9 maja 2016

[Recenzja] The Who - "Endless Wire" (2006)



Od wydania poprzedniego studyjnego albumu The Who, "It's Hard", minęły dwadzieścia cztery lata. Zespół przez ten czas wielokrotnie się rozpadał i wznawiał działalność. Kilkakrotnie muzycy weszli nawet do studia, jednak efektem były tylko pojedyncze utwory. Kiedy w 2002 roku zmarł John Entwistle, wydawało się, że to definitywny koniec zespołu. Jednak Pete Townshend i Roger Daltrey zdecydowali się kontynuować działalność. A w 2006 wydali nawet nowy album, "Endless Wire" (do dziś, dziesięć lat po premierze, pozostający ich ostatnim dokonaniem). Longplay składa się z dwóch części. Pierwsza to dziewięć niepowiązanych ze sobą utworów, nagranych przez Townshenda i Daltreya niemalże bez pomocy innych muzyków. Jedynie w "Black Widow's Eyes" towarzyszy im perkusista Zak Starkey (syn Ringo Starra), a w singlowym "It's Not Enough" wspiera ich cały zespół, w postaci drugiego gitarzysty, sekcji rytmicznej i klawiszowca. Druga cześć albumu to tzw. "mini opera rockowa" o tytule "Wire & Glass" - dziesięć krótkich utworów połączonych w całość, spójnych tematycznie. Tutaj wystąpił już regularny zespół - z perkusistą Peterem Huntingtonem, basistą Pino Palladino i klawiszowcem Johnem "Rabbitem" Bundrickem - oraz liczni goście, grający na instrumentach smyczkowych.

Niestety, już pierwszy utwór dobitnie uświadamia, że "Endless Wire" będzie wyłącznie odcinaniem kuponów od dawnej popularności The Who. Bo jak inaczej nazwać sytuację, gdy muzycy bezczelnie kopiują jeden ze swoich dawnych przebojów? "Fragmnets" (a także jego kontynuacja, "Fragmnets of Fragments") to nic więcej, jak odświeżona wersja "Baba O'Riley" - oparty na prawie identycznym syntezatorowym motywie, z podobnym wejściem innych instrumentów. Jednak w porównaniu z pierwowzorem, "Fragments" wypada strasznie smętnie, brakuje mu energii. A najgorsza zmiana to wokal Rogera Daltreya, który chrypi tutaj bez sił. Podobnie jest w pozostałych utworach: zespół balansuje na granicy autoplagiatu (np. "Mike Post Theme" oparty na motywach z "The Punk Meets the Godfather"), a zdarty głos Daltreya przypomina, że to tylko marny cień dawnego The Who. Naprawdę przykro się tego słucha, zwłaszcza mając w pamięci jego wokalne popisy  z "Live at Leeds", "Who's Next" czy "Love Reign O'er Me". Ciężko uwierzyć, że to ten sam wokalista. Partie wokalne znacząco obniżają tutaj poziom utworów, które same w sobie też nie są jakieś rewelacyjne.

Z pierwszej części albumu moją uwagę zwrócił tylko "Black Widow's Eyes", zbudowany na fajnych dynamicznych kontrastach (choć przejście w trzydziestej czwartej sekundzie zostało zapożyczone z "Behind Blue Eyes"). Całkiem niezły byłby jeszcze singlowy "It's Not Enough", gdyby nie strasznie wymęczone wokale. Nieco lepsze wrażenie robi druga część albumu, szczególnie rozpoczynający ją utwór "Sound Round" - zagrany z energią wczesnych nagrań zespołu i nawet wokalnie nieco lepszy; momentami w głosie Daltreya pobrzmiewa dawna barwa. Podobnie jest np. w "Pick Up the Peace", "We Got a Hit" czy "Mirror Door". W łagodniejszych "Endless Wire" i "They Made My Dream Come True" przebijają się natomiast całkiem niezłe melodie. Choć i w tej części albumu zdarzają się niewypały, jak kiczowaty "Trilby's Piano", czy niepotrzebna repryza "Fragmnets". Najbardziej razi jednak, że większość tych utworów trwa ledwie koło dwóch minut. Gdyby tak rozbudować część z nich, a zrezygnować z mniej udanych fragmentów (szczególnie z pierwszej części albumu), mógłby to być całkiem niezły album. A tak nie jest nawet przeciętny.

"Endless Wire" to niepotrzebny powrót. Spóźniony o zbyt wiele lat. Gdyby podobny materiał powstał za czasów lepszej formy Daltreya (i za życia Entwistle'a, którego bas ożywiłby całość), pewnie można by mówić o najlepszym albumie The Who od czasu "Quadrophenii". Jednak przez te wymęczone partie wokalne, słuchanie "Endless Wire" nie jest ani przyjemnym, ani łatwym doświadczeniem - co, biorąc pod uwagę stricte rozrywkowy charakter tego wydawnictwa, stawia pod znakiem zapytania sens obcowania z nim. 

Ocena: 4/10



The Who - "Endless Wire" (2006)

1. Fragments; 2. A Man in a Purple Dress; 3. Mike Post Theme; 4. In the Ether; 5. Black Widow's Eyes; 6. Two Thousand Years; 7. God Speaks of Marty Robbins; 8. It's Not Enough; 9. You Stand by Me; 10. Sound Round; 11. Pick Up the Peace; 12. Unholy Trinity; 13. Trilby's Piano; 14. Endless Wire; 15. Fragments of Fragments; 16. We Got a Hit; 17. They Made My Dream Come True; 18. Mirror Door; 19. Tea & Theatre

Skład: Roger Daltrey - wokal; Pete Townshend - gitara, wokal, bass, perkusja, instr. klawiszowe, mandolina, bandżo, altówka (13)
Gościnnie: Lawrence Ball - elektronika (1,15); Zak Starkey - perkusja (5); Jolyon Dixon - gitara (8); Stuart Ross - bass (8); Peter Huntington - perkusja (8,10,11,14,16-18); Rachel Fuller - instr. klawiszowe (8); Pino Palladino - bass (10,11,14,16-18); John "Rabbit" Bundrick - organy (10,11,18); Ellen Blair - altówka (8); Gill Morley, Brian Wright - skrzypce (13); Vicky Matthews - wiolonczela (13); Billy Nicholls, Simon Townshend - dodatkowy wokal
Producent: Pete Townshend, Bob Pridden i Billy Nicholls


Brak komentarzy

Prześlij komentarz