9 sierpnia 2016

[Recenzja] Gary Moore - "Still Got the Blues" (1990)



W latach 80. Gary Moore płynął z głównym nurtem, dostosowując swoją muzykę do aktualnych trendów. Tym bardziej dziwi krok, jaki uczynił na początku kolejnej dekady. Nagle postanowił bowiem popłynąć całkiem pod prąd i oddać hołd muzyce, na której sam się wychował. Muzyce, która od kilkunastu lat była bardzo niszowym stylem, granym tylko przez największych zapaleńców, dla których w ogóle nie liczył się sukces komercyjny. Paradoksalnie, album "Still Got the Blues" okazał się największym sukcesem w karierze Moore'a i nawet w pewnym stopniu przywrócił muzyce bluesowej zainteresowanie wśród masowej publiczności.

"Still Got the Blues" to bardzo piękny hołd dla bluesa. Moore nawet zaprosił na sesję nagraniową dwóch swoich idoli - legendarnych amerykańskich bluesmanów Alberta Kinga i Alberta Collinsa. W nagraniach wziął też udział m.in. słynny brytyjski pianista Nicky Hopkins, znany ze współpracy z The Rolling Stones, The Beatles, The Who, The Jeff Beck Group czy Quicksilver Messenger Service. Warto w tym miejscu dodać, że wraz ze zmianą stylu, zmienił się też skład podstawowego zespołu towarzyszącego Gary'emu (także podczas koncertów). Od tamtej pory towarzyszyli mu Don Airey, Graham Walkier i Andy Pyle, którzy zajęli odpowiednio miejsce Neila Cartera, Cozy'ego Powella i Boba Daisleya (chociaż ten ostatni wystąpił gościnnie w kilku utworach). Zmieniło się także brzmienie, które stało się bardziej organiczne, naturalne. To przede wszystkim zasługa całkowitej rezygnacji z syntezatorów, które zastąpiono elektrycznymi organami, sekcją dętą i - w jednym utworze - smyczkami.

Najbardziej znanym utworem z tego albumu - a także całej twórczości Moore'a, jest oczywiście tytułowa ballada "Still Got the Blues". Swego czasu niemiłosiernie katowana przez stacje radiowe, ale nie zmienia to faktu, że to bardzo dobra kompozycja. Z fantastyczną melodią, bluesowym nastrojem i tymi wspaniałymi solówkami Gary'ego, pełniącymi rolę przewodniego motywu. Podobnie jak w przypadku wielu znanych utworów, także w "Still Got the Blues" dopatrzono się plagiatu nikomu nieznanej kompozycji - w tym wypadku był to utwór "Nordrach", nagrany w 1974 roku przez niemiecką grupę Jud's Gallery. Podobieństwo jest tak znikome, że nie nazwałbym tego nawet inspiracją, a cała sprawa jest tym bardziej kuriozalna, że nagrania Jud's Gallery - włącznie z wspomnianym - zostały opublikowane dopiero w XXI wieku. Wróćmy jednak do recenzowanego albumu. Znalazły się na nim jeszcze dwie wspaniałe bluesowe ballady. "As the Years Go Passing By" (nagrany wcześniej przez licznych wykonawców bluesowych i rockowych) to bardzo klimatyczny utwór, z porywającymi solówkami Moore'a, majestatyczna grą sekcji rytmicznej i ozdobnikami na instrumentach dętych, organach i pianinie. Nie sposób uniknąć skojarzeń z twórczością Petera Greena i Fleetwood Mac, szczególnie z utworem "Love That Burns". W "Midnight Blues" tempo jest trochę szybsze, ale i tutaj udało się osiągnąć świetny klimat. Fantastyczna melodia i rewelacyjne solówki Gary'ego czynią go jednym z najlepszych utworów w dorobku artysty.

Pozostałe utwory to już żywsze, bardzo energetyczne i przebojowe granie. Ale nie jest to żywiołowość w stylu poprzednich albumów Moore'a. Więcej tutaj bluesowego luzu, a ciężkie brzmienie gitary równoważone jest przez klawisze i dęciaki. Słychać też większą radość z grania, której wcześniej często brakowało w twórczości Gary'ego. Tutaj w końcu gra taką muzykę, jakiej granie sprawia mu najwięcej przyjemności. Świetnie wypadają zarówno przeróbki bluesowych standardów - "Oh Pretty Woman" Alberta Kinga (nagrana z jego udziałem), "Walking By Myself" Jimmy'ego Rogersa, oraz "Too Tired" Johnny'ego "Guitar" Watsona - jak i autorskie kawałki utrzymane w tym samym stylu, czyli "Moving On" i "King of the Blues". Na tle całości wyróżnia się "Texas Strut", zgodnie z tytułem utrzymany w stylu teksańskiego bluesa; to także świetny kawałek. Winylowe wydanie zawiera tylko dziewięć wspomnianych dotąd utworów, natomiast na wydaniu kompaktowym pojawiają się trzy dodatkowe. Nie wnoszą one do całości już nic nowego, a wręcz obniżają poziom. Bardzo przeciętnie wypada "That Kind of Woman", który warto odnotować tylko ze względu na gościnny udział George'a Harrisona. Natomiast "All Your Love" (z repertuaru Otisa Rusha) jest zbyt podobny do wersji Johna Mayalla i Erica Claptona, a "Stop Messin' Around" od oryginału Fleetwood Mac różni się właściwie tylko cięższym brzmieniem. A już abstrahując od wartości tych kawałków - zamykający winylowe wydanie "Midnight Blues" jest perfekcyjnym zakończeniem albumu i nic więcej nie powinno po nim rozbrzmiewać.

