31 lipca 2016

[Blog] Looking Back: czerwiec / lipiec

W poprzednim miesiącu zaniechałem napisania podsumowania, dlatego tym razem będzie podwójne. Po raz pierwszy pod nową nazwą, już nie jako mogące wprowadzać w błąd "Podsumowanie miesiąca", a "Looking Back" (od tytułu albumu/składanki Johna Mayalla). Zastanawiam się jeszcze tylko czy może nie lepsze byłoby polskie tłumaczenie, czyli "Spojrzenie wstecz" (sugestie mile widziane w komentarzach). Jeżeli natomiast chodzi o formułę tych wpisów, to przynajmniej na razie pozostanę przy opisywaniu nowości w swojej kolekcji płyt. A w ciągu dwóch ostatnich miesięcy przybyło do niej trochę nowych pozycji. W czerwcu na aukcjach internetowych wylicytowałem dwa albumy Grand Funk Railroad - dość trudno dostępne, ale kupione w rozsądnej cenie "On Time" i "E Pluribus Funk" - a także "Wild Frontier" Gary'ego Moore'a.


W czerwcu wybrałem się także na giełdę winylową w Gdańsku, gdzie zdobyłem kolejne trzy albumy: "Valentyne Suite" Colosseum (niestety reedycję, ale dość wczesną), a także dwie kultowe koncertówki: "Strangers in the Night" UFO i "Live and Dangerous" Thin Lizzy.


Kolejnych, już lipcowych, zakupów dokonałem znów na aukcjach internetowych. Najpierw kupiłem "Recorded Live" Ten Years After - kolejną koncertówkę, nie tak popularną jak dwie powyższe, ale moim zdaniem jeszcze bardziej porywającą. Następnie w końcu udało mi się upolować "Then Play On" Fleetwood Mac i to w tej najbardziej "słusznej" wersji (z fantastycznymi "Without You" i "One Sunny Day", które w wydaniu amerykańskim zastąpił "Oh Well (Part I & II)" - też świetny utwór, ale mam go na składaku "Greatest Hits"). I w końcu wygrałem także licytację z "A Matter of Life and Death" Iron Maiden - kolejnego albumu ciężkiego do zdobycia na winylu. Właściwie nie sądziłem, że się uda wygrać licytację, a decyzję o udziale w niej podjąłem dwie minuty przez jej zakończeniem.


Obowiązkowo musiałem także pojawić się na gdańskim Jarmarku Dominikańskim. Oczywiście pierwszego dnia, kiedy stoiska z winylami nie są jeszcze poprzebierane. Rozczarowała mnie mniejsza, w porównaniu z poprzednimi latami, ilość stoisk z muzyką, w dodatku na żadnym z nich nie było albumów, na których znalezienie najbardziej liczyłem (np. "East-West" The Butterfield Blues Band", albo "Happy Trails" Quicksilver Messenger Service). Mimo wszystko, znalazłem kilka fajnych bluesrockowych pozycji: "Cricklewood Green" Ten Years After", "A Hard Road" i "Looking Back" Johna Mayalla, oraz "Completely Well" B.B. Kinga.


W ciągu ostatnich dwóch miesięcy nie miałem natomiast zbyt wiele czasu na odkrywanie nowej muzyki. Mimo tego starałem się przesłuchać jak najwięcej albumów. W ostatnim czasie sięgałem często po "prawdziwy" blues (w wykonaniu m.in. Alberta Kinga, Williego Dixona, Howlin' Wolfa i Muddy'ego Watersa), jazz rock (Soft Machine, Frank Zappa, Mahavishnu Orchestra, wczesny Santana, Jeff Beck), a nawet funk (Sly and the Family Stone); tradycyjnie nie zabrakło też cięższego grania (długo by wymieniać). Posłuchałem też albumów wykonawców, których fenomenu nigdy nie rozumiałem, by przekonać się, że dalej tego nie rozumiem (Joy Division, David Bowie, The Police). Więcej grzechów nie pamiętam.

30 lipca 2016

[Recenzja] Ten Years After - "Watt" (1970)



"Watt" to jeden z mniej popularnych i słabiej ocenianych albumów Ten Years After. Co prawda sprzedawał się równie dobrze, co poprzednie albumy grupy, ale nie przyniósł grupie żadnego przeboju ani koncertowego klasyka. Choć w sumie na brak dobrych utworów nie można narzekać.

Świetnie wypada otwieracz - "I'm Coming On" to potężna dawka energii, z niezłą melodią, oraz porywającymi gitarowymi popisami Alvina Lee i intensywnym podkładem rytmicznym. Całkiem niezły jest również "I Say Yeah", także energetyczny, choć nieco lżejszy brzmieniowo (większą rolę odgrywają klawisze Chicka Churchilla), z nieco funkową rytmiką i ocierającą się o jazz częścią instrumentalną. Wpływy jazzowe słychać także w "Going Run" i "She Lies in the Morning". W obu pojawiają się porywające jazzrockowe improwizacje, a drugi z nich ponadto wyróżnia się niesamowicie chwytliwą częścią "piosenkową". To najlepszy fragment całości, ex aequo z "Think About the Times" - rewelacyjną balladą z natchnioną grą instrumentalistów i takimże śpiewem Alvina, świetną melodią, oraz fantastycznym nastrojem.

Ogólnie można jednak odnieść wrażenie, że zespół za szybko wydał ten album, nie mając wystarczającej ilości pomysłów. Bo chyba tylko tak można wytłumaczyć obecność zarejestrowanego na żywo (podczas festiwalu Isle of Wight w sierpniu 1970 roku) coveru "Sweet Little Sixteen", który zresztą niespecjalnie odbiega od oryginalnej wersji Chucka Berry'ego. W dodatku jakość nagrania jest wręcz bootlegowa... A i studyjne utwory nie zawsze trzymają poziom. "My Baby Left Me" zdaje się być kompletnie wymuszonym kawałkiem, banalnym i dość chaotycznym. Zespół powinien dłużej popracować także nad "The Band With No Name", który ma całkiem ciekawy klimat (kojarzący się z westernami), ale kończy się po zaledwie półtorej minuty. Nawet jak na miniaturkę, ewidentnie tu czegoś brakuje - jakiegoś rozwinięcia i zakończenia.

"Watt" jest dość wyjątkowym albumem. Z jednej strony słychać, że muzycy Ten Years After mieli w tamtym czasie sporo świetnych pomysłów. Z drugiej zaś strony, zabrakło im czasu, aby wszystkie te pomysły dobrze zrealizować. W efekcie powstał album mający do zaoferowania sporo fajnych kawałków, ale nietrzymający równego poziomu, zawierający też kilka wpadek. Posłuchać zdecydowanie warto, byle tylko nie nastawiać się na kolejny "Cricklewood Green" lub "Ssssh".

Ocena: 7/10



Ten Years After - "Watt" (1970)

1. I'm Coming On; 2. My Baby Left Me; 3. Think About the Times; 4. I Say Yeah; 5. The Band With No Name; 6. Gonna Run; 7. She Lies in the Morning; 8. Sweet Little Sixteen (live)

Skład: Alvin Lee - wokal i gitara; Chick Churchill - instr. klawiszowe; Leo Lyons - bass; Ric Lee - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Ten Years After


29 lipca 2016

[Recenzja] Muddy Waters - "Electric Mud" (1968)



W połowie lat 60. zmalało zainteresowanie tradycyjnym bluesem wśród jego głównej grupy odbiorczej - Afroamerykanów, którzy w tamtym czasie przerzucili się na słuchanie soulu. Jednocześnie nastąpił wzrost zainteresowanie bluesem wśród białych odbiorców - ci jednak słuchali głównie urockowionej odmiany stylu, granej przez białych muzyków. Przedstawiciele największej amerykańskiej wytwórni bluesowej, Chess Records, wpadli więc na pomysł, aby ich czołowi wykonawcy - Howlin' Wolf i Muddy Waters - nagrali bardziej rockowe albumy. Obaj bluesmani nie byli tym zachwyceni, ale i tak nie mieli nic do gadania. Szczególnie pierwszy z nich obnosił się z niechęcią do tego projektu (na froncie koperty "The Howlin' Wolf Album" pojawiła się nawet informacja, że nie lubi on tego longplaya), a podczas sesji nagraniowej poszedł na łatwiznę, nagrywając jedynie nowe wersje kilku swoich starczych utworów. Słychać w nich, że nie potrafił odnaleźć się w takim brzmieniu. Poważniej do tematu podszedł Muddy Waters, traktując to jako ciekawe wyzwanie i starając jak najlepiej wczuć się w nowy styl. Efekt, w postaci albumu "Electric Mud", jest bardzo udany.

W nagraniach Watersowi towarzyszyli muzycy psychodeliczno-soulowej grupy Rotary Connection, promowanej wówczas przez Chess Records jako "najgorętszy i najbardziej awangardowy zespół w Chicago". Współpraca ta zaowocowała materiałem łączącym elektryczny blues z rockiem psychodelicznym. Na repertuar złożyły się głównie utwory już wcześniej wydane przez Watersa, wśród których nie zabrakło takich klasyków muzyki bluesowej, jak "I Just Want to Make Love to You", "I'm Your Hoochie Coochie Man" czy "Mannish Boy". Wszystkie zostały jednak zaprezentowane w bardziej dynamicznych, energetycznych i cięższych brzmieniowo wersjach. Rockowego charakteru nadają ostre partie gitar, z nałożonymi efektami fuzz i wah-wah, oraz mocna gra sekcji rytmicznej. Czasem w instrumentarium pojawiają się także elektryczne organy (świetnie wykorzystane chociażby w "I Just Want...") lub saksofon, natomiast całkiem zrezygnowano z harmonijki - instrumentu, jak się mogło wydawać, niezbędnego w bluesie.

Na albumie znalazły się także dwa zupełnie nowe utwory - bardzo psychodeliczne "Herbert Harper's Free Press News" i "Tom Cat" - a także jedna zaskakująca przeróbka - "Let's Spend the Night Together" z repertuaru The Rolling Stones. Dość dziwna, bo praktycznie nie przypominająca oryginału, za to oparta na riffie zerżniętym z "Sunshine of Your Love" Cream. A skoro o podobieństwach mowa, to tutejsza wersja "She's Alright" - swoją drogą fantastyczna - wyraźnie inspirowana jest hendrixowskim "Voodoo Child (Slight Return)". To najcięższy fragment albumu, ciekawie pod koniec zwalniający. Takich smaczków jest tutaj więcej - np. "Mannish Boy" w tutejszej wersji nabrał nie tylko ostrości, ale i lekko funkowego charakteru. Właśnie dzięki takiemu twórczemu podejściu, "Electric Mud" jest czymś więcej, niż tylko ciekawostką, nagraną w celu odzyskania popularności.

Dla bluesowych ortodoksów album był - i zapewne dalej jest - kompletnym nieporozumieniem i największą pomyłką w całej działalności Muddy'ego Watersa. "Electric Mud" był jednak kierowany do zupełnie innej publiczności - wielbicieli "białego" blues rocka i psychodelii. Waters i muzycy Rotary Connection pokazali tutaj, że potrafią grać taką muzykę bynajmniej nie gorzej od jej ówczesnych czołowych reprezentantów. Zawarta tutaj muzyka to prawdziwa uczta dla wielbicieli Cream czy Jimiego Hendrixa.

