep Blue Sea

Skład: John Mayall - wokal, gitara, instr. klawiszowe, harmonijka; Harvey Mandel - gitara; Larry Taylor - bass; Don "Sugarcane" Harris - skrzypce
Producent: John Mayall


19 września 2016

[Recenzja] Sir Lord Baltimore - "Kingdom Come" (1970)



W recenzjach z cyklu "Ciężkich poniedziałków" niejednokrotnie będę wspominał o grupach Black Sabbath, Led Zeppelin i Deep Purple. To właśnie albumy tych zespołów wydane na przełomie lat 60. i 70. zdefiniowały pojęcie hard rocka i stanowią punkt odniesienia. Oczywiście było też wiele innych wykonawców, którzy przyczynili się do rozwoju tego stylu, a pod względem wykonawczym i kompozytorskim prezentowali równie wysoki warsztat. Takie zespoły, jak Uriah Heep, Wishbone Ash, czy nieco później Judas Priest, także odegrały ważną rolę w kształtowaniu się stylu. A z kolei gdyby nie Cream, Jimi Hendrix, The Who oraz The Jeff Beck Group, w ogóle mogłoby nie dojść do jego powstania. Mógłbym wymienić jeszcze kilka ważnych nazw i nazwisk, ale nie sądzę by w sumie było ich więcej niż kilkanaście. Oczywiście grających na poziomie wykonawców hardrockowych jest znacznie więcej, ale nie prawdziwych innowatorów.

Niestety, można zaobserwować występującą u dziennikarzy muzycznych tendencję do "odkrywania" zapomnianych grup sprzed lat, które rzekomo mogły być nowym Sabbathem czy Zeppelinem, ale mimo rzekomego ogromnego potencjału, nie miały wystarczająco dużo szczęścia. Co gorsze, są ludzie, którzy to kupują i tak rodzi się kult wokół w sumie mało istotnych i niezbyt utalentowanych grup pokroju Blue Cheer czy Sir Lord Baltimore. O ile jeszcze w przypadku tej pierwszej można to w pewnym stopniu zrozumieć - wszak zaczynała już w 1968 roku i brzmiała jak nikt inny w tamtym czasie - tak kreowanie drugiej na prekursorów czegokolwiek jest już sporym nadużyciem. Debiutancki album zespołu, "Kingdom Come", ukazał się dopiero w grudniu 1970 roku, czyli w czasie gdy pierwsze nakłady debiutu i "dwójki" Zeppelinów, albumów "Black Sabbath" i "Paranoid", oraz "In Rock", już dawno zdążyły się rozejść po świecie. Longplay Sir Lord Baltimore nie przyniósł niczego naprawdę nowatorskiego. Owszem, jest bardziej surowy i agresywny od wspomnianych albumów, ale i to nie było w 1970 roku szczególnym osiągnięciem, biorąc pod uwagę, że już wcześniej ukazały się takie albumy, jak "Vincebus Eruptum" Blue Cheer czy "Kick Out the Jams" MC5.

Może więc pod względem wykonawczym i/lub kompozytorskim mamy do czynienia z czymś wybitnym? Niestety, też nie. Pod względem muzycznym jest nawet całkiem nieźle. Tu czy tam trafia się jakiś świetny riff lub porywająca solówka, sporo dobrego robi też sekcja rytmiczna. Nieco gorzej wypada warstwa melodyjna, choć zdarzają się całkiem zgrabne kompozycje. Zresztą to, co najlepsze, sprytnie umieszczono na najbardziej strategicznych pozycjach, a więc na początku każdej strony winylowego wydania. "Master Heartache" (zbudowany na wyraźnej, przesterowanej partii basu) i tytułowy "Kingdom Come", aż kipią energią, miażdżą ciężarem, a zarazem wyróżniają się naprawdę chwytliwymi melodiami. Jedyne do czego można się przyczepić, to fatalne, pretensjonalne partie wokalne w wykonaniu perkusisty Johna Garnera. Jeszcze bardziej przeszkadzają w pozostałych utworach, zazwyczaj utrzymanych w szybkich tempach, za którymi wokalista nie zawsze nadąża. Kawałki w rodzaju "Lady of Fire" czy "Hell Hound" brzmią jak Hendrix na przyśpieszonych obrotach, z bardziej przesterowanym brzmieniem i znacznie gorszą warstwą wokalną. Na tle całości wyróżnia się łagodna ballada "Lake Isle of Innersfree" z istotną rolą gitary akustycznej. Podejrzewam, że powstała pod naciskiem wytwórni, która nie chciała wydać albumu z samymi ciężkimi utworami. Kompozycja kompletnie nie pasuje do reszty longplaya, ale jest całkiem przyjemna i nawet wokal jest mniej drażliwy.

"Kingdom Come" niewątpliwie można uznać za jeden z najwcześniejszych - jeszcze bardzo surowych i niedopracowanych - przykładów heavy metalu. Jednak jego wpływ na rozwój tego stylu jest znacznie przecenianych przez niektórych współczesnych recenzentów. W 1970 roku ukazało się tyle wspaniałej muzyki, że dość przeciętny materiał Sir Lord Baltimore po prostu nie miał szans zainteresować w tamtym czasie szerszej publiczności. Grupa szybko popadła w zapomnienie i dopiero po latach zaczęła zyskiwać status kultowej.

