29 sierpnia 2016

[Recenzja] Mercyful Fate - "Don't Break the Oath" (1984)



"Don't Break the Oath" to album, na którym muzycy Mercyful Fate doprowadzili swój styl do perfekcji. Instrumentaliści wspaniale rozwinęli wszystkie swoje patenty, kompozycje są o wiele bardziej dojrzałe, zaś aranżacje bardziej pomysłowe. Już na otwarcie pojawia się fantastyczny "A Dangerous Meeting". Rozpędzony kawałek z intensywnym riffowaniem i porywającymi solówkami duetu Shermann/Denner. Muzycy sporo kombinują tutaj z dynamiką, a najbardziej genialne jest nagłe zwolnienie w końcówce z riffem w stylu Black Sabbath i podkreślającymi klimat odgłosami dzwonów. Nawet wokal Kinga Diamonda w tym utworze nie irytuje mnie tak bardzo, jak na poprzednim albumie, mimo że stosuje te same sposoby ekspresji.

"Don't Break the Oath" zawiera więcej takich wzorowych heavymetalowych czadów. Przede wszystkim muszę tu wspomnieć o przebojowych "Gypsy" i "Come to the Sabbath", w których jest sporo naprawdę fajnego riffowania i solówek granych unisono. Na wyróżnienie zasługuje także "Desecration of Souls", w którym Diamond wyjątkowo mało śpiewa falsetem, co przynajmniej dla mnie jest sporą zaletą; dodatkowo pojawia się tu świetna solówka, podczas której muzycy nieco zwalniają tempo. Hardrockowy "Welcome Princes of Hell", z prostszymi riffami, za to z bardziej wyrafinowaną partią basu (uwypukloną w miksie), także wypada bardzo dobrze. Największe wrażenie robi jednak "The Oath" - najbardziej rozbudowany utwór, w którym świetny klimat tworzą brzmienia klawiszowe, ale i nie brakuje jak zwykle udanych udanych popisów gitarowych (i basowych). Niestety, na albumie znalazły się też utwory, które robią na mnie trochę gorsze wrażenie, czyli "Nightmare" i "Night of the Unborn". Pod względem instrumentalnym nie mogę im nic zarzucić (znów świetną robotę odwala basista i gitarzyści, a pierwszy z tych utworów jest ciekawie urozmaicony klawiszami podczas fantastycznej, bardzo ironowej solówki), ale partie wokalne są zbyt wysokie. Tak jak we wcześniej wymienionych kompozycjach wokal Diamonda jest dla mnie wyjątkowo znośny, tak w tych dwóch kawałkach strasznie mnie męczy. Całości dopełnia balladowa miniaturka "To One Far Away", która mogła być zalążkiem kolejnego świetnego utworu, ale w takiej formie pozostawia spory niedosyt.

"Don't Break the Oath" to naprawdę bardzo dobry (a pod względem instrumentalnym - doskonały) album heavymetalowy. dzięki któremu Mercyful Fate na stałe zapisał się w ścisłym kanonie tego stylu, obok takich tuzów jak Iron Maiden czy Judas Priest. Niestety, grupa rozpadła się wkrótce po wydaniu tego longplaya z powodu różnic artystycznych (Shermann chciał grać bardziej komercyjnie, na co nie zgodzili się Diamond, Denner i Hansen, którzy w rezultacie założyli nowy zespół, nazwany... King Diamond). Choć zespół reaktywował się po niespełna dekadzie (i wydał w latach 1993-99 pięć kolejnych albumów studyjnych), już nigdy nie nagrał dzieła na miarę "Don't Break the Oath".

Ocena: 8/10



Mercyful Fate - "Don't Break the Oath" (1984)

1. A Dangerous Meeting; 2. Nightmare; 3. Desecration of Souls; 4. Night of the Unborn; 5. The Oath; 6. Gypsy; 7. Welcome Princes of Hell; 8. To One Far Away; 9. Come to the Sabbath

Skład: King Diamond - wokal, instr. klawiszowe; Hank Shermann - gitara; Michael Denner - gitara; Timi "Grabber" Hansen - bass; Kim Ruzz - perkusja
Producent: Henrik Lund


2 komentarze:

  1. Po prostu klasyka gatunku

    OdpowiedzUsuń
  2. Akurat z uwagą odnośnie wokalu się nie zgodzę - śpiew Diamonda jest niezastąpiony. Te wysokie jęki faktycznie mogą irytować, natomiast płaczliwa maniera to nieodłączna część tej genialnej całości. James Dio może dałby rade, to Dickinson lub ktokolwiek śpiewający w jego stylu spieprzyłby te utwory całkowicie.
    Sam album oczywiście absolutny klasyk, po przeczytaniu recenzji odświeżyłem go sobie i katuje nim odtwarzacz do dzisiaj.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.