31 sierpnia 2016

[Recenzja] Ten Years After - "Positive Vibrations" (1974)



"Positive Vibrations" to bardzo przekorny tytuł. Ósmy studyjny album Ten Years After powstawał w negatywnej atmosferze narastającego konfliktu między muzykami, co wkrótce miało doprowadzić do rozpadu grupy. Bez wątpienia wpłynęło też na sam album, który jest dość nierówny - zbyt zróżnicowany stylistycznie i pod względem poziomu poszczególnych utworów.

Nie brakuje tutaj udanych fragmentów. Dobrze wypadają hardrockowe "Nowhere to Run" i "Look into My Life" - oba przebojowe, z niezłymi riffami i świetnymi solówkami Alvina Lee. Bardzo przyjemnym utworem jest tytułowy "Positive Vibrations", przywodzący na myśl "Little Wing" Jimiego Hendrixa, ale mający też wiele wspólnego z balladami Lynyrd Skynyrd. Ciekawym eksperymentem jest natomiast "It's Getting Harder", kojarzący się z muzyką zydeco. Największą perłą jest jednak rozbudowany "Look Me Straight into the Eyes", z długimi fragmentami instrumentalnymi, pełnymi porywających partii gitarowych i klawiszowych.

To jednak dopiero połowa utworów, a pozostałe nie wypadają już tak ciekawie. Dużo tutaj niestety banalnego rock and rolla ("You're Driving Me Crazy", cover "Going Back to Birmingham" Little Richardsa) lub równie trywialnego boogie ("I Wanted to Boogie" - choć tutaj całkiem niezłe są gitarowe solówki). Bluesowy "Stone Me" też nie porywa, jest zbyt monotonny. Ballada "Without You" natomiast pozostawia mieszane uczucia - ma ładną melodię, a solówki Alvina wypadają przepięknie, ale partie wokalne są tu zbyt przesłodzone i banalne, momentami wręcz kiczowate.

"Positive Vibrations" jest zatem albumem udanym ledwie w połowie - jak na zespół tak uzdolnionych muzyków i kompozytorów jest to bardzo słaby wynik. To najsłabszy longplay Ten Years After z wydanych do tamtej pory, wciąż jednak zasługujący na uwagę, ze względu na tę bardziej udaną połowę utworów.

Ocena: 6/10



Ten Years After - "Positive Vibrations" (1974)

1. Nowhere to Run; 2. Positive Vibrations; 3. Stone Me; 4. Without You; 5. Going Back to Birmingham; 6. It's Getting Harder; 7. You're Driving Me Crazy; 8. Look into My Life; 9. Look Me Straight into the Eyes; 10. I Wanted to Boogie

Skład: Alvin Lee - wokal i gitara; Chick Churchill - instr. klawiszowe; Leo Lyons - bass; Ric Lee - perkusja
Producent: Ten Years After


29 sierpnia 2016

[Recenzja] Mercyful Fate - "Don't Break the Oath" (1984)



"Don't Break the Oath" to album, na którym muzycy Mercyful Fate doprowadzili swój styl do perfekcji. Instrumentaliści wspaniale rozwinęli wszystkie swoje patenty, kompozycje są o wiele bardziej dojrzałe, zaś aranżacje bardziej pomysłowe. Już na otwarcie pojawia się fantastyczny "A Dangerous Meeting". Rozpędzony kawałek z intensywnym riffowaniem i porywającymi solówkami duetu Shermann/Denner. Muzycy sporo kombinują tutaj z dynamiką, a najbardziej genialne jest nagłe zwolnienie w końcówce z riffem w stylu Black Sabbath i podkreślającymi klimat odgłosami dzwonów. Nawet wokal Kinga Diamonda w tym utworze nie irytuje mnie tak bardzo, jak na poprzednim albumie, mimo że stosuje te same sposoby ekspresji.

"Don't Break the Oath" zawiera więcej takich wzorowych heavymetalowych czadów. Przede wszystkim muszę tu wspomnieć o przebojowych "Gypsy" i "Come to the Sabbath", w których jest sporo naprawdę fajnego riffowania i solówek granych unisono. Na wyróżnienie zasługuje także "Desecration of Souls", w którym Diamond wyjątkowo mało śpiewa falsetem, co przynajmniej dla mnie jest sporą zaletą; dodatkowo pojawia się tu świetna solówka, podczas której muzycy nieco zwalniają tempo. Hardrockowy "Welcome Princes of Hell", z prostszymi riffami, za to z bardziej wyrafinowaną partią basu (uwypukloną w miksie), także wypada bardzo dobrze. Największe wrażenie robi jednak "The Oath" - najbardziej rozbudowany utwór, w którym świetny klimat tworzą brzmienia klawiszowe, ale i nie brakuje jak zwykle udanych udanych popisów gitarowych (i basowych). Niestety, na albumie znalazły się też utwory, które robią na mnie trochę gorsze wrażenie, czyli "Nightmare" i "Night of the Unborn". Pod względem instrumentalnym nie mogę im nic zarzucić (znów świetną robotę odwala basista i gitarzyści, a pierwszy z tych utworów jest ciekawie urozmaicony klawiszami podczas fantastycznej, bardzo ironowej solówki), ale partie wokalne są zbyt wysokie. Tak jak we wcześniej wymienionych kompozycjach wokal Diamonda jest dla mnie wyjątkowo znośny, tak w tych dwóch kawałkach strasznie mnie męczy. Całości dopełnia balladowa miniaturka "To One Far Away", która mogła być zalążkiem kolejnego świetnego utworu, ale w takiej formie pozostawia spory niedosyt.

"Don't Break the Oath" to naprawdę bardzo dobry (a pod względem instrumentalnym - doskonały) album heavymetalowy. dzięki któremu Mercyful Fate na stałe zapisał się w ścisłym kanonie tego stylu, obok takich tuzów jak Iron Maiden czy Judas Priest. Niestety, grupa rozpadła się wkrótce po wydaniu tego longplaya z powodu różnic artystycznych (Shermann chciał grać bardziej komercyjnie, na co nie zgodzili się Diamond, Denner i Hansen, którzy w rezultacie założyli nowy zespół, nazwany... King Diamond). Choć zespół reaktywował się po niespełna dekadzie (i wydał w latach 1993-99 pięć kolejnych albumów studyjnych), już nigdy nie nagrał dzieła na miarę "Don't Break the Oath".

Ocena: 8/10



Mercyful Fate - "Don't Break the Oath" (1984)

1. A Dangerous Meeting; 2. Nightmare; 3. Desecration of Souls; 4. Night of the Unborn; 5. The Oath; 6. Gypsy; 7. Welcome Princes of Hell; 8. To One Far Away; 9. Come to the Sabbath

Skład: King Diamond - wokal, instr. klawiszowe; Hank Shermann - gitara; Michael Denner - gitara; Timi "Grabber" Hansen - bass; Kim Ruzz - perkusja
Producent: Henrik Lund


26 sierpnia 2016

[Recenzja] Kvartetten Som Sprängde ‎- "Kattvals" (1973)



Tydzień temu opublikowałem recenzję "The End of the Game" Petera Greena, dziś zaś postanowiłem zaprezentować inny instrumentalny album z dzikim kotem na okładce. "Kattvals" to jedyny longplay szwedzkiej grupy Kvartetten Som Sprängde. Nazwę tę, w wolnym tłumaczeniu, można przełożyć na "wybuchowy kwartet". Paradoksalnie, w chwili nagrywania tego materiału zespół był triem, gdyż jakiś czas wcześniej, z powodu różnic artystycznych, ze składu odeszła wokalistka Margareta Söderberg. Pozostali muzycy postanowili zachować nazwę, uznając, że tak będzie zabawnie. Zespół bywa porównywany z The Doors, z powodu linii basu granych przez klawiszowca, gdyż w składzie nie było basisty. Na tym jednak podobieństwa się kończą. Stylistycznie jest to zupełnie inna muzyka. Twórczość Szwedów można określić jako rock progresywny z elementami psychodelii i jazzu. Utwory grupy mają dość luźny, jamowy charakter.

Rozpoczynający całość "Andesamba", za sprawą charakterystycznych gitarowych solówek i bogatego użycia perkusjonaliów, przywodzi na myśl twórczość grupy Santana - przynajmniej do czasu pojawienia się podniosłej partii organów, której nie sposób nie skojarzyć z "A Whiter Shade of Pale" Procol Harum. To jednak jedyny utwór, w którym muzycy tak wyraźnie zdradzają inspirację innymi rockowymi wykonawcami. Na ogół czerpią raczej z tradycyjnej muzyki skandynawskiej. Takim klimatem przepełnione są dwie kolejne kompozycje. Gitarzysta Finn Sjöberg i klawiszowiec Fred Hellman, z perkusyjnym akompaniamentem Rune'a Carlssona, "malują" w nich za pomocą swoich instrumentów przepiękne muzyczne pejzaże. "På En Sten" wyróżnia się ślicznym wstępem, w którym cudowanie przeplatają się partie gitary i fletu, gitarowo-organową częścią środkową, oraz pojawiającą się pod koniec jazzującą solówką na pianinie. Jeszcze wspanialej wypada "Gånglåt Från Valhallavägen" z przepięknym motywem przewodnim, będącym punktem wyjścia do dłuższych improwizacji Sjöberga i Hellmana. Utwór trwa prawie dziewięć minut, ale jest tak hipnotyzujący (klimat przypomina "Careful with That Axe, Eugene" Pink Floyd), że w ogóle nie odczuwam tej długości. Niesamowita kompozycja, jeden z najwspanialszych znanych mi instrumentali.

Drugą stronę rozpoczyna tytułowy "Kattvals" - ciężka, jazzrockowa improwizacja, z bardzo gęstym rytmem i praktycznie bez śladów melodii. Jego kompletnym przeciwieństwem jest kolejny utwór, "The Sudden Grace", wyróżniający się na tle całego albumu bardziej konwencjonalnym, niemalże piosenkowym charakterem. Ciekawie przeplatają się tutaj partie dwóch gitar i klawiszy, grających bardzo chwytliwy temat, rozwijany oczywiście w solowe popisy. "Vågspel" to powrót do tego charakterystycznego dla grupy, "malowniczego", klimatycznego grania. Tym razem jednak jest to całkowicie solowy popis Hellmana, który wydobywa ze swoich organów Hammonda przepiękne dźwięki. Utwór płynnie przechodzi w energetyczny "Ölandsshuffle" - pogodny utwór z psychodelicznymi organami i zadziornymi zagrywkami na gitarze. Ogólnie jest to zatem bardzo zróżnicowany album, z ciekawymi aranżacjami i bardzo dobrą, zintegrowaną grą muzyków. Gorąco polecam wszystkim wielbicielom progresywnego / jamowego grania. A choć osobiście nie przepadam za albumami w całości instrumentalnymi, "Kattvals" jest jednym z kilku wyjątków.

Pozostaje tylko żałować, że Kvartetten Som Sprängde przestał istnieć wkrótce po wydaniu tego albumu. Choć warto dodać, że wszyscy muzycy grupy w 1973 roku wzięli udział w nagrywaniu albumu "Valhall" folkowego wokalisty Bernta Stafa - pod względem stylistycznym była to już jednak zupełnie inna muzyka, zdecydowanie mniej interesująca. Później drogi muzyków się rozeszły. Rune Carlsson wrócił do pracy muzyka sesyjnego (już wcześniej współpracował m.in. z Krzysztofem Komedą i Bo Hanssonem). W jego ślady postanowił pójść Finn Sjöberg (także wystąpił na kilku albumach Hanssona, wspierał też w studiu... ABBĘ), który ponadto w 1978 roku zadebiutował jako solista albumem "Finn". Fred Hellman wycofał się natomiast z muzycznego biznesu.