Ocena: 7/10



Sir Lord Baltimore - "Kingdom Come" (1970)

1, Master Heartache; 2. Hard Rain Fallin'; 3. Lady of Fire; 4. Lake Isle of Innersfree; 5. Pumped Up; 6. Kingdom Come; 7. I Got a Woman; 8. Hell Hound; 9. Helium Head (I Got a Love); 10. Ain't Got Hung on You

Skład: John Garner - wokal i perkusja; Louis Dambra - gitara; Gary Justin - bass
Producent: Mike Appel i Jim Cretecos


16 września 2016

[Recenzja] Ghost - "Popestar" EP (2016)



Muzycy Ghost nie dają o sobie zapomnieć. Zupełnie niespodziewanie dyskografia zespołu poszerzyła się o nową EPkę, "Popestar". Wydawnictwo można traktować zarówno jako suplement do zeszłorocznego albumu "Meliora", jak i kontynuację wydanej przed trzema laty EPki z coverami "If You Have Ghost". Także tutaj na repertuar złożyły się głównie przeróbki innych wykonawców, uzupełnione jednym własnym utworem - zupełnie premierowym "Square Hammer". Jeżeli utwór ten powstał w trakcie tej samej sesji co "Meliora", to łatwo zgadnąć dlaczego nie pojawił się na tym longplayu. O ile tam zespół pokazał swoje mroczniejsze i cięższe oblicze, tak ten kawałek jest o wiele bardziej pogodny i łagodniejszy brzmieniowo, utrzymany raczej w stylu albumu "Infestissumam". Za to jak zwykle u Ghost mamy do czynienia z momentalnie zapadającą w pamięć, przebojową melodią, oraz świetnym zestawieniem ostrych gitar i wręcz popowych klawiszy.

Wybór czterech utworów, które muzycy postanowili przerobić, jest dość zaskakujący (ale przecież "If You Have Ghost" też pod tym względem zaskakiwał). Sięgnęli do repertuaru popowego Eurythmics, elektronicznego Simian Mobile Disco, oraz post-punkowych Echo & the Bunnymen i Imperiet. "Nocturnal Me" z repertuaru Echo & the Bunnymen zachował swój posępny klimat, w tej wersji dodatkowo podkreślony ciężkimi gitarami i brzmieniem organów. Bardzo dobrze wypada "I Believe" Simian Mobile Disco - z dyskotekowego gniota zrobiono zgrabną balladę z fantastyczną linią wokalną i delikatnym, klawiszowym akompaniamentem. "Missionary Man" Eurythmics jest dość bliski oryginału, choć brzmienie jest oczywiście cięższe. Znów świetnie wpleciono organy, a także... harmonijkę. Mniej udanym fragmentem jest według mnie "Bible", oryginalnie wykonywany przez szwedzki "Imperiet". Zaczyna się całkiem obiecująco - bardzo ładnej partii wokalnej towarzyszy subtelny akompaniament pianina i gitary - jednak podobnie jak w wersji oryginalnej, utwór jest zbyt rozwlekły.

"Popestar" to przyjemne wydawnictwo, umilające oczekiwanie na kolejny pełnowymiarowy album Ghost (na który, mam nadzieję, nie będzie trzeba długo czekać). Zespół zachowuje tu swoje rozpoznawalne od pierwszych sekund brzmienie, także wykonując utwory innych, odległych stylistycznie wykonawców. "Popestar" z pewnością nie przekona do grupy osób, które dotąd nie zachwyciły się twórczością Ghost, za to obecnych fanów na pewno nie zniechęci.

Ocena: 7/10



Ghost - "Popestar" EP (2016)

1. Square Hammer; 2. Nocturnal Me; 3. I Believe; 4. Missionary Man; 5. Bible

Skład: Papa Emeritus III - wokal; Nameless Ghoul △ - gitara; Nameless Ghoul ⚪ - gitara; Nameless Ghoul ▽ - bass; Nameless Ghoul - perkusja; Nameless Ghoul - instr. klawiszowe
Producent: Tom Dalgety


[Recenzja] Jeff Beck - "Blow by Blow" (1975)



W połowie lat 70. Jeff Beck postanowił nagle opuścić grupę Beck, Bogert & Appice (mimo zaawansowanych prac nad drugim albumem studyjnym) i rozpocząć solową działalność. Szybko zebrał nowy skład, w którym znalazł się dawny kompan z drugiego wcielenia The Jeff Beck Group, klawiszowiec Max Middleton, oraz nowa sekcja rytmiczna - basista Phil Chen i perkusista Richard Bailey (choć początkowo tą ostatnią rolę miał pełnić Carmine Appice). Muzycy weszli do studia, by pod okiem samego George'a Martina (słynnego producenta The Beatles), zarejestrować materiał na debiutancki album Becka, zatytułowany "Blow by Blow".

Swojego wsparcia udzielił także Stevie Wonder, który podarował Jeffowi dwie kompozycje - "Cause We've Ended as Lovers" (którą rok wcześniej nagrał ze swoją ówczesną żoną, Syreetą Wright, na album "Stevie Wonder Presents: Syreeta") i zupełnie premierową "Thelonius". W drugim z tych utworów Wonder wystąpił osobiście, grając na klawinecie (choć nie zostało to odnotowane w opisie albumu. Pozostałe utwory to głównie kompozycje Becka i Middletona, stworzone razem lub osobno, a w jednym przypadku ("AIR Blower") z pomocą Chena i Baileya. "Diamond Dust" to kompozycja niejakiego Berniego Hollanda - gitarzysty grupy Hummingbird, utworzonej po rozpadzie drugiego wcielenia The Jeff Beck Group, przez jego członków: Middletona i wokalistę Bobby'ego Trencha. Całości dopełnia przeróbka "She's a Woman" Beatlesów.