Ocena: 9/10



Muddy Waters - "Electric Mud" (1968)

1. I Just Want to Make Love to You; 2. I'm Your Hoochie Coochie Man; 3. Let's Spend the Night Together; 4. She's Alright; 5. Mannish Boy; 6. Herbert Harper's Free Press News; 7. Tom Cat; 8. The Same Thing

Skład: Muddy Waters - wokal; Phil Upchurch - gitara; Roland Faulkner - gitara; Pete Cosey - gitara; Louis Satterfield - bass; Morris Jennings - perkusja i instr. perkusyjne; Charles Stepney - organy
Gocinnie: Gene Barge - saksofon (7)
Producent: Marshall Chess i Charles Stepney


27 lipca 2016

[Recenzja] The Aynsley Dunbar Retaliation - "To Mum, from Aynsley and the Boys" (1969)



Producentem trzeciego albumu The Aynsley Dunbar Retaliation został John Mayall. Tak, ten sam John Mayall, który zaledwie trzy lata wcześniej wyrzucił Aynsleya Dunbara ze swojej kapeli. Na szczęście obaj panowie się pogodzili i w efekcie powstał najlepiej brzmiący longplay zespołu. Warto też dodać, że skład grupy poszerzył się o klawiszowca Tommy'ego Eyre (który później współpracował m.in. z Gregiem Lake'iem i Garym Moorem). Dzięki temu Victor Brox mógł się bardziej skupić na śpiewaniu i wychodzi mu to lepiej, niż kiedykolwiek wcześniej.

"To Mum, from Aynsley and the Boys" to bardzo zróżnicowany album, wykraczający poza stylistykę bluesrockową. W tym stylu utrzymane są tylko zadziorne "Run You Off the Hill" i "Down, Down and Down". W pozostałych utworach zespół pokazuje całkiem sporą wszechstronność. Już  na otwarcie zamieszczono zaskakujący "Don't Take the Power Away" - klimatyczny utwór, oparty na akompaniamencie gitary akustycznej, z subtelną partią perkusji i nastrojowymi ozdobnikami na trąbce. Z kolei "Let It Ride" - mój faworyt z całej dyskografii grupy - opiera się na dynamicznej, transowej grze sekcji rytmicznej i pierwszoplanowej roli organów. Wrażenie robi szczególnie instrumentalna druga połowa utworu, z rewelacyjnymi, choć nieskomplikowanymi, popisami Eyre'a. Klawiszowiec pokazuje swój talent także we wstępie "Journey's End", wyraźnie inspirowanym muzyką klasyczną. Utwór niespodziewanie przechodzi w wolny blues z gitarowo-klawiszowymi improwizacjami. Na albumie słychać też inspirację jazzem - w perkusyjno-klawiszowej miniaturce "Unheard", oraz w finałowym "Leaving Right Away", opartym na połamanym rytmie. Pomiędzy nimi znajduje się jeszcze interesujący "Sugar on the Line", będący przede wszystkim świetnym popisem sekcji rytmicznej.

"To Mum, from Aynsley and the Boys" to zdecydowanie najciekawszy album The Aynsley Dunbar Retaliation - różnorodny, zachwycający bogactwem pomysłów i świetnie zagrany. Niestety, zespół rozpadł się wkrótce po jego wydaniu, gdy Aynsley Dunbar i Alex Dmochowski skorzystali z zaproszenia Franka Zappy do jego grupy. Victor Brox postanowił wydać pod szyldem zespołu jeszcze jeden album, "Remains to be Heard", zawierający cztery odrzuty z poprzednich sesji, a także nowe utwory, nagrane z przypadkowymi muzykami na miejscu oryginalnej sekcji rytmicznej. Jak łatwo się domyślić, poziom tego wydawnictwa daleki jest od wcześniejszych wydawnictw grupy. Dlatego poznawanie The Aynsley Dunbar Retaliation najlepiej zakończyć na "To Mum, from Aynsley and the Boys", który wspaniale wieńczy podstawową dyskografię grupy.

Ocena: 9/10



The Aynsley Dunbar Retaliation - "To Mum, from Aynsley and the Boys" (1969)

1. Don't Take the Power Away; 2. Run You Off the Hill; 3. Let It Ride; 4. Journey's End; 5. Down, Down and Down; 6. Unheard; 7. Sugar on the Line; 8. Leaving Right Away

Skład: Victor Brox - wokal, gitara, instr. dęte i instr. klawiszowe; John Moorshead - gitara; Alex Dmochowski - bass; Aynsley Dunbar - perkusja i instr. perkusyjne; Tommy Eyre - instr. klawiszowe
Producent: John Mayall


26 lipca 2016

[Recenzja] Gary Moore - "Wild Frontier" (1987)



Album "Wild Frontier" powstał po wyprawie Gary'ego Moore'a w rodzinne strony, do Irlandii Północnej. W rezultacie część utworów porusza problem ówczesnych konfliktów wewnętrznych w tym kraju, a kilka kompozycji przesiąkniętych jest klimatem irlandzkiego folku. W nagraniach muzykowi towarzyszyli tylko basista Bob Daisley, klawiszowiec Neil Carter i... automat perkusyjny. Czy naprawdę tak trudno było zaangażować prawdziwego perkusistę (chociażby Erica Singera, który dołączył na trasę promującą album)? Cóż, w tamtych czasach takie syntetyczne brzmienia cieszyły się, niestety, sporą popularnością. Z czasem jednak okropnie się zestarzały.

Album przynosi za to kilka naprawdę dobrych kompozycji. Już na otwarcie pojawia się rewelacyjny "Over the Hills and Far Away". Wspaniała, chwytliwa melodia, świetne gitarowe popisy i fantastyczny irlandzki klimat. Wyjątkowo dobry użytek zrobiono tutaj z syntezatora (bardzo dobrze imitującego np. skrzypce) i nie przeszkadza nawet automat, naśladujący wojskowe bębny, co dobrze koresponduje z tekstem kawałka. Niestety, to wyjątek, bo już np. w utworze tytułowym bębny są zbyt mechaniczne i płaskie, co nie pasuje do jego charakteru. "Wild Frontier" to jednak kolejny bardzo dobry utwór, z hard rockowymi zwrotkami przypominającymi Thin Lizzy, oraz bardzo przebojowym, łagodniejszym refrenem. A skoro mowa o Thin Lizzy... Na albumie znów miał wystąpić Phil Lynott ("Over the Hills..." został napisany specjalnie z myślą o nim), ale nie zdążył - zmarł 4 stycznia 1986 roku, po wieloletnim wyniszczaniu organizmu narkotykami. W hołdzie zmarłemu przyjacielowi Gary napisał jeden ze swoich najpiękniejszych utworów - zamykający ten album "Johnny Boy". Kompozycja posiada prześliczną melodię i cudowny irlandzki klimat, za który odpowiadają syntezatory, naśladujące celtyckie instrumenty. Gitara Moore'a, wyjątkowo obecna na dalszym planie, brzmi tutaj bardzo subtelnie i nadaje utworowi większej naturalności.

Niestety, reszta albumu nie robi już tak dobrego wrażenia. "Take a Little Time" i "Friday on My Mind" przypominają o poprzednim albumie, niechlubnym "Run for Cover". Niby są dynamiczne, nie brakuje w nich ostrzejszych gitar, ale melodyjnie są banalne, zaś na pierwszy plan wysunięto żenujące brzmienia syntezatorowe. Już lepiej wypada najbardziej syntetyczny "Strangers in the Darkness", który przynajmniej nie udaje, że jest czymś innym, niż stricte popową piosenką. Z kolei w najostrzejszym i najszybszym "Thunder Rising" (kolejnym utworze wzbogaconym irlandzkimi melodiami) najbardziej irytuje automat. Z prawdziwą perkusją byłby to jeden z lepszych kawałków Moore'a, ale w takiej wersji brzmi dość pokracznie. Całości dopełnia instrumentalny "The Loner", napisany przez znanego ze współpracy z Jeffem Beckiem klawiszowca Maxa Middletona dla innego współpracownika Becka, Cozy'ego Powella, na jego solowy longplay "Over the Top". Co ciekawe, Moore wystąpił na tym albumie, ale akurat nie w tym utworze. Gitarzysta może tu zaprezentować swoje umiejętności, jednak kawałek jest trochę za długi i zanadto przesłodzony klawiszami. Kompaktowe wydanie "Wild Frontier" dodatkowo zawiera utwór "Crying in the Rain" - stricte popową balladę o "ejtisowym" brzmieniu, której nie można jednak odmówić dobrej melodii i klimatu. Szkoda, że nie zajęła miejsca koszmarnego "Friday on My Mind" na wydaniu winylowym.

Mimo licznych wad, uważam "Wild Frontier" za najlepszy album Gary'ego Moore'a z wydanych do tamtej pory. "Over the Hills and Far Away", utwór tytułowy i "Johnny Boy" to absolutna czołówka najlepszych kompozycji tego muzyka (z wcześniejszych tylko "Empty Rooms" i "Parisienne Walkways" mogą się z nimi równać). Reszta utworów zostaje w tyle, ale lubię do tego albumu czasem wrócić - czego nie mogę powiedzieć o żadnym z wcześniejszych wydawnictw Moore'a.

Ocena: 7/10



Gary Moore - "Wild Frontier" (1987)

1. Over the Hills and Far Away; 2. Wild Frontier; 3. Take a Little Time; 4. The Loner; 5. Friday on My Mind; 6. Strangers in the Darkness; 7. Thunder Rising; 8. Johnny Boy

Skład: Gary Moore - wokal i gitara; Bob Daisley - bass; Neil Carter - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal
Producent: Gary Moore, James Barton, Pete Smith i Peter Collins


25 lipca 2016

[Recenzja] Chicken Shack - "40 Blue Fingers, Freshly Packed and Ready to Serve" (1968)



O grupie Chicken Shack kilkakrotnie już wspominałem na blogu, ale przez co najmniej półtora roku odkładałem zrecenzowanie jej dokonań. Te natomiast idealnie wpisują się w tematykę bloga. Chicken Shack (nazwany tak od tytułu albumu  jazzmana Jimmy'ego Smitha, "Back at the Chicken Shack") to jeden z pierwszych brytyjskich zespołów bluesrockowych. Założony został już w 1964 roku przez basistę Andy'ego Silvestera i perkusistę Davida Yeatsa, którzy zaprosili do współpracy śpiewającego gitarzystę Stana Webba. Początkowo występowali pod nazwą Sounds of Blue i wykonywali rhythm'n'blues. Zanim zmienili nazwę i zwrócili się w stronę brytyjskiego bluesa, kilkakrotnie zmieniał się skład - przewinął się przez niego saksofonista Chris Wood (później członek Traffic), a także liczni perkusiści, m.in. Hughie Flint (ex-Bluesbreakers), zanim posadę objął Dave Bidwell. Do zespołu dołączyła także Christine Perfect, grająca na klawiszach i czasem pełniąca też rolę wokalistki.

"40 Blue Fingers, Freshly Packed and Ready to Serve", debiutancki album Chicken Shack, ukazał się w 1968 roku, nakładem specjalizującej się w takiej muzyce wytwórni Blue Horizon Mike'a Vernona. W większości wypełniają go przeróbki utworów amerykańskich bluesmanów, a poza tym trafiły tu po dwie kompozycje Webba i Perfect. Kawałki napisane przez gitarzystę nie robią wielkiego wrażenia - ani instrumentalny "Webbed Feet", ani wolny What You Did Last Night" nie przyciągają uwagi niczym szczególnym. Z kolei napisane przez Perfect "When the Train Comes Back" i "You Ain't No Good" to zdecydowanie najlepsze utwory na albumie, z ciekawie budowanym klimatem, dobrymi melodiami i świetnymi gitarowymi zagrywkami. Reszta albumu to poprawnie wykonany blues rock, nierzadko z porywającymi solówkami Webba (szczególnie w instrumentalnym "San-Ho-Zay" Freddiego Kinga). Niestety, nie wyróżniający się niczym szczególnym na tle ówczesnych dokonań Johna Mayalla, Fleetwood Mac, czy The Aynsley Dunbar Retaliation. Czasem zaś utrzymanym na zdecydowanie niższym poziomie - vide przeróbka "First Time I Met the Blues" Little Brother Montgomery'ego, z nieznośnie irytującą partią wokalną Webba, uniemożliwiającą przesłuchanie utworu w całości.