Ocena: 8/10



Kvartetten Som Sprängde ‎- "Kattvals" (1973)

1. Andesamba; 2. På En Sten; 3. Gånglåt Från Valhallavägen; 4. Kattvals; 5. The Sudden Grace; 6. Vågspel; 7. Ölandsshuffle

Skład: Finn Sjöberg - gitara, flet; Fred Hellman - instr. klawiszowe; Rune Carlsson - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Anders Burman


25 sierpnia 2016

[Recenzja] Blues Pills - "Lady in Gold" (2016)



Blues Pills, jedna z największych nadziei muzyki rockowej ostatnich lat, powraca z drugim albumem studyjnym. Choć od wydania debiutu, zatytułowanego po prostu "Blues Pills", minęły zaledwie dwa lata, zespół zdążył zmienić skład (perkusistę Cory'ego Berry'ego zastąpił André Kvarnström) i przejść zaskakującą metamorfozę stylistyczną. Dominująca na debiucie inspiracja blues rockiem ustąpiła miejsca wpływom... soulowym. Zdecydowanie większą rolę zaczęły odgrywać brzmienia klawiszowe - na poprzednim albumie występujące w śladowych ilościach, tutaj zaś wysunięte często na pierwszy plan i zachwycające swoim bogactwem (oprócz popularnych w muzyce rockowej organów i pianina, pojawia się też rzadziej, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, stosowany melotron). Odbyło się to kosztem partii gitarowych - Dorian Sorriaux niemal nie gra tu żadnych solówek (a przecież jego popisy są jednym z największych atutów debiutu). Zupełną nowością są natomiast chórki, podkreślające soulowy charakter albumu. Zresztą głos Elin Larsson też nabrał bardziej soulowej barwy.

Najbardziej radykalnym przykładem tych zmian jest ballada "I Felt a Change", oparta wyłącznie na akompaniamencie klawiszy. Dzięki temu dość ascetycznemu podkładowi można w pełni docenić wokalny talent Larsson. Ogólnie jest to całkiem ciekawy eksperyment. Innym zaskakującym utworem jest "Bad Talkers", w którym największą rolę odgrywa chórek. Kompozycyjnie nie jest to jednak zbyt udany kawałek, bodajże najsłabszy na albumie. Na szczęście nie zabrakło tu bardziej rockowego grania. Bardzo chwytliwy utwór tytułowy, "Won't Got Back" albo "Rejection", mimo sporej roli klawiszy i soulowych chórków, mają w sobie też sporo rockowego czadu, dzięki energetycznej grze sekcji rytmicznej, ciężkim - choć schowanym w miksie - partiom gitary, oraz ekspresyjnym wokalom Elin. Z kolei w "Burned Out" i "You Gotta Try" w końcu większą rolę odgrywa Sorriaux, prezentujący bluesowe zagrywki, świetnie uzupełniane organowym tłem. Te dwa utwory najbliższe są poprzedniego albumu, mimo zdecydowanie bogatszego brzmienia. Gitarzysta pole do popisu ma także w początkowo balladowym, ale stopniowo zaostrzającym się "Gone So Long", w którym gra krótką, ale całkiem zgrabną solówkę. Zadziornie i intensywnie brzmi także finałowy "Elements and Things", oryginalnie nagrany w 1969 roku przez dziś już zapomnianego amerykańskiego muzyka Tony'ego Joe'ego White'a.

Cieszy, że muzycy Blues Pills nie chcą stać w miejscu, tylko rozwijają swój styl - i to w dość zaskakującym i nietypowym, ale bardzo interesującym kierunku. "Lady in Gold" jest na pewno albumem bardziej dojrzałym od swojego poprzednika, choć pod względem kompozytorskim prezentują podobny poziom (utwory są zgrabne, całkiem chwytliwe, lecz do rockowych klasyków im daleko). Obawiam się tylko, że przez ten stylistyczny zwrot grupa może stracić więcej dotychczasowych fanów, niż zyskać nowych.  Mnie jednak przekonali swoim nowym materiałem.

Ocena: 7/10



Blues Pills - "Lady in Gold" (2016)

1. Lady in Gold; 2. Little Boy Preacher; 3. Burned Out; 4. I Felt a Change; 5. Gone So Long; 6. Bad Talkers; 7. You Gotta Try; 8. Won't Go Back; 9. Rejection; 10. Elements and Things

Skład: Elin Larsson - wokal; Dorian Sorriaux - gitara; Zack Anderson - bass; André Kvarnström - perkusja
Gościnnie: Rickard Nygren - organy; Per Larsson - pianino; Tobias Winterkorn - melotron; Don Alsterberg - ksylofon; Carl Lindvall, Ellinor Svensson, Sofie Lee Johansson - dodatkowy wokal
Producent: Don Alsterberg


24 sierpnia 2016

[Recenzja] BBM - "Around the Next Dream" (1994)



Ćwierć wieku po rozpadzie Cream, doszło do ponownej współpracy dwóch członków tej grupy - Jacka Bruce'a i Gingera Bakera. Składu dopełnił Gary Moore, niejako zajmując miejsce Erica Claptona. Do powstania tego nowego tria - nazwanego BBM od pierwszych liter nazwisk muzyków -doszło przypadkiem. "Around the Next Dream" miał być po prostu kolejnym solowym albumem Moore'a, jednak już na etapie komponowania w projekt mocno zaangażował się Bruce. On także wpadł na pomysł zatrudnienia Bakera, gdy okazało się, że ówczesny perkusista Moore'a ma inne zobowiązania w czasie sesji nagraniowej. Co prawda Ginger, delikatnie mówiąc, nigdy nie przepadał za Jackiem, ale też od dawna nie nagrał niczego dochodowego, a za udział w tej sesji zaproponowano mu pokaźną sumę... Co ciekawe, jeśli wierzyć słowom perkusisty, dopiero po zarejestrowaniu swoich partii dowiedział się, że w projekt zaangażowany jest także Gary.

Ponieważ "Around the Next Dream" początkowo miał być solowym longplayem Moore'a, nie powinno dziwić, że część utworów utrzymana jest w stylu znanym z albumów "Still Got the Blues" i "After Hours". Dotyczy to zarówno dwóch coverów - "High Cost of Loving" i "I Wonder Why (Are You So Mean to Me?)" Alberta Kinga - jak i premierowych kompozycji, na czele ze śpiewanymi przez Gary'ego "Can't Fool the Blues" i "Naked Flame". Oba zresztą należą do najciekawszych momentów albumu. Ten pierwszy to dynamiczny bluesrockowy kawałek, oparty na zadziornym riffie i zwieńczony długim, fantastycznym solem gitarowym; drugi jest natomiast przepiękną bluesową balladą o wspaniałej melodii oraz rewelacyjnych partiach gitary i organów. Na następcy "After Hours" mogłyby znaleźć się także "Why Does Love (Have to Go Wrong?)" i ballada "Wrong Side of Time", choć ten pierwszy to utwór wyjątkowo rozbudowany jak na twórczość Moore'a, wyróżniający się niemal progrockową budową.

Z drugiej strony, nie zabrakło tutaj utworów, które przywołują skojarzenia z dokonaniami Cream. Energetyczny "Waiting in the Wings" - mój kolejny faworyt z tego albumu - brzmi jak skrzyżowanie "Tales of Brave Ulysses" i "White Room". Porywające solówki Moore'a, przetworzone efektem wah-wah, wyraźnie inspirowane są grą Erica Claptona z czasów supertria. Identyczne skojarzenia budzą solówki z niemniej energetycznego i przebojowego "City of Gold". Z kolei "Glory Days" trudno nie skojarzyć z "Those Were the Days" - przewodni motyw jest niemal identyczny. Do albumu "Wheels of Fire", a konkretnie utworu "As You Said", zdaje się nawiązywać "Where in the World", także oparty na gitarze akustycznej i wiolonczeli. Choć to akurat najsłabszy fragment całości, zdecydowanie zbyt przesłodzony. Największym minusem "Around the Next Dream" jest jednak powierzenie w połowie utworów roli głównego wokalisty Jackowi Bruce'owi. Muzyk nigdy nie był specjalnie uzdolniony pod względem wokalnym, ale w czasach Cream dawał radę. Niestety, wiek i problemy zdrowotne zrobiły swoje, i w efekcie dość smutno słucha się jego zniszczonego głosu.

Ogólnie jednak "Around the Next Dream" prezentuje całkiem solidny poziom, jak przystało na album nagrany przez tak uznanych muzyków. Bruce i Baker, kiedyś najlepsza sekcja rytmiczna świata, przypomniała o swoim talencie, zaś Moore potwierdził, że w oddawaniu hołdu muzyce bluesowej niewielu może się z nim równać. Album zawiera kilka naprawdę zgrabnych kompozycji, a liczne nawiązania do Cream są bardzo przyjemnym smaczkiem. Niestety, longplay okazał się jedynym wydawnictwem BBM. Trio rozpadło się po zagraniu ledwie kilkunastu koncertów - słabym ogniwem okazał się Baker, który nie mógł znieść "gwiazdorzenia" Moore'a i jego maksymalnie rozkręconego wzmacniacza. Dobrze, że muzycy nagrali razem chociaż ten jeden album.

Ocena: 8/10



BBM - "Around the Next Dream" (1994)

1. Waiting in the Wings; 2. City of Gold; 3. Where in the World; 4. Can’t Fool the Blues; 5. High Cost of Loving; 6. Glory Days; 7. Why Does Love (Have to Go Wrong?); 8. Naked Flame; 9. I Wonder Why (Are You So Mean to Me?); 10. Wrong Side of Town

Skład: Jack Bruce - wokal (1,2,5-7), bass, wiolonczela (3); Gary Moore - wokal (3,4,6,8-10). gitara, instr. klawiszowe; Ginger Baker - perkusja i instr. perkusyjne, instr. klawiszowe, dodatkowy wokal
Gościnnie: Tommy Eyre - instr. klawiszowe; Arran Ahmun - perkusja (3); Morris Murphy - trąbka (6)
Producent: Ian Taylor, Jack Bruce, Ginger Baker i Gary Moore


22 sierpnia 2016

[Recenzja] Mercyful Fate - "Melissa" (1983)



Na początek nowego cyklu recenzji, o wszystko mówiącej nazwie Ciężkie Poniedziałki, wybrałem jeden z najbardziej kultowych i inspirujących zespołów heavymetalowych, a zarazem główny muzyczny towar eksportowy Danii. Mercyful Fate to nazwa, z którą zetknął się chyba każdy wielbiciel ciężkiego grania (chociażby dzięki Metallice i utworowi "Mercyful Fate", będącym zlepkiem kilku kompozycji tej grupy). Dwa pierwsze albumy Duńczyków, wydane na początku lat 80., były swoistą odpowiedzią na Nową Falę Brytyjskiego Heavy Metalu. Podobnie jak przedstawiciele tego nurtu, muzycy Mercyful Fate stworzyli swój styl w oparciu o klasykę ciężkiego grania z poprzedniej dekady, z naciskiem na Judas Priest i Black Sabbath. Połączenie ciężaru, przeważnie szybkich temp, posępnego klimatu i okultystyczno-satanistycznej tematyki tekstów w znacznym stopniu przyczyniło się - niestety! - do powstania black metalu.