Zawartość "Blow by Blow" znacznie się różni od bluesowo-hardrockowej twórczości The Yardbirds, The Jeff Beck Group i Beck, Bogert & Appice. To zbiór instrumentalnych utworów o bardzo jamowym charakterze. Spora część utworów opiera się na intensywnej, bardzo funkowej grze sekcji rytmicznej, stanowiącej podkład do wirtuozerskich, niemal jazzowych popisów Becka ("You Know What I Mean", "Constipated Duck", "AIR Blower", "Thelonius"). Rola Middletona w tych kawałkach czasem ogranicza się do tła (np. "You Know What I Mean", "Constipated Duck"), kiedy indziej zaś muzyk wychodzi na pierwszy plan, grając solówki na przemian z Beckiem ("AIR Blower"). Dynamicznie jest także w "Freeway Jam", ale tutaj Beck i sekcja rytmiczna grają w bardziej rockowy sposób, z czym kontrastują jazzujące partie Middletona.

Pozostałe utwory mają już trochę odmienny charakter. "She's a Woman" został znacznie zwolniony i nabrał nieco latynoskiego klimatu, przez co kojarzyć się może z twórczością Santany. W nagraniu wykorzystany został talk box, dzięki czemu mamy tu namiastkę partii wokalnej. Wolnym tempem charakteryzuje się także początek "Scatterbrain", z piękną partią gitary i delikatnym, jazzującym akompaniamentem. W pewnym momencie utwór nabiera jednak mocy, za sprawą rozszalałej partii perkusji, oraz zadziornych solówek Middletona i Becka. Ciekawym kontrastem jest smyczkowe tło zaaranżowane przez Martina. Orkiestracja odgrywa jeszcze większą rolę w finałowym "Diamond Dust", który w całości jest dość stonowany. Tworzące podniosły nastrój smyczki i jazzująca gra Middletona stanowią podkład dla prześlicznych partii Becka. Najwspanialszym utworem na albumie jest jednak "Cause We've Ended as Lovers" - kolejna ballada z jazzowym podkładem, oraz cudowną solówką Becka, wyjątkowo bardziej bluesową, w stylu Roya Buchanana, któremu zresztą utwór jest dedykowany.

"Blow by Blow" okazał się największym komercyjnym sukcesem w całej karierze Jeffa Becka (4. miejsce na liście w Stanach, a zarazem jedyne w pierwszej dziesiątce). Niewątpliwie jest to także jeden z jego największych artystycznych sukcesów. Tak naprawdę dopiero na tym albumie gitarzysta w pełni zaprezentował swój kunszt i wirtuozerię. Osobiście co prawda preferuje jego dokonania z The Jeff Beck Group i Beck, Boggert & Appice, które są mi bliższe stylistycznie, ale muzyka zawarta na "Blow by Blow" również wywiera na mnie wielkie wrażenie. Coraz bardziej przekonuję się do albumów w całości instrumentalnych.

Ocena: 8/10



Jeff Beck - "Blow by Blow" (1975)

1. You Know What I Mean; 2. She's a Woman; 3. Constipated Duck; 4. AIR Blower; 5. Scatterbrain; 6. Cause We've Ended as Lovers; 7. Thelonius; 8. Freeway Jam; 9. Diamond Dust

Skład: Jeff Beck - gitara, bass; Max Middleton - instr. klawiszowe; Phil Chen - bass; Richard Bailey - perkusja i instr. klawiszowe
Gościnnie: George Martin - orkiestracja (5,9); Stevie Wonder - klawinet (7)
Producent: George Martin


14 września 2016

[Recenzja] Gary Moore - "Blues for Greeny" (1995)



"Blues for Greeny" to hołd dla jednego z największych idoli Gary'ego Moore'a - Petera Greena. Na repertuar złożyły się wyłącznie utwory, które Green nagrał z Johnem Mayallem i Bluesbreakers ("The Same Way", "The Supernatural") lub z Fleetwood Mac (wszystkie pozostałe). W zdecydowanej większości są to kompozycje jego autorstwa lub współautorstwa (z wyjątkiem "Need Your Love So Bad" z repertuaru Little Williego Johna). Co ciekawe, Moore nie sięgnął po najbardziej oczywiste utwory - jak "Black Magic Woman", "Albatross", "Oh Well" czy "The Green Manalishi" - lecz wybrał mniej znane kompozycje. Smaczku dodaje fakt, że Moore gra tutaj na tej samej gitarze, na której Green grał w oryginalnych wersjach.

