29 czerwca 2016

[Recenzja] John Mayall's Bluesbreakers - "Bare Wires" (1968)



"Bare Wires" to powrót Johna Mayalla do szyldu Bluesbreakers i nagrywania z pełnym składem. Tym razem podczas sesji towarzyszył mu sprawdzony Mick Taylor, oraz kilka nowych "nabytków", jak perkusista Jon Hiseman, basista Tony Reeves i saksofonista Dick Heckstall-Smith, czyli późniejsi założyciele Colosseum. Prawdopodobnie właśnie nagrywanie z tymi muzykami - mającymi jazzowe, a nie bluesowe korzenie - spowodowało, że "Bare Wires" to album bardziej różnorodny od poprzednich dzieł Mayalla. Blues i blues rock są tutaj tylko jednymi z wielu elementów składowych, do których należą również jazz, folk, a nawet funk.

Całą pierwszą stronę winylowego wydania wypełnia ponad dwudziestominutowa "Bare Wires Suite". Nie jest to jednak jedna długa kompozycja, a cykl siedmiu luźno powiązanych utworów, z których większość posiada własny początek i zakończenie (mimo tego, na kompaktowych wydaniach umieszczane są na jednej ścieżce). Wszystkie są też wyraźnie odrębne stylistycznie. Zaczyna się od stonowanych "Bare Wires" i "Where Did I Belong" - pierwszy z nich opiera się wyłącznie na akompaniamencie organów, drugi gitary akustycznej i skrzypiec. Rozbrzmiewający tuż po nich "I Started Walking" to dla odmiany energetyczny, ostry kawałek bluesrockowy. W "Open Up a New Door" jest wciąż dynamicznie, ale klimat robi się bardziej jazzowy za sprawą partii dęciaków. "Fire" to najdziwniejszy fragment albumu - senny klimat tworzony przez wokal, klawisze i harmonijkę, zestawiony jest z nerwową, hałaśliwą partią perkusji. "I Know Now" to po prostu ładny, piosenkowy utwór ze zgrabną melodią i pierwszoplanową rolą organów; John gra tu też solówkę na klawesynie. Na pojawia się jeszcze dynamiczny "Look in the Mirror", w którym znów pobrzmiewają wpływy jazzowe, za sprawą partii perkusji oraz solówek na basie i saksofonie.

Utwory z drugiej strony (zatytułowanej "Another Side") również są bardzo zróżnicowane. Jest tu blues (wolne, wzbogacone dęciakami "I'm a Stranger" i "Killing Time"), jest wspomniany we wstępie funk (zadziorny "No Replay"), nie brakuje jazz rocka (dynamiczny "She's Too Young"), ani folku ("Sandy"). Całości dopełnia świetny, jazzowo-bluesowo-rockowy instrumental "Hartley Quits", w którym błyszczy przede wszystkim Mick Taylor, przez całą jego długość grający porywające gitarowe solo.

"Blues Wires" to album inny od poprzednich dzieł Johna Mayalla, bardziej otwarty na inne style, nie tak hermetycznie bluesrockowy. Rezultat jest bardzo intrygujący. Nawet jeśli momentami można odnieść wrażenie, że słucha się nie albumu Mayalla, lecz Colosseum. Bo takie utwory, jak "Open Up a New Door", "Look in the Mirror", czy "She's Too Young" to już więcej niż zalążek stylu tej grupy, która powstała wkrótce po wydaniu tego longplaya - Reeves, Hiseman i Heckstall-Smith okazali się kolejnymi muzykami, którzy nie zagrzali długo miejsca w grupie Mayalla.

Ocena: 8/10



John Mayall's Bluesbreakers - "Bare Wires" (1968)

Bare Wires Suite: 1. Bare Wires; 2. Where Did I Belong; 3. I Started Walking; 4. Open Up a New Door; 5. Fire; 6. I Know Now; 7. Look In The Mirror; Another Side: 8. I'm a Stranger; 9. No Reply; 10. Hartley Quits; 11. Killing Time; 12. She's Too Young; 13. Sandy

Skład: John Mayall - wokal, harmonijka, instr. klawiszowe, gitara; Mick Taylor - gitara; Tony Reeves - bass, kontrabas; Jon Hiseman - perkusja i instr. perkusyjne; Dick Heckstall-Smith - saksofon; Chris Mercer - saksofon; Henry Lowther - kornet, skrzypce
Producent: Mike Vernon i John Mayall


28 czerwca 2016

[Recenzja] Gary Moore - "Victims of the Future" (1983)



"Victims of the Future" to kolejny, po "Corridors of Power", krok ku bardziej zmetalizowanemu brzmieniu. Gary Moore nie odnajdywał się jednak w tej stylistyce najlepiej. Sam po latach krytykował ten okres swojej twórczości. Wszystkie te cięższe, szybsze kawałki wydają mi się raczej beznadziejne - mówił w jednym z wywiadów przeprowadzonych w latach 90. Cóż, słuchając tego albumu całkowicie się z nim zgadzam. Odnoszę wrażenie, że Moore grał taką muzykę wyłącznie z czystego koniunkturalizmu - bo była w tamtym czasie bardzo popularna. Nie wkładał w nią serca, opierał się na schematach i najbardziej oczywistych rozwiązaniach. Dobrym przykładem jest podmetalizowana wersja "Shapes of Things" z repertuaru The Yardbirds. Moore kompletnie nie miał na nią pomysłu - zwiększył ciężar, dodał mnóstwo (niepotrzebnych) dźwięków w solówce, ale te zmiany tylko wyszły na gorsze. A tak w ogóle, to ten utwór już kiedyś doczekał się doskonałej wersji - w bardziej pomysłowym wykonaniu The Jeff Beck Group - więc nagrywanie kolejnej po prostu nie miało sensu.

Niestety, przy autorskich kompozycjach też często zastanawiam się, jaki sens miało nagrywanie tak sztampowych kawałków, niemających praktycznie nic do zaoferowania. "Teenage Idol" czy "All I Want" opierają się na ogranych do bólu patentach. Nawet w zaangażowanych tekstowo "Victims of the Future" i "Murders in the Sky" muzyka jest po prostu szablonowa (choć w pierwszym z nich dobrze wypada spokojny wstęp). A kiedy już Moore próbował czymś zaskoczyć, efekt też pozostawia sporo do życzenia (przekombinowany "Law of the Jungle"). Całości na pewno nie pomaga typowe dla lat 80. brzmienie - szczególnie w obficie wzbogaconym syntezatorami "Hold on to Love". Jego zwrotki jeszcze się bronią zgrabną melodią, solówka też niczego sobie, ale refren to już kwintesencja ejtisowego kiczu. Ale na albumie znalazła się też jedna prawdziwa perła - rewelacyjna ballada "Empty Rooms". Jest tu i fantastyczna melodia, i świetne popisy solowe (na gitarze akustycznej, basowej i elektrycznej), i nie do końca oczywista struktura. Słychać, że właśnie takie balladowe granie sprawiało Gary'emu najwięcej radości, a w rezultacie dawał z siebie wszystko. Są tu szczere emocje, zarówno w partiach wokalnych, jak i gitarowych. To bezsprzecznie jedna z najwspanialszych kompozycji w całym dorobku Moore'a.

"Victims of the Future" nie jest jakimś tragicznie słabym albumem. Nawet da się go przesłuchać w całości bez większego bólu (no, może poza "Shapes of Things", bo jak można tak zepsuć dobrą kompozycję?). Problem tkwi w tym, że większość utworów brzmi jak produkt - stworzony tylko dlatego, że akurat był na niego popyt (zresztą album faktycznie okazał się sporym sukcesem komercyjnym). Jedynie wyłamujący się ze schematu "Empty Rooms" pokazuje, że Gary'ego Moore'a stać było w tamtym czasie na znacznie więcej. Ale najwidoczniej bardziej wówczas potrzebował pieniędzy, niż osobistej satysfakcji z nagranego materiału.

Ocena: 5/10



Gary Moore - "Victims of the Future" (1983)

1. Victims of the Future; 2. Teenage Idol; 3. Shapes of Things; 4. Empty Rooms; 5. Murder in the Skies; 6. All I Want; 7. Hold on to Love; 8. Law of the Jungle

Skład: Gary Moore - wokal i gitara, bass (1,7,8); Ian Paice - perkusja (1,3,4,8); Bobby Chouinard - perkusja (2,5,6,7); Neil Carter - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal
Gościnnie: Bob Daisley - bass (2,5);  Neil Murray - bass (3); Mo Foster - bass (4,6); Noddy Holder - dodatkowy wokal (3)
Producent: Jeff Glixman


27 czerwca 2016

[Recenzja] Groundhogs - "Blues Obituary" (1969)



Tytuł drugiego albumu Groundhogs dobrze obrazuje ówczesną sytuację blues rocka, który powoli zaczynał tracić swoją popularność na rzecz innych stylów - przede wszystkim hard i prog rocka. Muzycy zespołu byli tego w pełni świadomi i dlatego na "Blues Obituary" zaczynają odchodzić od swoich korzeni. Fakt, że dość jeszcze nieśmiało. Takie utwory, jak "Time", "Express Man" czy klasyczny wolny blues "Natchez Burning", to wręcz podręcznikowe przykłady blues rocka. Podobne wrażenie można odnieść na początku "Daze of the Weak", jednak ten utwór stopniowo nabiera intensywności i ostrości, dzięki czemu doskonale wpasował się w ówczesne hardrockowe trendy. Utwór pełen jest porywających solówek gitarowych Tony'ego McPhee, podpartych odpowiednio ciężką grą sekcji rytmicznej. Wspaniałych gitarowych popisów nie brakuje też w rozpoczynającym album "B.D.D.", który również łączy bluesowe patenty z hardrockowym ciężarem. Sporą intensywnością, choć w nieco lżejszym brzmieniowo wydaniu, charakteryzuje się natomiast "Mistreated". Ale swoją wszechstronność muzycy w pełni pokazali dopiero w finałowym "Light Was the Day". Ten instrumentalny utwór to czysta psychodelia, z plemienną grą perkusisty Kena Pustlenika, transowym basem Petera Cruickshanka i atonalnymi odlotami gitarowymi.