"Melissa", debiutancki longplay Duńczyków, zdominowany jest przez typowo heavymetalowe kawałki w szybkim tempie, na swój sposób całkiem chwytliwe ("Evil", "Curse of Pharaohs", "Into the Coven", "Black Funeral"). Ale nie brakuje tutaj różnorodności. W "At the Sound of the Demon Bell" muzycy momentami grają w lżejszy, bardziej hardrockowy sposób. Z kolei w rozbudowanym, jedenastominutowym "Satan's Fall" wyraźnie ujawniają się wpływy progrockowe. Największym zaskoczeniem przy pierwszym przesłuchaniu może być jednak utwór tytułowy - będącym niemalże klasyczną rockową balladą z obowiązkowymi zaostrzeniami i długimi solówkami. Gitarowy duet, składający się z Hanka Shermanna i Michaela Dennera, błyszczy zresztą także we wszystkich pozostałych utworach świetnymi solówkami i riffami, doskonale ze sobą współpracując. Sekcja rytmiczna też spisuje się rewelacyjnie. Pod względem muzycznym nie ma do czego się przyczepić. Niestety, zdecydowanie gorzej wypada warstwa wokalna. Kim Bendix Petersen, lepiej znany pod pseudonimem King Diamond, to najsłabsze ogniwo grupy. Nie można odmówić mu szerokiej skali głosu, ale niestety preferuje on irytująco wysokie wrzaski i piski, brzmiące jakby właśnie został wykastrowany, lub śpiew o płaczliwej manierze. W rezultacie słuchanie tego albumu jest dla mnie bardzo męczącym doświadczeniem, mimo bardzo dobrej warstwy muzycznej.

"Melissa" pod względem instrumentalnym jest jednym z najlepszych albumów heavymetalowych lat 80. Z dobrym wokalistą, śpiewającym w stylu Ronniego Jamesa Dio czy Bruce'a Dickinsona, byłby to materiał zasługujący na ocenę w granicach 8-9. Niestety, wyjątkowo irytujący wokal Petersena znacząco obniża ogólny odbiór całości. Szkoda, naprawdę szkoda zmarnowania tak dobrych kompozycji. 

Ocena: 6/10



Mercyful Fate - "Melissa" (1983)

1. Evil; 2. Curse of the Pharaohs; 3. Into the Coven; 4. At the Sound of the Demon Bell; 5. Black Funeral; 6. Satan's Fall; 7. Melissa

Skład: King Diamond - wokal; Hank Shermann - gitara; Michael Denner - gitara; Timi "Grabber" Hansen - bass; Kim Ruzz - perkusja
Producent: Henrik Lund


20 sierpnia 2016

[Recenzja] Ten Years After - "Recorded Live" (1973)



"Recorded Live" to drugi koncertowy album Ten Years After. Muzycy wydali go w odpowiedzi na wysyp nieoficjalnych rejestracji ich występów. W zamyśle miał to być "oficjalny bootleg" (takie określenie pojawia się na okładce) i dlatego też nie dokonywano tu żadnych studyjnych dogrywek czy innych poprawek, a tracklista odzwierciedla występy grupy ze stycznia 1973 roku, podczas trasy promującej album "Rock & Roll Music to the World". Choć trzeba dodać, że jest to kompilacja czterech występów, jakie zespół dał przez cztery wieczory pod rząd w Frankfurcie, Rotterdamie, Amsterdamie i Paryżu. Do nagrań użyto słynnego mobilnego studia Rolling Stonesów, dlatego jakość brzmienia jest wyśmienita, bynajmniej nie bootlegowa.

Na żywo zespół wypadał nieporównywalnie lepiej niż w studiu, gdzie muzycy nie potrafili w pełni odtworzyć koncertowej energii. Udowadnia to już pierwsza strona koncertówki, z porywającymi wersjami "One of These Days", "You Give Me Loving" i "Good Morning Little Schoolgirl". Muzycy grają jak natchnieni, doskonale ze sobą współpracując, ale nie unikając solowych popisów. Szczególnie słychać to w instrumentalnej części "Good Morning...", podczas której Alvin Lee i Leo Lyons jednocześnie grają porywające solówki, bez wsparcia pozostałych muzyków, a następnie wraz z nimi wdają się w ekscytującą improwizację. Wersje studyjne pozostają daleko w tyle. A jeszcze więcej zyskały tu utwory z debiutu. Magicznie wypada blues "Help Me" z rewelacyjnie rosnącym napięciem i rozbudowaną, przejmującą solówką Alvina. Z kolei 16-minutowe wykonanie "I Can't Keep from Cryin' Sometimes" to najwspanialszy przykład koncertowej improwizacji. Rozbudowana część instrumentalna (częściowo wydzielona jako osobny utwór, "Extension on One Chord") zachwyca perfekcyjną interakcją muzyków, ciekawymi zmianami nastroju i ogólną pomysłowością (świetne wplecenie riffu "Sunshine of Your Love"). Na pierwszy plan znów wysuwają się rewelacyjne, rozbudowane solówki Alvina, od pewnego momentu grane na rozstrojonej gitarze, która nabiera dzięki temu miażdżącego ciężaru. Świetną robotę wykonuje tutaj także Chick Churchill i sekcja rytmiczna.

ALe nawet te słabsze pod względem kompozytorskim utwory, czyli rockandrollowe "I'm Going Home" i "Choo Choo Mama", na żywo wypadają całkiem dobrze. Pierwszy z nich został tradycyjnie znacznie rozbudowany. Tutejsza wersja spokojnie może konkurować ze słynnym wykonaniem na Woodstock Festival; Alvin wciąż gra z niesamowitą - zwłaszcza jak na tamte czasy - szybkością. Repertuaru dopełniają utwory niepowtarzające się z żadnym studyjnym albumem. Choć w przypadku "Classical Thing", "Scat Thing" i "Silly Thing" określenie "utwory" są sporym nadużyciem - to tylko krótkie przerywniki, niewiele wnoszące do całości. Z kolei "Hobbit" to "obowiązkowa" solówka perkusyjna (rozpoczęta i zakończona motywem granym przez cały zespół - jak w "Toad" Cream czy "Moby Dick" Led Zeppelin). Nie jestem ich zwolennikiem, ale muszę przyznać, że Ric Lee całkiem nieźle tłucze w bębny. Prawdziwą perłą jest natomiast "Slow Blues in 'C'", o którym (prawie) wszystko mówi tytuł. To pełnoprawny utwór, z partią wokalną i kolejnymi świetnymi popisami instrumentalnymi. Ciężko zrozumieć dlaczego tak dobry utwór nie został umieszczony na żadnym albumie studyjnym, podczas gdy trafiały na nie znacznie słabsze kawałki. Szczerze jednak mówiąc, nie sądzę, żeby w wersji studyjnej wypadł równie dobrze. Ciężko byłoby odtworzyć ten koncertowy autentyzm i spontaniczność.

Kiedy kilka lat temu po raz pierwszy dokładniej zagłębiłem się w dyskografię Ten Years After, przeoczyłem ten album. Odkryłem go dopiero kilka tygodni temu i już przy pierwszym przesłuchaniu stał się jedną z moich ulubionych koncertówek - bez wątpienia znalazłby się w pierwszej dziesiątce listy, może i pierwszej piątce. Obok takich słynnych pozycji, jak "At Fillmore East", "Made in Japan", czy "Live at Leeds".

Ocena: 9/10



Ten Years After - "Recorded Live" (1973)

LP1: 1. One of These Days; 2. You Give Me Loving; 3. Good Morning Little Schoolgirl; 4. Hobbit; 5. Help Me
LP2: 1. Classical Thing; 2. Scat Thing; 3. I Can't Keep from Cryin' Sometimes (Part 1); 4. Extension on One Chord; 5. I Can't Keep from Cryin' Sometimes (Part 2); 6. Silly Thing; 7. Slow Blues in 'C'; 8. I'm Going Home; 9. Choo Choo Mama

Skład: Alvin Lee - wokal i gitara, harmonijka; Chick Churchill - instr. klawiszowe; Leo Lyons - bass; Ric Lee - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Ten Years After


19 sierpnia 2016

[Recenzja] Peter Green - "The End of the Game" (1970)



"The End of the Game", solowy debiut Petera Greena, ukazał się zaledwie kilka miesięcy po jego odejściu z Fleetwood Mac. Zawarty na nim materiał znacznie jednak odstaje od tego, co muzyk tworzył z tamtą grupą, czy wcześniej z Johnem Mayallem i Bluesbreakers. To w całości instrumentalny album, daleki od bluesa. Właściwie są to fragmenty całonocnego jamu, jaki Peter Green (ponoć pod wpływem różnych substancji) odbył z kilkoma innymi muzykami - basistą Alexem Dmochowskim (ex-The Aynsley Dunbar Retaliation), perkusistą Godfreyem Macleanem, klawiszowcem Nickiem Buckiem i pianistą George'em "Zoot" Moneyem. Całość ma bardzo swobodny charakter, bez żadnych struktur i schematów, w większości utworów wręcz freejazzowy.

"The End of the Game" to trudny w odbiorze i trudny do zrecenzowania materiał. Najłatwiejsza w odbiorze jest miniaturka "Timeless Time", z delikatną gitarą Greena, której towarzyszy tylko subtelne tło perkusyjnych talerzy. Bardzo ładny utwór, o przejmującym klimacie i dość wyrazistej melodii. To jednak jedyny tego typu fragment. Pozostałe utwory są już bardziej wymagające, ale z odpowiednim nastawieniem i choćby minimalnym doświadczeniem z tego typu muzyką, można tu znaleźć wiele dobrego. Do najciekawszych momentów z pewnością zalicza się najdłuższy, dziewięciominutowy "Bottoms Up", w którym Green daje fantastyczny gitarowy popis, na granicy jazzu i psychodelii. Świetny akompaniament zapewnia sekcja rytmiczna, grająca bardzo gęsto i intensywnie, momentami w nieco funkowy sposób; całości dopełniają jazzujące klawiszowe ozdobniki. Wpływy funkowe są jeszcze bardziej słyszalne w "Burnt Foot", kojarzącym się trochę z twórczością Jimiego Hendrixa z okresu Band of Gypsys. W nagraniu na pierwszy plan wysuwają się Dmochowski i Maclean, dając tutaj porywający pokaz swoich umiejętności; Green jedynie przygrywa im w tle. "Hidden Depth" ma podobny klimat do "Timeless Time", czaruje pięknymi partiami gitary i klawiszy, ale ze względu na bardziej freejazzowy charakter nie wszystkim przypadnie do gustu. Kończący całość utwór tytułowy to także free jazz, ale w ostrzejszym wydaniu. W wyżej wspomnianych utworach muzykom udało się zachować interakcje. Niestety nie zawsze udaje im się tak dobrze ze sobą współpracować, czego przykładem jest ocierający się o chaos "Descending Scale".

"The End of the Game" to bardzo eksperymentalny album, który może odrzucić nawet największych wielbicieli Petera Greena. Warto jednak nie zniechęcać się od razu i dać mu szansę, bo sporo tutaj fragmentów, które mogą oczarować także rockowych słuchaczy.