Poza kilkoma naprawdę udanymi fragmentami (obie kompozycje Christine Perfect i przeróbka "San-Ho-Zay"), debiutancki longplay Chicken Shack nie ma wiele do zaoferowania. To bardzo typowe, schematyczne granie, pozostające w tyle za dokonaniami innych przedstawicieli brytyjskiego bluesa. 

Ocena: 6/10



Chicken Shack - "40 Blue Fingers, Freshly Packed and Ready to Serve" (1968)

1. The Letter; 2. Lonesome Whistle Blues; 3. When the Train Comes Back; 4. San-Ho-Zay; 5. King of the World; 6. See See Baby; 7. First Time I Met the Blues; 8. Webbed Feet; 9. You Ain't No Good; 10. What You Did Last Night

Skład: Stan Webb - wokal i gitara; Christine Perfect - instr. klawiszowe, wokal (3,9); Andy Silvester - bass; Dave Bidwell - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Dick Heckstall-Smith - saksofon (2); Johnny Almond - saksofon (2); Alan Ellis - trąbka (2)
Producent: Mike Vernon


23 lipca 2016

[Recenzja] Ten Years After - "Cricklewood Green" (1970)



"Cricklewood Green" to jeden z największych sukcesów - artystycznych i komercyjnych - Ten Years After. Pod względem stylistycznym album jest bardziej zróżnicowany od swojego poprzednika, "Ssssh", ale zarazem bardziej spójny od "Stonedhenge". Muzykom udało się znaleźć własne brzmienie, dzięki któremu zachowują rozpoznawalność, mimo poruszania się po różnych stylach. Przeważającym elementem oczywiście wciąż jest blues, ale już nie pełni tak dominującej roli, jak na "Ssssh", nie wspominając nawet o debiutanckim "Ten Years After".

Longplay rozpoczyna się od dwóch bardzo energetycznych i przebojowych kawałków - "Sugar the Road" i "Working on the Road". Wszystko jest tutaj na właściwym miejscu: ostre, porywające partie gitary Alvina Lee, przyjemne organowe tło Chicka Churchilla, a także ta sprawna gra Leo Lyonsa i Rica Lee. Ciekawostką jest użycie syntezatora we wstępie pierwszego z tych utworów - w chwili wydania tego albumu wciąż było to coś innowacyjnego i odważnego, jak na rockowy zespół. "50,000 Miles Beneath My Brain" to już bardziej złożona kompozycja. Utwór rozpoczyna się spokojnie, nastrój jest nieco senny, ale muzycy stopniowo zaostrzają swoje parte, a nad całością unosi się psychodeliczny klimat. Słabiej na tle całości wypada "Year 3,000 Blues", zdradzający wpływy country i akustycznego bluesa. Na szczęście to jedyny utwór odstający poziomem od reszty.

O swojej fascynacji jazzem zespół przypomina w "Me and My Baby". Utwór jest prawdziwym popisem wszystkich muzyków - długie solówki na gitarze i pianinie fantastycznie zazębiają się ze swingującą grą sekcji rytmicznej. "Love Like a Man" to kolejny majstersztyk. Rewelacyjny motyw przewodni, wspaniała linia melodyczna i długa część instrumentalna z porywającą improwizacją muzyków. Utwór był pierwszym singlowym przebojem Ten Years After (choć w znacznie gorszej, wersji, skróconej z prawie ośmiu minut do trzech). Po tak ekscytującym nagraniu przydaję się chwila wytchnienia w postaci uroczego "Circles", zdradzającego wpływy folkowe. Na zakończenie czeka jeszcze jedna perełka - "As the Sun Still Burns Away", oparty na "skradającym się" motywie, najpierw granym tylko na basie, później unisono z gitarą i organami. Fantastyczne solówki Alvina pomagają budować intrygujący nastrój.

Ze wszystkich studyjnych albumów Ten Years After właśnie "Cricklewood Green" najbliższy jest ideału. Nie licząc jednego utworu, wszystkie pozostałe prezentują bardzo wysoki poziom, zaś razem składają się na naprawdę rewelacyjny album. Album różnorodny, a zarazem całkiem spójny.

Ocena: 9/10



Ten Years After - "Cricklewood Green" (1970)

1. Sugar the Road; 2. Working on the Road; 3. 50,000 Miles Beneath My Brain; 4. Year 3,000 Blues; 5. Me and My Baby; 6. Love Like a Man; 7. Circles; 8. As the Sun Still Burns Away

Skład: Alvin Lee - wokal i gitara; Chick Churchill - instr. klawiszowe; Leo Lyons - bass; Ric Lee - perkusja
Producent: Alvin Lee


22 lipca 2016

[Recenzja] Syd Barrett - "The Madcap Laughs" (1970)



Niedawno znów zrobiło się głośniej o Sydzie Barretcie, jednym z założycieli Pink Floyd. 7 lipca minęło dziesięć lat od jego śmierci, co okazało się impulsem do powstania wielu wspominkowych tekstów. Podobnie było przed dekadą. Co prawda Syd z muzycznym biznesem skończył - a może raczej muzyczny biznes skończył z nim - już czterdzieści lat wcześniej, jednak przez ten czas obrósł wielką legendą (która znacznie przerosła jego dokonania muzyczne), więc informacja o jego odejściu nie przeszła bez echa. Zwłaszcza, że w tamtym czasie znów wzrosło zainteresowanie Pink Floyd. Na świecie - po słynnym występie na Live 8, dającym nadzieje na dłuższy powrót grupy. I w Polsce, gdzie wszyscy fani czekali na pojawienie się trzech muzyków zespołu - pod koniec sierpnia David Gilmour i Rick Wright wystąpili w Gdańsku promując album "On an Island", a w tym samym czasie Roger Waters zawitał do Poznania na premierę swojej opery "Ça Ira".

Barrett nagrał z zespołem tylko debiutancki "The Piper at the Gates of Dawn", kilka singli i część drugiego albumu, "A Saucerful of Secrets". Jego pogarszający się stan psychiczny, w znacznym stopniu spowodowany narkotykami, był coraz większym ciężarem dla pozostałych muzyków. Syd miał problem z poprawnym wykonywaniem na koncertach utworów, które zresztą sam stworzył, a często po prostu stał i nic nie robił. Zaangażowano więc Gilmoura, który początkowo miał tylko wspierać Barretta, jako wokalista i gitarzysta. Z czasem jednak całkiem przejął jego rolę, gdy w drodze na występy muzycy "zapominali" podjechać po swojego niedawnego frontmana. Nie można było tego ciągnąć w nieskończoność, więc wkrótce muzycy przekonali Syda, aby odszedł z zespołu.

Wkrótce po rozstaniu z Pink Floyd w kwietniu 1968 roku, Barrett rozpoczął pracę nad solowym albumem. Nie był to jego pomysł, lecz byłych menadżerów grupy, którzy postanowili zrobić z niego solową gwiazdę. Sesja nagraniowa zajęła ponad rok i była koszmarem dla wszystkich zaangażowanych w nią osób. Może z wyjątkiem samego Syda, który najwyraźniej nie był świadomy niczego, co w okół niego się działo. Miał sporo pomysłów na utwory, ale niedokończonych i kompletnie nie potrafił ich rozwinąć; ciężko było go zmusić, aby zagrał choć jeden kawałek w całości. Zrozpaczeni producenci rezygnowali po pewnym czasie i wytwórnia musiała szukać kogoś nowego. Podobnie było z muzykami (w nagrania zaangażowali byli m.in. członkowie Soft Machine), którym Barrett nie był w stanie udzielić odpowiedzi na tak podstawowe pytanie, jak o tonację poszczególnych kawałków. W końcu wytwórnia zaangażowała do projektu Rogera Watersa i Davida Gilmoura, pod których nadzorem longplay został wreszcie ukończony.

Niestety, efekt tego wszystkiego jest taki, że "The Madcap Laughs" to bardzo nierówny album. Całkiem nieźle wypadają utwory zarejestrowane pod okiem producenta Malcolma Jonesa, czyli prawie cała pierwsza strona longplaya. W nagrywaniu większości z nich brali udział dodatkowi instrumentaliści - muzycy Soft Machine w "No Good Trying" i "Love You", oraz Willie Wilson i Jerry Shirley w "No Man's Land" i "Here I Go" - którym udało się ukryć niedociągnięcia w śpiewie i grze Barretta. Szczególnie te dwa ostatnie robią dobre wrażenie, dzięki całkiem niezłym, chwytliwym melodiom. "No Man's Land" dodatkowo wyróżnia się ostrzejszym, zgiełkliwym brzmieniem. Z kolei w "Terrapin" słychać już tylko samego Syda, przez co utwór brzmi bardzo monotonnie, aczkolwiek jest w nim spory potencjał. Jonesowi udało się namówić muzyka do zarejestrowaniu kilku wersji, z których ta była najlepiej wykonana. Wspomnieć trzeba także o "Late Night", którego podstawa została zarejestrowana już na bardzo wczesnym etapie sesji, jeszcze z Peterem Jennerem jako producentem, ale z późniejszymi dogrywkami zarządzonymi przez Jonesa - i w sporym stopniu właśnie te dogrywki, jak atonalna partia gitary solowej, sprawiają, że jest to jeden z bardziej udanych kawałków.

Niestety, gdy miejsce Jonesa zajęli Waters i Gilmour, wszystko zaczęło zmierzać w bardzo złym kierunku. Muzycy chcieli jak najszybciej wrócić do nagrywania kolejnego albumu Pink Floyd, "Ummagumma", więc robili wszystko, aby album Barretta jak najszybciej został dokończony. Mówiąc wprost - postanowili wydać cokolwiek, bez względu na jakość, poziom ukończenia, a nawet obecność błędów. Zarejestrowane z nimi nagrania brzmią jak szkice, brakuje im jakiegoś rozwinięcia, a często zupełnie nagle się urywają. W większości z nich słychać tylko śpiew Barretta (często fałszujący - vide "Dark Globe" lub niemiłosiernie irytujący przez to "If It's in You"), któremu towarzyszy monotonne brzdąkanie na gitarze akustycznej. Nawet po dodaniu innych instrumentów, efekt pozostawia sporo do życzenia ("Octopuss"). Co gorsze, w nagraniach zostawiono sporo pomyłek, jakie nie powinny się pojawić na wydawnictwie studyjnym - jak wyraźne gitarowe fałsze w "She Took a Long Cold Look" i niespodziewane urwanie się tego utworu, po którym słychać przewracanie kartek. Z efektów tej części sesji broni się właściwie tylko klimatyczny "Golden Hair", wyjątkowo poprawnie zagrany i z pasującym do jego charakteru instrumentalnym ascetyzmem.

Gdyby Malcolm Jones był wystarczająco cierpliwy, by dotrwać do końca sesji, zapewne album byłby bardziej dopracowany. Niestety, Gilmour i Waters wszystko spieprzyli, umieszczając na longplayu wyraźnie niedorobione utwory. Szczerze mówiąc, rozumiem ich podejście - bo niby czemu miało im zależeć na jakości tego wydawnictwa, skoro samemu twórcy było to kompletnie obojętne? W rezultacie powstał jednak bardzo dziwny album - z całkiem przyjemną (poza wspomnianym wyżej wyjątkiem) stroną A i w sporej części nieudaną (momentami asłuchalną) stroną B. Co w sumie dobrze oddawało ówczesny stan Syda Barretta, któremu zdarzały się lepsze dni, ale zbyt często był pogrążony we własnym świecie.

