2 lipca 2016

[Recenzja] Ten Years After - "Undead" (1968)



Muzycy Ten Years After bardzo wcześnie zdecydowali się na wydanie pierwszego albumu koncertowego - mniej niż rok po studyjnym debiucie. Na szczęście znalazł się tutaj zupełnie inny materiał, niepowtarzający się ani z pierwszym, ani kolejnymi studyjnymi longplayami grupy. Nagrań dokonano 16 maja 1968 roku w małym londyńskim klubie jazzowym Klooks Kleek. Miejsce bynajmniej nie było przypadkowe, bo choć zespół kojarzony jest przede wszystkim z blues rockiem, w początkach kariery muzycy inspirowali się także jazzem. Nieśmiało dali temu wyraz na debiucie (miniaturka "Adventures of a Young Organ"), a w pełni potwierdzili właśnie na "Undead". Całą pierwszą stronę winylowego wydania wypełniają dwie rozbudowane jazzrockowe kompozycje. Najpierw rozbrzmiewa dziesięciominutowy "I May Be Wrong, But I Won't Be Wrong Always", a następnie niewiele krótsza wersja "Woodchopper's Ball" z repertuaru amerykańskiego jazzmana Woody'ego Hermana. Oba opierają się na typowo jazzowej grze sekcji rytmicznej, stanowiącej akompaniament dla świetnych popisów instrumentalnych - błyszczy w nich przede wszystkim Alvin Lee, grający długie i skomplikowane solówki, choć Chick Churchill i Leo Lyons też dostają czas na zaprezentowanie swoich umiejętności.

Druga strona albumu nie robi już tak wielkiego wrażenia. Wolna ballada bluesowa "Spider in My Web" (pochodzący ze strony B debiutanckiego singla grypy, "Rock Your Mama") wypada bardzo stereotypowo, schematycznie. Oczywiście, przyjemnie się jej słucha, a solówki Alvina są jak zwykle porywające, ale nie wyróżnia się ona niczym szczególnym przy niezliczonej ilości podobnych utworów. Całkiem ciekawie wypada instrumentalne podejście do arii "Summertime" George'a Gershwina, ale niestety jest to tylko krótki wstęp do "Shantung Cabbage", czyli perkusyjnej solówki Rica Lee, która kompletnie nie robi na mnie wrażenia, a wręcz nuży (zresztą jak większość perkusyjnych solówek). Całości dopełnia natomiast jeden z najbardziej znanych utworów grupy, czyli "I'm Going Home" (którego wersja studyjna została niemal równolegle wydana na singlu). Brawurowe wykonanie tego utworu rok później na festiwalu Woodstock znacznie zwiększyło zainteresowanie grupą, a Alvin Lee został okrzyknięty "najszybszym gitarzystą świata". W tutejszej wersji jego solówki są krótsze (całe wykonanie trwa kilka minut mniej), ale także ekscytujące. Sama kompozycja jest jednak dość miałka - to prosty, bardzo typowy rock and roll.

"Undead" to w sumie całkiem ciekawe wydawnictwo, z którym na pewno warto się zapoznać. Poziom jest co prawda nierówny, jednak muzycy zasługują na pochwałę za to, że zaprezentowali tu wyłącznie niealbumowe utwory. Choć z drugiej strony jeden czy dwa dobrze wybrane utwory z debiutu mogłyby podnieść poziom tej koncertówki*.

Ocena: 8/10

* Na reedycjach albumu znalazły się ciekawe wykonania "Spoonful" (nieco cięższe od wersji studyjnej) i "I Can't Keep from Cryin' Sometimes" (który za sprawą długich, porywających improwizacji rozrósł się do ponad siedemnastu minut). Pozostałe bonusy to wspominany "Rock Tour Mama" - niewyróżniający się niczym szczególnym rock and rollowy kawałek - oraz "Standing at the Crossroads", czyli przeróbka "Cross Road Blues" Roberta Johnsona (niestety nie tak porywająca, jak wersja Cream). Wszystkie bonusy zostały zarejestrowane podczas tego samego występu.



Ten Years After - "Undead" (1968)

1. I May Be Wrong, But I Won't Be Wrong Always; 2. Woodchopper's Ball; 3. Spider in My Web; 4. Summertime / Shantung Cabbage; 5. I'm Going Home

Skład: Alvin Lee - wokal i gitara; Leo Lyons - bass; Ric Lee - perkusja i instr. perkusyjne; Chick Churchill - instr. klawiszowe
Producent: Mike Vernon


2 komentarze:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jeszcze raz napiszę, bo nie doczytałem ;) Miałem ten album,jako nastolatek. I między innymi ta muza zainteresowała mnie jazzem, to wyjątkowa płyta, nigdy wcześniej nigdy potem TYA nie zagrał podobnie. Ktoś odpowiednio dobrał te kawałki, bo wersja z pełnym koncertem pokazuje, że grali też inne rzeczy. ciut "gorzej" niż na późniejszym, legendarnym Recorded Live. Recorded live również wydano w pełnej wersji. Pozdrawiam i sorry za niedopatrzenie ;)

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.