Ocena: 7/10



Peter Green - "The End of the Game" (1970)

1. Bottoms Up; 2. Timeless Time; 3. Descending Scale; 4. Burnt Foot; 5. Hidden Depth; 6. The End of the Game

Skład: Peter Green - gitara; Alex Dmochowski - bass; Godfrey Maclean - perkusja i instr. perkusyjne; Nick Buck - instr. klawiszowe; Zoot Money - pianino
Producent: Peter Green


17 sierpnia 2016

[Recenzja] John Mayall - "Empty Rooms" (1969)



Album "Empty Rooms" został zarejestrowany w tym samym składzie, co koncertowy "The Turning Point". Ogólna koncepcja pozostała bez zmian - żadnych gitar elektrycznych (nie licząc elektrycznego basu), ani perkusji. A jednak longplay ma zupełnie inny charakter. W studiu muzycy zrezygnowali z długich jamów. "Empty Rooms" to zbiór krótkich, bardzo konwencjonalnych utworów, którym tym razem często bliżej do country (np. "Don't Waste My Time", "People Cling Together") czy folku (np. uroczy "Don't Pick a Flower" z ładną partią fletu, albo "Thinking of My Woman"), niż kojarzonego z Johnem Mayallem bluesa (który, w akustycznej odmianie, też się tu pojawia - vide "When I Go", "Many Miles Apart"). Jest też odrobina wpływów jazzowych (np. "Something New" i trochę bardziej rozbudowany "Counting the Days" - oba z istotną rolą saksofonu - a także "To a Princess" z gościnnym udziałem basisty Canned Heat, Larry'ego Taylora, którego partie wchodzą w świetny "dialog" ze Stevenem Thompsonem). Mimo sporej różnorodności i kilku naprawdę przyjemnych fragmentów, album jest niestety dość nużący. Ten skład miał znacznie większy potencjał, co udowodnił na "The Turning Point". Tutaj brakuje tego innowacyjnego podejścia, jakie muzycy zaprezentowali na poprzednim wydawnictwie.

Ocena: 6/10



John Mayall - "Empty Rooms" (1969)

1. Don't Waste My Time; 2. Plan Your Revolution; 3. Don't Pick a Flower; 4. Something New; 5. People Cling Together; 6. Waiting for the Right Time; 7. Thinking of My Woman; 8. Counting the Days; 9. When I Go; 10. Many Miles Apart; 11. To a Princess; 12. Lying in My Bed

Skład: John Mayall - wokal, harmonijka, gitara, instr. klawiszowe; Jon Mark - gitara; Steven Thompson - bass; Johnny Almond - saksofon i flet
Gościnnie: Larry Taylor - bass (11)
Producent: John Mayall


16 sierpnia 2016

[Recenzja] Gary Moore - "After Hours" (1992)



Album "Still Got the Blues" mógł być jednorazowym eksperymentem, ale po ogromnym sukcesie, jaki osiągnął, było oczywiste, że doczeka się kontynuacji. "After Hours" przygotowany został z prawie tych samych składników, według sprawdzonego przepisu. Ponownie na sesję zaproszeni zostali słynni bluesmani - znów Albert Collins i po raz pierwszy B.B. King (niejako zajmując miejsce innego z Trzech Królów Bluesa, Alberta Kinga, który zagrał na poprzednim albumie Moore'a). Każdy z nich wystąpił w jednym utworze (odpowiednio w "The Blues is Alright" z repertuaru Little Miltona i "Since I Met You Baby" Ivory Joe Huntera). Poza tym w nagraniach wzięli udział klawiszowiec Tommy Eyre, kilku basistów i perkusistów, oraz rozbudowana sekcja dęta, której gra niemal całkowicie zdominowała ten album, w większości utworów schodząc na dalszy plan tylko podczas solówek Moore'a.

Niestety, brakuje tutaj tak wyrazistych utworów, jakie znalazły się na poprzednim albumie. Szybszych kawałków - na czele z autorskim "Cold Day in Hell" czy coverami "Key to Love" Johna Mayalla i wspomnianego "The Blues is Alright" - słucha się świetnie, ale zaraz potem o nich zapomina. Nie lepiej prezentują się ballady, których tym razem jest nieco więcej. "Jumpin' at Shadows", oryginalnie nagrany przez Dustera Bennetta, miał być zapewne tutejszym odpowiednikiem "As the Years Go Passing By", ale nie udało się tu odtworzyć tamtego klimatu. Z kolei "Separate Ways" i "The Hurt Inside", z rozmiękczonym brzmieniem i żeńskimi chórkami, wypadają zbyt popowo, a w "Nothing's the Same" robi się już całkiem ckliwie. Jedyne, co ratuje te cztery utwory przed całkowitą porażką, to przepiękne solówki Moore'a. Zdecydowanie najlepiej wypada "Story of the Blues" z wspaniałym gitarowym popisem, oraz wyrazistą melodią, która jednak nie wypada popowo, lecz przepełniona jest bluesowym smutkiem. To jedyna prawdziwa perła, jaka się tutaj znalazła.

Podsumowując, "After Hours" to odgrzewanie danie. Wtórność (nie tylko względem poprzedniego albumu, ale także pomiędzy zawartymi tu utworami) i słabsze kompozycje czynią go gorszą kopią "Still Got the Blues". Oczywiście, większość zarzutów wynika z oceniania tego longplaya przez pryzmat poprzednika. Gdyby albumy ukazały się w odwrotnej kolejności, wówczas "After Hours" mógłby być chwalony za ciekawy i nieoczywisty zwrot stylistyczny, zaś "Still Got the Blues" - za fantastyczne rozwinięcie tego nowego stylu. Niestety, jako następca "Still Got the Blues", "After Hours" skazany jest na niekorzystne dla siebie porównania. Ocena dobra, bo mimo wtórności słucha się tego materiału dobrze, a popisy Moore'a to - jak zwykle - klasa sama w sobie.

Ocena: 7/10



Gary Moore - "After Hours" (1992)

1. Cold Day in Hell; 2. Don't You Lie to Me (I Get Evil); 3. Story of the Blues; 4. Since I Met You Baby; 5. Separate Ways; 6. Only Fool in Town; 7. Key to Love; 8. Jumpin' at Shadows; 9. The Blues is Alright; 10. The Hurt Inside; 11. Nothing's the Same

Skład: Gary Moore - wokal i gitara; Graham Walker - perkusja; Tommy Eyre - instr. klawiszowe
Gościnnie: B.B. King - gitara i dodatkowy wokal (4); Albert Collins - gitara (9); Will Lee, Bob Daisley, Johnny B. Gaydon - bass; Anton Fig - perkusja; Martin Drover, Frank Mead, Nick Pentelow, Nick Payn, Andrew Love, Wayne Jackson, Richard Morgan - instr. dęte; Carol Kenyon, Linda Taylor - dodatkowy wokal
Producent: Gary Moore i Ian Taylor


15 sierpnia 2016

[Recenzja] Chicken Shack - "Imagination Lady" (1972)



Na początku lat 70. grupa Chicken Shack niemal przestała istnieć. Z jednej strony było to spowodowane konfliktem z dotychczasową wytwórnią, zakończonym zerwaniem kontraktu, a z drugiej - odejściem ze składu większości muzyków. Andy Sylvester, Dave Bidwell i Paul Raymond uciekli z tonącego okrętu, by dołączyć do znacznie lepiej prosperującego Savoy Brown. Stan Webb został sam z nazwą, która zresztą i tak niewiele była warta - dwa sygnowane nią przeboje singlowe były już odległą przeszłością, a dotychczasowa albumowa dyskografia prezentowała się bardzo nijako na tle dokonań podobnych grup. A jednak muzyk się nie poddał i zebrał nowych muzyków - basistę Johna Glascocka (późniejszego członka Jethro Tull) oraz perkusistę Paula Hancoxa - z którymi podpisał nowy kontrakt i nagrał nowy album, "Imagination Lady". Longplay uważany za największe osiągnięcie Chicken Shack. I w sumie mogę się pod tym podpisać. Aczkolwiek pamiętać trzeba, że poprzednie albumy nie ustawiły poprzeczki wysoko.

"Imagination Lady" to najcięższy z wydanych do tamtej pory albumów grupy. Takie utwory, jak "Crying Won't Help You Now", "Poor Boy", "Daughter of the Hillside" czy przeróbka "Going Down" grupy Moloch, to stuprocentowy hard rock (ok, ze śladową ilością bluesa), z ostrymi partiami gitary, gęstym, ciężkim basem i perkusyjnym łomotem. Trzy pierwsze z tych utworów pokazują, że Webb rozwinął się nieco jako kompozytor, bo dwa pierwsze mają całkiem wyraziste melodie, a w "Daugher..." był nawet spory potencjał na przebój. Chociaż pod tym względem zdecydowanie prowadzi nieco glamrockowy "The Loser" - prosty, krótki utwór, trochę popadający w banał, ale w sumie całkiem przyjemny. Nieco bardziej bluesowo zespół gra w "Telling Your Fortune", zresztą będącym nową wersją utworu z poprzedniego albumu, "Accept". W nowej odłsonie nabrał ciężaru i został znacznie wydłużony za sprawą długiej - o wiele za długiej - perkusyjnej solówki. To zdecydowanie najgorsze sześć minut tego longplaya. Hancoxowi brakowało wyobraźni, jaką miał chociażby Ginger Baker, przynajmniej momentami brzmi jak bezsensowne walenie na oślep w bębny... Całości dopełnia interesująca przeróbka "If I Were a Carpenter" Tima Hardina, która z początku zachowuje folkowy charakter oryginału, jednak szybko nabiera hardrockowego ciężaru. Muzycy grają niemal jak natchnieni, a Webb śpiewa z prawdziwą pasją.

"Imagination Lady" z całą pewnością nie jest arcydziełem. To w sumie typowy dla tamtych czasów album hardrockowy, z solidnym - ale nie wybitnym - kompozytorstwem i wykonaniem. Za to na tle wcześniejszych (i późniejszych) dokonań Stana Webba prezentuje się nieporównywalnie lepiej. Ciekawe tylko, czy to zasługa wyciągnięcia wniosków z dotychczasowych błędów, czy rezultat pracy z zupełnie nowymi muzykami i producentem. Tak czy inaczej, warto znać przynajmniej ten jeden album z dyskografii Chicken Shack.

Ocena: 8/10



Chicken Shack - "Imagination Lady" (1972)

1. Crying Won't Help You Now; 2. Daughter of the Hillside; 3. If I Were a Carpenter; 4. Going Down; 5. Poor Boy; 6. Telling Your Fortune; 7. The Loser

Skład: Stan Webb - wokal i gitara; John Glascock - bass; Paul Hancox - perkusja i instr. klawiszowe
Producent: Neil Slaven


13 sierpnia 2016

[Recenzja] Ten Years After - "Rock & Roll Music to the World" (1972)



Pomimo sukcesu - artystycznego i komercyjnego - albumu "A Space in Time", muzycy Ten Years After nie zamierzali iść dalej w obranym na nim kierunku. "Rock & Roll Music to the World" to stylistyczny powrót do korzeni, czyli do bluesa i - zgodnie z tytułem - rock and rolla. To pierwsze bardzo cieszy, drugie już niekoniecznie. Nie mam nic przeciwko rock and rollowi, bo to przecież on jest podstawą muzyki rockowej. Ale tego typu granie było dobre w latach 50. i w pierwszej połowie kolejnej dekady. Na początku lat 70. brzmiało już dość archaicznie. Oczywiście czasem z takich inspiracji wychodziło coś fajnego (najbardziej oczywisty przykład - "Rock and Roll" Led Zeppelin), ale przeważnie były to banalne kawałki, znacznie poniżej kompozytorskich i wykonawczych umiejętności danego wykonawczy. Tak jest niestety w przypadku Ten Years After i tego albumu. A niestety tego typu grania jest tu całkiem sporo - prawie cała druga strona winylowego wydania jest utrzymana w tym stylu.