Ocena: 5/10



Syd Barrett - "The Madcap Laughs" (1970)

1. Terrapin; 2. No Good Trying; 3. Love You; 4. No Man's Land; 5. Dark Globe; 6. Here I Go; 7. Octopus; 8. Golden Hair; 9. Long Gone; 10. She Took a Long Cold Look; 11. Feel; 12. If It's in You; 13. Late Night

Skład: Syd Barrett - wokal i gitara
Gościnnie: David Gilmour - gitara i bass, perkusja (7); Hugh Hopper - bass (2,3); Robert Wyatt - perkusja (2,3); Mike Ratledge - instr. klawiszowe (2,3); Willie Wilson - bass (4,6); Jerry Shirley - perkusja (4,6)
Producent: Malcolm Jones (1-4,6,13), David Gilmour (5,7-12), Roger Waters (5,9-12), Syd Barrett (7,8), Peter Jenner (13)


20 lipca 2016

[Recenzja] John Mayall - "Looking Back" (1969)



"Looking Back" to kompilacja zawierająca wybrane niealbumowe utwory Johna Mayalla i Bluesbreakers. W zdecydowanej większości są to kawałki wydane wcześniej na singlach (zarówno na stronach A, jak i B). Wyjątek stanowi niepublikowane nigdy wcześniej koncertowe wykonanie - a właściwie jego ostatnie kilka minut - bluesowego standardu "Call It Stormy Monday (But Tuesday Is Just as Bad)" (tutaj pod uproszczonym tytułem "Stormy Monday") T-Bone'a Walkera. Utwór został zarejestrowany w efemerycznym składzie z Jackiem Brucem, który chwilowo zastępował Johna McVie. Pomimo dość kiepskiego brzmienia, utwór zachwyca fantastycznymi popisami Erica Claptona.

Inne ciekawostki to zarejestrowane jeszcze przed dołączeniem Claptona do Bluesbreakers utwory "Mr. James" (z Berniem Watsonem na gitarze) i "Blues City Shakedown" (z Rogerem Deanem), wydane na stronach B singli odpowiednio w 1964 i 1965 roku. Dominują tu jednak nagrania z czasów, gdy w zespole grał Peter Green. Z jedenastu utworów aż siedem powstało z jego udziałem. Wśród nich warto wyróżnić takie perełki, jak bluesowe ballady "So Many Roads" i "Double Trouble", z porywającymi solówkami Greena, albo rewelacyjny "Jenny", ze świetną linią wokalną i intrygującym podkładem instrumentalnym. "It Hurts Me Too" i przebojowy "Looking Back" też wypadają nieźle, ale już takie "Sitting in the Rain" i "Picture on the Wall" wydają się nieco zbyt banalne. Całości dopełnia jedna kompozycja z Mickiem Taylorem jako gitarzystą - "Suspicions (Part Two)", w klimacie jazzrockowego albumu "Bare Wires" (choć powstała nieco wcześniej, jeszcze z Johnem McVie i Keefem Hartleyem w składzie).

"Looking Back" to bardzo dobre uzupełnienie podstawowej dyskografii Johna Mayalla, choć niewyczerpujące w pełni tematu. Na szczęście dwa lata później ukazała się kolejna kompilacja, "Thru the Years", wypełniająca wszystkie luki. 

Ocena: 8/10



John Mayall - "Looking Back" (1969)

1. Mr. James; 2. Blues City Shakedown; 3. Stormy Monday; 4. So Many Roads; 5. Looking Back; 6. Sitting in the Rain; 7. It Hurts Me Too; 8. Double Trouble; 9. Suspicions (Part Two); 10. Jenny; 11. Picture on the Wall

Skład: John Mayall - wokal, gitara, instr klawiszowe, harmonijka; Bernie Watson - gitara (1); Roger Dean - gitara (2); Eric Clapton - gitara (3); Peter Green - gitara (4-8,10,11); Mick Taylor - gitara (9); John McVie - bass (1,2,4-8); Jack Bruce - bass (3); Paul Williams - bass (9); Martin Hart - perkusja (1); Hughie Flint - perkusja (2,3); Aynsley Dunbar - perkusja (4-6); Mick Fleetwood - perkusja (7,8); Keef Hartley - perkusja (9,11); Dick Heckstall-Smith - saksofon (9); Chris Mercer - saksofon (9)
Producent: Mike Vernon i John Mayall; Tony Clarke (2)


19 lipca 2016

[Recenzja] Gary Moore - "Run for Cover" (1985)



"Run for Cover" to apogeum komercyjnych zapędów Gary'ego Moore'a. Album właściwie popowy. Można się tego domyśleć już po spojrzeniu na "listę płac". Nagrania powstawały pod nadzorem kilku różnych producentów i w różnych składach, nie zabrakło nawet gościnnych występów gwiazd - rockowych, ale jednak (Glenna Hughesa i Phila Lynotta). Sama muzyka potwierdza obawy. Przeważają tutaj utwory z bezwstydnie komercyjnymi melodiami, z dominującą rolą okropnych brzmień klawiszowych i dodanymi dla zachowania pozorów, ale schowanymi w tle, ostrymi partiami gitary Moore'a (tytułowy "Run for Cover", "Reach for the Sky", "Once in a Lifetime" - dwóch pierwszych nawet dobrze się słucha, trzeci jest już zbyt żenujący). Często towarzyszy temu sztucznie brzmiąca, elektroniczna perkusja ("Military Man", nieznośnie kiczowaty "Out in the Fields", oraz najbardziej koszmarny, cukierkowaty "Listen to Your Heartbeat"). Czymś zupełnie niepojętym jest umieszczenie tutaj nowej wersji "Empty Rooms", zaledwie dwa lata po jej pierwotnym wydaniu na "Victims of the Future". Tutejsza wersja została nieco uproszczona i zohydzona tandetnymi brzmieniami syntezatorowymi. Ale to wciąż najlepsza kompozycja na tym albumie. Całości dopełniają dwa ostrzejsze, naturalniejsze brzmieniowo kawałki, "Nothing to Lose" i "All Messed Up" - oba bardzo stereotypowe, choć w drugim z nich pojawia się całkiem niezłe gitarowe solo.

Ocena: 4/10



Gary Moore - "Run for Cover" (1985)

1. Run for Cover; 2. Reach for the Sky; 3. Military Man; 4. Empty Rooms; 5. Out in the Fields; 6. Nothing to Lose; 7. Once in a Lifetime; 8. All Messed Up; 9. Listen to Your Heartbeat

Skład: Gary Moore - gitara, wokal (1,4,5,7,9) i dodatkowy wokal
Gościnnie: Glenn Hughes - bass (1,2,6,8), wokal (2,6,8); Gary Ferguson - perkusja (1,7-9); Andy Richards - instr. klawiszowe (1-5,7,9); Charlie Morgan - perkusja (2,3,5); Phil Lynott - wokal i bass (3,5), dodatkowy wokal (6); Don Airey - instr. klawiszowe (3,5); James Barton - perkusja (4); Paul Thompson - perkusja (6); Neil Carter - instr. klawiszowe (6,7,9), dodatkowy wokal (1,4,6,7,9); Bob Daisley - bass (7)
Producent: Andy Johns (1,2,8); Gary Moore (3); Peter Collins (4,5); Beau Hill (6); Mike Stone (7,9)


18 lipca 2016

[Recenzja] Groundhogs - "Who Will Save the World? The Mighty Groundhogs" (1972)



Do tej pory każdy kolejny album Groundhogs był lepszy od poprzedniego. "Who Will Save the World? The Mighty Groundhogs" niestety wyłamuje się z tego schematu. To wciąż bardzo dobre wydawnictwo, jednak zdarzają się na nim kompozytorskie mielizny ("Body in Mind", "Music is the Food of Thought", "Bog Roll Blues"). Reszta albumu prezentuje się jednak naprawdę zacnie. Świetnie wypada otwieracz - dynamiczny i chwytliwy "Earth Is Not Room Enough", który w połowie zaskakuje przełamaniem z partią melotronu. Wcześniej klawisze nie były obecne w twórczości zespołu, więc ich wykorzystanie tutaj ciekawie odświeżyło brzmienie. Całkiem przyjemny jest także kolejny kawałek, "Wages of Peace". Moim faworytem jest natomiast "Death of the Sun", oparty na dynamicznej grze sekcji rytmicznej i fantastycznych, misternych partiach gitary akustycznej. Szkoda, że utwór trwa bardzo krótko, niespełna trzy minuty. Ciekawie wypada także instrumentalna, gitarowa interpretacja hymnu "Amazing Grace", czarująca celtyckim klimatem. I w końcu finałowy "The Grey Maze" - dziesięciominutowy utwór z chwytliwą częścią "piosenkową" i porywającym, improwizowanym rozwinięciem. Warto jeszcze zwrócić uwagę na formę wydania longplaya - w wersji winylowej rozkładana koperta imitowała komiks (podobny patent jak w przypadku "Thick as a Brick" Jethro Tull - co ciekawe, oba albumy ukazały się w marcu 1972 roku).

"Who Will Save the World?" to ostatni "klasyczny" album Groundhogs. Wkrótce po jego wydaniu z zespołu odszedł Ken Pustelnik, niedługo potem pożegnał się z nim także Peter Cruikshank. Tony McPhee konsekwentnie nagrywał kolejne albumy z innymi muzykami, jednak nie robiły już one takiego wrażenia, jak wczesne dokonania grupy. "Who Will Save the World?" dość dobrze podsumowuje ten okres, choć nie jest to już tak wybitny album, jak "Thank Christ for the Bomb" czy "Split".

Ocena: 8/10



Groundhogs - "Who Will Save the World? The Mighty Groundhogs" (1972)

1. Earth Is Not Room Enough; 2. Wages of Peace; 3. Body in Mind; 4. Music is the Food of Thought; 5. Bog Roll Blues; 6. Death of the Sun; 7. Amazing Grace; 8. The Grey Maze

Skład: Tony McPhee - wokal, gitara i instr. klawiszowe; Peter Cruikshank - bass; Ken Pustelnik - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Tony McPhee


16 lipca 2016

[Recenzja] Ten Years After - "Ssssh" (1969)



"Ssssh" to pierwszy album Ten Years After, który został doceniony także po drugiej stronie Atlantyku. Zapewne był to efekt udanego występu grupy na festiwalu Woodstock, który zbiegł się w czasie z premierą longplaya (w sierpniu 1969 roku). Sukces szedł jednak w tym przypadku w parze z artystyczną wartością. "Ssssh" idealnie wpasował się w swój czas. Zespół wrócił tu do swoich bluesowych korzeni (od których oddalił się nieco na wydanym kilka miesięcy wcześniej, także w 1969 roku, "Stonedhenge"), a jednocześnie zabrzmiał ostrzej i ciężej niż kiedykolwiek wcześniej, zbliżając się do zyskującego wówczas coraz większą popularność hard rocka. Ale nie zabrakło tu eksperymentów z innymi stylami - choć tym razem są bardziej przemyślane i nie szkodzą spójności albumu.

Dwa kluczowe punkty albumu to utwory kończące każdą ze stron winylowego wydania. "Good Morning Little Schoolgirl" to porywające opracowanie bluesowego standardu, oryginalnie nagranego przez Sonny'ego Boya Williamsona w 1937 roku. W wersji Ten Years After utwór zyskał hardrockową energię i ciężar, fantastyczny riff, oraz rozbudowaną, improwizowaną część instrumentalną (z popisami Alvina Lee i Leo Lyonsa), ale także rewelacyjną, chwytliwą melodię. To zdecydowanie jeden z najlepszych utworów grupy, a właściwie całego brytyjskiego blues rocka. Równie porywający jest finałowy "I Woke Up This Morning" - ciężki, dwunastotaktowy blues, jakiego nie powstydziliby się w tamtym czasie muzycy Led Zeppelin. Także w tym przypadku porywające popisy muzyków (szczególnie długie solówki Alvina) i świetna melodia, czynią ten utwór wybitnym

A reszta albumu wcale nie zostaje w tyle. Sporą dawkę energii, przebojowości, ciężaru i wirtuozerskich solówek przynoszą także "Stoned Woman" i rozpędzony otwieracz "Bad Scene". Ale, jak wspomniałem we wstępie, longplay zawiera także utwory odmienne stylistycznie. "Two Time Mama" i "The Stomp" mają zdecydowanie więcej wspólnego z "prawdziwym" bluesem - pierwszy w nieco folkowej odmianie, drugi w teksańskiej. Króciutki, niespełna dwuminutowy "I Don't Know That You Don't Know My Name", oparty na brzmieniach akustycznej, to z kolei stricte folkowe nagranie. Wyróżniające się przepiękną partią wokalną Alvina. Balladowo rozpoczyna się również "If You Should Love Me", ale ten utwór stopniowo nabiera coraz większej mocy. W końcu większą rolę odgrywa Chick Churchill, z fantastyczną partią organów. Znów jednak najwięcej uwagi przyciąga Alvin Lee, zarówno ekspresyjną partią wokalną, jak i gitarowymi popisami.

