7 czerwca 2016

[Recenzja] Gary Moore - "Back on the Streets" (1978)



Gary Moore to bez wątpienia jeden z najbardziej popularnych gitarzystów rockowych. Do niedawna jednak jego twórczość znałem bardzo wybiórczo - głównie pojedyncze utwory, dwa czy trzy całe albumy, oraz oczywiście wszystko, co nagrał z Thin Lizzy (czyli utwór "Still in Love with You" i album "Black Rose"). Ostatnio jednak postanowiłem nadrobić zaległości i zagłębić się w jego dyskografię. Pierwszy solowy album, "Grinding Stone" (sygnowany szyldem The Gary Moore Band), wydał w 1973 roku, tuż po rozpadzie swojej pierwszej grupy, Skid Row. Jego zawartość można streścić w kilku słowach - toporny blues rock uzupełniony niezbyt udanymi eksperymentami z jazz rockiem. Po jego wydaniu, Moore poświęcił się współpracy z innymi wykonawcami - zaliczył krótki epizod w Thin Lizzy, dłuższy w Colosseum II, a potem jeszcze raz na krótko wrócił do Thin Lizzy. Jeszcze jako członek tego zespołu, zanim opuścił go na dobre, nagrał drugi album sygnowany własnym nazwiskiem.

"Back on the Streets" jest bardziej dojrzały i przemyślany od poprzednika, przede wszystkim pod względem kompozytorskim. Co ciekawe, longplay został nagrany w dwóch różnych składach. W trzech utworach irlandzkiemu gitarzyście towarzyszą muzycy Thin Lizzy - śpiewający basista Phil Lynott i perkusista Brian Downey; zaś w pięciu pozostałych - basista John Mole i klawiszowiec Don Airey, z którymi Moore grał w Colosseum II, oraz słynny perkusista sesyjny Simon Philips. Pierwszy z tych składów podpisał się pod dwoma najlepszymi utworami. Pierwszy z nich to kompozycja "Don't Believe a Word", pochodząca z repertuaru - a jakże! - Thin Lizzy. Ciężko jednak rozpoznać, że to ten sam utwór. Z energetycznego kawałka z porywającymi gitarowymi unisonami, otrzymujemy nie mniej porywający, wolny blues. W takiej zresztą aranżacji Phil Lynott chciał nagrać ten utwór na album "Johnny the Fox", jednak nie spodobała się ona pozostałym muzykom. Świetnie wypada tu wokalny duet Lynotta i Moore'a, oraz głęboka partia basu pierwszego z nich i solówki drugiego. Największą perłą jest jednak finałowy "Parisienne Walkways", utrzymany w podobnym, balladowo-bluesowym klimacie. Przepiękna melodia, fantastycznie zaśpiewana przez Lynotta i wzbogacona wspaniałymi solówkami Moore'a. To taki utwór, który nikogo nie może pozostawić obojętnym.

Reszta albumu niestety nie prezentuje się już tak wyjątkowo. Weźmy chociażby ostatni z utworów nagranych z Lynottem i Downyem, "Fanatical Fascists" - przeciętny hardrockowy kawałek, z kiepską partią wokalną Moore'a i nawet nie zawierający żadnej solówki. Z utworów nagranych przez drugi skład, najlepsze wrażenie robi otwieracz albumu, "Back on the Street". To ciężki, ale również bardzo energetyczny i naprawdę chwytliwy kawałek. Jego całkowitym przeciwieństwem jest mdły "Song for Donna", nie mający uroku i znamion geniuszu dwóch pozostałych ballad. Całości dopełniają trzy instrumentalne kompozycje - "Flight of the Snow Moose", "Hurricane" i "What Would You Rather Bee or a Wasp" - w których Moore udaje się w rejony eksplorowane wcześniej w jazzrockowym Colosseum II. Niestety, nie jest to zbyt udany jazz rock. Mimo, że muzykom nie można odmówić talentu i umiejętności, to jednak nie były one wystarczające do tego typu grania. Nie wspominając już o tym, że te utwory kompletnie nie przegryzają się z resztą albumu.

"Back on the Street" to w rezultacie bardzo niespójny album, dobitnie świadczący o niezdecydowaniu Gary'ego Moore'a jaki kierunek powinna obrać jego solowa kariera. Jest tu i hard rock, i blues, i jazz rock, a brak jakiegoś wspólnego mianownika. Poza dwiema wspaniałymi balladami i dynamicznym otwieraczem, longplay nie ma wiele dobrego do zaoferowania.

Ocena: 6/10



Gary Moore - "Back on the Street" (1978)

1. Back on the Streets; 2. Don't Believe a Word; 3. Fanatical Fascists; 4. Flight of the Snow Moose; 5. Hurricane; 6. Song for Donna; 7. What Would You Rather Bee or a Wasp; 8. Parisienne Walkways

Skład: Gary Moore - wokal i gitara, bass (1), akordeon (8), syntezator (8); Phil Lynott - wokal (2,8), bass (2,3,8), gitara (3), kontrabas (8), dodatkowy wokal (1,3); John Mole - bass (4-7); Simon Phillips - perkusja i instr. perkusyjne (1,4-7); Brian Downey - perkusja i instr. perkusyjne (2,3,8); Don Airey - instr. klawiszowe (1,4-7)
Producent: Chris Tsangarides i Gary Moore


4 komentarze:

  1. Niestety Gary M. był tylko zwykłym grajkiem, a już usilne kreowanie - przez niektórych - jego postaci na blues'mana to horrendalny żart.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cóż, mogę się zgodzić, że w okresie hard rockowym / heavy metalowym (trwającym od tego albumu do "After the War"), Moore rzeczywiście nie prezentował najlepszego poziomu, ani jako gitarzysta, ani kompozytor (choć w balladach był dobry). Po prostu grał wtedy to, co akurat było w świecie rocka modne. Wszystko było obliczone na łatwy sukces. Na "Still Got the Blues" pokazał się jednak od lepszej strony. Słychać, że to jest muzyka, którą zawsze chciał grać i wychodzi mu to naprawdę dobrze. Nawet jeśli nie jest to poziom jego mistrzów.

      Usuń
  2. Czemu pominąłeś"Grinding Stone" ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Napisałem w powyższej recenzji co myślę o tym albumie. Na więcej według mnie nie zasługuje ;)

      Usuń