2 sierpnia 2016

[Recenzja] Gary Moore - "After the War" (1989)



"After the War" to ostatni album Gary'ego Moore'a z ciężkim rockiem. Brzmieniowo jest zresztą znacznie cięższy - i bardziej naturalny - niż dwa poprzednie albumy. W końcu mniejszą rolę zaczęły odgrywać klawisze - pojawiają się jako dodatek, nie dominujący instrument. Cieszy także udział w nagraniach prawdziwych perkusistów. I to nie byle jakich - w większości utworów bębni Cozy Powell, a czasem wyręczają go renomowani muzycy sesyjni, Simon Phillips i Charlie Morgan. Podczas sesji nagraniowej w studiu pojawiło się jeszcze kilku gości, ale w podstawowym składzie pozostali muzycy towarzyszący Moore'owi na poprzednim longplayu - Bob Daisley i Neil Carter.

"After the War" to przede wszystkim dynamiczne, ciężkie, ale zarazem przebojowe granie. Taki jest utwór tytułowy - jeden z nielicznych fragmentów albumu, w którym istotną rolę pełnią tandetne brzmienia syntezatorowe. Ogólnie jednak kawałek się broni, a jego refren na zawsze zostaje w pamięci. A dalej jest jeszcze lepiej. W "Speak for Yourself" nie ma już żadnej taryfy ulgowej, to kawałek wręcz heavymetalowy, z riffowaniem i solówkami bardzo w stylu pierwszych solowych albumów Ozzy'ego Osbourne'a. Były (wówczas) wokalista Black Sabbath wspiera tu zresztą wokalnie Moore'a w refrenie. Zresztą w nagrywaniu albumu odegrał większą rolę, ale o tym później. Kolejny utwór, "Livin' on Dreams", dla odmiany jest lżejszy i pogodniejszy, bardziej hardrockowy, trochę w stylu Thin Lizzy. To bardzo przyjemny kawałek, z niebywale chwytliwą - ale nie popadającą w banał - linią wokalną. Całkiem niezły jest także rozpędzony "Running from the Storm", chociaż tutaj już momentami robi się  nieco sztampowo - te odgłosy burzy i dzwonów na początku (gdzie to już było?) albo syntezatorowe ozdobniki. Zadziorny "This Thing Called Love" może kojarzyć się z Van Halen, ale jest dużo lepszy od dokonań tej grupy. Kompletnym niewypałem jest natomiast zbyt radiowy "Ready for Love" z banalną melodią i przesładzającymi go żeńskimi chórkami.

Na "After the War" są też utwory o nieco innym charakterze, które ciekawie urozmaicają album. Niestety, trzy z nich są obecne tylko w wersji kompaktowej, a na winylu zostały pominięte. Najbardziej żal "The Messiah Will Come Again" - pięknego instrumentalnego bluesa, skomponowanego przez Roya Buchanana (Moore nagrał go w hołdzie temu muzykowi, zmarłemu w 1988 roku). To ponad siedem minut ekscytujących gitarowych popisów, wzbogaconych szlachetnym brzmieniem organów, na których gościnnie zagrał Don Airey. Klimat jest bardzo zbliżony do "Parisienne Walkways" (komponując tamten utwór Moore ewidentnie inspirował się kompozycją Buchanana); to zresztą pierwszy tak bluesowy utwór Gary'ego od czasu nagrania tamtej kompozycji. A zarazem zapowiedź jego przyszłych poczynań. Tym bardziej szkoda, że pominięto ten utwór na wydaniu winylowym. Pozostałe pominięte kompozycje to dwie części "Dunluce". "Part 1" to intro z irlandzko brzmiącym gitarowym tematem, natomiast "Part 2" to po prostu rozwinięcie tego tematu. Irlandzki klimat pojawia się także w obecnym na wszystkich wydaniach "Blood of Emeralds". Jest to jeden z najlepszych momentów tego longplaya - ponad ośmiominutowa kompozycja łącząca tradycyjne irlandzkie motywy z hardrockowym czadem, a dzieje się tu tyle, że w ogóle nie odczuwa się długości tej kompozycji. Warto dodać, że utwór jest dedykowany pamięci Phila Lynotta.