Brzmieniowo album nie różni się od dwóch poprzednich solowych albumów Moore'a. Cieszy natomiast, że - w porównaniu do "After Hours" - znacznie uproszczone zostały aranżacje. Całkowicie zrezygnowano z żeńskich chórków, zaś udział sekcji dętej ograniczono do ledwie dwóch utworów ("If You Be My Baby" i "Love That Burns" - ten drugi  również w wersji oryginalnej zawiera partie saksofonu), a w jednym pojawiają się smyczki ("Need Your Love So Bad"). Wykonania są ogólnie zbliżone do pierwowzorów. Czasem tylko bardziej rozbudowane zostały solówki (np. w "If You Be My Baby", "Need Your Love So Bad", "Looking for Somebody" i przede wszystkim w prawie trzykrotnie dłuższym "Driftin'"), które jednak zachowują klimat oryginałów. W rezultacie jedyne poważniejsze różnice między tymi wersjami, a oryginalnymi, to głos Moore'a i bardziej współczesne brzmienie. To drugie, w zależności od indywidualnego gustu słuchacza, może być zaletą lub wadą. Dla mnie akurat działa na niekorzyść. Do bluesa zdecydowanie lepiej pasuje brzmienie lat 60. Wypolerowana produkcja z lat 90. nie jest w stanie w pełni oddać magicznego klimatu oryginalnych wersji.

"Blues for Greeny" to przyjemny album, który broni się jednak przede wszystkim jako kolejny album Gary'ego Moore'a. Jako hołd dla Petera Greena już słabiej, bo wykonania są zbyt zachowawcze. Choć w sumie dobrze, że powstał. Z pewnością właśnie dzięki niemu wiele osób odkryło (lub dopiero odkryje) wspaniałą twórczość wczesnego Fleetwood Mac i Bluesbreakers. Za promowanie takiej muzyki należy się pozytywna ocena.

Ocena: 7/10



Gary Moore - "Blues for Greeny" (1995)

1. If You Be My Baby; 2. Long Grey Mare; 3. Merry-Go-Round; 4. I Loved Another Woman; 5. Need Your Love So Bad; 6. The Same Way; 7. The Supernatural; 8. Driftin'; 9. Showbiz Blues; 10. Love That Burns; 11. Looking for Somebody

Skład: Gary Moore - wokal i gitara; Andy Pyle - bass; Graham Walker - perkusja; Tommy Eyre - instr. klawiszowe
Gościnnie: Nick Payn - saksofon (1,10); Nick Pentelow - saksofon (1,10)
Producent: Gary Moore i Ian Taylor


12 września 2016

[Recenzja] Pentagram - "Pentagram" (1985)



Niekwestionowanym prekursorem doom metalu jest grupa Black Sabbath. Charakterystyczne elementy jej stylu - jak mroczny klimat, ciężkie brzmienie i posępne riffy  - szybko zostały podchwycone przez różnych naśladowców. Po odrzuceniu przez nich innych ważnych cech muzyki Sabbath (np. bluesowych korzeni i chęci eksperymentowania z innymi stylami), narodził się doom metal. Jednym z najwcześniejszych i najważniejszych przedstawicieli tego stylu jest amerykański zespół Pentagram. Grupa powstała już w 1971 roku, ale przez wiele lat nie zdołała nikogo zainteresować swoją muzyką (bo i po co komu słabsza kopia Black Sabbath, gdy oryginał wciąż funkcjonował?). Z pewnością nie pomagały częste zmiany składu (jedynym stałym członkiem był wokalista Bobby Liebling) i nazwy. Dopiero w połowie lat 80. muzycy postanowili wydać własnym sumptem album długogrający. W rzeczywistości były to nagrania demo, zarejestrowane w latach 1981-82 (wydane w 1982 roku na kasecie "All Your Sins", sygnowanej nazwą Death Row), do którego w 1984 roku dograno trochę nowych partii, przede wszystkim wokalnych i gitarowych, a także przygotowano nowy miks.

Mimo tych zabiegów, brzmienie całości pozostało bardzo surowe i suche. Na pierwszy plan wysunięte są wokalne partie Lieblinga - dość zresztą przeciętne - oraz gitara Victora Griffina, którego riffy i solówki dobitnie zdradzają uwielbienie dla Tony'ego Iommiego, choć oczywiście daleko mu do geniuszu gitarzysty Black Sabbath. Perkusista Joe Hasselvander gra bardzo energetycznie, ale bez większej finezji, zaś gitary basowej Martina Swaneya w większości utworów praktycznie nie słychać (z wyjątkiem "Dying World" i "The Deist", w których momentami wychodzi na pierwszy plan). Pod względem stylistycznym i aranżacyjnym album jest bardzo jednorodny, wszystkie utwory zostały przygotowane według jednego schematu - nieustanne riffowanie, bez żadnych zaskakujących przejść czy zwolnień. Im dalej, tym bardziej poszczególne utwory się ze sobą zlewają. Od biedy można wyróżnić na plus kilka fragmentów. Do nich należą wolny i klimatyczny "The Ghoul", bardzo posępny "Sinister", oraz najbardziej melodyjny "Sign of the Wolf (Pentagram)".

Co ciekawe, album nigdy nie został wznowiony w tej formie, co niskonakładowe wydanie z 1985 roku, stanowiące dziś prawdziwy unikat. Wszystkie reedycje wydane zostały pod tytułem "Relentless", z nową okładką i - co najbardziej kontrowersyjne - z oryginalnym miksem z 1982 roku, bez późniejszych poprawek.

Debiutancki album Pentagram to jeden wielki hołd dla Black Sabbath. Niestety, muzycy całkiem wypaczyli istotne muzyki Black Sabbath, ograniczać ją do posępnych riffów i wolnych temp, podczas gdy miała ona znacznie więcej do zaoferowania. Członkom Pentagram zabrakło talentu, umiejętności, finezji, charyzmy i muzycznej otwartości, jaką mieli ich idole. Wykonanie jest tu amatorskie, kompozycje zbyt do siebie podobne, oparte na tych samych schematach i aranżacjach, a brzmienie demówkowe. Album tylko dla największych fanatyków takiej stylistyki. Reszcie wystarczą albumy Black Sabbath.