"Blues Obituary" to album przejściowy, wprowadzający pewne innowacje do twórczości Groundhogs, ale wciąż jeszcze mocno trzymający się bluesowych korzeni zespołu. Co oczywiście nie jest żadnym zarzutem. Ci muzycy przecież doskonale się czuli w takim graniu, co udowodnił już ich debiutancki album. Tutaj natomiast, dzięki odświeżeniu stylu, rezygnacji z oczywistych struktur i powielania utartych schematów, mają jeszcze większe pole do popisu - szczególnie dotyczy to Tony'ego McPhee, który w końcu mógł zagrać dłuższe, niczym nieskrępowane i w rezultacie bardziej porywające solówki. Ale cały zespół gra tutaj świetnie. Paradoksalnie, "Blues Obituary" wbrew swemu tytułowi jest jednym z kilku(nastu) albumów, które pokazują, że w 1969 roku blues rock wciąż miał się rewelacyjnie i nie był to jeszcze odpowiedni czas, by spisać mu nekrolog. Co zaś się tyczy samego zespołu - najlepsze dopiero miało nadejść.

Ocena: 8/10



Groundhogs - "Blues Obituary" (1969)

1. B.D.D.; 2. Daze of the Weak; 3. Times; 4. Mistreated; 5. Express Man; 6. Natchez Burning; 7. Light Was the Day

Skład: Tony McPhee - wokal i gitara; Peter Cruickshank - bass; Ken Pustelnik - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Tony McPhee


25 czerwca 2016

[Recenzja] Ten Years After - "Ten Years After" (1967)



Recenzje Ten Years After pojawiły się na blogu już trzy lata temu - tuż po śmierci oryginalnego wokalisty i gitarzysty grupy, Alvina Lee. Wówczas jednak nie interesowałem się szczególnie muzyką bluesrockową i miałem spore braki w wiedzy na jej temat. Dlatego też ówczesne recenzje pozbawione są właściwej perspektywy, a co więcej - kilku ważnych albumów w ogóle nie zrecenzowałem (debiutu, żadnej koncertówki). Stąd też decyzja o ponownym, dokładniejszym omówieniu twórczości tej grupy. Nowe recenzje będą pojawiać się co sobotę, natomiast stare zostaną wkrótce usunięte.

Ten Years After był jednym z pierwszych brytyjskich zespołów bluesrockowych. Wcześniej zadebiutowali tylko John Mayall, Cream i Savoy Brown. Debiut grupy ma oczywiście wiele wspólnego z pierwszymi albumami wymienionych wykonawców. Jak przeniesienie bluesowych patentów na rockowy grunt, czy obecność urockowionych wersji bluesowych standardów. Czymś oryginalnym było natomiast umieszczenie kilku dłuższych utworów o bardziej swobodnej, wręcz spontanicznej strukturze. Na debiutach Mayalla i Savoy Brown nie było takich utworów, a na "Fresh Cream" tylko jeden - "Spoonful". Zresztą utwór ten pojawia się także tutaj. W odrobinę krótszej wersji niż "kremowa", choć wciąż ponad dwukrotnie dłuższej od oryginalnego wykonania Howlin' Wolfa. Główne różnice, między oboma coverami, to partia organów (u TYA) zamiast harmonijki, oraz zupełnie inne popisy gitarowe - w obu jednak przypadkach wspaniałe; ponadto tutejsza wersja brzmi odrobinę lżej i bardziej pogodnie. Ciekawie rozbudowany i przearanżowany został także "I Can't Keep from Crying Sometimes" (oryginalnie nagrany rok wcześniej przez Ala Koopera). Najlepszym przykładem niczym nieskrępowanego grania jest natomiast finałowy "Help Me" - ponad dziewięciominutowy blues (z dorobku Sonny'ego Boya Williamsona II), którego sporą część stanowią porywające popisy Alvina Lee. Takiego utworu nie było do tamtej pory na żadnym brytyjskim albumie studyjnym.

Reszta albumu, w większości autorstwa Lee, to już utwory zdecydowanie krótsze, mieszczące się w przedziale czasowym od dwóch do trzech minut. Utwory te są bardzo zróżnicowane: od energetycznego otwieracza "I Want to Know" (z repertuaru krótko istniejącej grupy Powerhouse, w skład której wchodzili m.in. Eric Clapton, Jack Bruce i Steve Winwood), przez jazzująco-psychodeliczny instrumental "Adventures of a Young Organ" i zahaczający o muzykę country "Losing the Dog", po klasyczny chicagowski blues "Don't Want You Woman". Gdzieś pomiędzy pojawiają się jeszcze typowo bluesrockowe kawałki "Feel It for Me" i "Love Until I Die". To całkiem przyjemne utwory, choć daleko im do trzech wspomnianych na początku. Może z wyjątkiem "Adventures of a Young Organ", w którym zachwycają klawiszowe partie Chick Churchill, a także krótkie, lecz efektowne solówki Alvina Lee i basisty Leo Lyonsa. W pozostałych krótszych utworach brakuje właśnie takich porywających solówek i pewnej spontaniczności.

Debiut Ten Years After, mimo wspomnianych drobnych zastrzeżeń, pozostawia bardzo dobre wrażenie. Mimo sporej różnorodności całość brzmi całkiem spójnie. A w kilku utworach muzycy pokazali ogromny talent do grania takiej muzyki, z miejsca stając się jednym z najlepszych i najbardziej ekscytujących zespołów bluesrockowych.

Ocena: 8/10



Ten Years After - "Ten Years After" (1967)

1. I Want to Know; 2. I Can't Keep from Crying Sometimes; 3. Adventures of a Young Organ; 4. Spoonful; 5. Losing the Dogs; 6. Feel It for Me; 7. Love Until I Die; 8. Don't Want You Woman; 9. Help Me

Skład: Alvin Lee - wokal i gitara, harmonijka; Leo Lyons - bass; Ric Lee - perkusja i instr. perkusyjne; Chick Churchill - instr. klawiszowe
Producent: Mike Vernon i Gus Dudgeon


24 czerwca 2016

[Recenzja] Samurai - "Samurai" (1970)



W historii muzyki istniało co najmniej kilkanaście zespołów używających nazwy Samurai. Do najbardziej znanych zaliczają się brytyjska grupa progresywno-jazzrockowa, znana również jako The Web, a także japoński zespół progresywno-folkowo-hardrockowy. Dziś będzie o tym drugim. Grupa powstała pod koniec lat 60. w Tokio, z inicjatywy popularnego w Japonii wokalisty Mikiego Curtisa (mającego japońsko-angielskie korzenie). Składu uzupełnili gitarzysta Hiro Izumi, perkusista Yuji Harada, oraz basista Tetsu Yamauchi, który później zyskał sławę jako członek takich zespołów, jak Free i The Faces. Muzycy wkrótce przenieśli się do Wielkiej Brytanii, gdzie poszerzyli skład o dwóch tamtejszych muzyków - gitarzystę Joe Dunneta i organistę Johna Redferna - a następnie zarejestrowali swój debiutancki album.

Podobnie jak inne japońskie zespoły o których pisałem (Flower Travellin' Band, Far Out), Samurai w swojej twórczości łączy inspiracje zachodnim rockiem i tradycyjną muzyką japońską. Już otwierający longplay "Green Tea" rozpoczyna się krótkim wstępem z partią fletu i japońskiego instrumentu strunowego koto. Po chwili przeradza się jednak w utwór typowo rockowy, choć raczej o balladowym charakterze - w akompaniamencie dominują organy, choć nie brakuje ostrzejszych gitarowych zagrywek, a w części instrumentalnej robi się bardzo psychodelicznie. Bardziej dynamicznym i już stricte rockowym kawałkiem jest "Eagle's Eye", oparty na hardrockowym riffowaniu i uwypuklonej partii basu, wzbogacony zaś bluesową harmonijką. Wpływy orientalne wracają w akustycznym, bardzo klimatycznym "Boy with a Gun", w którym pierwszoplanową rolę odgrywają dźwięki koto i fletu. Podobny klimat przynosi instrumentalna miniaturka "18th Century" o prześlicznej melodii prowadzonej przez gitarę i flet. Tuż po niej rozbrzmiewa najbardziej rozbudowany "Four Seasons", będący najlepszym przykładem przeplatania się wpływów zachodnich i wschodnich. Jest tu zawarte niemal wszystko, co było wówczas popularne w muzyce rockowej, ale nie brakuje odniesień do muzyki japońskiej. "Mandalay" to z kolei intrygująca mieszanka psychodelii, folku, rocka, muzyki orientalnej, a nawet jazzu; utwór wyróżnia się jednak przede wszystkim świetną melodią. Niestety, zespołowi nie udało utrzymać się wysokiego poziomu przez cały album. Na sam koniec pojawia się kompletny niewypał w postaci "Daffy Drake" - psychodelicznej piosenki z okropnym grupowym śpiewem na granicy bełkotu. Zupełnie nie pasuje to do klimatu reszty longplaya.

Debiut Samurai to ciekawy i różnorodny album, choć ta różnorodność nie zawsze wychodzi na dobre. Ostatni utwór obniża nie tylko spójność, ale i poziom całości. Longplay jednak warto poznać, szczególnie jeśli lubi się rock wzbogacony orientalizmami.

Ocena: 7/10



Samurai - "Samurai" (1970)

1. Green Tea; 2. Eagle's Eye; 3. Boy With a Gun; 4. 18th Century; 5. Four Seasons; 6. Mandalay; 7. Daffy Drake

Skład: Miki Curtis - wokal, flet; Joe Dunnet - gitara; Hiro Izumi - gitara, koto; Tetsu Yamauchi - bass; Yuji Harada - perkusja i instr. perkusyjne; John Redfern - organy
Gościnnie:  Mike Walker - pianino, dodatkowy wokal; Graham Smith - harmonijka (2,5)
Producent: Miki Curtis i Mike Walker


22 czerwca 2016

[Recenzja] The Aynsley Dunbar Retaliation - "The Aynsley Dunbar Retaliation" (1968)



Po wyrzuceniu z Bluesbreakers, Aynsley Dunbar stworzył własny zespół, który postanowił nazwać The Aynsley Dunbar Retaliation (co dosłownie znaczy "odwet Aynsleya Dunbara", w domyśle - na Johnie Mayallu, który go zwolnił). Składu dopełnili: świetny basista Alex "Erroneous" Dmochowski, gitarzysta John Moorshead, który może i nie był wirtuozem, ale bluesa przyzwoicie grać potrafił, oraz klawiszowiec Victor Brox, któremu przydzielono także rolę wokalisty, mimo nieciekawej barwy głosu i niewielkich umiejętności wokalnych. Muzycy zadebiutowali w 1967 roku singlem z utworami "Warning" i "Cobwebs" (pierwszy z nich został później rewelacyjnie zcoverowany przez Black Sabbath), a w następnym roku dorobili się pierwszego długograja.

