22 sierpnia 2016

[Recenzja] Mercyful Fate - "Melissa" (1983)



Na początek nowego cyklu recenzji, o wszystko mówiącej nazwie Ciężkie Poniedziałki, wybrałem jeden z najbardziej kultowych i inspirujących zespołów heavymetalowych, a zarazem główny muzyczny towar eksportowy Danii. Mercyful Fate to nazwa, z którą zetknął się chyba każdy wielbiciel ciężkiego grania (chociażby dzięki Metallice i utworowi "Mercyful Fate", będącym zlepkiem kilku kompozycji tej grupy). Dwa pierwsze albumy Duńczyków, wydane na początku lat 80., były swoistą odpowiedzią na Nową Falę Brytyjskiego Heavy Metalu. Podobnie jak przedstawiciele tego nurtu, muzycy Mercyful Fate stworzyli swój styl w oparciu o klasykę ciężkiego grania z poprzedniej dekady, z naciskiem na Judas Priest i Black Sabbath. Połączenie ciężaru, przeważnie szybkich temp, posępnego klimatu i okultystyczno-satanistycznej tematyki tekstów w znacznym stopniu przyczyniło się - niestety! - do powstania black metalu.

"Melissa", debiutancki longplay Duńczyków, zdominowany jest przez typowo heavymetalowe kawałki w szybkim tempie, na swój sposób całkiem chwytliwe ("Evil", "Curse of Pharaohs", "Into the Coven", "Black Funeral"). Ale nie brakuje tutaj różnorodności. W "At the Sound of the Demon Bell" muzycy momentami grają w lżejszy, bardziej hardrockowy sposób. Z kolei w rozbudowanym, jedenastominutowym "Satan's Fall" wyraźnie ujawniają się wpływy progrockowe. Największym zaskoczeniem przy pierwszym przesłuchaniu może być jednak utwór tytułowy - będącym niemalże klasyczną rockową balladą z obowiązkowymi zaostrzeniami i długimi solówkami. Gitarowy duet, składający się z Hanka Shermanna i Michaela Dennera, błyszczy zresztą także we wszystkich pozostałych utworach świetnymi solówkami i riffami, doskonale ze sobą współpracując. Sekcja rytmiczna też spisuje się rewelacyjnie. Pod względem muzycznym nie ma do czego się przyczepić. Niestety, zdecydowanie gorzej wypada warstwa wokalna. Kim Bendix Petersen, lepiej znany pod pseudonimem King Diamond, to najsłabsze ogniwo grupy. Nie można odmówić mu szerokiej skali głosu, ale niestety preferuje on irytująco wysokie wrzaski i piski, brzmiące jakby właśnie został wykastrowany, lub śpiew o płaczliwej manierze. W rezultacie słuchanie tego albumu jest dla mnie bardzo męczącym doświadczeniem, mimo bardzo dobrej warstwy muzycznej.

"Melissa" pod względem instrumentalnym jest jednym z najlepszych albumów heavymetalowych lat 80. Z dobrym wokalistą, śpiewającym w stylu Ronniego Jamesa Dio czy Bruce'a Dickinsona, byłby to materiał zasługujący na ocenę w granicach 8-9. Niestety, wyjątkowo irytujący wokal Petersena znacząco obniża ogólny odbiór całości. Szkoda, naprawdę szkoda zmarnowania tak dobrych kompozycji. 

Ocena: 6/10



Mercyful Fate - "Melissa" (1983)

1. Evil; 2. Curse of the Pharaohs; 3. Into the Coven; 4. At the Sound of the Demon Bell; 5. Black Funeral; 6. Satan's Fall; 7. Melissa

Skład: King Diamond - wokal; Hank Shermann - gitara; Michael Denner - gitara; Timi "Grabber" Hansen - bass; Kim Ruzz - perkusja
Producent: Henrik Lund


13 komentarzy:

  1. Na tej płycie chyba nie ma utworu "Egypt", może chodziło o "Evil".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, chodzi o "Evil", bo "Egypt" to dużo późniejszy utwór. Dzięki za czujność, już poprawione ;)

      Usuń
  2. Ja akurat nie mam problemu z wokalem Kinga Diamonda - ale fakt, jest specyficzny i trudno podchodzić do niego neutralnie, raczej albo się go kocha, albo nienawidzi :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Za to muzyka nie może się nie podobać, jeśli lubi się heavy metal ;)

      Usuń
  3. Czy to oznacza, że w kolejnych recenzjach tego zespołu będziesz obniżał oceny płyt tylko dlatego, że nie podoba Ci się wokal ww pana? A co, jeżeli komuś ten wokal by się spodobał, ale zanim posłucha, to do płyty go zniechęci niska ocena?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oceny i opisy na tym blogu zawsze były i zawsze będą moją subiektywną opinią. Zresztą napisanie obiektywnej recenzji jest praktycznie niemożliwe i byłoby zaprzeczeniem definicji tego słowa. Dlatego nie warto się na nich (ani moich ani żadnych innych) opierać. Mogą być jedynie wskazówką (tak jak powyższa - że jeśli ktoś nie lubi przesadnie wysokiego wokalu, to raczej nie spodoba mu się ten album), ja jednak wolę najpierw sam posłuchać, a dopiero potem ew. poczytać co inni o tym napisali. Poza tym ocena 6 jest pozytywna.

