29 lipca 2016

[Recenzja] Muddy Waters - "Electric Mud" (1968)



W połowie lat 60. zmalało zainteresowanie tradycyjnym bluesem wśród jego głównej grupy odbiorczej - Afroamerykanów, którzy w tamtym czasie przerzucili się na słuchanie soulu. Jednocześnie nastąpił wzrost zainteresowanie bluesem wśród białych odbiorców - ci jednak słuchali głównie urockowionej odmiany stylu, granej przez białych muzyków. Przedstawiciele największej amerykańskiej wytwórni bluesowej, Chess Records, wpadli więc na pomysł, aby ich czołowi wykonawcy - Howlin' Wolf i Muddy Waters - nagrali bardziej rockowe albumy. Obaj bluesmani nie byli tym zachwyceni, ale i tak nie mieli nic do gadania. Szczególnie pierwszy z nich obnosił się z niechęcią do tego projektu (na froncie koperty "The Howlin' Wolf Album" pojawiła się nawet informacja, że nie lubi on tego longplaya), a podczas sesji nagraniowej poszedł na łatwiznę, nagrywając jedynie nowe wersje kilku swoich starczych utworów. Słychać w nich, że nie potrafił odnaleźć się w takim brzmieniu. Poważniej do tematu podszedł Muddy Waters, traktując to jako ciekawe wyzwanie i starając jak najlepiej wczuć się w nowy styl. Efekt, w postaci albumu "Electric Mud", jest bardzo udany.

W nagraniach Watersowi towarzyszyli muzycy psychodeliczno-soulowej grupy Rotary Connection, promowanej wówczas przez Chess Records jako "najgorętszy i najbardziej awangardowy zespół w Chicago". Współpraca ta zaowocowała materiałem łączącym elektryczny blues z rockiem psychodelicznym. Na repertuar złożyły się głównie utwory już wcześniej wydane przez Watersa, wśród których nie zabrakło takich klasyków muzyki bluesowej, jak "I Just Want to Make Love to You", "I'm Your Hoochie Coochie Man" czy "Mannish Boy". Wszystkie zostały jednak zaprezentowane w bardziej dynamicznych, energetycznych i cięższych brzmieniowo wersjach. Rockowego charakteru nadają ostre partie gitar, z nałożonymi efektami fuzz i wah-wah, oraz mocna gra sekcji rytmicznej. Czasem w instrumentarium pojawiają się także elektryczne organy (świetnie wykorzystane chociażby w "I Just Want...") lub saksofon, natomiast całkiem zrezygnowano z harmonijki - instrumentu, jak się mogło wydawać, niezbędnego w bluesie.

Na albumie znalazły się także dwa zupełnie nowe utwory - bardzo psychodeliczne "Herbert Harper's Free Press News" i "Tom Cat" - a także jedna zaskakująca przeróbka - "Let's Spend the Night Together" z repertuaru The Rolling Stones. Dość dziwna, bo praktycznie nie przypominająca oryginału, za to oparta na riffie zerżniętym z "Sunshine of Your Love" Cream. A skoro o podobieństwach mowa, to tutejsza wersja "She's Alright" - swoją drogą fantastyczna - wyraźnie inspirowana jest hendrixowskim "Voodoo Child (Slight Return)". To najcięższy fragment albumu, ciekawie pod koniec zwalniający. Takich smaczków jest tutaj więcej - np. "Mannish Boy" w tutejszej wersji nabrał nie tylko ostrości, ale i lekko funkowego charakteru. Właśnie dzięki takiemu twórczemu podejściu, "Electric Mud" jest czymś więcej, niż tylko ciekawostką, nagraną w celu odzyskania popularności.

Dla bluesowych ortodoksów album był - i zapewne dalej jest - kompletnym nieporozumieniem i największą pomyłką w całej działalności Muddy'ego Watersa. "Electric Mud" był jednak kierowany do zupełnie innej publiczności - wielbicieli "białego" blues rocka i psychodelii. Waters i muzycy Rotary Connection pokazali tutaj, że potrafią grać taką muzykę bynajmniej nie gorzej od jej ówczesnych czołowych reprezentantów. Zawarta tutaj muzyka to prawdziwa uczta dla wielbicieli Cream czy Jimiego Hendrixa.