Nie jestem pewien, czy "Ssssh" to najlepszy studyjny album Ten Years After, ale z pewnością najrówniejszy z tych dobrych. Spójny zarówno pod względem stylistycznym (mimo pewnego zróżnicowania), jak i - co ważniejsze - poziomu poszczególnych utworów. Nie ma tu słabych ani średnich kompozycji - są tylko dobre, bardzo dobre i wybitne.

Ocena: 9/10



Ten Years After - "Ssssh" (1969)

1. Bad Scene; 2. Two Time Mama; 3. Stoned Woman; 4. Good Morning Little Schoolgirl; 5. If You Should Love Me; 6. I Don't Know That You Don't Know My Name; 7. The Stomp; 8. I Woke Up This Morning

Skład: Alvin Lee - wokal i gitara; Chick Churchill - instr. klawiszowe; Leo Lyons - bass; Ric Lee - perkusja
Producent: Chris Wright


15 lipca 2016

[Recenzja] "What's Shakin'" (1966)



"What's Shakin'" to kompilacja wydana na wschodzącej fali popularności blues rocka. Odpowiedzialna za nią amerykańska wytwórnia Electra Records jeszcze krótko wcześniej zajmowała się wyłącznie muzyką folkową, jednak w 1965 roku zakontraktowała bluesowy The Paul Butterfield Blues Band, a po jego sukcesie zaczęła szukać podobnych zespołów. Niemal udało jej się podpisać kontrakt z The Lovin' Spoonful, zanim muzycy ostatecznie wybrali inną ofertę. Wcześniej zarejestrowali jednak kilka utworów dla Electry. Ponieważ wytwórnia miała też kilka niewykorzystanych nagrań The Paul Butterfield Blues Band, pojawił się pomysł wydania składanki z materiałem obu tych grup. Starczyło też miejsca dla innych wykonawców - dorzucono po jednym utworze Ala Koopera i Toma Rusha, a całości dopełniło kilka kawałków brytyjskiej grupy The Powerhouse.

Ten ostatni zespół powstał praktycznie na zamówienie wytwórni, która właśnie otwierała swoje biuro w Londynie i rozglądała się za lokalnymi wykonawcami. Gdy trafili na niejakiego Paula Jonesa, wówczas wokalistę i harmonijkarza zespołu Manfreda Manna, zaproponowali mu stworzenie grupy, w skład której mieliby wchodzić czołowi brytyjscy muzycy bluesowi. Jonesowi udało się pozyskać takie wchodzące sławy, jak Eric Clapton, Jack Bruce i Steve Winwood. Propozycję otrzymał także Ginger Baker, lecz odmówił lub miał inne zobowiązania, w rezultacie czego stanowisko perkusisty objął Pete York (wówczas występujący, razem z Winwoodem, w The Spencer Davis Group). Składu dopełnił pianista Ben Palmer. Zespół z założenia miał być efemerydą, której jedynym celem było nagranie kilku utworów na planowaną kompilację Electry. Muzycy zarejestrowali cztery utwory, z których wykorzystane zostały trzy (czwarty, określany jako "wolny blues", do dziś nie został wydany). Wśród nich znalazła się własna kompozycja "I Want to Know" - przyjemny bluesrockowy kawałek z wiodącą rolą harmonijki i niezłym, choć oszczędnym solem Claptona - a także covery "Crossroads" Roberta Johnsona i instrumentalnego "Steppin' Out" Memphisa Slima. Pierwszy z nich zagrany jest z podobną energią, co późniejsza wersja Cream, jednak Eric zamiast porywających solówek gra tylko partię rytmiczną, zaś prym wiedzie harmonijka. Gitarzysta może się wykazać za to w drugim coverze, prowadzonym jego fantastyczną solówką. Co ciekawe, zaledwie kilka tygodni wcześniej Clapton nagrał ten utwór razem z Johnem Mayallem na słynny album "Blues Breakers". Tamtejsza wersja jest nieco cięższa i wzbogacona brzmieniem dęciaków; natomiast w tutejszej uwagę przyciągają świetne solowe partie basu Bruce'a.

Z pozostałych wykonawców, jacy pojawiają się na tej kompilacji, najbardziej błyszczy grupa The Paul Butterfield Band,. Wśród jej pięciu utworów znalazły się przeróbki popularnych bluesowych standardów "Spoonful" Howlin' Wolfa i "Good Morning Little Schoolgirl" Sonny'ego Boya Williamsona - choć zagrane bardzo energetycznie, to bliższe pierwowzorów, niż późniejszych, rozimprowizowanych wersji Cream (pierwszego z nich) i Ten Years After (obu utworów). Zespół sięgnął także po mniej popularne - przynajmniej w kręgu rockowych wykonawców - utwory "Off the Wall" Little Waltera i "One More Mile" Jamesa Cottona. Szczególnie dobrze wypada ten ostatni, z porywającymi solówkami Mike'a Bloomfielda. Znalazła się tu także jedna autorska kompozycja grupy, "Lovin' Cup" (później scoverowana przez UFO) - również bardzo udana, oparta na fajnym gitarowym motywie, któremu towarzyszą świetne partie solowe Bloomfielda i Paula Butterfielda na harmonijce. Do najlepszych fragmentów kompilacji zalicza się także utwór Ala Koopera, "Can't Keep from Crying Sometimes", wyróżniający się naprawdę rewelacyjną, chwytliwą melodią. Całkiem przyzwoicie wypada "I'm in Love Again" Fatsa Domino w wykonaniu Toma Rusha. Nie przekonują mnie natomiast cztery utwory The Lovin' Spoonful - autorskie "Good Time Music" i "Don't Bank on it Baby", oraz przeróbki "Almost Grown" Chucka Berry'ego i "Searchin'" The Coasters. W przeciwieństwie do pozostałych wykonawców, zespół nie grał blues rocka, a rock and roll. Utworom nie brakuje energii, lecz brzmieniowo są trochę zbyt wygładzone, wręcz popowe. Muzycznie nie ma co prawda tragedii, ale dość kiepsko wypada wokal Johna Sebastiana o nieciekawej barwie i dość irytującej manierze.

"What's Shakin'" jest bardzo interesującym dokumentem początków blues rocka. W chwili wydania album był swego rodzaju przewodnikiem dla początkujących zespołów, chcących grać taką muzykę*. Dziś ma natomiast przede wszystkim wartość historyczną. Dzięki niemu można poznać chociażby najwcześniejsze nagrania The Paul Butterfield Blues Band, albo posłuchać jak Eric Clapton i Jack Bruce grali w przededniu stworzenia Cream. 

Ocena: 8/10

* Aż trzy utwory z tej kompilacji - "Spoonful", "Can't Keep from Crying Sometimes" i "I Want to Know" - zostały rok później scoverowane przez grupę Ten Years After i wydane na jej debiutanckim albumie. Z kolei na swoim trzecim albumie, "Ssssh", zespół umieścił przeróbkę "Good Morning Little Schoolgirl".



Różni wykonawcy - "What's Shakin'" (1966)

1. Good Time Music; 2. Almost Grown; 3. Spoonful; 4. Off the Wall; 5. Can't Keep from Crying Sometimes; 6. I Want to Know; 7. Crossroads; 8. Lovin' Cup; 9. Good Morning Little Schoolgirl; 10. Steppin' Out; 11. I'm in Love Again; 12. Don't Bank on It Baby; 13. Searchin'; 14. One More Mile

The Lovin' Spoonful (utwory 1,2,12,13):
Skład: John Sebastian - wokal i gitara; Zal Yanovsky - gitara; Steve Boone - bass; Joe Butler - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: ?

The Paul Butterfield Blues Band (utwory 3,4,8,9,14):
Skład: Paul Butterfield - wokal i harmonijka; Mike Bloomfield - gitara; Elvin Bishop - gitara; Jerome Arnold - bass; Sam Lay - perkusja i instr. perkusyjne; Mark Naftalin - instr. klawiszowe
Producent: Paul Rothchild i Mark Abramson

Al Kooper (utwór 5):
Skład: Al Kooper - wokal, gitara i instr. klawiszowe; Andy Kulberg - bass; Roy Blumenfeld - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: ?

The Powerhouse (utwory 6,7,10):
Skład: Steve Winwood - wokal; Eric Clapton - gitara; Jack Bruce - bass; Pete York - perkusja i instr. perkusyjne; Paul Jones - harmonijka; Ben Palmer - pianino
Producent: Joe Boyd

Tom Rush (utwór 11):
Skład: Tom Rush - wokal i gitara; Al Kooper - gitara; Bruce Langhorne - gitara; Harvey Brooks - bass;  Bobby Gregg - perkusja i instr. perkusyjne; Roosevelt Gook - pianino
Producent: Mark Abramson


13 lipca 2016

[Recenzja] John Mayall - "Blues from Laurel Canyon" (1968)



John Mayall, znudzony ciągłymi zmianami składu Bluesbreakers, postanowił porzucić ten szyld. "Blues from Laurel Canyon" jest zatem jego drugim albumem solowym. W przeciwieństwie jednak do "Blues Alone", tutaj towarzyszy mu pełny skład - wciąż z Mickiem Taylorem na gitarze, ale też z nową sekcją rytmiczną, basistą Stevem Thompsonem i perkusistą Colinem Allenem. Pod względem muzycznym longplayowi daleko do ascetycznego "Blues Alone", ale także do przebogatego aranżacyjnie "Bare Wires". Mayall znalazł tutaj "złoty środek". Gitara, organy, sekcja rytmiczna i gdzieniegdzie harmonijka - to w zupełności wystarcza, aby zapewnić "pełne" brzmienie.

"Blues from Laurel Canyon" uznawany jest za najbardziej rockowy album Mayalla. I rzeczywiście, dominuje tutaj dynamiczne, zadziorne granie. Dobrą zapowiedzią jest już rozpoczynający całość energetyczny "Vacation", z przykuwającymi uwagę, porywającymi popisami Taylora. Oczywiście, podstawą wciąż są bluesowe patenty. Jednak Mayall prezentuje tutaj dość innowacyjne podejście do tej muzyki. Przede wszystkim jeśli chodzi o strukturę albumu - utwory płynnie przechodzą w kolejne, sprawiając wrażenie jednej długiej kompozycji (właściwie dwóch, bo materiał musiał być podzielony na dwie strony płyty winylowej). To patent charakterystyczny dla rocka progresywnego, na wydawnictwach bluesowych wcześniej niespotykany. Z rockiem progresywnym kojarzy się także finałowa, dziewięciominutowa kompozycja "Fly Tomorrow" - być może najlepsza w całym dorobku Mayalla. Zaczyna się bardzo klimatycznie, a potem cudownie się rozwija. Mick w końcu może w pełni pokazać swoje umiejętności, grając bardzo długą, rewelacyjną solówkę. Organy Johna świetnie dopełniają brzmienie, a sekcja rytmiczna gra jak natchniona.

