19 sierpnia 2016

[Recenzja] Peter Green - "The End of the Game" (1970)



"The End of the Game", solowy debiut Petera Greena, ukazał się zaledwie kilka miesięcy po jego odejściu z Fleetwood Mac. Zawarty na nim materiał znacznie jednak odstaje od tego, co muzyk tworzył z tamtą grupą, czy wcześniej z Johnem Mayallem i Bluesbreakers. To w całości instrumentalny album, daleki od bluesa. Właściwie są to fragmenty całonocnego jamu, jaki Peter Green (ponoć pod wpływem różnych substancji) odbył z kilkoma innymi muzykami - basistą Alexem Dmochowskim (ex-The Aynsley Dunbar Retaliation), perkusistą Godfreyem Macleanem, klawiszowcem Nickiem Buckiem i pianistą George'em "Zoot" Moneyem. Całość ma bardzo swobodny charakter, bez żadnych struktur i schematów, w większości utworów wręcz freejazzowy.

"The End of the Game" to trudny w odbiorze i trudny do zrecenzowania materiał. Najłatwiejsza w odbiorze jest miniaturka "Timeless Time", z delikatną gitarą Greena, której towarzyszy tylko subtelne tło perkusyjnych talerzy. Bardzo ładny utwór, o przejmującym klimacie i dość wyrazistej melodii. To jednak jedyny tego typu fragment. Pozostałe utwory są już bardziej wymagające, ale z odpowiednim nastawieniem i choćby minimalnym doświadczeniem z tego typu muzyką, można tu znaleźć wiele dobrego. Do najciekawszych momentów z pewnością zalicza się najdłuższy, dziewięciominutowy "Bottoms Up", w którym Green daje fantastyczny gitarowy popis, na granicy jazzu i psychodelii. Świetny akompaniament zapewnia sekcja rytmiczna, grająca bardzo gęsto i intensywnie, momentami w nieco funkowy sposób; całości dopełniają jazzujące klawiszowe ozdobniki. Wpływy funkowe są jeszcze bardziej słyszalne w "Burnt Foot", kojarzącym się trochę z twórczością Jimiego Hendrixa z okresu Band of Gypsys. W nagraniu na pierwszy plan wysuwają się Dmochowski i Maclean, dając tutaj porywający pokaz swoich umiejętności; Green jedynie przygrywa im w tle. "Hidden Depth" ma podobny klimat do "Timeless Time", czaruje pięknymi partiami gitary i klawiszy, ale ze względu na bardziej freejazzowy charakter nie wszystkim przypadnie do gustu. Kończący całość utwór tytułowy to także free jazz, ale w ostrzejszym wydaniu. W wyżej wspomnianych utworach muzykom udało się zachować interakcje. Niestety nie zawsze udaje im się tak dobrze ze sobą współpracować, czego przykładem jest ocierający się o chaos "Descending Scale".

"The End of the Game" to bardzo eksperymentalny album, który może odrzucić nawet największych wielbicieli Petera Greena. Warto jednak nie zniechęcać się od razu i dać mu szansę, bo sporo tutaj fragmentów, które mogą oczarować także rockowych słuchaczy.

Ocena: 7/10



Peter Green - "The End of the Game" (1970)

1. Bottoms Up; 2. Timeless Time; 3. Descending Scale; 4. Burnt Foot; 5. Hidden Depth; 6. The End of the Game

Skład: Peter Green - gitara; Alex Dmochowski - bass; Godfrey Maclean - perkusja i instr. perkusyjne; Nick Buck - instr. klawiszowe; Zoot Money - pianino
Producent: Peter Green


4 komentarze:

  1. Bardzo lubię. Do głowy mi co prawda nie przyszło, że to trudny album z eksperymentalną muzyką, ale każdy chyba ma inaczej ;)

    Powiedziałbym raczej, że to luźny jam, z gitarą Greena na pierwszym planie. Luźny, ale nie przypadkowy, słychać, że muzykom dobrze grało się razem (i że byli jeszcze w stanie ustać na nogach), bo wszystko się ze sobą ładnie zazębia. To miła, relaksująca muzyka na bazie rocka przełomu 60/70. A czy faktycznie trudna? Pewnie dla kogoś, kto nie słucha niczego co nie wychodziłoby poza piosenkowe schematy tak, ale naprawdę musiałby to być raczej fan AC/DC, KISSów i Aerosmith, bo już Deep Purple, Black Sabbath, czy tym bardziej Led Zeppelin mieli na koncie rzeczy bez porównania bardziej radykalne formalnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak tylko mi się zdaje, że niektórych może odrzucić brak (piosenkowych) struktur. Może trochę przesadziłem, ale naprawdę zawsze ciężko mi idzie pisanie o albumach w całości instrumentalnych. Co jest o tyle dziwne, że w pozostałych recenzjach dość rzadko chyba wspominam o warstwie wokalnej ;)

      Usuń
    2. ta płyta to takie liznięcie jazzowych klimatów, trudne to są true free jazzy, typu Albert Ayler czy Ornette Coleman... czy inne trudniejsze jazzy... :)

      Usuń
    3. Nie no, z Aylerem to bym od razu nie wyskakiwał ;) Ale, jak sygnalizowałem na początku, improwizacje Purpli z Japonii, albo koncertowe wykonania Dazed and Confused Cepów wydają mi się znacznie bardziej eksperymentalne. Może faktycznie trudność o której pisze autor to kwestia całkowitego odejścia od formuły piosenki. W sumie ciekawy punkt widzenia :)

      Usuń