15 czerwca 2016

[Recenzja] John Mayall - "The Blues Alone" (1967)



John Mayall zwykł współpracować z najlepszymi instrumentalistami. Ten album nagrał jednak niemal bez pomocy innych muzyków. Jedynie w ośmiu utworach towarzyszy mu perkusista Keef Hartley. Mayall sam zagrał na wszystkich pozostałych instrumentach, a w dwóch utworach także na perkusji; odpowiada też za wszystkie partie wokalne. Na repertuar złożyły się zaś wyłącznie utwory jego autorstwa, co było bezprecedensową sytuacją w jego dyskografii. A skąd w ogóle pomysł na taki właśnie album? Wydawca chciał w tamtym czasie opublikować składankę najpopularniejszych utworów Mayalla. Muzykowi pomysł się nie spodobał i w zamian zaproponował nagranie nowego materiału na własny koszt. Bez budżetowego wsparcia wytwórni trzeba było jednak maksymalnie przyciąć koszty. Poza Hartleyem na listę płac załapał się jeszcze sprawdzony producent Mike Vernon (nawiasem mówiąc, człowiek, którego zasługi dla brytyjskiego bluesa można by długo wymieniać), oraz inżynierowie dźwięku.

"The Blues Alone" w porównaniu z wcześniejszymi dziełami Mayalla, to album bardziej wyciszony, momentami wręcz surowy. Akompaniament stanowią głównie akustyczne instrumenty - gitara, pianino i harmonijka, wsparte przeważnie wycofanymi w miksie perkusją i elektrycznym basem. Na dłuższą metę te jednolite aranżacje zaczynają nieco męczyć. Brakuje też tutaj tego, co zawsze było największą ozdobą albumów Johna - porywających solówek gitarowych. Choć w sumie dobrze, że Mayall był świadomy, że nie jest tak dobrym gitarzystą, jak Eric Clapton, Peter Green i Mick Taylor, i nie próbował grać czegoś ponad swoje umiejętności. Nie brakuje tutaj natomiast świetnych popisów na harmonijce - szczególnie w instrumentalnym "Harp Man", w którym ponadto pojawia się fantastyczna, wyraźna partia basu i ozdobniki grane na czeleście. W drugim instrumentalu, "Marsha's Mood", muzyk prezentuje natomiast swój talent do gry na pianinie. Z wokalnych utworów warto wyróżnić natomiast takie kompozycje, jak dynamiczny "Brown Sugar" (nie mający nic wspólnego z późniejszym przebojem The Rolling Stones, poza tytułową metaforą), wyjątkowo jak na ten album ciężki "Don't Kick Me" (jedyny, w którym pojawia się gitara elektryczna), wolny blues "Cancelling Out", a także bardzo ładną balladę "Broken Wings". W tych trzech ostatnich instrumentarium zostało poszerzone o organy, dzięki czemu nie brzmią tak surowo (żeby nie powiedzieć niskobudżetowo), jak pozostałe kawałki.

Pomysł na nagranie "The Blues Alone" narodził się spontanicznie i równie spontaniczna była sama sesja nagraniowa, trwająca ledwie jeden dzień. I to słychać w tych nagraniach, z których nie wszystkie są dopracowane, część brzmi po prostu jak demówki, lub szkielet utworów, do którego jeszcze nie wszyscy instrumentaliści dodali swoje partie. Najlepiej wypadają tutaj te bardziej dopracowane utwory, które jednak stanowią mniej niż połowę całości. Warto posłuchać tego albumu, ale nie jest to kanoniczna pozycja, jak poprzednie studyjne wydawnictwa Johna Mayalla.

Ocena: 6/10



John Mayall - "The Blues Alone" (1967)

1. Brand New Start; 2. Please Don't Tell; 3. Down the Line; 4. Sonny Boy Blow; 5. Marsha's Mood; 6. No More Tears; 7. Catch That Train; 8. Cancelling Out; 9. Harp Man; 10. Brown Sugar; 11. Broken Wings; 12. Don't Kick Me

Skład: John Mayall - wokal, gitara, bass, harmonijka, instr. klawiszowe, perkusja (1,5); Keef Hartley - perkusja (2,4,6,8-12)
Producent: John Mayall i Mike Vernon


Brak komentarzy

Prześlij komentarz

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.