Bardzo dobrze wypada natomiast bluesowa strona A. To naprawdę świetne granie, począwszy od porywającego bluesrockowego czadu "You Give Me Loving" (z jak zwykle rewelacyjną w tego typu kawałkach grą Alvina Lee i Chicka Churchilla, oraz rozbujaną sekcją rytmiczną), przez nieco łagodniejszy, ale wciąż energetyczny "Convention Prevention" (który za sprawą gitary akustycznej przywołuje echo poprzedniego longplaya) i bardziej klasyczny blues "Turned-Off TV Blues", aż po niesamowity "Standing at the Station" - ponad siedmiominutową kompozycję, z klimatyczną częścią wokalną, a potem długimi, porywającymi solówkami, najpierw na klawiszach, a następnie na gitarze. Gdyby druga strona longplaya była równie dobra, można by mówić o albumie na poziomie "Cricklewood Green". Niestety, jak już wspominałem, dominuje na niej nijakie, rockandrollowe granie. Wyjątek stanowi kompozycja "Religion" - dość zgrabny, łagodniejszy utwór o lekko psychodelicznym klimacie, ze świetnymi solówkami Alvina i partiami organów, które momentami brzmią jak z płyt Deep Purple.

"Rock & Roll Music to the World" potwierdza mój zarzut wobec zespołu, o którym wspominałem już w recenzji "Watt" - muzycy Ten Years After zdecydowanie za często nagrywali kolejne albumy studyjne. Alvin Lee i spółka potrafili komponować świetne utwory - co potwierdza także ten longplay - ale w niewystarczająco szybkim tempie, aby przy takiej częstotliwości nowych wydawnictw uniknąć na nich wypełniaczy i pomyłek.

Ocena: 7/10



Ten Years After - "Rock & Roll Music to the World" (1972)

1. You Give Me Loving; 2. Convention Prevention; 3. Turned-Off TV Blues; 4. Standing at the Station; 5. You Can't Win Them All; 6. Religion; 7. Choo Choo Mama; 8. Tomorrow I'll Be Out of Town; 9. Rock & Roll Music to the World

Skład: Alvin Lee - wokal i gitara; Chick Churchill - instr. klawiszowe; Leo Lyons - bass; Ric Lee - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Ten Years After


12 sierpnia 2016

[Recenzja] Rare Earth - "Get Ready" (1969)



Rare Earth to dość niezwykły zespół. Owa niezwykłość polega głównie na tym, że grupa białych muzyków nagrywała dla wytwórni Motown, która jednoznacznie kojarzy się z "czarną" muzyką, przede wszystkim soulem i funkiem. Pod koniec lat 60., w odpowiedzi na rosnącą popularność muzyki rockowej, wytwórnia postanowiła jednak odtworzyć nowy oddział, specjalnie dla białych wykonawców. Jednym z pierwszych zakontraktowanych zespołów był właśnie Rare Earth (mający już na koncie jeden album "Dreams/Answers" z 1968, zawierający nijakie, proste piosenki na pograniczu popu, soulu i rocka). Pozostał tylko problem jak nazwać nowy oddział. Muzycy Rare Earth zażartowali, żeby nazwać go tak samo jak ich zespół, co niespodziewanie spotkało się z aprobatą przedstawicieli wytwórni.

"Get Ready" to drugi album zespołu i zarazem debiut w "barwach" Rare Earth Records. Tytuł pochodzi od przeboju The Temptations, który muzycy Rare Earth nagrali już na swój debiutancki longplay, a tutaj zaprezentowali nową wersję, bazującą na ich koncertowych wykonaniach utworu (co podkreślono dodając w miksie odgłosy publiczności). W tej formie jest to ponad dwudziestominutowe nagranie, składające się głównie z porywającej rockowej improwizacji o psychodeliczno-soulowym klimacie, podczas której wszyscy instrumentaliści po kolei prezentują swoje umiejętności (większości solówek towarzyszy świetna, transowa linia basu). Krótkie fragmenty z wokalem są natomiast niesamowicie chwytliwe (pierwszy z nich, trwający niespełna trzy minuty, wydano na singlu, który stał się sporym przebojem - większym od oryginalnej wersji The Temptations). W wydaniu winylowym "Get Ready" zajmuje całą drugą stronę albumu.

Pierwszą stronę longplaya wypełnia natomiast pięć krótszych kawałków, w tym tylko jeden własnego autorstwa, "Magic Key". Bardzo melodyjny kawałek, o wyraźnie soulowym zabarwieniu, ale zarazem z zadziornym, rockowym brzmieniem. Pozostałe utwory to znów przeróbki, głównie dość popularnych utworów, jak "Tobacco Road" The Nashville Teens, "Feelin' Alright" Traffic, czy "Train to Nowhere" Savoy Brown, choć znalazł się wśród nich także zupełnie nieznany "In Bed" z repertuaru innego podopiecznego Rare Earth Records, Wesa Hendersona (którego cała dyskografia ogranicza się do jednego singla). W wersjach Rare Earth utwory te brzmią ostrzej i bardziej psychodelicznie, z soulowym odcieniem. "Train to Nowhere" wypadł znacznie bardziej energetycznie, natomiast "Tobacco Road" rozrósł się do ponad siedmiu minut, za sprawą dłuższych solówek na saksofonie i organach. Wszystkie utwory wypadają bardzo przyjemnie.

"Get Ready" to bardzo udany album. A zarazem jeden z najciekawszych przykładów elastyczności muzyki rockowej na przełomie lat 60. i 70. Zespół ciekawie połączył tutaj rock psychodeliczny z elementami soulu, tworząc tym samym swój rozpoznawalny i dość unikalny styl. Nie wszystkim rockowym słuchaczom takie połączenie przypadnie do gustu, ale na pewno jest to album, obok którego nie można przejść obojętnie.

Ocena: 9/10



Rare Earth - "Get Ready" (1969)

1. Magic Key; 2. Tobacco Road; 3. Feelin' Alright; 4. In Bed; 5. Train to Nowhere; 6. Get Ready

Skład: Pete Rivera - wokal, perkusja i instr. perkusyjne; Rod Richards - gitara, dodatkowy wokal; John Parrish - bass, puzon, dodatkowy wokal; Kenny James - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal; Gil Bridges - saksofon, instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Producent: Rare Earth


10 sierpnia 2016

[Recenzja] John Mayall - "The Turning Point" (1969)



"The Turning Point" to - zgodnie z tytułem - punkt zwrotny w karierze Johna Mayalla. Po odejściu Micka Taylora do The Rolling Stones, a następnie perkusisty Colina Allena do Stone the Crows, Mayall postanowił zmienić dotychczasową formułę. W przeciwieństwie do innych bluesrockowych wykonawców, którzy w tamtym czasie zwrócili się w stronę cięższego grania, postanowił pójść w zupełnie przeciwnym kierunku. Nowy zespół - w którym oprócz Mayalla i basisty Steve'a Thompsona, znaleźli się także gitarzysta Jon Mark i saksofonista John Almond - miał grać bardziej stonowaną, w znacznym stopniu akustyczną muzykę. Bez ostrych partii gitary elektrycznej, a nawet bez perkusji. Muzycy wyruszyli w trasę, a fragmenty jednego występu - z 12 czerwca '69 w nowojorskim Fillmore East - wypełniły album "The Turning Point".

Na repertuar złożyły się wyłącznie nowe, premierowe utwory, skomponowane przez samego Mayalla lub z pomocą Thompsona. Materiał, wbrew mogącym się pojawić obawom, jest całkiem zróżnicowany. Wszystko zaczyna się od dynamicznego "The Laws Must Change", opartego na energetycznych partiach gitary akustycznej, harmonijki i saksofonu, wzbogaconego solówką na flecie. Siedem minut zlatuje niespodziewanie szybko. "Saw Mill Gulch Road" to dla odmiany bardziej stonowana kompozycja, z akompaniamentem fletu i "akustyka", oraz gitarowymi ozdobnikami granymi techniką slide. Podobny nastrój, ale z jeszcze bardziej ascetyczną aranżacją, ma "I'm Gonna Fight for You J.B.", czyli kolejny - po "The Death of J. B. Lenoir" z "Crusade" - przejmujący hołd dla uwielbianego przez Mayalla bluesmana J. B. Lenoira. Bardziej energetycznie robi się w jazzującym "So Hard to Share", będącym przede wszystkim rewelacyjnym popisem Thompsona i Almonda.

Fantastycznie wypada także "California" - niemal dziesięciominutowy, rozimprowizowany utwór, o bardzo jazzowym charakterze. Świetnie wypadają tutaj grane palcami (bez kostki) gitarowe partie Marka , a jednym z najwspanialszych momentów jest solówka na flecie, inspirowana muzyką indyjską. Podobny charakter ma niemal tak samo długi "Thoughts About Roxanne", będący fuzją jazzu i akustycznego bluesa (w pewnym sensie zapowiada album... "Jazz Blues Fusion"). Na zakończenie pojawia się jeszcze energetyczny akustyczny blues "Room to Move", ze świetnym popisem Mayalla na harmonijce i fajnie współgrającym z  nią fletem. To chyba najbardziej popularny utwór z całego dorobku "ojca brytyjskiego bluesa", grany na każdym koncercie. Nie rozumiem tego, bo choć to dobry utwór, to Mayall nagrał wiele lepszych. Nie jest to nawet najlepszy fragment tego albumu.

"The Turning Point" to jedna z najciekawszych pozycji w dyskografii Johna Mayalla. A jednocześnie dowód na to, że akustyczna koncertówka wcale nie musi być nudna. Wystarczy, że grają utalentowani muzycy z pomysłem na ciekawe i zróżnicowane - mimo ograniczonego instrumentarium - aranżacje. Zaletą tego albumu jest również w całości premierowy repertuar, dzięki czemu nie jest to tylko dodatek do podstawowej dyskografii, a pełnoprawna pozycja, tak samo ważna, jak albumy studyjne.

Ocena: 9/10



John Mayall - "The Turning Point" (1969)

1. The Laws Must Change; 2. Saw Mill Gulch Road; 3. I'm Gonna Fight for You J.B.; 4. So Hard to Share; 5. California; 6. Thoughts About Roxanne; 7. Room to Move

Skład: John Mayall - wokal, gitara, harmonijka, instr. klawiszowe, instr. perkusyjne; Jon Mark - gitara; Steve Thompson - bass; John Almond - saksofon, flet
Producent: John Mayall


9 sierpnia 2016

[Recenzja] Gary Moore - "Still Got the Blues" (1990)



W latach 80. Gary Moore płynął z głównym nurtem, dostosowując swoją muzykę do aktualnych trendów. Tym bardziej dziwi krok, jaki uczynił na początku kolejnej dekady. Nagle postanowił bowiem popłynąć całkiem pod prąd i oddać hołd muzyce, na której sam się wychował. Muzyce, która od kilkunastu lat była bardzo niszowym stylem, granym tylko przez największych zapaleńców, dla których w ogóle nie liczył się sukces komercyjny. Paradoksalnie, album "Still Got the Blues" okazał się największym sukcesem w karierze Moore'a i nawet w pewnym stopniu przywrócił muzyce bluesowej zainteresowanie wśród masowej publiczności.