Pomiędzy dwoma wspomnianymi utworami też dzieje się dużo dobrego. Na szczególne wyróżnienie zasługuje chociażby dynamiczny "Somebody's Acting Like a Child", zbudowany na fantastycznym basowym motywie. Świetnie wypadają tu też partie harmonijki. Swoje umiejętności gry na tym instrumencie Mayall prezentuje także w "Ready to Ride" (który jednak wyróżnia się przede wszystkim wyjątkowo ciężkim gitarowym riffem), natomiast w "Miss James" zachwyca grą na organach. "Long Gone Midnight" to z kolei przede wszystkim popis Taylora, który gra tutaj kolejne wyśmienite solo. Nie można nie wspomnieć o bardzo subtelnym "First Time Alone", opartym wyłącznie na delikatnym akompaniamencie organów i stonowanych partiach gitary. Co ciekawe, w nagraniu tego utworu gościnnie wziął udział były gitarzysta Bluesbreakers, Peter Green. Trochę jednak szkoda, że przypadła mu w udziale akurat ta kompozycja, nie dająca za wiele miejsca do popisu. Całości dopełniają typowe, lecz całkiem przyjemne kawałki bluesrockowe - vide "Walking on Sunset" czy "2401".

Na "Blues from Laurel Canyon" John Mayall intrygująco połączył swoje bluesowe korzenie z bardziej ambitnym podejściem, znanym z nagranego kilka miesięcy wcześniej, eksperymentalnego "Bare Wires".Efekt jest naprawdę bardzo dobry. Longplay w niczym nie ustępuje wydawnictwom Mayalla pod szyldem Bluesbreakers.

Ocena: 8/10



John Mayall - "Blues from Laurel Canyon" (1968)

1. Vacation; 2. Walking on Sunset; 3. Laurel Canyon Home; 4. 2401; 5. Ready to Ride; 6. Medicine Man; 7. Somebody's Acting Like a Child; 8. The Bear; 9. Miss James; 10. First Time Alone; 11. Long Gone Midnight; 12. Fly Tomorrow

Skład: John Mayall - wokal, gitara, instr. klawiszowe, harmonijka; Mick Taylor - gitara; Steve Thompson - bass; Colin Allen - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Peter Green - gitara (10)
Producent: Mike Vernon i John Mayall


11 lipca 2016

[Recenzja] Groundhogs - "Split" (1971)



"Split" to największe osiągnięcie Groundhogs. Zarówno pod względem komercyjnym (5. miejsce na UK Album Chart - a mogło być nawet wyższe, lecz wytłoczono za mało egzemplarzy), jak i - przede wszystkim - artystycznym. Było to możliwe w tamtych czasach, gdy ogromną popularnością cieszyła się muzyka hardrockowa (jeszcze w ambitniejszej formie, przed skomercjalizowaniem jej przez grupy pokroju Aerosmith) i progrockowa. Zawartość "Split" może się podobać wielbicielom obu tych stylów. Brzmienie jest ciężkie, stricte hardrockowe, zaś same kompozycje ambitne i nawet jak na tamte czasy niezbyt radiowe. Dlatego też można uznać, że zespół nie wpasował się w ówczesne trendy w celu zdobycia większej popularności, lecz było to spowodowane chęcią rozwoju, poszukiwania nowych rozwiązań. Sukces przyszedł bez żadnych kompromisów.

Całą pierwszą stronę winylowego wydania wypełniają cztery kompozycje o wspólnym tytule "Split". Pod względem muzycznym nie tworzą one całości - każdy utwór ma swój początek i zakończenie - są za to spójne tekstowo. Tony McPhee nawiązał tutaj do swoich własnych przeżyć, kiedy miał wrażenie, że popada w schizofrenię. Warstwa wokalna jest tu jednak tylko dodatkiem; dominuje granie instrumentalne z porywającymi gitarowymi popisami i intensywną grą sekcji rytmicznej. W utworach sporo się dzieje, mnóstwo w nich świetnych riffów (szczególnie w "Part Two") i ekscytujących solówek, ale nie brakuje też dobrych, wyrazistych melodii. Brzmienie jest cięższe niż na poprzednich albumach, ale zespół zachował rozpoznawalność - McPhee ma swój własny, unikalny styl gry na gitarze. Ciekawie wypada także druga strona albumu. Energetyczny, ciężki "Cherry Red" to najbardziej przebojowy kawałek. Muzycznie utwór jest świetny, ale partia wokalna częściowo śpiewana jest irytującym falsetem. W najkrótszym na płycie "A Year in the Life" muzycy nieco zwalniają tempo i ściszają wzmacniacze, nie jest to jednak typowa ballada. W "Junkman" zespół pokazuje swoje bardziej eksperymentalne oblicze - szczególnie w jego drugiej połowie, składającej się wyłącznie z gitarowych zgrzytów. Na sam koniec muzycy wracają natomiast do swoich korzeni - "Groundhog" to tradycyjny blues, inspirowany utworem "Groundhog's Blues" Johna Lee Hookera, któremu zresztą grupa zawdzięcza swoją nazwę.

"Split" to album trudny do zaszufladkowania. Brzmienie jest stricte hardrockowe, ale podejście muzyków jest bardziej progrockowe, w dodatku czasami przypominają o swoich bluesowych korzeniach. Bez względu jednak na to, jaki to styl, jest to po prostu bardzo dobra muzyka. Zdecydowanie najlepszy longplay w dorobku Groundhogs, może tylko nieznacznie ustępująca ówczesnym dokonaniom rockowej czołówki (choć od części z nich na pewno lepsza). Pozycja absolutnie obowiązkowa.

Ocena: 9/10



Groundhogs - "Split" (1971)

1. Split (Part One); 2. Split (Part Two); 3. Split (Part Three); 4. Split (Part Four); 5. Cherry Red; 6. A Year in the Life; 7. Junkman; 8. Groundhog

Skład: Tony McPhee - wokal i gitara; Peter Cruikshank - bass; Ken Pustelnik - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Tony McPhee


9 lipca 2016

[Recenzja] Ten Years After - "Stonedhenge" (1969)



"Stonedhenge" to najbardziej eklektyczny album Ten Years After. Zespół chętnie w tamtym czasie eksperymentował z jazzem czy psychodelią, co świetnie słychać już w rozpoczynającym longplay "Going to Try". Mimo dość krótkiego czasu trwania, utwór pełen jest zmian nastroju i dynamiki; przeplatają się w nim wpływy różnych stylów. Z drugiej strony utwór posiada także bardzo melodyjną linię wokalną - Alvin Lee daje tutaj naprawdę świetny popis swoich możliwości wokalnych. W warstwie muzycznej najbardziej błyszczy natomiast klawiszowiec Chick Churchill, grający charakterystyczny motyw na pianinie, będący jedynym powracającym fragmentem, a także długie psychodeliczne solo na organach. Innym nietypowym utworem jest ośmiominutowy "No Title", z bardzo eksperymentalną częścią instrumentalną, umieszczoną między klamrą w postaci klimatycznego wstępu i zakończenia, w której znów uwagę przyciąga świetny śpiew Alvin.

Na albumie znalazły się też bardziej konwencjonalne utwory, jak jazzujący blues "Woman Trouble", czy boogie "Hear Me Calling". Jest jeszcze subtelny "A Sad Song", w którym muzycy intrygująco budują napięcie, oraz rozpędzony "Speed Kills", z gitarową solówką Alvina Lee, która potwierdza jego status ówczesnego "najszybszego gitarzysty świata". I to by było na tyle, bowiem pozostałe cztery tytuły to około minutowe miniaturki, w których każdy muzyk po kolei prezentuje swoje umiejętności: "I Can't Live Without Lydia" to klawiszowy popis Chicka Churchilla; w "Skoobly-Oobly-Doobob" wokaliza Alvina Lee naśladuje partię gitary; "Three Blind Mice" to perkusyjna solówka Rica Lee; natomiast "Faro" jest basowym popisem Leo Lyonsa. Niestety żadna z tych miniaturek nie wnosi do albumu niczego ciekawego. Żadnego z tych popisów nie można nazwać porywającym.

"Stonedhenge" to dziwny album. Pokazuje, że muzycy mieli spore ambicje, jednak nie do końca wiedzieli jak je zrealizować. Utwory nie układają się w spójną całość, każdy z nich utrzymany jest w innym stylu. Poszczególne kompozycje (poza miniaturkami) trzymają co najmniej przyzwoity poziom, a niektóre, jak "Going to Try" czy "A Sad Song", znacznie wybijają się ponad średnią. W sumie jest to więc album warty poznania.

Ocena: 7/10



Ten Years After - "Stonedhenge" (1969)

1. Going to Try; 2. I Can't Live Without Lydia; 3. Woman Trouble; 4. Skoobly-Oobly-Doobob; 5. Hear Me Calling; 6. A Sad Song; 7. Three Blind Mice; 8. No Title; 9. Faro; 10. Speed Kills

Skład: Alvin Lee - wokal, gitara, pianino; Leo Lyons - bass; Ric Lee - perkusja i instr. perkusyjne; Chick Churchill - instr. klawiszowe
Producent: Mike Vernon


8 lipca 2016

[Recenzja] Mike Bloomfield, Al Kooper & Stephen Stills - "Super Session" (1968)



Bloomfield, Kooper & Stills to supergrupa, która tak naprawdę nigdy nie istniała. "Trio" nigdy nie pojawiło się razem ani studiu, ani na scenie. To jednak nie było przeszkodą dla działu marketingowego Columbia Records, który postanowił takim szyldem reklamować te nagrania. Nagrania, które tak naprawdę są efektem spontanicznego, dwudniowego jamu. Pomysłodawcami projektu byli Al Kooper i Mike Bloomfield. Obaj grali razem już wcześniej, wspierając Boba Dylana w nagraniu albumu "Highway 61 Revisited". W 1968 obaj postanowili rozstać ze swoimi ówczesnymi zespołami - Kooper z Blood, Sweat & Tears, a Bloomfield z Electric Flag (który stworzył po odejściu z The Butterfield Blues Band). Muzycy zaangażowali basistę Harveya Brooksa (który również brał udział w nagrywaniu "Highway...", zaś później był członkiem Electric Flag), klawiszowca Barry'ego Goldberga (także z Electric Flag), oraz cenionego perkusistę sesyjnego Eddiego Hoha. Następnie wynajęli na dwa dni studio nagraniowe. Pierwszego dnia wszystko szło idealnie, jednak następnego dnia nie zjawił się Bloomfield. Wtedy właśnie Kooper zwrócił się o pomoc do Stephena Stillsa, który akurat nie miał nic do roboty - dopiero co odszedł z Buffalo Springfield, a supergrupy Crosby, Stills & Nash nie było jeszcze nawet w planach.

Album "Super Session" powstał właśnie podczas tych dwóch dni. Pierwszą stronę winylowego wydania wypełniły nagrania z pierwszego dnia, natomiast na drugą stronę trafiły efekty drugiego dnia sesji. Bloomfieldowa część albumu to przede wszystkim instrumentalne bluesowe jamy w średnim lub wolnym tempie, pełne porywających gitarowych solówek i klawiszowych popisów Koopera ("Albert's Shuffle", "Stop", "Really"). Urozmaiceniem są bardziej piosenkowy "Man's Temptation" - soulowy utwór autorstwa Curtisa Mayfielda, w którym pojawia się partia wokalna, a w akompaniamencie dominują dęciaki - a także niemal dziesięciominutowy jazzowy jam "His Holy Modal Majesty" (w podobnym klimacie, co "East-West" The Butterfield Blues Band), w którym wrażenie robią przede wszystkim popisy Bloomfielda i Brooksa. Druga strona albumu to już zupełnie inna muzyka. Znalazły się tutaj kolejne piosenkowe utwory, w postaci psychodelicznych wersji "It Takes a Lot to Laugh, It Takes a Train to Cry" Boba Dylana i "You Don't Love Me" Williego Cobbsa. Nawet rozbudowany do jedenastu minut "Season of the Witch", z repertuaru Donovana, brzmi dość piosenkowo, dopiero pod koniec nabiera bardziej improwizowanego charakteru. Znalazła się tu jeszcze bardzo ładna, jazzująca miniaturka "Harvey's Tune".