Ocena: 4/10



Pentagram - "Pentagram" (1985)

1. Relentless; 2. Sign of the Wolf (Pentagram); 3. All Your Sins; 4. Run My Course; 5. Death Row; 6. Dying World; 7. The Ghoul; 8. You're Lost I'm Free; 9. The Deist; 10. Sinister; 11. 20 Buck Spin

Skład: Bobby Liebling - wokal; Victor Griffin - gitara; Martin Swaney - bass; Joe Hasselvander - perkusja
Producent: Bobby Liebling, Victor Griffin i Tim Kidwell


9 września 2016

[Recenzja] Culpeper's Orchard - "Culpeper's Orchard" (1971)



Skandynawska scena rockowa ma naprawdę sporo do zaoferowania. Jednym z najciekawszych albumów, jakie powstały w tej części świata, jest debiutanckie dzieło grupy Culpeper's Orchard. Duński (choć dowodzony przez Anglika, Cy Nicklina) kwartet stworzył i nagrał, bez pomocy żadnych sesyjnych instrumentalistów, bardzo różnorodny i bogato zaaranżowany materiał. Pod względem stylistycznym jest to muzyka, którą najprościej można określić jako rock progresywny z silnymi wpływami hard rocka i folku. Mimo pojawiających się tu i ówdzie skojarzeń z innymi wykonawcami, całość brzmi całkiem oryginalnie - muzykom udało się stworzyć własny styl.

Początek longplaya może wprowadzić w konsternację, bowiem "Banjocul" to stuprocentowe country. Na szczęście jest to tylko niespełna minutowa zmyłka, nie mająca nic wspólnego z resztą albumu. "Mountain Music (Part 1)" to już zdecydowanie bardziej ambitna muzyka - hardrockowy ciężar i progresywna struktura, charakteryzująca się licznymi zmianami tempa i nastroju. Głos wokalisty (Cy Nicklina lub Nielsa Henriksena - obaj dzielili między siebie obowiązki wokalne, niestety nie mam pojęcia który głos do którego z nich należy) w ostrzejszych fragmentach bardzo przypomina Phila Mogga z UFO, ma w sobie tą samą szorstkość. Króciutki, folkrockowy "Hey You People", z akompaniamentem gitary akustycznej i bujającego basu, stanowi wstęp do kolejnej rozbudowanej kompozycji, "Teaparty for an Orchard", w której muzycy znów bawią się dynamiką, choć tym razem mimo obecności cięższych gitar, nastrój jest dość melancholijny, w skandynawski sposób. Środkowa psychodeliczna część utworu kojarzy się z eksperymentami Pink Floyd z czasów Syda Barretta, natomiast partia wokalna momentami, szczególnie w spokojniejszych fragmentach, przywodzi na myśl Petera Gabriela. Jeszcze bardziej w jego stylu brzmi śpiew w "Ode to Resistance" - może dlatego, że ten utwór również pod względem muzycznym kojarzy się z wczesną twórczością Genesis, co dodatkowo podkreśla partia fletu. Pojawiają się w nim jednak także hardrockowe zaostrzenia, jakże odległe od dokonań Genesis.

W dynamicznym "Your Song and Mine" wpływy hardrockowe wracają na pierwszy plan, muzycy wciąż jednak unikają konwencjonalnej struktury. Dzieje się tu naprawdę dużo, żeby wspomnieć tylko o licznych przejściach i bardzo pomysłowo wplecionych misternych partiach gitary akustycznej. W przypadku tego utworu mogą pojawić się bardziej współczesne skojarzenia - w takim właśnie stylu chce grać obecnie Mikael Åkerfeldt z Opeth, ale przynajmniej do tej pory daleko mu do poziomu Culpeper's Orchard. Balladowy "Gideon's Trap" wyróżnia się natomiast partią pianina, która bardzo ładnie prowadzi melodię. Tutaj wyjątkowo struktura jest bardziej oczywista, co jednak pasuje do charakteru tego utworu. To naprawdę zgrabnie skomponowany utwór, niepotrzebujący żadnych udziwnień. Kolejna folkowa miniaturka, "Blue Day's Morning", także wypada bardzo ładnie, dzięki uroczym wielogłosom i prostemu, lecz efektownemu akompaniamentowi gitary akustycznej. Na zakończenie albumu czeka jeszcze druga odsłona "Mountain Music", także łącząca hardrockowy czad z progresywną strukturą, jednak przynosząca wiele nowych motywów, oraz najlepszą na całym albumie, najbardziej porywającą gitarową solówkę. Świetny finał tego rewelacyjnego albumu, choć wrażenie nieco psuje niepotrzebna, "ukryta" repryza "Banjocul".

Na szczególne wyróżnienie zasługuje bardzo dobre brzmienie albumu, które praktycznie do dziś zachowało świeżość, co w przypadku tak słabo znanych wykonawców jest rzadkością. Jeżeli dodać do tego rewelacyjne wykonanie i naprawdę bardzo dobre kompozycje, należy uznać debiut Culpeper's Orchard za jedno z największych osiągnięć nieanglosaskiego rocka. To longplay, który po prostu trzeba znać. Będzie on także ozdobą każdej kolekcji. Niestety, oryginalne wydania winylowe osiągają astronomiczne sumy (nawet czterocyfrowe), na szczęście w ostatnich latach album został wznowiony na czarnej płycie.  Zaś całkiem tanio można zdobyć kompaktowe reedycje, w tym także wersję z trzema bonusami. Owe dodatki to dwa nagrania z niealbumowych singli - zaskakująco banalny, rockandrollowy "Steamhouse" i bardzo przebojowy "Troldspejlet" nagrany wspólnie z folkowym duetem Birgitte & Mette - a także fatalnie brzmiące, lecz mimo to świetne koncertowe wykonanie utworu "Classifield Ads" (pochodzącego z drugiego albumu grupy).