Album rozpoczyna się od najbardziej nietypowego utworu, "Watch 'n Chain". To przede wszystkim perkusyjny popis Dunbara, któremu towarzyszy tylko prosta linia basu, partia wokalna i... pogwizdywanie. Innym wyróżniającym się fragmentem jest "Sage of Sidney Street" - instrumentalny popis sekcji rytmicznej. A jak przystało na album zespołu dowodzonego przez perkusistę, nie mogło zabraknąć tutaj kawałka, który w sporej części składa się z perkusyjnej solówki - taki właśnie charakter ma finałowy "Mutiny". Reszta albumu to już jednak typowy blues rock, nieodbiegający daleko od tego, co lider grał w grupie Mayalla. Podobnie jak na innych albumach tego typu, materiał można podzielić na bardziej klasyczne, wolne bluesy ("My Whisky Head Woman", "Double Lovin'", "Memory Pain") i te bardziej energetyczne, mocniej urockowione ("Trouble No More", "See See Baby", "Roamin' And Rumblin'"). Nie są one ani odkrywcze, ani nawet specjalnie udane - kompozycyjnie przeciętne i bazujące na utartych schematach, a wykonawczo niezbyt porywające, przynajmniej pod względem partii wokalnych i gitarowych. O wiele lepsze, bardziej porywające są nagrania z wspomnianego na początku singla, których pominięcie na albumie było sporą pomyłką. Pod każdym względem są lepsze od wszystkich zamieszczonych tutaj kawałków.

Debiut The Aynsley Dunbar Retaliation nie okazał się tak interesujący, jak pierwsze albumy zespołów założonych przez innych ex-członków grupy Mayalla (jak Cream, czy Fleetwood Mac). Doceniam próby stworzenia własnego brzmienia, w którym główną rolę odgrywa sekcja rytmiczna ("Watch 'n Chain", "Sage of Sidney Street"). Szkoda tylko, że muzycy zatrzymali się wcześniej niż w połowie drogi do nagrania czegoś oryginalnego i większość zawartych tutaj utworów niczym się nie wyróżnia wśród ówczesnego zalewu bluesrockowych grup.

Ocena: 7/10



The Aynsley Dunbar Retaliation - "The Aynsley Dunbar Retaliation" (1968)

1. Watch 'n Chain; 2. My Whisky Head Woman; 3. Trouble No More; 4. Double Lovin'; 5. See See Baby; 6. Roamin' an' Rumblin'; 7. Sage of Sydney Street; 8. Memory Pain; 9. Mutiny

Skład: Victor Brox - wokal, instr. klawiszowe, gitara, instr. dęte; John Moorshead - gitara; Alex Dmochowski - bass; Aynsley Dunbar - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Ian Samwell


21 czerwca 2016

[Recenzja] Gary Moore - "Corridors of Power" (1982)



Od wydania poprzedniego solowego albumu, "Back on the Streets", minęły aż cztery lata, jednak Gary Moore bynajmniej przez ten czas nie próżnował. W 1979 roku sformował grupę G-Force, w której grał m.in. z Glennem Hughesem (niestety, jedyny album nagrany został już bez niego, a jego muzyczną zawartość najlepiej pominąć milczeniem). Następnie nagrał solowy album "Dirty Fingers", który jednak opublikowany został dopiero po kilku latach. W tym samym czasie wsparł (w studiu i na koncertach) Grega Lake'a, który postanowił rozpocząć karierę solową. W końcu jednak zarejestrował "Corridors of Power", który w przeciwieństwie do "Dirty Fingers" został opublikowany tuż po nagraniu. Podczas sesji nagraniowej Moore'owi towarzyszyli Ian Paice i Neil Murray, którzy właśnie opuścili Whitesnake, a także klawiszowiec Tommy Eyre.

"Corridors of Power" to album bardziej spójny stylistycznie od "Back on the Streets". Moore darował sobie wycieczki na terytorium jazz rocka (i bardzo dobrze, bo kiepsko wychodziło mu takie granie), zamiast tego skupił się na graniu hard rocka. A momentami wręcz heavy metalu, jak w rozpędzonym "Rockin' Every Night", opartym na typowym dla tego stylu riffie. Równie szybko, ale znacznie bardziej przebojowo, jest w świetnym otwieraczu, "Don't Take Me for a Loser". W "End of the World" tempo jest dla odmiany wolniejsze, co tylko pogłębia ciężar tego kawałka. Ciekawostką jest wokalny udział Jacka Bruce'a, a także podobieństwo jednego z riffów do - późniejszego - "Powerslave" Iron Maiden. Przykładem bardziej klasycznego hard rocka jest natomiast chociażby "Wishing Well", pochodzący zresztą z repertuaru Free. Fajna wersja, choć do oryginału się nie umywa. Są i ballady. "Always Gonna Love You" to właściwie nieco przesłodzona, komercyjna piosenka, łącząca fragmenty z akompaniamentem pianina z rockowymi zaostrzeniami. Nie można jej jednak odmówić dobrej melodii i pewnego uroku. Podobnie sprawa ma się z "Falling in Love with You". Interesująco wypada natomiast finałowa "I Can't Wait Until Tomorrow" - nie tak komercyjna jak dwie poprzednie, choć melodycznie także bardzo chwytliwa. Może trochę słabiej wypada tutaj refren, nazbyt toporny, ale poza tym świetny to utwór.

"Corridors of Power" to bardzo równy album, bez większych spadków poziomu, ale niestety również bez żadnych większych wzlotów. Nie ma tu żadnego wybitnego kawałka. Całości słucha się jednak całkiem dobrze - na pewno lepiej, niż nierównego "Back on the Streets".

Ocena: 7/10



Gary Moore - "Corridors of Power" (1982)

1. Don't Take Me for a Loser; 2. Always Gonna Love You; 3. Wishing Well; 4. Gonna Break My Heart Again; 5. Falling in Love with You; 6. End of the World; 7. Rockin' Every Night; 8. Cold Hearted; 9. I Can't Wait Until Tomorrow

Skład: Gary Moore - wokal i gitara; Neil Murray - bass; Ian Paice - perkusja i instr. perkusyjne; Tommy Eyre - instr. klawiszowe
Gościnnie: Mo Foster - bass (5); Don Airey - instr. klawiszowe (5); Jack Bruce - wokal (6); Bobby Chouinard - perkusja (6); John Sloman - dodatkowy wokal
Producent: Jeff Glixman


20 czerwca 2016

[Recenzja] Groundhogs - "Scratching the Surface" (1968)



Podobnie jak większość brytyjskich zespołów utworzonych w połowie lat 60., Groundhogs zaczynał karierę od grania muzyki stricte bluesrockowej. Debiutancki album zespołu, "Scratching the Surface", składa się z dynamicznych, rockowych wersji standardów bluesowych, oraz własnych utworów utrzymanych w takim samym klimacie. Jednak w przeciwieństwie do debiutów większości bluesrockowych grup, tutaj dominują autorskie kompozycje, podpisane przez Tony'ego McPhee, wokalistę i gitarzystę zespołu. Wyjątek stanowią trzy utwory: "Still a Fool" Muddy'ego Watersa, "Early in the Morning" Johna Lee Williamsona, oraz "You Don't Love Me" Williego Cobbsa. Pod każdym innym względem jest to bardzo typowy longplay dla tego stylu. Wszystko zagrane jest bardzo sprawnie, nie brakuje tutaj porywających solówek gitarowych (np. w "Rockin' Chair", "Walking Blues", "No More Doggin'", "Man Trouble"), sporo też fajnych partii harmonijki Steve'a Rye'a (znów "Rockin' Chair", a także np. "Still a Fool"). Brakuje jednak czegoś, co wyróżniałoby ten longplay na tle dziesiątek innych wydanych w tamtym czasie i utrzymanych w tej stylistyce. Dopiero na kolejnych albumach zespół zaczął wychodzić poza ramy stylu. A "Scratching the Surface" to tylko (i aż) poprawne bluesrockowe wydawnictwo.

Ocena: 7/10



Groundhogs - "Scratching the Surface" (1968)

1. Rocking Chair; 2. Early in the Morning; 3. Waking Blues; 4. Married Men; 5. No More Doggin'; 6. Man Trouble; 7. Come Back Baby; 8. You Don't Love Me; 9. Still a Fool

Skład: Tony McPhee - wokal i gitara; Steve Rye - wokal i harmonijka; Peter Cruickshank - bass; Ken Pustelnik - perkusja
Producent: Mike Batt


17 czerwca 2016

[Recenzja] Far Out - "Nihonjin" (1973)



Dziś w muzyczną podróż udamy się nieco dalej niż zwykle - aż do Kraju Kwitnącej Wiśni, tudzież Wschodzącego Słońca. Japońska scena rockowa przyniosła kilka interesujących zespołów, wśród których najbardziej znane to Flower Travellin' Band, Blues Creation i Far East Family Band. Zalążkiem tego ostatniego była działająca w pierwszej połowie lat 70. grupa Far Out - w obu tych zespołach występował wokalista i multiinstrumentalista Fumio Miyashita. Far Out zostawił po sobie tylko jeden album, wydany w 1973 roku "Nihonjin" (w oryginale "日本人", co po polsku znaczy po prostu "japoński"). Zawarta na nim muzyka to bardzo ciekawe połączenie rocka i elementów charakterystycznych dla tradycyjnej muzyki japońskiej.