Ocena: 9/10



Muddy Waters - "Electric Mud" (1968)

1. I Just Want to Make Love to You; 2. I'm Your Hoochie Coochie Man; 3. Let's Spend the Night Together; 4. She's Alright; 5. Mannish Boy; 6. Herbert Harper's Free Press News; 7. Tom Cat; 8. The Same Thing

Skład: Muddy Waters - wokal; Phil Upchurch - gitara; Roland Faulkner - gitara; Pete Cosey - gitara; Louis Satterfield - bass; Morris Jennings - perkusja i instr. perkusyjne; Charles Stepney - organy
Gocinnie: Gene Barge - saksofon (7)
Producent: Marshall Chess i Charles Stepney


5 komentarzy:

  1. Oj męczy się na tej płycie Muddy, oj męczy.. jednak nie jest to - dla mnie oczywiście - ani arcy ani też dzieło. Przy innych płytach MW, ta wypada sztucznie i blado. Rock jest dla rockman'ów - blues dla bluesman'ów i niech tak pozostanie. Wzajemne przenikanie się kierunków TAK ale z "czuciem" - tu tego zabrakło i efekt nienajlepszy. Naturalnie słuchać można - ale emocji niewiele. Cóż wszystkim zdarzają się "maliny".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie słyszę, aby Waters się tutaj męczył. Może jego głos nie najlepiej pasuje do takiej muzyki, ale i nie kłóci się z nią jakoś bardzo. Te wszystkie zarzuty, o których piszesz, postawiłbym odpowiednikowi "Electric Mud" z dyskografii Howlin' Wolfa, czyli wspomnianemu wyżej "The Howlin' Wolf Album". Tam rzeczywiście słychać bluesmana męczącego się w rockowym materiale.

      Natomiast w przypadku późniejszych "The London Sessions" (kolejny projekt, w którym bluesmani mieli grać z muzykami rockowymi, tym razem brytyjskimi) lepiej wypadł Wolf. Może dlatego, że towarzyszący mu muzycy zgrali się lepiej, niż ci, którzy wspomagali Watersa.

      Usuń
  2. Pisząc, że Muddy się męczy, nie miałem na myśli jego głosu, ale dźwięków, które - w tej oczywiście formie - są mu obce i to wyraźnie słychać. Być może mało precyzyjnie napisałem.. Sorry. Sesje londyńskie to już "inna bajka" zarówno w przypadku MW jak i Wolf'a - skądinąd mojego ulubionego "staruszka". Choć w obydwu sesjach grają brytyjczycy, o jasno sprecyzowanych kierunkach muzycznych to brzmią one lżej i jaśniej bez takiego mocno rock'owego zacięcia jak ma to miejsce w przypadku "Electric.." Jasne - z założenia miało być elektrycznie i.. było - ale w przesadzonej formie. Absolutnie natomiast się zgadzam, iż londyńską sesję zdecydowanie, ale to zdecydowanie "wygrywa" WILK. Obaj doskonale wiemy, czemu służyły te specyficzne sesje amerykańskie i brytyjskie (londyńskie)i dyskutować na ten temat nie ma sensu. Tak czy owak, obydwu WIELKICH wolę w tych muzycznych formach, w których i oni czuli się najlepiej, choć poszukiwania - byle własne, a nie narzucane - są czymś naturalnym. Bez nich ne byłoby różnorodności, co zubożyłoby zarówno twórców jak i nas - odbiorców.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja należę do zwolenników tego albumu. Fantastycznie zagrany elektryczny blues. Zawsze bardzo lubiłem tego typu granie :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak ;) Szkoda, że praktycznie nie można znaleźć tego albumu na winylu.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.