"Super Session" to dość dziwna, niespójna mieszanina instrumentalnych jamów i coverów popularnych utworów. Jak na materiał zarejestrowany w ciągu zaledwie dwóch dni w różnych składach, wypada jednak całkiem przyzwoicie. Zresztą trudno byłoby wskazać tutaj jakieś słabsze momenty - jedyną poważną wadą jest brak spójności.

Ocena: 8/10



Mike Bloomfield, Al Kooper & Stephen Stills - "Super Session" (1968)

1. Albert's Shuffle; 2. Stop; 3. Man's Temptation; 4. His Holy Modal Majesty; 5. Really; 6. It Takes a Lot to Laugh, It Takes a Train to Cry; 7. Season of the Witch; 8. You Don't Love Me; 9. Harvey's Tune

Skład: Al Kooper - wokal, instr. klawiszowe, gitara; Mike Bloomfield - gitara (1-5); Stephen Stills - gitara (6-9); Harvey Brooks - bass; Eddie Hoh - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Barry Goldberg - pianino (1,2)
Producent: Al Kooper


6 lipca 2016

[Recenzja] The Aynsley Dunbar Retaliation - "Doctor Dunbar's Prescription" (1968)



Muzycy The Aynsley Dunbar Retaliation na swoim drugim albumie, "Doctor Dunbar's Prescription", sprawiają wrażenie bardziej zgranych. Zaś kompozycje, głównie autorstwa Victora Broxa, są dużo lepsze niż na debiucie. Nie brakuje tutaj porywających energetycznych kawałków - vide "Change Your Low Down Ways", "I Tried", "Call My Woman", "Low Gear Man" czy "Mean Old World". Wszystkie zostały fajnie wzbogacone organowym tłem. O rewelacyjnej grze sekcji rytmicznej nie muszę chyba wspominać, natomiast zaskoczeniem są całkiem udane partie wokalne Broxa i gitarowe popisy Johna Moorsheda - obaj poczynili spore postępy od czasu debiutu. Talent muzyków jeszcze lepiej słychać na przykładzie wolniejszego, choć także dynamicznego i ciężkiego jak na tamte czasy "The Fugitive", opartego na fantastycznym riffie (nieco przypominającym ten ze "Spoonful"). Tradycyjnie nie zabrakło spokojniejszych utworów. Szczególnie interesująco wypadają klimatyczne "Till' Your Lovin' Makes Me Blue" i "Tuesday's Blues", zdominowane przez brzmienie organów, z stonowaną grą sekcji rytmicznej i subtelnymi partiami gitary. Intrygująca jest również przeróbka "Now That I've Lost You" B.B. Kinga, z uwypukloną rolą sekcji rytmicznej. Całości dopełnia akustyczny blues "The Devil Drives", który wypada nieco słabiej od pozostałych utworów.

"Doctor Dunbar's Prescription" to album, dzięki któremu zespół awansował do pierwszej ligi brytyjskiego bluesa. Longplay spokojnie można postawić na równi z ówczesnymi dokonaniami John Mayall's Bluesbreakers, Fleetwood Mac, czy Ten Years After.

Ocena: 8/10



The Aynsley Dunbar Retaliation - "Doctor Dunbar's Prescription" (1968)

1. Change Your Low Down Ways; 2. The Fugitive; 3. Till' Your Lovin' Makes Me Blue; 4. Now That I've Lost You; 5. I Tried; 6. Call My Woman; 7. The Devil Drives; 8. Low Gear Man; 9. Tuesday's Blues; 10. Mean Old World

Skład: Victor Brox - wokal, instr. klawiszowe, gitara, kornet; John Moorshead - gitara; Alex Dmochowski - bass; Aynsley Dunbar - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Ian Samwell


5 lipca 2016

[Recenzja] Gary Moore - "Dirty Fingers" (1983)



Album "Dirty Fingers" zarejestrowany został już w 1981 roku, jednak opublikowano go dopiero dwa lata później. I to tylko w Japonii, gdzie Gary Moore cieszył się największą popularnością. W Europie longplay ujrzał światło dzienne dopiero w 1984 roku. Wydawnictwo jest nietypowe także z innego powodu - to jedyny solowy album Moore'a, na którym ktoś inny pełni rolę głównego wokalisty. Zadanie to powierzono Charliemu Huhnowi, który wcześniej występował na solowych albumach Teda Nugenta. Warto przy okazji wspomnieć o innych muzykach grających na "Dirty Fingers", bo są to istotne postacie ówczesnej sceny hardrockowej: Don Airey, Jimmy Bain (wówczas basista Dio, wcześniej w Rainbow), oraz Tommy Aldridge (który niedługo po tej sesji został perkusistą Ozzy'ego Osbourne'a, a później Whitesnake).

"Dirty Fingers" to najcięższy, najbardziej surowy album Moore'a. Zdecydowanie mniejszą rolę, niż na innych albumach muzyka z lat 80., pełnią tutaj brzmienia klawiszowe. Niepodzielnie królują gitarowe riffy i solówki, podparte mocną grą sekcji rytmicznej. Ostry, krzykliwy wokal Huhna przeważnie brzmi dość irytująco i zbyt sztampowo, co idealnie pasuje do tego typu muzyki. Świetnie słychać to na przykładzie "Nuclear Attack", który Moore nagrał także z Gregiem Lake'iem na jego debiutancki album, wydany w 1981 roku. Tutejsza wersja jest bardziej przekonująca, właśnie ze względu na zadziorny wokal Huhna, który współgra z muzyką, w przeciwieństwie do dostojnego głosu muzyka ELP.

Same kompozycje niestety nie wychodzą poza heavymetalową średnią. Są też one bardzo typowe dla tego stylu. Weźmy taki "Hiroshima" - najbardziej agresywny kawałek z zestawu. Wszystko, a zwłaszcza wokal, riffy i solówki, jest w nim strasznie przerysowane. Paradoksalnie, niezamierzenie wyszła świetna parodia heavy metalu, wytykająca wszystkie wady tego stylu. Ogólnie spora cześć albumu sprawie wrażenie takiej karykatury. Dużo tutaj zwykłej sztampy (podmetalizowany rock and roll "Really Gonna Rock Tonight", czy banalny "Kidnapped" - choć w tym drugim broni się świetna linia wokalna w zwrotkach), nie brakuje też ckliwej ballady ("Rest in Peace", wyjątkowo zaśpiewany przez samego Moore'a). Jest też tytułowa miniaturka, czyli bezcelowa popisówka w stylu "Eruption" Van Halen. Ale pomiędzy tym wszystkim trafia się kilka całkiem niezłych utworów, w których udało się połączyć ciężar i melodyjność, a zarazem uniknąć popadania w przesadną sztampowość - do nich należy chociażby  wspomniany "Nuclear Attack", a także "Bad News", "Run to Your Mama" i najlepszy z nich wszystkich "Don't Let Me Be Misunderstood" - fajna, zaostrzona wersja przeboju Niny Simone, znanego też z wersji The Animals.

"Dirty Fingers" to kolejne potwierdzenie, że Gary Moore nie odnajdywał się dobrze w takiej muzyce. Granie jej wyraźnie nie sprawiało mu przyjemności, dlatego też nie przykładał się szczególnie do pracy. Kompozycje bazują na utartych schematach, riffy są mało nośne, a solówki niezbyt wyraziste, polegające głównie na umieszczaniu w nich jak największej liczby dźwięków w jak najkrótszym czasie. Pozostali instrumentaliści tez po prostu robią swoje - wypełniają tło. Jedynie wokale Charliego Huhna sprawiają wrażenie, jakby mu na czymkolwiek zależało. Stara się jak może, ale jego sposób śpiewania tylko pogłębia stereotypowość tego materiału. Kilka utworów wypada jednak całkiem przyzwoicie, więc przesłuchanie "Dirty Fingers" nie jest kompletną stratą czasu.

Ocena: 6/10



Gary Moore - "Dirty Fingers" (1983)

1. Hiroshima; 2. Dirty Fingers; 3. Bad News; 4. Don't Let Me Be Misunderstood; 5. Run to Your Mama; 6. Nuclear Attack; 7. Kidnapped; 8. Really Gonna Rock Tonight; 9. Lonely Nights; 10. Rest in Peace

Skład: Gary Moore - gitara i wokal; Charlie Huhn - wokal; Jimmy Bain - bass; Tommy Aldridge - perkusja i instr. perkusyjne; Don Airey - instr. klawiszowe
Producent: Chris Tsangarides i Gary Moore


[Recenzja] Greg Lake - "Manoeuvres" (1983)



"Manoeuvres" - drugi, i jak dotąd ostatni, solowy album Grega Lake'a - to album nieco bardziej spójny od debiutu. Elementy hard rockowe, jeśli już się pojawiają, to tylko jako dodatek do zmiękczonych klawiszami, poprockowych piosenek w stylu grupy Toto. Lake i wspomagający go często jako współkompozytor Gary Moore bynajmniej nie kryją się ze swoimi inspiracjami. Co ewidentnie udowadnia już rozpoczynający całość utwór tytułowy, oparty na riffie podprowadzonym z "English Eyes" amerykańskiej grupy. Moore nie próbuje choćby lekko go zmienić, gra nuta w nutę to samo. Inne utwory utrzymane w tym stylu to "Too Young to Love", "Paralysed", czy strasznie banalny "I Don't Wanna Lose Your Love Tonight".

Reszta albumu ma bardziej balladowy charakter. Kompletnym nieporozumieniem jest "Famous Last Words" z dominującą rolą tandetnych, obleśnie brzmiących syntezatorów. Esencja ejtisowego kiczu. A na przeciwnym biegunie mieszczą się naprawdę udane "Slave to Love" czy - przede wszystkim - "I Don't Know Why I Still Love You". Album zawiera też niespodziankę w postaci utworu "It's You, You Gotta Believe", który za sprawą brzmienia, melodii i bardziej progresywnej struktury kojarzy się z twórczością Emerson, Lake & Palmer z najlepszego okresu (czterech pierwszych albumów). Tommy Eyre i Ted McKenna całkiem przekonująco wcielają się w rolę Keitha Emersona i Carla Palmera. To zdecydowanie jeden z najlepszych i najpiękniejszych - obok "I Don't Know..." i wydanego na debiucie "It Hurts" - solowych utworów Grega Lake'a. I właśnie do takich utworów głos muzyka najlepiej pasuje. Do grania w stylu Toto - ani trochę.

"Manoeuvres" to dziwny album. Najwięcej dla siebie znajdą na nim chyba wielbiciele Toto - problem w tym, że amerykańskiej grupie takie granie wychodzi dużo lepiej. W wydaniu Lake'a jest to tylko pozbawiona oryginalności i świeżych pomysłów podróbka. Utwór "It's You, You Gotta Believe" pokazuje natomiast, że byłoby o wiele lepiej, gdyby Greg nie próbował odcinać się od stylu ELP, tylko grał taką właśnie muzykę, najlepiej korelującą z jego głosem.