Na longplay składają się zaledwie dwa utwory, z których każdy zajmuje całą stronę płyty winylowej. Pierwszy utwór, "Too Many People", wyraźnie wskazuje na inspirację zachodnim rockiem. Z nieco przydługiego wstępu z różnymi szumami i gwizdami, powoli wyłaniają się dźwięki gitary akustycznej, do których wkrótce dołącza partia wokalna, a potem sekcja rytmiczna. W tle słychać też sitar. Zwieńczeniem tej części utworu jest całkiem zgrabna solówka gitarowa, po której następuje nagłe przełamanie posępnym, niemal sabbathowym riffem, którego monotonne powtarzanie tworzy niemal transowy nastrój. W tej części zespół przypomina o swoim pochodzeniu, tworząc orientalny nastrój - najpierw za sprawą gitarowej solówki w japońskiej skali, a następnie świetnej solówki na sitarze. Ostatnia część utworu znów jednak brzmi bardziej europejsko/amerykańsko - powraca akustyczny motyw, tym razem z towarzyszeniem solówkowych zagrywek gitary elektrycznej, a następnie znów rozbrzmiewa partia wokalna i wchodzi sekcja rytmiczna, zaś gra muzyków stopniowo staje się coraz bardziej intensywna, prowadząc do nagłego finału.

W drugim utworze, "Nihonjin", proporcje się odwracają, na korzyść elementów muzyki japońskiej. Zaczyna się bardzo klimatycznie, od dźwięków sitaru i perkusjonaliów, które tworzą fantastyczny nastrój. W trzeciej minucie zostaje on jednak przełamany bardziej konwencjonalną częścią z wokalem i balladowo-rockowym podkładem. Później jednak znów dzieją się magiczne rzeczy - w ósmej minucie rozpoczyna się część o bardziej improwizowanym charakterze. Z początku przeważają w niej wpływy rockowe - pod postacią fantastycznej gitarowej solówki - które z czasem ustępują miejsca wpływom tradycyjnej muzyki japońskiej - a ściślej mówiąc, rewelacyjnej partii sitaru, który znów wprowadza niesamowity nastrój. Następnie zaś w orientalny klimat świetnie wtopiono cięższe, rockowe partie gitar i sekcji rytmicznej. Jednocześnie powraca partia wokalna, po raz pierwszy śpiewana po japońsku. I ten utwór nagle się urywa, choć tym razem jest to tylko zmyłka przed klimatyczną kodą, z partią fletu i organowym tłem.

"Nihonjin" to - obok "Satori" wspomnianego we wstępie Flower Travellin' Band - najlepszy japoński album, jaki dane mi było poznać. Warto w tym miejscu zwrócić uwagę na fakt, że zarówno muzycy Far Out, jak i FTB, mimo ewidentnej fascynacji muzyką zachodu, nie obawiali się nawiązywać w swojej twórczości do tradycji swojego regionu. To dzięki temu powstały tak oryginalne i intrygujące albumy. Naprawdę warto posłuchać.

Ocena: 8/10



Far Out - "Nihonjin" (1973)

1. Too Many People; 2. 日本人 (Nihonjin)

Skład: Fumio Miyashita - wokal, gitara, flet, harmonijka, syntezator; Eiichi Sayu - gitara, organy, dodatkowy wokal; Kei Ishikawa - bass, sitar, wokal; Manami Arai - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Producent: Fumio Miyashita


15 czerwca 2016

[Recenzja] John Mayall - "The Blues Alone" (1967)



John Mayall zwykł współpracować z najlepszymi instrumentalistami. Ten album nagrał jednak niemal bez pomocy innych muzyków. Jedynie w ośmiu utworach towarzyszy mu perkusista Keef Hartley. Mayall sam zagrał na wszystkich pozostałych instrumentach, a w dwóch utworach także na perkusji; odpowiada też za wszystkie partie wokalne. Na repertuar złożyły się zaś wyłącznie utwory jego autorstwa, co było bezprecedensową sytuacją w jego dyskografii. A skąd w ogóle pomysł na taki właśnie album? Wydawca chciał w tamtym czasie opublikować składankę najpopularniejszych utworów Mayalla. Muzykowi pomysł się nie spodobał i w zamian zaproponował nagranie nowego materiału na własny koszt. Bez budżetowego wsparcia wytwórni trzeba było jednak maksymalnie przyciąć koszty. Poza Hartleyem na listę płac załapał się jeszcze sprawdzony producent Mike Vernon (nawiasem mówiąc, człowiek, którego zasługi dla brytyjskiego bluesa można by długo wymieniać), oraz inżynierowie dźwięku.

"The Blues Alone" w porównaniu z wcześniejszymi dziełami Mayalla, to album bardziej wyciszony, momentami wręcz surowy. Akompaniament stanowią głównie akustyczne instrumenty - gitara, pianino i harmonijka, wsparte przeważnie wycofanymi w miksie perkusją i elektrycznym basem. Na dłuższą metę te jednolite aranżacje zaczynają nieco męczyć. Brakuje też tutaj tego, co zawsze było największą ozdobą albumów Johna - porywających solówek gitarowych. Choć w sumie dobrze, że Mayall był świadomy, że nie jest tak dobrym gitarzystą, jak Eric Clapton, Peter Green i Mick Taylor, i nie próbował grać czegoś ponad swoje umiejętności. Nie brakuje tutaj natomiast świetnych popisów na harmonijce - szczególnie w instrumentalnym "Harp Man", w którym ponadto pojawia się fantastyczna, wyraźna partia basu i ozdobniki grane na czeleście. W drugim instrumentalu, "Marsha's Mood", muzyk prezentuje natomiast swój talent do gry na pianinie. Z wokalnych utworów warto wyróżnić natomiast takie kompozycje, jak dynamiczny "Brown Sugar" (nie mający nic wspólnego z późniejszym przebojem The Rolling Stones, poza tytułową metaforą), wyjątkowo jak na ten album ciężki "Don't Kick Me" (jedyny, w którym pojawia się gitara elektryczna), wolny blues "Cancelling Out", a także bardzo ładną balladę "Broken Wings". W tych trzech ostatnich instrumentarium zostało poszerzone o organy, dzięki czemu nie brzmią tak surowo (żeby nie powiedzieć niskobudżetowo), jak pozostałe kawałki.

Pomysł na nagranie "The Blues Alone" narodził się spontanicznie i równie spontaniczna była sama sesja nagraniowa, trwająca ledwie jeden dzień. I to słychać w tych nagraniach, z których nie wszystkie są dopracowane, część brzmi po prostu jak demówki, lub szkielet utworów, do którego jeszcze nie wszyscy instrumentaliści dodali swoje partie. Najlepiej wypadają tutaj te bardziej dopracowane utwory, które jednak stanowią mniej niż połowę całości. Warto posłuchać tego albumu, ale nie jest to kanoniczna pozycja, jak poprzednie studyjne wydawnictwa Johna Mayalla.

Ocena: 6/10



John Mayall - "The Blues Alone" (1967)

1. Brand New Start; 2. Please Don't Tell; 3. Down the Line; 4. Sonny Boy Blow; 5. Marsha's Mood; 6. No More Tears; 7. Catch That Train; 8. Cancelling Out; 9. Harp Man; 10. Brown Sugar; 11. Broken Wings; 12. Don't Kick Me

Skład: John Mayall - wokal, gitara, bass, harmonijka, instr. klawiszowe, perkusja (1,5); Keef Hartley - perkusja (2,4,6,8-12)
Producent: John Mayall i Mike Vernon


14 czerwca 2016

[Recenzja] Greg Lake - "Greg Lake" (1981)



Greg Lake znany jest przede wszystkim jako oryginalny wokalista i basista King Crimson, oraz jako jedna trzecia supergrupy Emerson, Lake & Palmer. Jako solista zadebiutował w 1975 roku singlem "I Believe in Father Christmas", który doszedł do 2. miejsca UK Singles Chart. Warto też wspomnieć, że cała jedna strona wydanego dwa lata później albumu "Works" ELP składała się z jego solowych utworów, nagranych bez pomocy pozostałych członków tria. Znalazł się tam m.in. umiarkowany przebój "C'est la Vie", który na singlu sygnowany był nie nazwą zespołu, lecz nazwiskiem Lake'a. Jednak dopiero po zawieszeniu działalności ELP, Greg zdecydował się na nagranie całego albumu podpisanego własnym nazwiskiem. Podczas sesji nagraniowej towarzyszyli mu Gary Moore, basista Tristram Margetta, perkusista Ted McKenna (wcześniej występujący z Rorym Gallagherem), oraz klawiszowiec Tommy Eyre (znany z grup Joe Cockera i Aynsleya Dunbara), a także liczni goście, m.in. dawny współpracownik z King Crimson, Michael Giles, oraz dwóch członków poprockowego Toto - Steve Lukather i Jeff Porcaro.

Album "Greg Lake" przynosi zupełnie inną muzykę, niż można było się spodziewać. Nie ma tutaj ani rocka progresywnego, ani akustycznych utworów, jakie Lake komponował dla ELP. Otwierający całość "Nuclear Attack" to stricte hardrockowy czad, oparty na ciężkim riffowaniu i ostrych solówkach Moore'a (który utwór skomponował). To jednak jedyny aż tak ciężki utwór na tym albumie. A i tak, zgodnie z ówczesną modą, wpleciono w niego trochę kiczowatych brzmień syntezatora. Średnio do takiej muzyki pasuje wokal Grega, któremu brak zadziorności. W ogóle jego głos nie brzmi tutaj tak dobrze, jak w poprzedniej dekadzie. Wracając do muzyki, w kolejnym na albumie "Love You Too Much" (opartym na niewydanej kompozycji Boba Dylna, "I Must Love You Too Much") także jest dynamicznie, ale na pierwszy plan wysunięte zostały tandetne klawisze, zaś melodia jest bardziej popowa - w sumie nie jest to odległe od wspomnianego Toto. Klawisze istotną rolę odgrywają także w inspirowanym muzyką celtycką "For Those Who Dare", oraz w "Black and Blue" - w tym ostatnim na szczęście nie brzmią już tak plastikowo, a sam utwór ma całkiem zgrabną melodię. Ogólnie przeważa tu jednak bardziej gitarowe, rockowe granie ("Retribution Drive", "Long Goodbye", "The Lie", "Someone"). Nie zabrakło też ballad. Fortepianowa "Let Me Love You Once" mimo pewnego uroku wypada dość sztampowo, za to "It Hurts" to prawdziwa perła, z fantastyczną melodią i porywającymi solówkami. Dla tego jednego fragmentu warto naprawdę zapoznać się z tym albumem.

