20 czerwca 2016

[Recenzja] Groundhogs - "Scratching the Surface" (1968)



Podobnie jak większość brytyjskich zespołów utworzonych w połowie lat 60., Groundhogs zaczynał karierę od grania muzyki stricte bluesrockowej. Debiutancki album zespołu, "Scratching the Surface", składa się z dynamicznych, rockowych wersji standardów bluesowych, oraz własnych utworów utrzymanych w takim samym klimacie. Jednak w przeciwieństwie do debiutów większości bluesrockowych grup, tutaj dominują autorskie kompozycje, podpisane przez Tony'ego McPhee, wokalistę i gitarzystę zespołu. Wyjątek stanowią trzy utwory: "Still a Fool" Muddy'ego Watersa, "Early in the Morning" Johna Lee Williamsona, oraz "You Don't Love Me" Williego Cobbsa. Pod każdym innym względem jest to bardzo typowy longplay dla tego stylu. Wszystko zagrane jest bardzo sprawnie, nie brakuje tutaj porywających solówek gitarowych (np. w "Rockin' Chair", "Walking Blues", "No More Doggin'", "Man Trouble"), sporo też fajnych partii harmonijki Steve'a Rye'a (znów "Rockin' Chair", a także np. "Still a Fool"). Brakuje jednak czegoś, co wyróżniałoby ten longplay na tle dziesiątek innych wydanych w tamtym czasie i utrzymanych w tej stylistyce. Dopiero na kolejnych albumach zespół zaczął wychodzić poza ramy stylu. A "Scratching the Surface" to tylko (i aż) poprawne bluesrockowe wydawnictwo.

Ocena: 7/10



Groundhogs - "Scratching the Surface" (1968)

1. Rocking Chair; 2. Early in the Morning; 3. Waking Blues; 4. Married Men; 5. No More Doggin'; 6. Man Trouble; 7. Come Back Baby; 8. You Don't Love Me; 9. Still a Fool

Skład: Tony McPhee - wokal i gitara; Steve Rye - wokal i harmonijka; Peter Cruickshank - bass; Ken Pustelnik - perkusja
Producent: Mike Batt


2 komentarze:

  1. Dorzuciłbym do Twej "siódemeczki" – jeszcze chociaż "jedyneczkę", aby podnieść nieco notę. Pozwolisz ? Dzięki.. Groundhogs bardzo lubię i cenię nade wszystko za wspaniale surowe brzmienie, któremu byli wierni przez lata. Faktem jest, iż z biegiem czasu nieco - delikatnie rzecz ujmując - wychyli się poza blues'owe ramy, co wszak uczyniło ŚWISTAKI unikalną kapelą po dzień dzisiejszy. I chwała im za to. Nie upodobnili się do innych grup - byli i są rozpoznawalni po pierwszych tak charakterystycznych surowych tonach. Melodyjki z pierwszych 5-6 płyt brzmią świetnie i świeżo - pomimo upływu lat. Fajnie, że odkurzyłeś Tony'ego & Company. Tak trzymaj. A tak nie na temat. Ponownie kusisz widokiem VALENTYNY (to ja oceniłem ją na 11/10 i skomentowałem - jeszcze jako "Anonimowy") i zagoniłeś mnie do kolejnego (po raz n-ty) jej "przeżycia" . Ponownie tete-a-tete. Eh, który to już raz !? Niezmiennie od dziesięcioleci zachwycająca. Jest w tej płycie coś magicznego - czy tylko "ja tak mam" ? Zaraz po VALENTYNIE, ŚWISTACZKI, a co ! Niech mają też swój dzień. A może dwa…

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ta "siódemeczka" to tylko moja subiektywna ocena, która w żadnym wypadku nie jest próbą obiektywnej oceny tego albumu. Im więcej znam albumów w danym stylu, tym bardziej surowo oceniam kolejne, jeśli niczym mnie nie zaskoczą. Z rok temu byłoby tu może 8/10 ;)

      A "Valentyne Suite" Colosseum jest w tym tygodniu "Albumem tygodnia", ponieważ od kilku dni jestem szczęśliwym posiadaczem tego longplaya ;)

      Usuń