Niestety, grupa Culpeper's Orchard już nigdy potem nie zbliżyła się do poziomu debiutanckiego albumu. Drugi longplay "Second Sight" (1972) był zwrotem w stronę muzyki folkowej, aranżacje stały się bardziej monotonne, a kompozycje mniej wyraziste (chlubnym wyjątkiem jest wspomniany "Classifield Ads", najbliższy stylistycznie do pierwszego albumu). Można posłuchać, ale nie należy spodziewać się niczego naprawdę porywającego. Z daleka należy trzymać się natomiast od kolejnych wydawnictw grupy - country'owego "Going for a Song" (1972) i popowego "All Dressed Up and Nowhere to Go" (wydanego w 1977 roku pod skróconą nazwą Culpeper). Naprawdę szkoda, że tak się potoczyły losy tej grupy.

Ocena: 9/10



Culpeper's Orchard - "Culpeper's Orchard" (1971)

1. Banjocul; 2. Mountain Music (Part 1); 3. Hey You People; 4. Teaparty for an Orchard; 5. Ode to Resistance; 6. Your Song and Mine; 7. Gideon's Trap; 8. Blue Day's Morning; 9. Mountain Music (Part 2)

Skład: Cy Nicklin - wokal, gitara, instr. perkusyjne; Niels Henriksen - wokal, gitara, instr. klawiszowe; Michael Friis - bass, instr. klawiszowe, flet; Rodger Barker - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Casper Andresen


7 września 2016

[Recenzja] Peter Green - "In the Skies" (1979)



Dziewięć lat - tyle czasu minęło między wydaniem solowego debiutu Petera Greena, "The End of the Game", a premierą jego następcy, "In the Skies". Muzyk porzucił na kilka lat swoją karierę, z powodu pogarszającego się stanu psychicznego, spowodowanego nadużywaniem środków psychotropowych. Pierwsze objawy choroby pojawiły się już w czasie, gdy wciąż był członkiem Fleetwood Mac. Tak przynajmniej został odebrany jego pomysł, aby członkowie grupy oddawali wszystkie swoje zyski dla ubogich. W znacznym stopniu wpłynęło to na rozstanie lidera z założonym przez niego zespołem. Z czasem całkowicie stracił zainteresowanie graniem. Pod koniec lat 70. dał się jednak namówić na powrót, czego efektem była seria pięciu albumów wydanych rok po roku. W większości niezbyt udanych, choć zaczęło się całkiem dobrze - "In the Skies" to najlepszy solowy album Greena.

W nagraniu albumu uczestniczyli m.in. klawiszowiec Peter Bardens (znany z Them i Camel) i gitarzysta Snowy White (wówczas koncertowy współpracownik Pink Floyd, późniejszy członek Thin Lizzy). Ten drugi został zaangażowany, ponieważ Green, po długiej przerwie od muzykowania, nie był w stanie sam zarejestrować wszystkich gitarowych partii. Na longplay złożyły się głównie utwory instrumentalne, z których każdy ma nieco odmienny charakter. "Slabo Day" to melodyjny gitarowy popis z bardzo chwytliwym podkładem rytmicznym. Transowy "Tribal Dance" zgodnie z tytułem opiera się na plemiennych perkusjonaliach i roztańczonej partii basu, czemu towarzyszą klawiszowo-gitarowe ozdobniki o jazzowym charakterze. "Funky Chunk" to po prostu funk, choć partia gitary ma lekko orientalne zabarwienie. "Proud Pinto" przywodzi zaś na myśl latynoski rock Santany. Finałowy "Apostle" to natomiast piękna balladowa miniaturka z uzupełniającymi się partiami gitary akustycznej i elektrycznej. Wszystkie te instrumentale robią naprawdę dobre wrażenie.

Nieco bardziej mieszane odczucia pozostawiają natomiast utwory z wokalem. Tytułowy "In the Skies" i "Seven Stars" to po prostu melodyjne rockowe piosenki, których bardzo przyjemnie się słucha, ale zaraz potem o nich zapomina. Natomiast klimatyczny, nieco funkowy rytmicznie "Just for You" okazuje się bardzo monotonny - w ogóle się nie rozwija. Rewelacyjnie wypada natomiast nowa wersja "A Fool No More" (oryginalna, krótsza i mniej porywająca wersja powstała w czasach Fleetwood Mac). To typowa 12-taktowa ballada bluesowa, brzmiąca jakby została nagrana dekadę wcześniej. Ale za to jak niesamowicie wykonana. Poruszający śpiew Greena i przeszywające smutkiem, przepiękne gitarowe solówki tworzą tutaj wspaniały klimat, którego nie oddadzą żadne słowa. Takich utworów mogę słuchać w kółko i nigdy się nie znudzą. A to jedna z najpiękniejszych tego typu kompozycji, jakie słyszałem - a słyszałem ich naprawdę wiele.