Debiutancki album Grega Lake'a jest bardzo niespójny, zarówno pod względem stylistycznym, jak i poziomu poszczególnych utworów. Fani Emerson, Lake & Palmer czy King Crimson raczej nie znajdą tu wiele dla siebie, jeśli w ogóle cokolwiek. Trudno stwierdzić do kogo właściwie ten longplay jest adresowany - ani słuchacze hard rocka, ani fani Toto i podobnych zespołów, nie będą w pełni zadowoleni. Co więcej, brzmienie części utworów bardzo się zestarzało. Na plus trzeba natomiast zaliczyć kilka dobrych (i jedną bardzo dobrą) kompozycji.

Ocena: 6/10



Greg Lake - "Greg Lake" (1981)

1. Nuclear Attack; 2. Love You Too Much; 3. It Hurts; 4. Black and Blue; 5. Retribution Drive; 6. Long Goodbye; 7. The Lie; 8. Someone; 9. Let Me Love You Once; 10. For Those Who Dare

Skład: Greg Lake - wokal i gitara; Gary Moore - gitara; Tristram Margetts - bass; Ted McKenna - perkusja; Tommy Eyre - instr. klawiszowe
Gościnnie: Dean Parks - gitara; Steve Lukather - gitara; Snuffy Walden - gitara; David Hungate - bass; Jeff Porcaro - perkusja; Jode Leigh - perkusja; Michael Giles - perkusja; Bill Cuomo - instr. klawiszowe; Greg Matheson - instr. klawiszowe; Clarence Clemons - saksofon (8); David Milner - dudy (10); Willie Cochrane - dudy (10)
Producent: Greg Lake


13 czerwca 2016

[Recenzja] Aerosmith - "Draw the Line" (1977)



W okresie nagrywania "Draw the Line" członkowie Aerosmith bardziej niż komponowaniem i graniem zainteresowani byli ćpaniem. W efekcie powstał najsłabszy album w ówczesnej dyskografii. Choć czy dużo słabszy od poprzednich? Niekoniecznie. Na pewno nie brakuje na nim energii, co pozwala nieco ukryć miałkość samych kompozycji. Te w większości nie są najwyższych lotów. Dużo tutaj utworów, w których melodie są albo pozbawione wyrazistości (np. tytułowy, "Critical Mass"), albo zbyt banalne (typowy aerosmithowy rock'n'roll "I Wanna Know Why"). Są też ewidentne wpadki, jak "Bright Light Fright" i "The Hand That Feeds", w których zespół zwiększa tempo i intensywność, co niestety prowadzi tylko i wyłącznie do chaosu. W tym pierwszym takie wrażenie dodatkowo pogłębiają partie saksofonu, które nie dość, że same w sobie są bałaganiarskie, to jeszcze kompletnie nie pasują do wręcz punkowej reszty kawałka. Ciekawostką jest w nim natomiast partia wokalna, za którą wyjątkowo odpowiada Joe Perry - tragedii nie ma, ale do zachwytu jeszcze dalej.

Na tym tle bronią się takie kawałki, jak nieco zeppelinowy "Get It Up" (poza banalnym refrenem), zadziorny, oparty na fajnym riffie i niezłej partii basu "Sight for Sore Eyes" (tylko melodycznie znów jest średnio), a także żywiołowa przeróbka "Milk Cow Blues" - starego bluesa, po raz pierwszy nagranego w 1930 roku przez Sleepy Johna Estesa. Znalazła się tutaj także jedna prawdziwa perła - "Kings and Queens". Bardziej złożony i ambitny, niż jakakolwiek inna kompozycja w dorobku Aerosmith. Instrumentaliści grają tutaj jak natchnieni, Steven Taylor też pokazuje się od najlepszej strony. W szybszych fragmentach utwór oparty jest na galopującej grze sekcji rytmicznej i posępnych zagrywkach gitar, zaś w wolniejszych zaskakujący przeróżnymi smaczkami - a to mandoliną w zwrotkach, a to instrumentalnym przejściem z partią fortepianu, której wtóruje prosta, lecz efektowna partia basu. Wszystko to składa się nie tylko na najlepszy utwór z tego albumu, ale też jeden z najlepszych w całej dyskografii zespołu.

"Draw the Line" to wymęczony, nagrany na siłę album, jedynie jako pretekst do wyruszenia w kolejną trasę i pewnie też w celu wypełnienia zobowiązań kontraktowych. Utwór "Kings and Queens" pokazuje, że muzyków było stać na wiele, gdy tylko mieli ochotę się przyłożyć. Niestety, pozostałe (autorskie) utwory dobitnie uświadamiają, że rzadko mieli na to chęć. I tak od początku kariery odnosili wielkie sukcesy komercyjne, nie dbając szczególnie o poziom swoich albumów.

Ocena: 5/10



Aerosmith - "Draw the Line" (1977)

1. Draw the Line; 2. I Wanna Know Why; 3. Critical Mass; 4. Get It Up; 5. Bright Light Fright; 6. Kings and Queens; 7. The Hand That Feeds; 8. Sight for Sore Eyes; 9. Milk Cow Blues

Skład: Steven Tyler - wokal, harmonijka (3,9), pianino (6); Joe Perry - gitara, wokal (5), dodatkowy wokal; Brad Whitford - gitara; Tom Hamilton - bass; Joey Kramer - perkusja
Gościnnie: Stan Bronstein - saksofon (2,5); Scott Cushnie - pianino (2,3); Karen Lawrence - dodatkowy wokal (4); Jack Douglas - mandolina (6)
Producent: Jack Douglas i Aerosmith


10 czerwca 2016

[Recenzja] Quicksilver Messenger Service - "Happy Trails" (1969)



Nie należy oceniać płyty po okładce, jednak w przypadku drugiego albumu Quicksilver Messenger Service, coś jest zdecydowanie nie na miejscu. Westernowa grafika może mniej obeznanym zasugerować, że mają do czynienia z albumem country. Zapewne muzycy wybrali ją dla żartu, ciekawe jednak, jak wiele osób przeszło obok tego albumu obojętnie, nie wiedząc, że to jedno z największych arcydzieł rocka psychodelicznego. Ba, wręcz całej, szeroko pojętej muzyki rockowej. "Happy Trails" to jednak dość specyficzny album. Zarejestrowany został bowiem głównie podczas koncertów (a konkretnie dwóch występów w bliźniaczych salach Fillmore East i Fillmore West), ale później tak go zmiksowano, aby brzmiał jak wydawnictwo studyjne. A choć niemal nie słuchać tutaj odgłosów publiczności, doskonale udało się uchwycić magię koncertowych improwizacji zespołu.

Całą pierwszą stronę winylowego wydania wypełnia 25-minutowa wersja rhythm'n'bluesowego klasyka "Who Do You Love". Kompozycja Bo Diddleya stanowi punkt wyjścia do rozbudowanych improwizacji wszystkich muzyków, wyodrębnionych na płycie jako osobne ścieżki. Zaczynają od dość wiernego odegrania pierwowzoru, ale z niesamowitą energią i mnóstwem porywających solówek. Następnie muzycy płynnie przechodzą w pierwszą improwizację, "When You Love", w której główną rolę odgrywa fenomenalna solówka Gary'ego Duncana o jazzowo-rockowym charakterze, ale uwagę przyciąga także świetna partia basu Davida Freiberga. Kolejny fragment, "Where You Love", podpisany jest nazwiskiem Grega Elmore'a, jednak nie jest to perkusyjna solówka, jak można by się spodziewać. Elmore wybija tutaj stały, transowy rytm, któremu towarzyszą gitarowe zgrzyty. W dalszej części zespół aktywizuje publiczność do interakcji i jest to jeden z niewielu fragmentów, kiedy ją słychać. Muzycy gwałtownie przyśpieszają w części "How You Love", będącej ostrym, rockowym popisem Johna Cipolliny, po czym zwalniają w "Which Do You Love", w którym pierwszeństwo przejmuje Freiberg. Ostatnie sześć minut to powrót do tematu "Who Do You Love", najpierw granego wolno, bardziej bluesowo, by niespodziewanie wróciła rockowa energia. To wykonanie to jeden z najbardziej elektryzujących przykładów koncertowej improwizacji.

Druga strona rozpoczyna się od... kolejnej przeróbki Bo Diddleya, "Mona". W wersji Quicksilver utwór nabrał bardziej psychodelicznego charakteru i rozrósł się do siedmiu minut za sprawą gitarowych popisów Duncana i Cipolliny. Płynnie przechodzi w instrumentalny "Maiden of the Cancer Moon", o wyrazistej melodii i niemal piosenkowej strukturze - z cichszymi fragmentami pełniącymi rolę "zwrotek" i głośniejszymi "refrenami". To kompozycja Duncana, jednak za świetną partię gitary prowadzącej odpowiada Cipollina. I ten utwór płynnie przechodzi w kolejny, także podpisany nazwiskiem Duncana, "Calvary". To już rzecz zupełnie innego rodzaju - trzynastominutowa improwizacja, którą nie sposób przypisać do konkretnego stylu. To mieszanka rocka, jazzu i muzyki z westernów, nad którą unosi się kwaśny, psychodeliczny klimat. Finałowa solówka Duncana wypada przepięknie, jednak cały utwór robi wielkie wrażenie. Na zakończenie albumu czeka jeszcze półtora minutowy żart, w postaci tytułowego "Happy Trails" - przeróbki tematu z radiowego programu Roya Rogersa i Dale'a Evansa, nadawanego w latach 40. i 50. ubiegłego wieku. W tym jednym jedynym fragmencie zespół rzeczywiście mierzy się z muzyką country. Utwór jest tym bardziej nietypowy, że w roli wokalisty wystąpił w nim Elmore, zaś Freiberg porzucił gitarę basową na rzecz pianina.

Pierwsza strona "Happy Trails" to jeden z najwspanialszych, najbardziej porywających przykładów rockowej improwizacji, z którą mogą równać się chyba tylko koncertowe popisy The Allman Brothers Band i Cream. Druga strona (pomijając wspomniany żart) wypada pod tym względem niemal tak samo dobrze. Nie lubię się powtarzać, ale znów muszę to napisać - to album, którego wstyd nie znać.