      Usuń
    2. Czyli od oceny 6 zaczynają się oceny pozytywne i płyty godne polecenia? Czy jak to jest? Była kiedyś taka rozpiska, ale jej nie pamiętam :)

      Usuń
    3. Na górze strony trzeba najechać kursorem na "Recenzje", wtedy powinna się rozwinąć lista, na której jest link do strony "Skala ocen" (nie wiem czy działa we wszystkich przeglądarkach, na pewno w ogóle nie działa w telefonach).

      Mam w swojej kolekcji kilka albumów, które oceniłem na 6 (i żadnego ocenionego niżej), więc z pewnością nie jest to zła ocena, ale dopiero od 8 zaczynają się albumy, które poleciłbym z zupełnie czystym sumieniem ;)

      Usuń
    4. Plus co złego jest w black metalu ("niestety!")? W kilku recenzjach wyzwierzasz się na rap, teraz pijesz do black-metalu. A skoro wyodrębniono taki gatunek - znaczy że musi on wnosić do muzyki coś nowego

      Usuń
    5. Nie, nie wyodrębniono takiego gatunku. To tylko styl - odmiana gatunku metal. I owszem, wniósł coś nowego - bezsensowną agresję, całkowite wyparcie się melodii, dobrego brzmienia i wielu innych wartościowych elementów, które cenię w muzyce. Do tego to żałosne wzbudzanie kontrowersji kretyńskimi makijażami i dziecinnymi, satanistycznymi tekstami. W skrócie - prymitywne granie dla "zbuntowanych" gimnazjalistów.

      A co według Ciebie jest złego w black metalu czy rapie, że wcale nie piszesz o tych stylach? W ogóle masz na blogu bardzo małe zróżnicowanie - praktycznie wszystko można wrzucić do worka z podpisem "alternatywny rock". Skąd zatem to oburzenie, że ktoś nie toleruje pewnych stylów?

      Usuń
    6. Rap jest muzyką w której chodzi o rozumienie tekstu. Nie - tłumaczenie go sobie
      po przesłuchaniu, nie - łapanie "mniej więcej". A jeszcze lepiej, kiedy te teksty
      odnoszą się bezpośrednio do odbiorcy. Rap który w pewnym momecnie zaczął wypierać muzykę rockową
      dotyczył bardzo określonych grup społecznych, w których zresztą się rozwinął
      . Nie jesteśmy czarnymi żyjącymi w
      gettach, nasze realia są zupełnie inne więc tracimy 90% przekazu. Rap to też efekt ewolucji muzyki czarnej
      funk->disco->rap i tego, że czarni mają dobre wyczucie rytmu (sample w rapie często pochodzą z funku i soulu z lat 60-70
      - A że potem pojawili się epigoni próbujący tworzyć rap dla mas, albo zaszczepiać go na inne grunty (np. polski)
      to zupełnie inna historia. W każdej muzyce naśladownictwo i komercjalizacja wychodzą na minus.

      Stąd też zostawiam ten gatunek w spokoju, bo wiem że moja ocena byłaby bardzo ograniczona
      . Zresztą pojawił się u mnie rapowo-metalowy RATM, który obsobaczyłem, bazując właśnie prawie
      tylko na warstwie muzycznej (co zresztą mu się należało).

      Metal (w odmianach black-doom-viking-speed) z kolei jest muzyką niszową - ma on swoich zwolenników
      , którzy wyłapią subtelności między stylami, a dla normalnej muzyki jest on niegroźny, istniejąc w
      pewnych kręgach. A jeżeli chodzi o malunki i makijaże - to tutaj wykraczasz poza to, czego odbiorcą
      jesteś po włożeniu płyty do adaptera. Nie recenzuję - bo nie słucham. A nie słucham bo nie czuję.Nie pisałbym
      "niestety" bo ci którzy chcą grać hard rock czy progresję dalej ją grają, nie zmieniając kierunków
      twórczości pod wpływem jakiegoś nisko strojonego ryku. Chyba jak idziesz poprzeglądać winyle to nie nikniesz
      w powodzi satanów, demonów i zagłady.

      Rock alternatywny to prawie nieograniczony worek muzyki dość różnorodnej gatunkowo, a moja lista płyt
      'do opisania' (często mało znanych) jest na tyle długa, że starczy na dobre kilkanaście miesięcy
      (szczególnie, że gdy mam niewiele czasu wrzucam tylko jedną recenzję na tydzień, a ostatnie 3 miesiące
      w ogóle był zastój)

      ps - gdzie "Blues for Greeny"?

      Usuń
    7. Teraz na blogu obowiązuje nowy harmonogram - ciężkie granie w poniedziałek, blues we środy, nowości w czwartki i inne rzeczy w piątki. Jutro będzie recenzja kolejnego albumu GAry'ego Moore'a, ale nie "Blues for Greeny", a "Around the Next Dream", nagranego pod szyldem BBM z ex-muzykami Cream. "Blues for Greeny" będzie za kilka tygodni.

      Usuń
  4. a ja kocham Melissę i jeszcze bardziej "Dont break the Oath". śpiew Kinga Diamonda mi pasuje. a nie jestem jakimś wielkim fanem takiej muzy. Także, jak to w życiu, jednemu pasuje, innym nie.
    niemniej cieszę się że znalazłeś chwilę dla MF
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.