"In the Skies" był naprawdę udanym powrotem Petera Greena. Mimo że album jest nierówny, jako całość pozostawia bardzo dobre wrażenie. A ze względu na "A Fool No More" nie powinno go zabraknąć w kolekcji żadnego wielbiciela bluesa.

Ocena: 8/10



Peter Green - "In the Skies" (1979)

1. In the Skies; 2. Slabo Day; 3. A Fool No More; 4. Tribal Dance; 5. Seven Stars; 6. Funky Chunk; 7. Just for You; 8. Proud Pinto; 9. Apostle

Skład: Peter Green - wokal i gitara; Snowy White - gitara; Peter Bardens - instr. klawiszowe; Kuma Harada - bass; Reg Isidore - perkusja; Godfrey Maclean - perkusja; Lennox Langton - instr. perkusyjne
Producent: Peter Vernon-Kell


5 września 2016

[Recenzja] Blue Cheer - "Vincebus Eruptum" (1968)



Niedługo po pojawieniu się pierwszych grup hardrockowych, z Cream i The Jimi Hendrix Experience na czele, a tuż przed ostatecznym zdefiniowaniem tego stylu przez Led Zeppelin, Black Sabbath i Deep Purple, trójka młodych Kalifornijczyków postanowiła nagrać najcięższy album na świecie. Był rok 1967. Trio przybrało nazwę Blue Cheer (od jednego z określeń na LSD) i od razu wzięło się do pracy. Mimo pewnych komplikacji (zmiana perkusisty) debiutancki album zespołu ukazał się na początku 1968 roku. Pretensjonalny, stylizowany na łaciński tytuł "Vincebus Eruptum" (z którego przetłumaczeniem nie radzą sobie internetowe słowniki), według pewnych źródeł znaczy "zapanować nad chaosem". Niewiele ma to wspólnego z rzeczywistością, bowiem to właśnie chaos zdaje się panować na tym albumie.

Zawartość longplaya właściwie nie odbiega stylistycznie od ówczesnych trendów - to typowa dla tamtych czasów mieszanka blues rocka i psychodelii. Za to brzmienie było w chwili wydania albumu niewątpliwie szokujące. Tak ciężko faktycznie nikt wcześniej nie brzmiał. Celowo używam tu słowa "brzmiał", a nie "grał", ponieważ ów ciężar wynikał nie tyle ze sposobu gry muzyków, co bardzo zniekształconego, mocno przesterowanego brzmienia. Inne grupy hardrockowe miały czystsze, mniej przesterowane brzmienie, a ciężar osiągały na inne sposoby (np. obniżając strój gitary, jak Tony Iommi z Black Sabbath, albo korzystając z wymyślonych przez Jimmy'ego Page'a technik nagrywania perkusji, by brzmiała jak podczas koncertów). I właśnie z tych powodów nie mogę zgodzić się z krytykami uznającymi Blue Cheer za prekursorów heavy metalu. Był to po prostu jeden z licznych bluesrockowo-psychodelicznych zespołów, wyróżniający się tylko bardziej zdeformowanym brzmieniem.

"Vincebus Eruptum" to bardzo spontaniczny album. Nagrania poszły szybko, a jeszcze prędzej zajęło zbieranie materiału. Muzycy wzięli na warsztat trzy "cudzesy" -  "Summertime Blues" Eddiego Cochrana, "Rock Me Baby" B.B. Kinga, oraz "Parchment Farm" Mose'a Allisona - a kompletu dopełniły trzy kompozycje śpiewającego basisty grupy, Dickiego Petersona, który twierdzi, że na tworzenie każdego z nich poświęcił po dziesięć minut. Wykonanie też nie należy do najlepszych, muzycy graja prosto i dość niedbale. O jakiejkolwiek wirtuozerii można zapomnieć - szczególnie żałośnie wypadają próby grania solówek (np. "Doctor Please"). Nie brzmi to zachęcająco, ale w sumie, mimo tego całego punkowego (właściwie proto-punkowego) podejścia, jest to całkiem fajna muzyka. Główna zaletą tego materiału jest ogromna energia i żywiołowość, która zwłaszcza w chwili wydania musiała robić wrażenie. A czasem z tego całego chaosu wyłaniają się bardziej wyraziste riffy i niemal przebojowe melodie (np. "Summertime Blues", "Out of Focus" , "Parchment Farm"). Na pewno warto zwrócić też uwagę na partie basu, których rola wykracza poza zapewnianie warstwy rytmicznej (szczególnie wyróżnia się pod tym względem "Second Time Around", zawierający także przyzwoite solo perkusisty).

Muzycy Blue Cheer prochu (ani heavy metalu) nie wymyślili, a współcześni krytycy znacznie przeceniają role zespołu w rozwoju ciężkiego grania - w tamtym czasie działało wiele bardziej inspirujących kapel. Z drugiej strony należy docenić chęci muzyków, którzy próbowali zaproponować coś nowego i oryginalnego. I na tym polu odnieśli nawet pewien sukces, W 1968 roku próżno było szukać innego albumu o takim brzmieniu, jak "Vincebus Eruptum".