Ocena: 9/10



Quicksilver Messenger Service - "Happy Trails" (1969)

1. Who Do You Love (Part 1); 2. When You Love; 3. Where You Love; 4. How You Love; 5. Which Do You Love; 6. Who Do You Love (Part 2); 7. Mona; 8. Maiden of the Cancer Moon; 9. Calvary; 10. Happy Trails

Skład: Gary Duncan - wokal i gitara; John Cipollina - wokal i gitara; David Freiberg - wokal, bass i pianino; Greg Elmore - wokal, perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Quicksilver Messenger Servivice


9 czerwca 2016

[Recenzja] Volbeat - "Seal the Deal & Let's Boogie" (2016)



Jest kilka nowych zespołów, których może i nie słucham na co dzień, ale co jakiś (dłuższy) czas wracam do ich twórczości, zaś zawsze czekam na nowe albumy. Policzyć je można jednak na palcach jednej dłoni. Są to właściwie trzy nazwy: Witchcraft, Ghost i Volbeat. Ten ostatni przypomniał o sobie właśnie szóstym albumem studyjnym, "Seal the Deal & Let's Boogie". Z muzyką Duńczyków zetknąłem się po raz pierwszy pięć lat temu, gdy rozgrzewali publiczność przed występami Motörhead i Iron Maiden na warszawskim Sonisphere Festival. Zaciekawiła mnie ich twórczość, będąca połączeniem ciężkiego rocka, czasem wręcz metalu, z rockabilly, a momentami nawet country. Po powrocie do domu sprawdziłem ich dyskografię - wówczas mieli na koncie cztery albumy, z których wszystkie trzymały równy, wysoki poziom. Piąty album, "Outlaw Gentlemen & Shady Ladies", poznawałem już na bieżąco i pozostawił mnie on z mieszanymi odczuciami. Z jednej strony jest na nim kilka cięższych i bardziej, jak na ten zespół, rozbudowanych kompozycji, które można uznać za najlepsze i najbardziej dojrzałe w całej jego dyskografii. Reszta albumu była jednak zwrotem w stronę łagodniejszego, bardziej komercyjnego, konwencjonalnego i po prostu banalnego grania.

Niestety, zespół postanowił kontynuować ten kierunek na "Seal the Deal & Let's Boogie". Zamiast połączenia ciężkiego rocka z melodiami w stylu rockabilly, otrzymujemy tutaj głównie granie bliskie tzw. pop punku - nieco cięższe brzmieniowo, ale równie proste i banalne melodycznie (np. "For Evigt", "Black Rose", "Rebound" i długo można by jeszcze wymieniać). Na poprzednich albumach zespół chętnie mieszał różne, często odległe style - tutaj tego brakuje. Pewien wyjątek stanowi "The Gates of Babylon" (przez chwilę myślałem, że to cover Rainbow), w którym pojawiają się orientalizmy - niespotykane wcześniej w twórczości grupy. Niestety, dobre wrażenie kompletnie rujnuje okropny, tandetnie melodyjny refren. Do mniejszości należą utwory, które się bronią w całości - "The Devil's Bleeding Crown", "The Loa's Crossroad" i najlepszy z nich "Seal the Deal", w których pojawia się konkretne riffowanie i wyważone melodie - chwytliwe, lecz niepopadające w banał. To taki wzorowy Volbeat - wszystkie trzy mogłyby spokojnie znaleźć się na którymś z pierwszych albumów zespołu i nie odstawałyby od reszty. Rozszerzone wydanie albumu zawiera jeszcze utwór "Slaytan", którego warstwa instrumentalna kojarzy się ze Slayerem, ale też i twórczością samego Volbeat z albumu "Beyond Hell / Above Heaven". Tym razem jednak miał to chyba być tylko żart, bo kawałek trwa niespełna minutę - a szkoda, bo to jeden z bardziej udanych fragmentów, wprowadzających nieco urozmaicenia.

"Seal the Deal & Let's Boogie" to jak dotąd najsłabszy album Volbeat. Michael Poulsen, od zawsze główny kompozytor grupy, najwidoczniej zapomniał jak tworzyć dobre, chwytliwe, lecz niebanalne melodie, a także jak ciekawie urozmaicać aranżacje. Dotąd obie te rzeczy były wyznacznikiem zespołu. Tutaj jednak występują w śladowych ilościach, a w zamian nie otrzymujemy niczego wartościowego. Zespół zmierza w złym kierunku, tracąc swoją rozpoznawalność.

Ocena: 5/10



Volbeat - "Seal the Deal & Let's Boogie" (2016)

1. The Devil's Bleeding Crown; 2. Marie Laveau; 3. For Evigt; 4. The Gates of Babylon; 5. Let It Burn; 6. Black Rose; 7. Rebound; 8. Mary Jane Kelly; 9. Goodbye Forever; 10. Seal the Deal; 11. Battleship Chains; 12. You Will Know; 13. The Loa's Crossroad

Skład: Michael Poulsen - wokal i gitara; Rob Caggiano - gitara; Kaspar Boye Larsen - bass; Jon Larsen - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Johan Olsen - wokal (3); Danko Jones - wokal (6)
Producent: Jacob Hansen, Michael Poulsen i Rob Caggiano


8 czerwca 2016

[Recenzja] The Butterfield Blues Band - "East-West" (1966)



Lato 1966 roku przyniosło dwa albumy, które zdefiniowały muzykę bluesrockową. Najpierw, w lipcu, ukazał się "Blues Breakers" Johna Mayalla i Erica Claptona, który pokazał Europejczykom, że muzyka bluesowa, dotąd popularna głównie wśród Afroamerykanów, może być atrakcyjna również dla nich. Wystarczyło tylko połączyć ją z rockową energią. Zaledwie kilka tygodni później, już w sierpniu, ukazał się album "East-West" amerykańskiej grupy The Butterfield Blues Band, na którym zaprezentowano jak elastyczne mogą być ramy owego bluesrockowego stylu.

Korzenie zespołu sięgają początku lat 60., kiedy na Uniwersytecie w Chicago poznało się dwóch wielbicieli bluesa - Paul Butterfield i Elvin Bishop. Pierwszy śpiewał i grał na harmonijce, drugi na gitarze, więc szybko zaczęli wspólnie jamować. Kiedy, gdzieś w 1963 roku, zaoferowano im występy w jedynym z lokalnych klubów, duet postanowił zaprosić do współpracy sekcję rytmiczną wspomagającą w tamtym czasie Howlin' Wolfa - basistę Jerome'a Arnolda i perkusistę Sama Laya. Pierwszy występ okazał się sukcesem i kwartet postanowił nawiązać trwałą współpracę. Podczas jednego z kolejnych występów, wśród publiczności znalazł się początkujący producent Paul A. Rothchild (który wkrótce miał zyskać sławę, odkrywając m.in. grupę The Doors), który zaproponował muzykom kontrakt. Przekonał także grupę, aby przyjąć do składu świetnego gitarzystę Mike'a Bloomfielda, będąc pod wrażeniem jego okazjonalnego jamu z Paulem Butterfieldem. Wkrótce zespół poszerzył się jeszcze o klawiszowca Marka Naftalina. W tym składzie zarejestrowany został debiutancki album grupy, "The Paul Butterfield Blues Band", wydany pod koniec 1965 roku. Longplay składa się głównie z energetycznych przeróbek utworów chicagowskich bluesmanów, uzupełnionych nowymi kompozycjami w tym stylu.

Dopiero drugi album, "East-West" pokazał większą wszechstronność muzyków. Poniekąd wiązało się to z odejściem Sama Laya i przyjęciem na jego miejsce Billy'ego Davenporta - perkusisty zorientowanego bardziej na granie jazzu. Kolejna zmiana, to zwiększenie demokracji w zespole, wcześniej dominowanym przez Butterfielda. Podczas tworzenia tego albumu, pozostali muzycy mogli zaprezentować swoje pomysły, co przełożyło się na większą różnorodność. W rezultacie, obok rockowo zagranego bluesa (np. "Walkin' Blues" Roberta Johnsona, "Get Out of My Life Woman" Allena Toussainta, "Two Trains Running" Muddy'ego Watersa) i obowiązkowych bluesrockowych ballad (rewelacyjny "I Got a Mind to Give Up Living" i "Never Say No" - oba nieznanego autorstwa), znalazły się tu także utwory innego rodzaju. Jak chociażby "Mary, Mary", napisany dla grupy przez niejakiego Michaela Nesmitha (który później nagrał go ze swoją grupą The Monkees), będący właściwie utworem acidrockowym, ze sfuzzowanymi partiami gitar i bardzo chwytliwą melodią.

Z kolei dwa instrumentalne utwory, "Work Song" (z repertuaru Nata Adderleya) i "East-West" (autorstwa Bloomfielda i Nicka Gravenitesa), zdradzają silne wpływy jazzowe. Ten pierwszy to niemal ośmiominutowa improwizacja oparta na jazzowej grze sekcji rytmicznej, z rewelacyjnymi gitarowymi solówkami także o jazzowym charakterze, ale i rockowej ostrości, a także z bluesowymi popisami Butterfielda na harmonijce i organowymi solówkami Naftalina. Utwór tytułowy to z kolei 13-minutowy jam, inspirowany muzyką indyjską i twórczością Johna Coltrane'a. Sam pomysł narodził się w głowie Bloomfielda po całonocnych eksperymentach z LSD. Improwizacja opiera się na wyrazistym basowym motywie i transowej partii perkusji, które stanowią tło dla niesamowitych popisów pozostałych muzyków - przede wszystkim dla rewelacyjnych, orientalnie zabarwionych solówek gitarzystów (przypadkiem lub nie, momentami kojarzących się z "Eight Miles High" The Byrds), a także dla fantastycznych partii harmonijki. Niesamowite, jak wiele Paul Butterfield potrafił wydobyć z tak prostego instrumentu. "East-West" to jeden z najwspanialszych przykładów zarówno jazz rocka, jak i rocka psychodelicznego, jakie dane mi było słyszeć.

Jak już wspomniałem we wstępie, "East-West" to album pokazujący, że muzyka bluesrockowa nie musi ograniczać się do powielania utartych, bluesowych schematów. Że jest w niej miejsce także na eksperymenty z innymi stylami, które wcale nie muszą szkodzić spójności albumu, a mogą go bardzo ciekawie ubarwić. A akurat na tym longplayu właśnie te eksperymenty są najbardziej ekscytujące. Chociaż pozostałym utworom nie mogę nic zarzucić - to naprawdę dobrze zagrany blues rock, niczym nie ubiegający chociażby twórczości Johna Mayalla. Krótko podsumowując - "East-West" to jeden z najlepszych i najważniejszych albumów w historii i bluesa, i rocka. Wstyd nie znać.