Całości dopełnia dość kontrowersyjny "Led Clones". Utwór w zamyśle miał być parodią popularnego pod koniec lat 80. zespołu Kingdom Come, który zdobył popularność kopiując patenty Led Zeppelin. Taki jest też ten utwór - zbudowany z najbardziej charakterystycznych cech stylu słynnej grupy. Nawiązujący przede wszystkim do kompozycji "Kashmir" (kroczący rytm, orientalizująca partia skrzypiec), ale jest też np. fragment z gitarą akustyczną, przypominający o folkowych eksperymentach zespołu. Nie brakuje nawet charakterystycznych zaśpiewów w stylu Roberta Planta, ani gitarowych riffów a'la Jimmy Page. Tak naprawdę ciężko jednak wyczuć, że miała to być parodia. W rezultacie można zarzucić temu utworowi dokładnie to, co Moore chciał nim wyśmiać. Warto natomiast wspomnieć, że Gary dzieli tutaj partię wokalną z Ozzym Osbournem, który znakomicie wywiązał się ze swojego zadania. Najwyraźniej zdążył już zapomnieć, że kilka lat wcześniej gitarzysta zignorował propozycję zastąpienia Randy'ego Rhoadsa w jego zespole.

"After the War" to zdecydowanie najlepszy album Gary'ego Moore'a z wydanych do tamtej pory. Jako całość jest równiejszy od swojego poprzednika, a takie utwory, jak "Blood of Emeralds" i "The Messiah Will Come Again", spokojnie mogą się równać z jego najlepszymi fragmentami. Choć pominięcie tego drugiego utworu w wydaniu winylowym jest niewybaczalną pomyłką. Wyrzucić jeden z dwóch najlepszych utworów, a zostawić tak beznadziejny kawałek, jak "Ready for Love"? To ewidentny przykład przekładania sukcesu komercyjnego nad artystyczny.

Ocena: 8/10



Gary Moore - "After the War" (1989)

1. Dunluce (Part 1)*; 2. After the War; 3. Speak for Yourself; 4. Livin' on Dreams; 5. Led Clones; 6. The Messiah Will Come Again*; 7. Running from the Storm; 8. This Thing Called Love; 9. Ready for Love; 10. Blood of Emeralds; 11. Dunluce (Part 2)*

*pominięte na wydaniu winylowym

Skład: Gary Moore - wokal i gitara; Bob Daisley - bass; Cozy Powell - perkusja i instr. perkusyjne; Neil Carter - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal
Gościnnie: Simon Phillips - perkusja (3,10); Ozzy Osbourne - wokal (5), dodatkowy wokal (2); Chris Thompson - skrzypce (5), dodatkowy wokal (2,5,9); Don Airey - instr. klawiszowe (6-8); Laurence Cottle - bass (6); Charlie Morgan - perkusja (6); Andrew Eldritch - dodatkowy wokal (2,3,10); Sam Brown i Miriam Stockley - dodatkowy wokal (9)
Producent: Peter Collins


4 komentarze:

  1. Abstrahując od tej świetnej płytki, jakie znasz krążki Van Halena? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znam debiut i pojedyncze utwory (te najbardziej popularne) z innych albumów. Jeśli coś jeszcze słuchałem, to dawno temu. Ogólnie zespół jest mi obojętny ;)

      Usuń
  2. "After the war" to była pierwsza piosenka Gary'ego, jaką usłyszałam. Dawno temu, kiedy czasy świetności Radia Bis zetknęły się ze zmierzchem kaset magnetofonowych. Pamiętam jaki ściskał mnie wtedy żal, że nie mam wolnej taśmy, by sobie to nagrać...

    OdpowiedzUsuń
  3. Wspaniala plyta ,pamietam jak nagrywalem ja z Wieczoru plytowego na szpule.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.