Ocena: 6/10



Greg Lake - "Manoeuvres" (1983)

1. Manoeuvres; 2. Too Young to Love; 3. Paralysed; 4. A Woman Like You; 5. I Don't Wanna Lose Your Love Tonight; 6. It's You, You Gotta Believe; 7. Famous Last Words; 8. Slave to Love; 9. Haunted; 10. I Don't Know Why I Still Love You

Skład: Greg Lake - wokal i gitara; Gary Moore - gitara; Tristian Margetts - bass; Ted McKenna - perkusja i instr. perkusyjne; Tommy Eyre - instr. klawiszowe
Producent: Greg Lake


4 lipca 2016

[Recenzja] Groundhogs - "Thank Christ for the Bomb" (1970)



Już na poprzednim albumie, "Blues Obituary", pojawiły się utwory, w których muzycy Groundhogs zaprezentowali swój własny, oryginalny styl i rozpoznawalne brzmienie. "Thank Christ for the Bomb" już całkowicie wypełniony jest takimi właśnie kompozycjami. Zespół całkiem zrezygnował z powielania bluesrockowych patentów, zastępując je swoją własną wersją hard rocka. To głównie zasługa Tony'ego McPhee, który nie tylko posiada rozpoznawalną barwę głosu i takiż styl gry na gitarze, ale również komponuje w bardzo charakterystyczny sposób. Sam też, po raz kolejny, podjął się roli producenta (za konsoletą, jako inżynier dźwięku, wsparł go sam Martin Birch).

Rozpoczynający album "Strange Town" łączy przebojowe zwrotki oparte na bujającym riffowaniu z ciekawymi instrumentalnymi zwolnieniami, zastępującymi tutaj tradycyjny refren. W utworze pojawiają się aż trzy porywające solówki gitarowe. "Darkness Is No Friend" i "Soldier" mają bardziej konwencjonalną strukturę, jednak pod względem przebojowości i jakości gitarowych popisów nie ustępują pierwszemu utworowi. Bardziej nietypowo wypada utwór tytułowy - najdłuższy na albumie, składający się z dwóch odrębnych części. Pierwsza to po prostu melodyjna piosenka z akompaniamentem jedynie gitary akustycznej. Druga część jest w pełni instrumentalna, z początku słychać tylko sekcję rytmiczną, do której wkrótce dołącza Tony McPhee, stopniowo nadając utworowi coraz większej intensywności i bardziej eksperymentalnego charakteru.

Druga strona albumu wypada równie ciekawie. Solidną dawkę energii przynoszą "Ship on the Ocean", w którym pojawia się kolejne świetne solo gitarowe, oraz oparty na bardzo gęstej grze sekcji rytmicznej "Eccentric Man". "Garden" i "Status People" zbudowane są natomiast na kontraście wolnych zwrotek z czadowymi refrenami; pierwszy z nich utrzymany jest w dość mrocznym klimacie, drugi wyróżnia się natomiast pierwszoplanową rolą basu. Moim zdecydowanym faworytem jest jednak "Rich Man, Poor Man", z cholernie chwytliwą linią melodyczną, rewelacyjnymi partiami gitary, świetnymi kontrastami dynamicznymi i fantastycznie napędzającą utwór pulsującą partią basu. Wszystko to już było w innych utworach, ale tutaj osiągnęło najwyższy poziom. Utwór pod każdym względem jest wprost idealny, wszystko w nim doskonale współgra. Opus magnum Groundhogs.

"Thank Christ for the Bomb" był pierwszym komercyjnym sukcesem grupy (doszedł do 9. miejsca UK Albums Chart). Zupełnie zasłużenie. Szkoda tylko, że z czasem pamięć o zespole coraz bardziej się zacierała i dziś jest znany tylko nielicznym. Warto jednak sięgnąć po twórczość Groundhogs, a ten album jest chyba najlepszą opcją na start.

Ocena: 9/10



Groundhogs - "Thank Christ for the Bomb" (1970)

1. Strange Town; 2. Darkness Is No Friend; 3. Soldier; 4. Thank Christ for the Bomb; 5. Ship on the Ocean; 6. Garden; 7. Status People; 8. Rich Man, Poor Man; 9. Eccentric Man

Skład: Tony McPhee - wokal i gitara; Peter Cruickshank - bass; Ken Pustelnik - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Tony McPhee


2 lipca 2016

[Recenzja] Ten Years After - "Undead" (1968)



Muzycy Ten Years After bardzo wcześnie zdecydowali się na wydanie pierwszego albumu koncertowego - mniej niż rok po studyjnym debiucie. Na szczęście znalazł się tutaj zupełnie inny materiał, niepowtarzający się ani z pierwszym, ani kolejnymi studyjnymi longplayami grupy. Nagrań dokonano 16 maja 1968 roku w małym londyńskim klubie jazzowym Klooks Kleek. Miejsce bynajmniej nie było przypadkowe, bo choć zespół kojarzony jest przede wszystkim z blues rockiem, w początkach kariery muzycy inspirowali się także jazzem. Nieśmiało dali temu wyraz na debiucie (miniaturka "Adventures of a Young Organ"), a w pełni potwierdzili właśnie na "Undead". Całą pierwszą stronę winylowego wydania wypełniają dwie rozbudowane jazzrockowe kompozycje. Najpierw rozbrzmiewa dziesięciominutowy "I May Be Wrong, But I Won't Be Wrong Always", a następnie niewiele krótsza wersja "Woodchopper's Ball" z repertuaru amerykańskiego jazzmana Woody'ego Hermana. Oba opierają się na typowo jazzowej grze sekcji rytmicznej, stanowiącej akompaniament dla świetnych popisów instrumentalnych - błyszczy w nich przede wszystkim Alvin Lee, grający długie i skomplikowane solówki, choć Chick Churchill i Leo Lyons też dostają czas na zaprezentowanie swoich umiejętności.

Druga strona albumu nie robi już tak wielkiego wrażenia. Wolna ballada bluesowa "Spider in My Web" (pochodzący ze strony B debiutanckiego singla grypy, "Rock Your Mama") wypada bardzo stereotypowo, schematycznie. Oczywiście, przyjemnie się jej słucha, a solówki Alvina są jak zwykle porywające, ale nie wyróżnia się ona niczym szczególnym przy niezliczonej ilości podobnych utworów. Całkiem ciekawie wypada instrumentalne podejście do arii "Summertime" George'a Gershwina, ale niestety jest to tylko krótki wstęp do "Shantung Cabbage", czyli perkusyjnej solówki Rica Lee, która kompletnie nie robi na mnie wrażenia, a wręcz nuży (zresztą jak większość perkusyjnych solówek). Całości dopełnia natomiast jeden z najbardziej znanych utworów grupy, czyli "I'm Going Home" (którego wersja studyjna została niemal równolegle wydana na singlu). Brawurowe wykonanie tego utworu rok później na festiwalu Woodstock znacznie zwiększyło zainteresowanie grupą, a Alvin Lee został okrzyknięty "najszybszym gitarzystą świata". W tutejszej wersji jego solówki są krótsze (całe wykonanie trwa kilka minut mniej), ale także ekscytujące. Sama kompozycja jest jednak dość miałka - to prosty, bardzo typowy rock and roll.

"Undead" to w sumie całkiem ciekawe wydawnictwo, z którym na pewno warto się zapoznać. Poziom jest co prawda nierówny, jednak muzycy zasługują na pochwałę za to, że zaprezentowali tu wyłącznie niealbumowe utwory. Choć z drugiej strony jeden czy dwa dobrze wybrane utwory z debiutu mogłyby podnieść poziom tej koncertówki*.

Ocena: 8/10

* Na reedycjach albumu znalazły się ciekawe wykonania "Spoonful" (nieco cięższe od wersji studyjnej) i "I Can't Keep from Cryin' Sometimes" (który za sprawą długich, porywających improwizacji rozrósł się do ponad siedemnastu minut). Pozostałe bonusy to wspominany "Rock Tour Mama" - niewyróżniający się niczym szczególnym rock and rollowy kawałek - oraz "Standing at the Crossroads", czyli przeróbka "Cross Road Blues" Roberta Johnsona (niestety nie tak porywająca, jak wersja Cream). Wszystkie bonusy zostały zarejestrowane podczas tego samego występu.



Ten Years After - "Undead" (1968)

1. I May Be Wrong, But I Won't Be Wrong Always; 2. Woodchopper's Ball; 3. Spider in My Web; 4. Summertime / Shantung Cabbage; 5. I'm Going Home

Skład: Alvin Lee - wokal i gitara; Leo Lyons - bass; Ric Lee - perkusja i instr. perkusyjne; Chick Churchill - instr. klawiszowe
Producent: Mike Vernon


1 lipca 2016

[Recenzja] Mike Vernon - "Bring It Back Home" (1971)



Mike Vernon to bardzo ważna postać na scenie brytyjskiego bluesa. Miał znaczący wpływ na czołowych przedstawicieli tego nurtu. Jako producent (związany zarówno z Decca Records, jak i własną wytwórnią Blue Horizon) wspierał takich wykonawców, jak John Mayall, Savoy Brown, Ten Years After, Chicken Shack, Fleetwood Mac, czy The Aynsley Dunbar Retaliation, prowadząc ich do pierwszych sukcesów. Miał też okazję współpracować ze słynnymi amerykańskimi bluesmanami, jak Otis Spann, Willie Dixon, lub Freddie King. Warto jednak dodać, że wspomagał nie tylko bluesowych i bluesrockowych wykonawców - produkował też wczesne albumy Davida Bowiego i holenderskiej grupy Focus.

W 1971 roku Vernon postanowił spróbować swoich sił także po drugiej stronie konsolety, jako muzyk. "Bring It Back Home" to jego debiutancki album, na którym próbuje swoich sił jako wokalista, gitarzysta rytmiczny, basista i kompozytor (większość utworów jest jego autorstwa, kilka to covery). Stylistycznie utrzymany jest oczywiście w klimatach bluesowych. Niestety, kiepsko pasuje do takiego grania cienki, delikatny głos Vernona. Sprowadza on do przeciętności wszystkie utwory, w których się pojawia. I sytuacji nie ratuje nawet udział tak wyśmienitych muzyków, jak Rory Gallagher (w sztampowym rock and rollu "Come Back Baby") i Paul Kossoff z Free (w energetycznym bluesie "My Say Blues"), mimo że obaj jak zwykle czarują swoimi solówkami. Nic dziwnego, że najlepiej wypada jedyny instrumentalny utwór, "Brown Alligator". Zresztą nie tylko dzięki braku partii wokalnej - jako jedyny wychodzi poza bluesowe/rock and rollowe schematy. To niemal dwunastominutowy jam o jazzrockowym charakterze, oparty na transowej partii basu Vernona, z fantastycznymi popisami gitarowymi Ricka Haywarda, które w pewnym momencie ustępują miejsca rewelacyjnej partii saksofonu w wykonaniu Dicka Parry'ego (najbardziej znanego ze współpracy z Pink Floyd). Świetny kawałek, będący wystarczającym powodem, aby sięgnąć po ten album.

Zasług Mike'a Vernona jako producenta nie można przecenić, jednak jako muzyk nie miał wiele do zaoferowania. Może gdyby cały album składał się z instrumentalnego jazz rocka, ogólne wrażenie byłoby lepsze. Niestety, zdecydowana większość "Bring It Back Home" to bardzo średni blues rock, z niepasującym do tego stylu śpiewem. Jedynie "Brown Alligator" podnosi nieco poziom.

Ocena: 6/10



Mike Vernon - "Bring It Back Home" (1971)

1. Let's Try It Again; 2. Move Away; 3. Mississippi Joe; 4. Brown Alligator; 5. Come Back Baby; 6. War Pains; 7. Dark Road Blues; 8. (She Said) She Didn't Have Time; 9. Ain't That Lovin' You Baby; 10. My Say Blues

Skład: Mike Vernon - wokal, gitara i bass; Rick Hayward - gitara; Kenny Lamb - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Pete Wingfield - instr. klawiszowe (1,6,9); Dick Parry - saksofon (4,8); Rory Gallagher - gitara (5); Laurie Garmon - harmonijka (8,9); Paul Kossoff - gitara (10)
Producent: Mike Vernon