26 lipca 2016

[Recenzja] Gary Moore - "Wild Frontier" (1987)



Album "Wild Frontier" powstał po wyprawie Gary'ego Moore'a w rodzinne strony, do Irlandii Północnej. W rezultacie część utworów porusza problem ówczesnych konfliktów wewnętrznych w tym kraju, a kilka kompozycji przesiąkniętych jest klimatem irlandzkiego folku. W nagraniach muzykowi towarzyszyli tylko basista Bob Daisley, klawiszowiec Neil Carter i... automat perkusyjny. Czy naprawdę tak trudno było zaangażować prawdziwego perkusistę (chociażby Erica Singera, który dołączył na trasę promującą album)? Cóż, w tamtych czasach takie syntetyczne brzmienia cieszyły się, niestety, sporą popularnością. Z czasem jednak okropnie się zestarzały.

Album przynosi za to kilka naprawdę dobrych kompozycji. Już na otwarcie pojawia się rewelacyjny "Over the Hills and Far Away". Wspaniała, chwytliwa melodia, świetne gitarowe popisy i fantastyczny irlandzki klimat. Wyjątkowo dobry użytek zrobiono tutaj z syntezatora (bardzo dobrze imitującego np. skrzypce) i nie przeszkadza nawet automat, naśladujący wojskowe bębny, co dobrze koresponduje z tekstem kawałka. Niestety, to wyjątek, bo już np. w utworze tytułowym bębny są zbyt mechaniczne i płaskie, co nie pasuje do jego charakteru. "Wild Frontier" to jednak kolejny bardzo dobry utwór, z hard rockowymi zwrotkami przypominającymi Thin Lizzy, oraz bardzo przebojowym, łagodniejszym refrenem. A skoro mowa o Thin Lizzy... Na albumie znów miał wystąpić Phil Lynott ("Over the Hills..." został napisany specjalnie z myślą o nim), ale nie zdążył - zmarł 4 stycznia 1986 roku, po wieloletnim wyniszczaniu organizmu narkotykami. W hołdzie zmarłemu przyjacielowi Gary napisał jeden ze swoich najpiękniejszych utworów - zamykający ten album "Johnny Boy". Kompozycja posiada prześliczną melodię i cudowny irlandzki klimat, za który odpowiadają syntezatory, naśladujące celtyckie instrumenty. Gitara Moore'a, wyjątkowo obecna na dalszym planie, brzmi tutaj bardzo subtelnie i nadaje utworowi większej naturalności.

Niestety, reszta albumu nie robi już tak dobrego wrażenia. "Take a Little Time" i "Friday on My Mind" przypominają o poprzednim albumie, niechlubnym "Run for Cover". Niby są dynamiczne, nie brakuje w nich ostrzejszych gitar, ale melodyjnie są banalne, zaś na pierwszy plan wysunięto żenujące brzmienia syntezatorowe. Już lepiej wypada najbardziej syntetyczny "Strangers in the Darkness", który przynajmniej nie udaje, że jest czymś innym, niż stricte popową piosenką. Z kolei w najostrzejszym i najszybszym "Thunder Rising" (kolejnym utworze wzbogaconym irlandzkimi melodiami) najbardziej irytuje automat. Z prawdziwą perkusją byłby to jeden z lepszych kawałków Moore'a, ale w takiej wersji brzmi dość pokracznie. Całości dopełnia instrumentalny "The Loner", napisany przez znanego ze współpracy z Jeffem Beckiem klawiszowca Maxa Middletona dla innego współpracownika Becka, Cozy'ego Powella, na jego solowy longplay "Over the Top". Co ciekawe, Moore wystąpił na tym albumie, ale akurat nie w tym utworze. Gitarzysta może tu zaprezentować swoje umiejętności, jednak kawałek jest trochę za długi i zanadto przesłodzony klawiszami. Kompaktowe wydanie "Wild Frontier" dodatkowo zawiera utwór "Crying in the Rain" - stricte popową balladę o "ejtisowym" brzmieniu, której nie można jednak odmówić dobrej melodii i klimatu. Szkoda, że nie zajęła miejsca koszmarnego "Friday on My Mind" na wydaniu winylowym.

Mimo licznych wad, uważam "Wild Frontier" za najlepszy album Gary'ego Moore'a z wydanych do tamtej pory. "Over the Hills and Far Away", utwór tytułowy i "Johnny Boy" to absolutna czołówka najlepszych kompozycji tego muzyka (z wcześniejszych tylko "Empty Rooms" i "Parisienne Walkways" mogą się z nimi równać). Reszta utworów zostaje w tyle, ale lubię do tego albumu czasem wrócić - czego nie mogę powiedzieć o żadnym z wcześniejszych wydawnictw Moore'a.

Ocena: 7/10



Gary Moore - "Wild Frontier" (1987)

1. Over the Hills and Far Away; 2. Wild Frontier; 3. Take a Little Time; 4. The Loner; 5. Friday on My Mind; 6. Strangers in the Darkness; 7. Thunder Rising; 8. Johnny Boy

Skład: Gary Moore - wokal i gitara; Bob Daisley - bass; Neil Carter - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal
Producent: Gary Moore, James Barton, Pete Smith i Peter Collins


5 komentarzy:

  1. Pewnie ocena zleci w dół jak powiem Ci że Over The Hills and Far Awau to przeróbka, lub donioślej, interpretacja tradycyjnej celtyckiej piosenki?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale ja bardzo lubię celtyckie melodie i fakt, że Moore sięgnął po takie inspiracje - zamiast znów grać bezpłciowy pop(rock), jak na "Run for Cover" - to dla mnie ewidentny plus. A i zdaje się, że "Over the Hills and Far Away" tylko opiera się na tradycyjnej irlandzkiej melodii, z własnym tekstem, choć opartym na starej irlandzkiej legendzie/opowieści.

      Usuń
  2. Dzięki Tobie, recenzencie, zacząłem moją przygodę z Moorem. Płyta dobra, ale nic więcej. 1 kawałek to moja ulubiona pozycja tutaj. Przecudowny utwór z niesamowitym irlandzkim klimatem i zaraźliwym refrenem, podobnie jak przepiękny Johnny Boy. Fantastyczne Wild Frontier i Take a Little Time. The Loner to bardzo fajny i klimatyczny popis gitarowy. Reszta utworów jest ok. Ja również oceniam 7/10 :). Szkoda, że każdy utwór tu nie jest w tej urzekającej stylistyce co numery 1 i 8.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że wywarłem taki wpływ ;) Również najbardziej lubię pierwszy utwór i ostatni, za ich irlandzki klimat. Takie wpływy są jeszcze lekko słyszalne w "Thunder Rising", poza tym na innych albumach Moore'a pojawiają się takie klimaty - przede wszystkim "Blood of Emeralds" z "After the War". Zaś pierwszą taką kompozycją była "Roisin Dubh", nagrana z Thin Lizzy - to również genialny kawałek, z cudownymi solówkami przesiąkniętymi klimatem Zielonej Wyspy ;)

      Usuń
    2. Własnie za After the War zamierzam sięgnąć dalej :). Roisin Dubh jest super.

      Usuń