Bardzo dobrze wyszedł Gary'emu Moore'owi ten stylistyczny zwrot. W końcu zaczął grać muzykę, jaka jemu samemu najbardziej zawsze odpowiadała, a radość z jej tworzenia przełożyła się na jakość albumu. Nie skreślam całkowicie jego wcześniejszej twórczości, nie brakuje w niej przecież przebłysków geniuszu (szczególnie na "After the War" i "Wild Frontier"), ale dopiero na "Still Got the Blues" wszystko wydaje się być na właściwym miejscu. Longplay (mam oczywiście na myśli winylowe wydanie) nawet na chwilę nie schodzi poniżej pewnego wysokiego poziomu, a momentami wchodzi na jeszcze wyższy. Jako podsumowanie powtórzę: ten album to naprawdę piękny hołd dla muzyki bluesowej.

Ocena: 9/10



Gary Moore - "Still Got the Blues" (1990)

1. Moving On; 2. Oh Pretty Woman; 3. Walking By Myself; 4. Still Got the Blues (For You); 5. Texas Strut; 6. Too Tired; 7. King of the Blues; 8. As the Years Go Passing By; 9. Midnight Blues

CD: 10. That Kind of Woman; 11. All Your Love; 12. Stop Messin' Around

Skład: Gary Moore - wokal i gitara; Andy Pyle - bass (1-4,6,7,9,11,12); Graham Walker - perkusja (1-4,6,9-12); Don Airey - instr. klawiszowe (2,4-8)
Gościnnie: Mick Weaver - pianino (1,3,9,12), organy (11); Albert King - gitara (2); Raoul D'Olivera - trąbka (2,7); Frank Mead - saksofon (2,6-8,10,12), harmonijka (3); Nick Pentelow - saksofon (2,7,10); Nick Payn - saksofon (2,6-8,10); Nicky Hopkins - pianino (4,8,10); Bob Daisley - bass (5,8,10); Brian Downey - perkusja (5,7,8); Albert Collins - gitara (6); Stuart Brooks - trąbka (6); Andrew Hamilton - saksofon (6); George Harrison - gitara i dodatkowy wokal (10); Martin Drover - trąbka (10)
Producent: Gary Moore i Ian Taylor


5 komentarzy:

  1. Rok 1990 to jednak koniec dekady ósmej a nie początek dziewiątej... ale to błąd powszechny więc - no problem. Co do płyty... Sam zabieram się do opisania jej od lat i tak jakoś nie wychodzi mi to jak zresztą w ogóle chęci siadają od jakiegoś czasu. Ale co do płyty... Czytałem kiedyś wywiad z Garym odnośnie tej płyty i powiedział wtedy, że inspiracją oczywiście był blues ale motywacją był Eric Clpton, któy od lat nie nagrał dobrej blusoewej płytty i Moore postanowił zrobić to za niego i nagra,ć coś takiego czego oczekiwał od Claptona.W tym samym wywiadzie Moore powiedział, że nie uważa się za wybinego gitrzystę i że wszystko co umie grać podpatrzył od innych i wyćwiczył. Obok "Texas Flood" wiadomo kogo ten album dla mnie jest najlepszym rockowym albumem bluesowym..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, że dekady liczy się od lat kończących się cyfrą 1, a nie 0, ale w przypadku muzyki przyjęła się odwrotna zasada i tego się trzymam. Samo słowo "dekada" oznaczać może dowolne dziesięć lat, więc muzyczne dekady wcale nie muszą ściśle pokrywać się z, nazwijmy je, historycznymi.

      A poza tym dzięki za anegdotę o Claptonie ;) Nie znałem tego, a bym chętnie wykorzystał w recenzji. Rzeczywiście od dawna nie nagrał dobrego albumu bluesowego - od czasu zarejestrowania "Blues Breakers" z Mayallem. Ostatni dobry w ogóle też dawno temu, bo w 1970 roku ("Layla and...").

      Usuń
  2. Mnie maksymalnie wkurza upychanie na CD dodatkowych utworów, które trafiły tam tylko dlatego, że mieści się tam więcej muzyki. Chlubnym wyjątkiem jest tu wydanie CD "Nowhere" zespołu Ride. A co do płyty - masz talent. Nie dość, że tą recenzją zachęciłeś mnie do powtórnego jej przesłuchania, to jeszcze zaczęła mi się podobać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nie moja zasługa - to po prostu świetny album ;)

      Co do bonusów, całkowicie się zgadzam. Choć czasem wkurza mnie, że w wersji winylowej nie ma jakiegoś utworu. Tak jest np. w przypadku poprzedniego albumu Moore'a, "After the War". Jeden z dwóch najlepszych utworów z tamtej sesji, "The Messiah Will Come Again", jest obecny tylko na CD. Wiele bez niego traci ten album, przede wszystkim przejściowy charakter - bo ten utwór jest świetną zapowiedzią następnego, czyli wyżej recenzowanego albumu. Bez niego "After the War" to tylko kolejny hardrockowy longplay.

      Usuń
  3. Ten album to moim zdaniem tzw ,,must have''. Świetna płyta bez ani jednego słabego punktu (oczywiście w oryginalnym wydaniu). Nie ma tu utworu, który by mi się nie podobał. Ode mnie 10/10 :).

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.