Ocena: 10/10



The Butterfield Blues Band - "East-West" (1966)

1. Walkin' Blues; 2. Get Out of My Life Woman; 3. I Got a Mind to Give Up Living; 4. All These Blues; 5. Work Song; 6. Mary, Mary; 7. Two Trains Running; 8. Never Say No; 9. East-West

Skład: Paul Butterfield - wokal, harmonijka; Mike Bloomfield - gitara; Elvin Bishop - gitara, wokal (8); Jerome Arnold - bass; Billy Davenport - perkusja i instr. perkusyjne; Mark Naftalin - instr. klawiszowe
Producent: Mark Abramson i Paul Rothchild


7 czerwca 2016

[Recenzja] Gary Moore - "Back on the Streets" (1978)



Gary Moore to bez wątpienia jeden z najbardziej popularnych gitarzystów rockowych. Do niedawna jednak jego twórczość znałem bardzo wybiórczo - głównie pojedyncze utwory, dwa czy trzy całe albumy, oraz oczywiście wszystko, co nagrał z Thin Lizzy (czyli utwór "Still in Love with You" i album "Black Rose"). Ostatnio jednak postanowiłem nadrobić zaległości i zagłębić się w jego dyskografię. Pierwszy solowy album, "Grinding Stone" (sygnowany szyldem The Gary Moore Band), wydał w 1973 roku, tuż po rozpadzie swojej pierwszej grupy, Skid Row. Jego zawartość można streścić w kilku słowach - toporny blues rock uzupełniony niezbyt udanymi eksperymentami z jazz rockiem. Po jego wydaniu, Moore poświęcił się współpracy z innymi wykonawcami - zaliczył krótki epizod w Thin Lizzy, dłuższy w Colosseum II, a potem jeszcze raz na krótko wrócił do Thin Lizzy. Jeszcze jako członek tego zespołu, zanim opuścił go na dobre, nagrał drugi album sygnowany własnym nazwiskiem.

"Back on the Streets" jest bardziej dojrzały i przemyślany od poprzednika, przede wszystkim pod względem kompozytorskim. Co ciekawe, longplay został nagrany w dwóch różnych składach. W trzech utworach irlandzkiemu gitarzyście towarzyszą muzycy Thin Lizzy - śpiewający basista Phil Lynott i perkusista Brian Downey; zaś w pięciu pozostałych - basista John Mole i klawiszowiec Don Airey, z którymi Moore grał w Colosseum II, oraz słynny perkusista sesyjny Simon Philips. Pierwszy z tych składów podpisał się pod dwoma najlepszymi utworami. Pierwszy z nich to kompozycja "Don't Believe a Word", pochodząca z repertuaru - a jakże! - Thin Lizzy. Ciężko jednak rozpoznać, że to ten sam utwór. Z energetycznego kawałka z porywającymi gitarowymi unisonami, otrzymujemy nie mniej porywający, wolny blues. W takiej zresztą aranżacji Phil Lynott chciał nagrać ten utwór na album "Johnny the Fox", jednak nie spodobała się ona pozostałym muzykom. Świetnie wypada tu wokalny duet Lynotta i Moore'a, oraz głęboka partia basu pierwszego z nich i solówki drugiego. Największą perłą jest jednak finałowy "Parisienne Walkways", utrzymany w podobnym, balladowo-bluesowym klimacie. Przepiękna melodia, fantastycznie zaśpiewana przez Lynotta i wzbogacona wspaniałymi solówkami Moore'a. To taki utwór, który nikogo nie może pozostawić obojętnym.

Reszta albumu niestety nie prezentuje się już tak wyjątkowo. Weźmy chociażby ostatni z utworów nagranych z Lynottem i Downyem, "Fanatical Fascists" - przeciętny hardrockowy kawałek, z kiepską partią wokalną Moore'a i nawet nie zawierający żadnej solówki. Z utworów nagranych przez drugi skład, najlepsze wrażenie robi otwieracz albumu, "Back on the Street". To ciężki, ale również bardzo energetyczny i naprawdę chwytliwy kawałek. Jego całkowitym przeciwieństwem jest mdły "Song for Donna", nie mający uroku i znamion geniuszu dwóch pozostałych ballad. Całości dopełniają trzy instrumentalne kompozycje - "Flight of the Snow Moose", "Hurricane" i "What Would You Rather Bee or a Wasp" - w których Moore udaje się w rejony eksplorowane wcześniej w jazzrockowym Colosseum II. Niestety, nie jest to zbyt udany jazz rock. Mimo, że muzykom nie można odmówić talentu i umiejętności, to jednak nie były one wystarczające do tego typu grania. Nie wspominając już o tym, że te utwory kompletnie nie przegryzają się z resztą albumu.

"Back on the Street" to w rezultacie bardzo niespójny album, dobitnie świadczący o niezdecydowaniu Gary'ego Moore'a jaki kierunek powinna obrać jego solowa kariera. Jest tu i hard rock, i blues, i jazz rock, a brak jakiegoś wspólnego mianownika. Poza dwiema wspaniałymi balladami i dynamicznym otwieraczem, longplay nie ma wiele dobrego do zaoferowania.

Ocena: 6/10



Gary Moore - "Back on the Street" (1978)

1. Back on the Streets; 2. Don't Believe a Word; 3. Fanatical Fascists; 4. Flight of the Snow Moose; 5. Hurricane; 6. Song for Donna; 7. What Would You Rather Bee or a Wasp; 8. Parisienne Walkways

Skład: Gary Moore - wokal i gitara, bass (1), akordeon (8), syntezator (8); Phil Lynott - wokal (2,8), bass (2,3,8), gitara (3), kontrabas (8), dodatkowy wokal (1,3); John Mole - bass (4-7); Simon Phillips - perkusja i instr. perkusyjne (1,4-7); Brian Downey - perkusja i instr. perkusyjne (2,3,8); Don Airey - instr. klawiszowe (1,4-7)
Producent: Chris Tsangarides i Gary Moore


6 czerwca 2016

[Recenzja] Aerosmith - "Rocks" (1976)



Na okładce czwartego albumu Aerosmith, zamiast podobizn pięciu członków zespołu, znalazła się grafika przedstawiająca pięć oszlifowanych diamentów. Muzycy musieli mieć albo przesadnie mniemanie o sobie, albo gigantyczne poczucie humoru. Odłóżmy jednak żarty na bok, bo "Rocks" to jeden z bardziej udanych albumów w dyskografii zespołu. Może i nie jest to diament, ale solidna porcja rocka na pewno. Do wydanego rok wcześniej "Toys in the Attic" ma się dokładnie tak, jak "Get Your Wings" miał się do debiutu. Czyli, uogólniając, muzycy znów odeszli od banalnego rock and rolla na rzecz cięższego, prawdziwie hardrockowego grania.

Album rozpoczyna się od ciężkiego, agresywnego wokalnie "Back in the Saddle", który stał się najbardziej popularnym jego fragmentem. To jednak tylko przyzwoity kawałek, bez rewelacji. Ciekawiej robi się w wolniejszym "Last Child" - balladowy wstęp (przypominający ten ze starszego "In Trance" Scorpionsów, choć to raczej przypadek) okazuje się tylko zmyłką, a zasadnicza część utworu to zadziorne riffowanie o nieco funkowym posmaku. W rozpędzonym "Rats in the Cellar" smaczkiem są natomiast bluesowe zagrywki na harmonijce; świetnie wypada nieco łagodniejsza, instrumentalna końcówka utworu. Z kolei "Combination" wyróżnia się zaskakująco dobrym riffowaniem, jakiego w tamtym czasie nie powstydziłby się żaden hardrockowy zespół. W spokojniejszym "Sick as a Dog" zespół zaczyna popadać w banał, mimo całkiem niezłej solówki. Tuz po nim rozbrzmiewa jednak "Nobody's Fault" - jeden z najcięższych utworów w dorobku zespołu (nie przypadkiem własną wersję nagrali później thrashowcy z Testament), oparty na świetnym riffowaniu i intensywnej grze sekcji rytmicznej. Wielka szkoda, że zespół tak rzadko tworzył tego typu utwory. Dalsza część albumu nie wnosi już nic do całości. Od biedy można wyróżnić dość chwytliwy "Lick and a Promise". Poprzedzający go "Get the Lead Out" to niestety bardzo przeciętny hardrockowy kawałek, zaś finałowa ballada "Home Tonight" brzmi jak marna kopia Queen, momentami wręcz ocierając się o plagiat bardziej konwencjonalnych fragmentów "Bohemian Rhapsody".

"Rocks" to w sumie bardzo typowy - żeby nie powiedzieć przeciętny - album hardrockowy, z kilkoma pozytywnie wyróżniającymi się fragmentami. Utwory są w większości energetyczne i chwytliwe, jednak pod względem kompozytorskim trochę lepiej było na  "Get Your Wings". Stąd niższa ocena dla tego wydawnictwa.

Ocena: 6/10



Aerosmith - "Rocks" (1976)

1. Back in the Saddle; 2. Last Child; 3. Rats in the Cellar; 4. Combination; 5. Sick as a Dog; 6. Nobody's Fault; 7. Get the Lead Out; 8. Lick and a Promise; 9. Home Tonight

Skład: Steven Tyler - wokal, harmonijka (3,7), bass (5), instr. klawiszowe (6,9); Joe Perry - gitara, bass (1,5), dodatkowy wokal; Brad Whitford - gitara; Tom Hamilton - bass, gitara (5); Joey Kramer - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Paul Prestopino - bandżo (2)
Producent: Aerosmith i Jack Douglas


3 czerwca 2016

[Recenzja] Quicksilver Messenger Service - "Quicksilver Messenger Service" (1968)



Quicksilver Messenger Service to jeden z najważniejszych, obok Jefferson Airplane i Grateful Dead, przedstawicieli psychodelicznej sceny San Francisco. Grupa powstała już w 1965 roku, jednak muzycy dość długo zwlekali z podpisaniem kontraktu, obawiając się komercjalizacji. W międzyczasie doszło do kilku personalnych przetasowań. W oryginalnym składzie znajdowali się gitarzyści John Cipollina i Dino Valenti, basista David Freiberg, oraz grający na harmonijce Jim Murray; cała czwórka dzieliła się obowiązkami wokalnymi. Wkrótce jednak Murray opuścił zespół, aby zgłębiać tajniki gry na sitarze, zaś Valenti trafił na ponad rok do więzienia za posiadanie marihuany. Miejsce tego ostatniego zajął Gary Duncan. Postanowiono też zatrudnić perkusistę Grega Elmore'a. W tym właśnie składzie, w 1968 roku, grupa podpisała w końcu kontrakt i po raz pierwszy weszła do studia.