"Still Got the Blues" to bardzo piękny hołd dla bluesa. Moore nawet zaprosił na sesję nagraniową dwóch swoich idoli - legendarnych amerykańskich bluesmanów Alberta Kinga i Alberta Collinsa. W nagraniach wziął też udział m.in. słynny brytyjski pianista Nicky Hopkins, znany ze współpracy z The Rolling Stones, The Beatles, The Who, The Jeff Beck Group czy Quicksilver Messenger Service. Warto w tym miejscu dodać, że wraz ze zmianą stylu, zmienił się też skład podstawowego zespołu towarzyszącego Gary'emu (także podczas koncertów). Od tamtej pory towarzyszyli mu Don Airey, Graham Walkier i Andy Pyle, którzy zajęli odpowiednio miejsce Neila Cartera, Cozy'ego Powella i Boba Daisleya (chociaż ten ostatni wystąpił gościnnie w kilku utworach). Zmieniło się także brzmienie, które stało się bardziej organiczne, naturalne. To przede wszystkim zasługa całkowitej rezygnacji z syntezatorów, które zastąpiono elektrycznymi organami, sekcją dętą i - w jednym utworze - smyczkami.

Najbardziej znanym utworem z tego albumu - a także całej twórczości Moore'a, jest oczywiście tytułowa ballada "Still Got the Blues". Swego czasu niemiłosiernie katowana przez stacje radiowe, ale nie zmienia to faktu, że to bardzo dobra kompozycja. Z fantastyczną melodią, bluesowym nastrojem i tymi wspaniałymi solówkami Gary'ego, pełniącymi rolę przewodniego motywu. Podobnie jak w przypadku wielu znanych utworów, także w "Still Got the Blues" dopatrzono się plagiatu nikomu nieznanej kompozycji - w tym wypadku był to utwór "Nordrach", nagrany w 1974 roku przez niemiecką grupę Jud's Gallery. Podobieństwo jest tak znikome, że nie nazwałbym tego nawet inspiracją, a cała sprawa jest tym bardziej kuriozalna, że nagrania Jud's Gallery - włącznie z wspomnianym - zostały opublikowane dopiero w XXI wieku. Wróćmy jednak do recenzowanego albumu. Znalazły się na nim jeszcze dwie wspaniałe bluesowe ballady. "As the Years Go Passing By" (nagrany wcześniej przez licznych wykonawców bluesowych i rockowych) to bardzo klimatyczny utwór, z porywającymi solówkami Moore'a, majestatyczna grą sekcji rytmicznej i ozdobnikami na instrumentach dętych, organach i pianinie. Nie sposób uniknąć skojarzeń z twórczością Petera Greena i Fleetwood Mac, szczególnie z utworem "Love That Burns". W "Midnight Blues" tempo jest trochę szybsze, ale i tutaj udało się osiągnąć świetny klimat. Fantastyczna melodia i rewelacyjne solówki Gary'ego czynią go jednym z najlepszych utworów w dorobku artysty.

Pozostałe utwory to już żywsze, bardzo energetyczne i przebojowe granie. Ale nie jest to żywiołowość w stylu poprzednich albumów Moore'a. Więcej tutaj bluesowego luzu, a ciężkie brzmienie gitary równoważone jest przez klawisze i dęciaki. Słychać też większą radość z grania, której wcześniej często brakowało w twórczości Gary'ego. Tutaj w końcu gra taką muzykę, jakiej granie sprawia mu najwięcej przyjemności. Świetnie wypadają zarówno przeróbki bluesowych standardów - "Oh Pretty Woman" Alberta Kinga (nagrana z jego udziałem), "Walking By Myself" Jimmy'ego Rogersa, oraz "Too Tired" Johnny'ego "Guitar" Watsona - jak i autorskie kawałki utrzymane w tym samym stylu, czyli "Moving On" i "King of the Blues". Na tle całości wyróżnia się "Texas Strut", zgodnie z tytułem utrzymany w stylu teksańskiego bluesa; to także świetny kawałek. Winylowe wydanie zawiera tylko dziewięć wspomnianych dotąd utworów, natomiast na wydaniu kompaktowym pojawiają się trzy dodatkowe. Nie wnoszą one do całości już nic nowego, a wręcz obniżają poziom. Bardzo przeciętnie wypada "That Kind of Woman", który warto odnotować tylko ze względu na gościnny udział George'a Harrisona. Natomiast "All Your Love" (z repertuaru Otisa Rusha) jest zbyt podobny do wersji Johna Mayalla i Erica Claptona, a "Stop Messin' Around" od oryginału Fleetwood Mac różni się właściwie tylko cięższym brzmieniem. A już abstrahując od wartości tych kawałków - zamykający winylowe wydanie "Midnight Blues" jest perfekcyjnym zakończeniem albumu i nic więcej nie powinno po nim rozbrzmiewać.

Bardzo dobrze wyszedł Gary'emu Moore'owi ten stylistyczny zwrot. W końcu zaczął grać muzykę, jaka jemu samemu najbardziej zawsze odpowiadała, a radość z jej tworzenia przełożyła się na jakość albumu. Nie skreślam całkowicie jego wcześniejszej twórczości, nie brakuje w niej przecież przebłysków geniuszu (szczególnie na "After the War" i "Wild Frontier"), ale dopiero na "Still Got the Blues" wszystko wydaje się być na właściwym miejscu. Longplay (mam oczywiście na myśli winylowe wydanie) nawet na chwilę nie schodzi poniżej pewnego wysokiego poziomu, a momentami wchodzi na jeszcze wyższy. Jako podsumowanie powtórzę: ten album to naprawdę piękny hołd dla muzyki bluesowej.

Ocena: 9/10



Gary Moore - "Still Got the Blues" (1990)

1. Moving On; 2. Oh Pretty Woman; 3. Walking By Myself; 4. Still Got the Blues (For You); 5. Texas Strut; 6. Too Tired; 7. King of the Blues; 8. As the Years Go Passing By; 9. Midnight Blues

CD: 10. That Kind of Woman; 11. All Your Love; 12. Stop Messin' Around

Skład: Gary Moore - wokal i gitara; Andy Pyle - bass (1-4,6,7,9,11,12); Graham Walker - perkusja (1-4,6,9-12); Don Airey - instr. klawiszowe (2,4-8)
Gościnnie: Mick Weaver - pianino (1,3,9,12), organy (11); Albert King - gitara (2); Raoul D'Olivera - trąbka (2,7); Frank Mead - saksofon (2,6-8,10,12), harmonijka (3); Nick Pentelow - saksofon (2,7,10); Nick Payn - saksofon (2,6-8,10); Nicky Hopkins - pianino (4,8,10); Bob Daisley - bass (5,8,10); Brian Downey - perkusja (5,7,8); Albert Collins - gitara (6); Stuart Brooks - trąbka (6); Andrew Hamilton - saksofon (6); George Harrison - gitara i dodatkowy wokal (10); Martin Drover - trąbka (10)
Producent: Gary Moore i Ian Taylor


8 sierpnia 2016

[Recenzja] Chicken Shack - "Accept" (1970)



Czwarty album Chicken Shack zainspirował pewną niemiecką grupę przy wyborze nazwy. Zawarta na nim muzyka nie jest już jednak tak inspirująca. To wciąż bardzo typowe dla tamtych czasów granie, na pograniczu bluesa, hard rocka, a także folku i popu. Nawet nieźle się tego słucha, ale w samym 1970 roku ukazało się co najmniej kilkanaście lepszych i bardziej odkrywczych albumów rockowych. Podobnie jak na poprzednich wydawnictwach zespołu, nie ma tu zbyt wiele wybijających się ponad średnią utworów. Choć początek jest całkiem obiecujący. Świetnie wypada hardrockowy otwieracz, "Diary of Your Life", z wzorowym riffowaniem, fajnie uzupełnianym przez organowe tło, oraz całkiem niezłą melodią. Łagodniejszy "Pocket" też jest całkiem zgrabny. Później poziom kompozytorski wyraźnie spada. Warto natomiast zwrócić uwagę na próby odświeżenia stylu, przede wszystkim poprzez pojawienie się wpływów folkowych ("Maudie", instrumentalne "Sad Clown" i "Andalucian Blues"). Dziwić mogą natomiast bardziej popowe kawałki jak "Tired Eyes", "She Didn't Use Her Loaf" i najbardziej kontrowersyjny "Some Other Time", z bogatą aranżacją, obejmującą pianino, smyczki, dęciaki i żeński drugi wokal, w którym nie brakuje też bardziej rockowych wstawek. Cokolwiek muzycy chcieli tu osiągnąć, wyszło patetycznie i amatorsko. Jako całość album również sprawia wrażenie bardzo nieprzemyślanego.

Ocena: 6/10



Chicken Shack - "Accept" (1970)

1. Diary of Your Life; 2. Pocket; 3. Never Ever; 4. Sad Clown; 5. Maudie; 6. Telling Your Fortune; 7. Tired Eyes; 8. Some Other Time; 9. Going Round; 10. Andalucian Blues; 11. You Knew You Did You Did; 12. She Didn't Use Her Loaf

Skład: Stan Webb - wokal i gitara; Andy Sylvester - bass; Dave Bidwell - perkusja i instr. perkusyjne; Paul Raymond - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal
Producent: Mike Vernon


6 sierpnia 2016

[Recenzja] Ten Years After - "A Space in Time" (1971)



Na "A Space in Time" znalazł się największy przebój w karierze Ten Years After - "I'd Love to Change the World". Będący zarazem jednym z fajniejszych utworów w repertuarze grupy. Bardzo energetyczny, z chwytliwą melodią, oraz ciekawym zestawieniem niemal folkowych partii gitary akustycznej i stricte rockowych, porywających solówek Alvina Lee na "elektryku". Niestety, ze względu na obecność tylko jednego gitarzysty w składzie, na żywo utwór wypadał nieco słabiej i pewnie dlatego zespół rzadko wykonywał go podczas koncertów. Za to jako singiel sprawdził się idealnie, nie tylko ze względu na przebojowy charakter - był po prostu doskonałą zapowiedzią "A Space in Time", pokazującą jaką ewolucję przeszedł styl zespołu.

Jest to bowiem longplay łagodniejszy, bardziej wyciszony od wcześniejszych wydawnictw Ten Year After. Bardzo dużo tutaj brzmień akustycznych. W "Hard Monkeys", "Once There Was a Time" i "I've Been There Too" są one dopełniane gitarą elektryczną, sekcją rytmiczną i pianinem. Ale znalazł się tutaj także bardzo nastrojowy, przepiękny "Here They Come", który w całości opiera się na akompaniamencie gitary akustycznej, wspartej tylko basem i sporadycznymi klawiszowymi ozdobnikami. Z kolei w sielskim "Over the Hill" całe instrumentarium ogranicza się do "akustyka" i... skrzypiec. Aż trudno uwierzyć, że to utwór Ten Years After.