Ocena: 7/10



Blue Cheer - "Vincebus Eruptum" (1968)

1. Summertime Blues; 2. Rock Me Baby; 3. Doctor Please; 4. Out of Focus; 5. Parchment Farm; 6. Second Time Around

Skład: Dickie Peterson - wokal i bass; Leigh Stephens - gitara; Paul Whaley - perkusja
Producent: Abe "Voco" Kesh


2 września 2016

[Recenzja] Jack Bruce - "Things We Like" (1970)



Teoretycznie debiutanckim albumem Jacka Bruce'a jest nagrany i wydany w 1969 roku - tuż po rozpadzie Cream - longplay "Songs for a Tailor". Recenzowany "Things We Like" ukazał się natomiast później, ale nagrany został wcześniej, w 1968 roku, gdy Bruce wciąż był członkiem wspomnianej grupy. Co więcej, większość zawartych tutaj utworów Jack skomponował kilkanaście lat wcześniej, jeszcze jako nastolatek.

Wybitnemu basiście podczas sesji nagraniowej towarzyszyli inni utalentowani muzycy - saksofonista Dick Heckstall-Smith, perkusista Jon Hiseman, oraz - niewystępujący we wszystkich utworach - gitarzysta John McLaughlin. Każdy z tej czwórki współpracował już wcześniej z co najmniej jednym (ale nie więcej niż dwoma) z pozostałych muzyków. W połowie lat 60. wszyscy przewinęli się przez skład grupy Graham Bond Organization - w jej oryginalnym wcieleniu występowali Bruce i McLaughlin, potem miejsce drugiego z nich zajął Heckstall-Smith, a Hiseman dołączył już po odejściu Bruce'a. Prawie wszyscy, poza McLaughlinem, grali także w Bluesbreakers Johna Mayalla, ale znów w nieco innym czasie - Bruce w 1965 roku, a Heckstall-Smith i Hiseman w 1968 roku.

"Things We Like" wyróżnia się w dyskografii Bruce'a, ponieważ jest to w całości instrumentalny, stricte jazzowy album. W dodatku muzycy zabrali się za granie jednej z bardziej wymagających odmian tego gatunku - free jazzu. I trochę chyba przecenili swoje możliwości, bowiem ich improwizacje nie zawsze wychodzą tak, jak powinny. Słuchając takich utworów, jak "Over the Cliff" czy "Statues", można zachwycić się indywidualnymi partiami Bruce'a (który podczas tej sesji grał wyłącznie na kontrabasie), Heckstalla-Smitha i Hisemana, ale trochę zawodzi interakcja między nimi, a właściwie jej zdarzający się brak. O wiele lepszy rezultat muzycy osiągają, gdy biorą się za bardziej tradycyjną formę jazzu - jak w przepięknej balladzie "Born to be Blue" (z repertuaru Mela Tormé'a). To jedyny utwór, w którym Bruce i Hiseman schodzą na dalszy plan, ograniczając się do zapewnienia stonowanego podkładu dla solówek Heckstalla-Smitha; dodatkowo pojawiają się tu delikatne dźwięki gitary. W pozostałych kawałkach brzmienie gitary McLaughlina jest ostrzejsze, bardziej rockowe, chociaż sam sposób gry jest zdecydowanie jazzowy. Mimo wszystko, takie utwory, jak "Sam Enchanted Dick" (złożony z interpretacji "Sam Sack" Milta Jacksona i kompozycji Heckstalla-Smitha "Rill's Thrills"),  "HCKHH Blues" (który Bruce i McLaughlin grywali już podczas współpracy z Bondem), oraz tytułowy "Things We Like" (bardzo przypominający dokonania Colosseum), mają szansę zainteresować nie tylko słuchaczy jazzu.

Oryginalna wersja albumu zawierała miks charakterystyczny dla wydawnictw jazzowych, z perkusją obecną tylko w prawym kanale. Na potrzebny pierwszego wydania kompaktowego przygotowano nowy, bardziej rockowy miks - z wyśrodkowaną perkusją i gitarą, kontrabasem z lewej strony i saksofonem z prawej. Na nowszych reedycjach przywrócono oryginalny miks, a także dodano jeden odrzut z sesji - kompozycję Heckstall-Smitha "Ageing Jack Bruce, Three, from Scotland, England" (znów momentami przywodzącą na myśl Colosseum), nie odstającą poziomem od pozostałych utworów.

"Things We Like" mimo pewnych niedoskonałości (które wychwycą przede wszystkim słuchacze jazzu) jest całkiem udanym albumem. W dyskografii Jacka Bruce'a okazał się jednak tylko jednorazowym eksperymentem - jego kolejne albumy były powrotem do bardziej mainstreamowego, rockowego grania. Niestety, już nigdy nie udało mu się odnieść większego sukcesu - ani artystycznego, ani komercyjnego (z wyjątkiem efemerycznej supergrupy BBM). Zupełnie inaczej potoczyły się losy innych występujących na tym albumie muzyków, którzy z wielkim powodzeniem (artystycznym i komercyjnym) tworzyli muzykę z pogranicza jazzu i rocka - Dick Heckstall-Smith i Jon Hiseman w Colosseum, a John McLauglin w Mahavishnu Orchestra i jako współpracownik Milesa Davisa.

Ocena: 7/10



Jack Bruce - "Things We Like" (1970)

1. Over the Cliff; 2. Statues; 3. Sam Enchanted Dick; 4. Born to be Blue; 5. HCKHH Blues; 6. Ballad for Arthur; 7. Things We Like

Skład: Jack Bruce - kontrabas; Dick Heckstall-Smith - saksofon; Jon Hiseman - perkusja; John McLaughlin - gitara
Producent: Jack Bruce