Debiutancki album Quicksilver składa się z sześciu kompozycji, które można podzielić na dwie grupy. Do pierwszej zaliczają się utwory prostsze, o piosenkowych strukturach. Są wśród nich zarówno kawałki bardziej dynamiczne ("Pride of Man", "Dino's Song", "It's Been Too Long"), jak i subtelniejsze (nastrojowa ballada "Light Your Windows"). Są one całkiem przyjemne i melodyczne, wszystkie zachwycają też gitarowymi popisami Duncana i Cipolliny, jednak o wiele większe wrażenie robią utwory z drugiej grupy. Należą do niej tylko dwa, ale za to bardzo rozbudowane utwory: niemal siedmiominutowy, instrumentalny "Gold and Silver", oraz ponad dwunastominutowy, w sporej części także instrumentalny "The Fool". Oba cechują się jamowym charakterem i zdradzają silny wpływ jazzu; muzycy pokazują w nich swój talent do zespołowych improwizacji. "Gold and Silver" to przede wszystkim zadziorne popisy gitarzystów, na tle mocnego podkładu rytmicznego. Z kolei w "The Fool" muzycy stawiają na budowanie klimatu; nie brakuje tu psychodelicznych odlotów gitarowych, wyraźnie inspirowanych muzyką indyjską.

Debiutancki album Quicksilver Messenger Service wydaje się potwierdzać wspomniane we wstępie obawy muzyków, bojących się komercjalizacji w wyniku współpracy z wytwórnią. Longplay jest jakby wynikiem kompromisu. Oprócz muzyki, jaką zespół prezentował wówczas na koncertach, czyli rozbudowanych jamów, znalazły się tutaj także bardziej konwencjonalne kompozycje. I choć te drugie są całkiem udane, to poniższa ocena jest przede wszystkim zasługą dwóch najdłuższych utworów.

Ocena: 8/10



Quicksilver Messenger Service - "Quicksilver Messenger Service" (1968)

1. Pride of Man; 2. Light Your Windows; 3. Dino's Song; 4. Gold and Silver; 5. It's Been Too Long; 6. The Fool

Skład: Gary Duncan - wokal i gitara; John Cipollina - gitara; David Freiberg - bass i wokal, wiolonczela; Greg Elmore - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Nick Gravenites, Harvey Brooks i Pete Welding


2 czerwca 2016

[Blog] Podsumowanie maja

Zgodnie z blogową tradycją, początek nowego miesiąca to pora na kolejne podsumowanie. Próbowałem wymyślić nową nazwę tego cyklu, bo aktualna jest trochę myląca (sugerując raczej omówienie aktualnych wydarzeń w świecie muzyki lub wydawniczych nowości), jednak na razie nic nie przychodzi mi do głowy. Trochę odświeżyłem natomiast samą formę podsumowania, które tym razem nie będzie się ograniczać jedynie do opisów nowości w moich zbiorach. Od teraz opisy te będą zresztą znacznie krótsze, bo wszystkie kupowane przeze mnie albumy i tak już zostały - lub zostaną w najbliższym czasie - bardziej szczegółowo zrecenzowane na blogu.

Majowe zakupy.

W maju poszerzyłem moją muzyczną kolekcję o cztery nowe pozycje: "Blues Breakers (with Eric Clapton)" Johna Mayalla, "Fifth Dimension" The Byrds, "Grand Funk" Grand Funk Railroad, oraz "Still Got the Blues" Gary'ego Moore'a. Dwie pierwsze to wczesne reedycje, z początku lat 70., natomiast kolejne dwie to oryginalne wydania, odpowiednio z 1969 i 1990 roku. Poza kilkukrotnym odtworzeniem każdego z tych albumów, niewiele muzyki słuchałem na gramofonie. Wolałem przeznaczyć ten czas na poznawanie nieznanej mi muzyki, lub przypominanie sobie tej dawno nie słuchanej. Do niedawna odkrywanie przeze mnie nowej muzyki wiązało się ściśle z prowadzeniem bloga - gdy zaczynało brakować pomysłów na recenzje, rozpoczynałem poszukiwania. Mniej więcej dwa miesiące temu postanowiłem jednak słuchać jak najwięcej nieznanych/zapomnianych przeze mnie albumów. Często po kilka dziennie. Przeważnie trzymam się gatunków i stylów, których słucham na co dzień, czasem jednak sięgam po coś z innej półki - jak "Tribute to Jack Johnson" Milesa Davisa, czy "Cyclone" Tangerine Dream. Oba pozostawiły mnie z mieszanymi odczuciami. Za to kompletnie nie trafia już do mnie sztampowy heavy metal w stylu The Michael Schenker Group czy Saxon. Z tego samego powodu nie spodobała mi się spora część twórczości Gary'ego Moore'a, który w latach 80. też obracał się głównie w takich klimatach. Na szczęście przypomniałem sobie także "Still Got the Blues", który idealnie wpasował się w mój aktualny gust. Choć do blues rocka też jestem już coraz mniej bezkrytyczny - wciąż bardzo lubię, ale od kolejnych albumów oczekuję czegoś świeżego, innego niż tylko powielanie utartych schematów. A o to w tym stylu trudno. Na szczęście wciąż zdarza mi się odkrywać kolejne perły, jak chociażby "East-West" The Butterfield Blues Band, którego recenzja niebawem pojawi się na blogu. I na tym optymistycznym akcencie zakończę.


Recenzje:

1 czerwca 2016

[Recenzja] John Mayall's Bluesbreakers - "Crusade" (1967)



Grupa Johna Mayalla przechodziła nieustanne zawirowania personalne. Niedługo po wydaniu albumu "A Hard Road", Peter Green zasugerował liderowi wyrzucenie ze składu Aynsleya Dunbara (który później w odwecie stworzył konkurencyjny The Aynsley Dunbar Retaliation) i przyjęcie na jego miejsce Micka Fleetwooda - tylko po to, aby zaraz zabrać go do własnego zespołu, nazwanego Fleetwood Mac. Green specjalnie użył nazwisk sekcji rytmicznej Bluesbreakers - a więc także Johna McVie - aby zachęcić ich do dołączenia. O ile jednak perkusista przystał natychmiast, tak basista wahał się wystarczająco długo, aby w międzyczasie zdążyć nagrać z Mayallem jeszcze jeden album, zatytułowany "Crusade". Podczas uzupełniania braków kadrowych, lider po raz kolejny wykazał się szóstym zmysłem do odkrywania nowych talentów, angażując perkusistę Keefa Hartleya (z mało znanej grupy The Artwoods, w której karierę zaczynał także Jon Lord) i młodego, ledwie 18-letniego gitarzystę Micka Taylora. Album "Crusade" udowadnia, że był to słuszny wybór.

Tradycyjnie już - tak było także na albumach z Claptonem i Greenem - gitarzysta największe pole do popisu ma w utworach instrumentalnych: czadowym "Snowy Wood", zdominowanym przez gitarę Taylora (który zresztą jest jego współkompozytorem), oraz tylko trochę łagodniejszym "Driving Sideways", bardziej zorientowanym na zespołową współpracę. Choć ekscytujących solówek nie brakuje także w innych utworach. Najwspanialsza pojawia się w przeróbce "I Can't Quit You Baby" (napisanego przez Williego Dixona dla Otisa Rusha; później nagranego też przez Led Zeppelin). Choć są też utwory, w których udział gitarzysty ograniczony jest do minimum - vide "Streamline", oparty głównie na akompaniamencie organów i saksofonów. Warto dodać, że utwór wyróżnia się także fantastyczną, naprawdę chwytliwą melodią. Zresztą przebojowego grania tutaj nie brakuje, żeby wspomnieć tylko o niesamowicie energetycznej przeróbce "Oh Pretty Woman" Alberta Kinga, która rewelacyjnie otwiera album (i zachwyca popisami Taylora), albo równie dynamicznych "Stand Back Baby" i "Checkin' Up on My Baby" (w których istotną rolę odgrywa harmonijka Mayalla). Na albumie nie zabrakło też kilku wolnych, klimatycznych bluesów, wzbogaconych sekcją dętą - taki charakter mają "My Time After Awhile", "Tears in My Eyes", "Me and My Woman", oraz poruszający "The Death of J. B. Lenoir", napisany przez Mayalla tuż po tym, gdy dowiedział się o śmierci amerykańskiego bluesmana J. B. Lenoira, będącego jedną z jego inspiracji. Pewnym zaskoczeniem może być natomiast "Man of Stone" (z repertuaru Eddiego Kirklanda), lekko zahaczający o muzykę country.

Krucjata Johna Mayalla w szerzeniu popularności bluesa na Wyspach Brytyjskich, rozpoczęta trochę ponad rok wcześniej albumem "Blues Breakers with Eric Clapton", nie traciła impetu. "Crusade" to kolejny porywający album, utrzymujący wysoki poziom swoich poprzedników. Wstyd nie znać.

Ocena: 8/10



John Mayall's Bluesbreakers - "Crusade" (1967)

1. Oh, Pretty Woman; 2. Stand Back Baby; 3. My Time After Awhile; 4. Snowy Wood; 5. Man of Stone; 6. Tears in My Eyes; 7. Driving Sideways; 8. The Death of J. B. Lenoir; 9. I Can't Quit You Baby; 10. Streamline; 11. Me and My Woman; 12. Checkin' Up on My Baby

Skład: John Mayall - wokal, gitara, instr. klawiszowe, harmonijka; Mick Taylor - gitara; John McVie - bass; Keef Hartley - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Chris Mercer, Rip Kant - saksofony
Producent: Mike Vernon