Na szczęście zespół nie zrywa tutaj całkiem z przeszłością. Znalazło się tu miejsce także dla odrobiny rock and rolla (banalny "Baby Won't You Let Me Rock 'n' Roll You") i jazzu ("Uncle Jam"), jest też mała, lecz smakowita porcja blues rocka, w postaci utworu "One of These Days". Opartego na typowo bluesowych zagrywkach gitary i zawierającego również bardzo bluesową solówkę na harmonijce; zagranego jednak z hardrockowym ciężarem, równoważonym przez przyjemne organowe tło. To jeden z najlepszych fragmentów longplaya, ale to nie powinno dziwić, bo przecież zespół zawsze był dobry w takich klimatach. Bardzo interesującym utworem jest także "Let the Sky Fall", napędzany bluesowym motywem (nie tak odległym od riffu "Good Morning Little Schoolgirl"), ale wyróżniający się bardziej psychodelicznym nastrojem, tworzonym przez transową partię basu i różne efekty dźwiękowe.

"A Space in Time" to jeden z ciekawszych albumów Ten Years After. Zespół odświeżył tutaj swój styl, nie odcinając się całkowicie od swojej przeszłości. Choć pod względem kompozytorskim album jest dość nierówny i obok naprawdę bardzo dobrych utworów są też mniej porywające, a jeden ("Baby...") zdecydowanie odstaje poziomem na minus. Mimo tego, całości słucha się bardzo przyjemnie.

Ocena: 8/10



Ten Years After - "A Space in Time" (1971)

1. One of These Days; 2. Here They Come; 3. I'd Love to Change the World; 4. Over the Hill; 5. Baby Won't You Let Me Rock 'n' Roll You; 6. Once There Was a Time; 7. Let the Sky Fall; 8. Hard Monkeys; 9. I've Been There Too; 10. Uncle Jam

Skład: Alvin Lee - wokal i gitara, harmonijka; Chick Churchill - instr. klawiszowe; Leo Lyons - bass; Ric Lee - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Del Newman - aranżacja instr. smyczkowych (4)
Producent: Ten Years After


5 sierpnia 2016

[Recenzja] Cymande - "Cymande" (1972)



Cymande to jeden z najbardziej osobliwych brytyjskich zespołów. Podobnie jak recenzowany już przeze mnie Demon Fuzz, grupę tworzyli czarnoskórzy muzycy, czerpiący inspiracje głównie z muzyki afroamerykańskiej. Pod względem stylistycznym oba zespoły są do siebie podobne, jednak u Cymande zdecydowanie dominuje pierwiastek funkowy. Choć w twórczości tej grupy również pojawiają się wpływy innych stylów i gatunków - przede wszystkim soulu, jazzu, rocka, a także muzyki afrykańskiej i karaibskiej.

Zespół zadebiutował w 1972 roku albumem "Cymande", będącym zarazem jego największym osiągnięciem. Zdecydowanie najciekawszym utworem jest tu instrumentalny "Dove" - bardzo klimatyczny, a zarazem dość dynamiczny, jedenastominutowy jam. To przede wszystkim fantastyczny popis gitarzysty Patricka Pattersona, grającego tutaj długie solówki o jazzująco-santanowym zabarwieniu. Jednak utwór nie byłby tak wspaniały, gdyby nie rewelacyjna, hipnotyzująca partia basu Steve'a Scipio i bogate wykorzystanie przeróżnych perkusjonaliów. Podobny charakter ma także inna instrumentalna kompozycja - niemal o połowę krótsza "Rickshaw". Tu również jest bardzo transowo, ale tym razem pierwszoplanową rolę przejmują dęciaki, tworzące dość niepokojący nastrój. Muzycy mieli talent do tworzenia instrumentalnych utworów, co udowadnia także prześliczny "One More".

Pozostałe, już wokalne, utwory to głównie wspomniany funk. Takie kawałki, jak "Bra" czy "The Message", charakteryzują się tanecznym rytmem, głębokim basem i wszechobecnymi dęciakami. Oba były zresztą chętnie grane w tamtym czasie przez DJów w funkowych klubach, zaś po latach często je samplowano. Z kolei "Getting It Back" i "Listen" to funk w ciekawszej, nieco stonowanej odmianie. Pierwszy z tych utworów ma ciekawy klimat, natomiast drugi - za sprawą większej roli gitary - zahacza o muzykę rockową. Ale już takie "Zion I" i "Ras Tafarian Folk Song", mimo bardzo funkowych linii basu, bliższe są muzyki reggae, której osobiście nie znoszę. I dlatego słucham tego album z mieszaną przyjemnością. Raz jestem zachwycony bardzo dobrymi instrumentalami, kiedy indziej odpycha mnie zbyt reggae'owy charakter utworów, niespecjalnie przekonują mnie też te bardziej taneczne fragmenty.

W latach 70. Cymande wydał jeszcze dwa albumy - "Second Time Round" w 1973 roku i "Promised Heights" rok później. Nie są już tak interesujące jak debiut (są jeszcze bardziej zorientowane na funk i reggae, z mniejszym wpływem innych stylów), chociaż na drugim z nich znalazł się jeden z najlepszych funkowych kawałków, jakie słyszałem - zadziorny, oparty na świetnie pulsującym basie "Brothers on the Slide". W połowie lat 70. zespół zakończył działalność, ale później kilkakrotnie ją wznawiał, sporadycznie wydając nawet nowe albumy - niestety, o bardziej komercyjnym charakterze i po prostu kiepskie ("Arrival" z 1981 roku i zeszłoroczny "A Simple Act of Faith").

Ocena: 7/10



Cymande - "Cymande" (1972)

1. Zion I; 2. One More; 3. Getting It Back; 4. Listen; 5. Rickshaw; 6. Dove; 7. Bra; 8. The Message; 9. Ras Tafarian Folk Song

Skład: Joey Dee - wokal, instr. perkusyjne; Ray King - wokal, instr. perkusyjne; Patrick Patterson - gitara; Steve Scipio - bass; Sam Kelly - perkusja; Pablo Gonsales - instr. perkusyjne; Mike Rose - saksofon, flet, instr. perkusyjne; Derek Gibbs - saksofon; Peter Serreo - saksofon
Producent: John Schroeder


3 sierpnia 2016

[Recenzja] Keef Hartley Band - "Halfbreed" (1969)



Keef Hartley Band to jeden z licznych - obok Cream, Fleetwood Mac, The Aynsley Dunbar Retaliation i Colosseum - zespołów założonych przez byłych muzyków grupy Johna Mayalla. Perkusista Keef Hartley karierę muzyczną zaczął na początku lat 60., gdy zajął miejsce Ringo Starra w Rory Storm and the Hurricanes. Następnie dołączył do grupy The Artwoods (w której grał m.in. u boku Jona Lorda) i wziął udział nagrywaniu jej jedynego albumu, "Art Gallery". Wkrótce potem trafił do Bluesbreakers i wystąpił na longplayu "Crusade", a także wspomógł Mayalla na jego solowym albumie "Blues Alone". Podobnie jak i inni muzycy, nie zagrzał długo miejsca w Bluesbreakers - także miał ambicję robienia czegoś na własny rachunek. Perkusista pozostał jednak w przyjaznych stosunkach z Mayallem, o czym świadczy gościnny występ tego drugiego na debiucie Keef Hartley Band, "Halfbreed". John udzielił swojego głosu w zabawnej introdukcji longplaya, "Sacked", będącej zainscenizowaną rozmową telefoniczną z Keefem, w której "zwalnia" go ze swojego zespołu (kontynuacja tej rozmowy, "Too Much to Take", kończy album).

Zasadnicza zawartość "Halfbreed" jest jednak całkiem na serio. Hartleyowi udało się zebrać fantastyczny skład, w którym znaleźli się tacy muzycy, jak śpiewający gitarzysta Miller Anderson, gitarzysta Spit James, basista Gary Thain (późniejszy członek Uriah Heep), oraz klawiszowiec Peter Dines. Może i nie są to "wielkie" nazwiska, ale ogromnego talentu nie można im odmówić. A w nagraniach wziął też udział słynny trębacz Henry Lowther.

Pod względem muzycznym, album jest świetnym przeglądem tego, co działo się w muzyce rockowej pod koniec lat 60. - zespół pokazał tutaj niezwykłą, nawet jak na tamte eklektyczne czasy, wszechstronność. Rozpoczynający (nie licząc wspomnianego "Sacked" i będącego zmyłką "Confusion Theme") album utwór tytułowy to instrumentalna jazzrockowa improwizacja, napędzana wyrazistą grą sekcji rytmicznej, z długimi solówkami gitarowymi i organowymi, oraz ozdobnikami na dęciakach. Utwór kojarzyć może się z wczesnymi dokonaniami Santany, ale bez nachalnych wpływów latynowskich. Najdłuższy na albumie, ponad dziesięciominutowy "Born to Die" to już klasyczna bluesowa ballada, znów ze świetnymi popisami gitarzystów i klawiszowca. Podobnym klimatem charakteryzuje się także "Too Much Thinking", tutaj jednak istotną rolę odgrywają dęciaki, a dodatkowym smaczkiem jest solówka Lowthera na skrzypcach.

Na longplayu nie zabrakło również rasowego hard rocka, w postaci dwóch przeróbek bluesowych kawałków - "Leavin' Trunk" Sleepy Johna Estesa i "Think it Over" B.B. Kinga. Ten pierwszy to przede wszystkim świetny popis gitarzystów - utwór aż kipi od porywających riffów i solówek. Brzmi to jak nieco bardziej surowy Led Zeppelin. W drugim pojawiają się natomiast bardzo hendrixowskie gitarowe zagrywki, rewelacyjnie dopełniane przez organy i funkową grę sekcji rytmicznej. "Just to Cry" to z kolei łagodniejszy, bardzo psychodeliczny utwór, oparty na transowej linii basu, obudowanej klimatycznymi partiami organów i dęciaków, oraz zawierający intrygujące gitarowe solo. Najbardziej zaskakującym utworem jest jednak "Sinnin' for You" z pierwszoplanową rolą dęciaków nadających soulowo-jazzowego charakteru. Tym razem skojarzenia idą w kierunku twórczości Colosseum, albo albumu "Bare Wires" Mayalla. Fajnym kontrastem jest ostra, porywająca solówka gitarowa. Ciekawą niespodzianką jest natomiast zamykająca utwór solówka na flecie.

Co najważniejsze, ta cała różnorodność wcale nie szkodzi spójności "Halfbreed". Wszystko tutaj idealnie do siebie pasuje. Muzykom udało się również utrzymać wysoki poziom od początku do samego końca albumu. Wykonawczo i kompozytorsko jest bez zarzutu, a aranżacje są naprawdę pomysłowe i wiele smaczków odkrywa się dopiero podczas kolejnych przesłuchań. Warto też zwrócić uwagę na bardzo dobre brzmienie, które praktycznie nic się nie zestarzało i wciąż brzmi świeżo. Kto nie zna, niech jak najszybciej nadrobi zaległości.

Ocena: 9/10



Keef Hartley Band - "Halfbreed" (1969)

1. Sacked / Confusion Theme / The Halfbreed; 2. Born to Die; 3. Sinnin' for You; 4. Leavin' Trunk; 5. Just to Cry; 6. Too Much Thinking; 7. Think it Over / Too Much to Take

Skład: Miller Anderson - wokal i gitara; Spit James - gitara; Gary Thain - bass; Keef Hartley - perkusja i instr. perkusyjne; Peter Dines - instr. klawiszowe
Gościnnie: John Mayall - głos (1,7); Henry Lowther - trąbka, skrzypce; Harry Beckett - trąbka; Lyn Dobson - saksofon, flet; Chris Mercer - saksofon
Producent: Neil Slaven


2 sierpnia 2016

[Recenzja] Gary Moore - "After the War" (1989)



"After the War" to ostatni album Gary'ego Moore'a z ciężkim rockiem. Brzmieniowo jest zresztą znacznie cięższy - i bardziej naturalny - niż dwa poprzednie albumy. W końcu mniejszą rolę zaczęły odgrywać klawisze - pojawiają się jako dodatek, nie dominujący instrument. Cieszy także udział w nagraniach prawdziwych perkusistów. I to nie byle jakich - w większości utworów bębni Cozy Powell, a czasem wyręczają go renomowani muzycy sesyjni, Simon Phillips i Charlie Morgan. Podczas sesji nagraniowej w studiu pojawiło się jeszcze kilku gości, ale w podstawowym składzie pozostali muzycy towarzyszący Moore'owi na poprzednim longplayu - Bob Daisley i Neil Carter.

"After the War" to przede wszystkim dynamiczne, ciężkie, ale zarazem przebojowe granie. Taki jest utwór tytułowy - jeden z nielicznych fragmentów albumu, w którym istotną rolę pełnią tandetne brzmienia syntezatorowe. Ogólnie jednak kawałek się broni, a jego refren na zawsze zostaje w pamięci. A dalej jest jeszcze lepiej. W "Speak for Yourself" nie ma już żadnej taryfy ulgowej, to kawałek wręcz heavymetalowy, z riffowaniem i solówkami bardzo w stylu pierwszych solowych albumów Ozzy'ego Osbourne'a. Były (wówczas) wokalista Black Sabbath wspiera tu zresztą wokalnie Moore'a w refrenie. Zresztą w nagrywaniu albumu odegrał większą rolę, ale o tym później. Kolejny utwór, "Livin' on Dreams", dla odmiany jest lżejszy i pogodniejszy, bardziej hardrockowy, trochę w stylu Thin Lizzy. To bardzo przyjemny kawałek, z niebywale chwytliwą - ale nie popadającą w banał - linią wokalną. Całkiem niezły jest także rozpędzony "Running from the Storm", chociaż tutaj już momentami robi się  nieco sztampowo - te odgłosy burzy i dzwonów na początku (gdzie to już było?) albo syntezatorowe ozdobniki. Zadziorny "This Thing Called Love" może kojarzyć się z Van Halen, ale jest dużo lepszy od dokonań tej grupy. Kompletnym niewypałem jest natomiast zbyt radiowy "Ready for Love" z banalną melodią i przesładzającymi go żeńskimi chórkami.

Na "After the War" są też utwory o nieco innym charakterze, które ciekawie urozmaicają album. Niestety, trzy z nich są obecne tylko w wersji kompaktowej, a na winylu zostały pominięte. Najbardziej żal "The Messiah Will Come Again" - pięknego instrumentalnego bluesa, skomponowanego przez Roya Buchanana (Moore nagrał go w hołdzie temu muzykowi, zmarłemu w 1988 roku). To ponad siedem minut ekscytujących gitarowych popisów, wzbogaconych szlachetnym brzmieniem organów, na których gościnnie zagrał Don Airey. Klimat jest bardzo zbliżony do "Parisienne Walkways" (komponując tamten utwór Moore ewidentnie inspirował się kompozycją Buchanana); to zresztą pierwszy tak bluesowy utwór Gary'ego od czasu nagrania tamtej kompozycji. A zarazem zapowiedź jego przyszłych poczynań. Tym bardziej szkoda, że pominięto ten utwór na wydaniu winylowym. Pozostałe pominięte kompozycje to dwie części "Dunluce". "Part 1" to intro z irlandzko brzmiącym gitarowym tematem, natomiast "Part 2" to po prostu rozwinięcie tego tematu. Irlandzki klimat pojawia się także w obecnym na wszystkich wydaniach "Blood of Emeralds". Jest to jeden z najlepszych momentów tego longplaya - ponad ośmiominutowa kompozycja łącząca tradycyjne irlandzkie motywy z hardrockowym czadem, a dzieje się tu tyle, że w ogóle nie odczuwa się długości tej kompozycji. Warto dodać, że utwór jest dedykowany pamięci Phila Lynotta.

Całości dopełnia dość kontrowersyjny "Led Clones". Utwór w zamyśle miał być parodią popularnego pod koniec lat 80. zespołu Kingdom Come, który zdobył popularność kopiując patenty Led Zeppelin. Taki jest też ten utwór - zbudowany z najbardziej charakterystycznych cech stylu słynnej grupy. Nawiązujący przede wszystkim do kompozycji "Kashmir" (kroczący rytm, orientalizująca partia skrzypiec), ale jest też np. fragment z gitarą akustyczną, przypominający o folkowych eksperymentach zespołu. Nie brakuje nawet charakterystycznych zaśpiewów w stylu Roberta Planta, ani gitarowych riffów a'la Jimmy Page. Tak naprawdę ciężko jednak wyczuć, że miała to być parodia. W rezultacie można zarzucić temu utworowi dokładnie to, co Moore chciał nim wyśmiać. Warto natomiast wspomnieć, że Gary dzieli tutaj partię wokalną z Ozzym Osbournem, który znakomicie wywiązał się ze swojego zadania. Najwyraźniej zdążył już zapomnieć, że kilka lat wcześniej gitarzysta zignorował propozycję zastąpienia Randy'ego Rhoadsa w jego zespole.

"After the War" to zdecydowanie najlepszy album Gary'ego Moore'a z wydanych do tamtej pory. Jako całość jest równiejszy od swojego poprzednika, a takie utwory, jak "Blood of Emeralds" i "The Messiah Will Come Again", spokojnie mogą się równać z jego najlepszymi fragmentami. Choć pominięcie tego drugiego utworu w wydaniu winylowym jest niewybaczalną pomyłką. Wyrzucić jeden z dwóch najlepszych utworów, a zostawić tak beznadziejny kawałek, jak "Ready for Love"? To ewidentny przykład przekładania sukcesu komercyjnego nad artystyczny.

Ocena: 8/10



Gary Moore - "After the War" (1989)

1. Dunluce (Part 1)*; 2. After the War; 3. Speak for Yourself; 4. Livin' on Dreams; 5. Led Clones; 6. The Messiah Will Come Again*; 7. Running from the Storm; 8. This Thing Called Love; 9. Ready for Love; 10. Blood of Emeralds; 11. Dunluce (Part 2)*

*pominięte na wydaniu winylowym

Skład: Gary Moore - wokal i gitara; Bob Daisley - bass; Cozy Powell - perkusja i instr. perkusyjne; Neil Carter - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal
Gościnnie: Simon Phillips - perkusja (3,10); Ozzy Osbourne - wokal (5), dodatkowy wokal (2); Chris Thompson - skrzypce (5), dodatkowy wokal (2,5,9); Don Airey - instr. klawiszowe (6-8); Laurence Cottle - bass (6); Charlie Morgan - perkusja (6); Andrew Eldritch - dodatkowy wokal (2,3,10); Sam Brown i Miriam Stockley - dodatkowy wokal (9)
Producent: Peter Collins


1 sierpnia 2016

[Recenzja] Chicken Shack - "100 Ton Chicken" (1969)



Grupa Chicken Shack w 1969 roku wydała aż dwa albumy. Wcześniejszy "Ok Ken?", podobnie jak debiut, zawiera bardzo przeciętne bluesrockowe granie, a w dodatku irytuje niby-zabawnymi dialogami poprzedzającymi każdy kawałek. Dlatego postanowiłem od razu przejść do zrecenzowania kolejnego longplaya, "100 Ton Chicken". Warto jednak dodać, że w międzyczasie grupa dorobiła się swojego pierwszego singlowego przeboju (dzięki przeróbce "I'd Rather Go Blind", oryginalnie nagranego rok wcześniej przez Ettę James), a także przeszła istotną zmianę składu - Christine Perfect (już jako Christine McVie) odeszła do Fleetwood Mac, a jej miejsce zajął Paul Raymond (późniejszy członek UFO).

"100 Ton Chicken" to album trochę bardziej różnorodny od dwóch poprzednich. Zespół chętniej tutaj eksperymentuje, np. biorąc na warsztat folkowy instrumental "Anji" Daveya Grahama. Ten utwór to prawdziwe wyzwanie dla gitarzystów, ale Stan Webb pokazał tutaj spory kunszt wykonawczy. Innym przykładem jest kolejny instrumental, już własnego autorstwa - "Evelyn", z nieco "tropikalną" grą sekcji rytmicznej, stanowiącej podkład do niezłych solowych popisów Webba i Raymonda. Reszta albumu ma już bardziej bluesowy charakter, ale jest to trochę inny blues, niż na wcześniejszych albumach (z kilkoma wyjątkami, vide "Look Ma, I'm Cryin'" albo przeróbka "Midnight Hour" Clarence'a Browna). Brzmienie jest cięższe i ostrzejsze, ponadto całkiem zrezygnowano z usług sekcji dętej, zaś Raymond preferuje grę na organach, a nie - jak Christine - pianinie. Świetnym przykładem tych zmian jest otwierający całość, energetyczny "The Road of Love", albo zadziorny "Weekend Love". Na albumie nie brakuje też łagodniejszego grania. Taki jest "Tears in the Wind" - drugi i ostatni singlowy przebój grupy, dość jednak banalny i drażniący partią wokalną Webba. O wiele lepsze wrażenie robi ballada "The Way It Is" z budującą napięcie warstwą rytmiczną, świetnym organowym tłem i fantastycznymi partiami gitary. Nawet partia wokalna - zachrypnięta na bluesową modłę - wypada wyjątkowo dobrze. I choćby dla tego utworu warto zapoznać się z tym wydawnictwem.

"100 Ton Chicken" jest świadectwem rozwoju grupy, która nie wyrzekając się całkiem dotychczasowego stylu, zaproponowała kilka nowych dla siebie rozwiązań. Muzycy pokazali też większą wszechstronność, udowadniając, że potrafią grać nie tylko bluesa. Ale to wciąż granie dalekie od wybitności. Większość zawartych tutaj utworów jest co najwyżej przeciętna. A i te lepsze fragmenty jasno dają do zrozumienia, że muzycy Chocken Shack byli lepszymi instrumentalistami, niż kompozytorami.

Ocena: 7/10



Chicken Shack - "100 Ton Chicken" (1969)

1. The Road of Love; 2. Look Ma, I'm Cryin'; 3. Evelyn; 4. Reconsider Baby; 5. Weekend Love; 6. Midnight Hour; 7. Tears in the Wind; 8. Horse and Cart; 9. The Way It Is; 10. Still Worried About My Woman; 11. Anji

Skład: Stan Webb - wokal i gitara; Andy Sylvester - bass; Dave Bidwell - perkusja i instr. perkusyjne; Paul Raymond - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal
Gościnnie: Mike Vernon - instr. perkusyjne
Producent: Mike Vernon