25 maja 2016

[Recenzja] John Mayall & the Bluesbreakers - "A Hard Road" (1967)



"A Hard Road" to drugi studyjny album Johna Mayalla i jego Bluesbreakers. Nagrany już bez Erica Claptona - który postanowił stworzyć nową grupę z Jackiem Brucem i Gingerem Bakerem - oraz perkusisty Hugha Flinta, który odszedł do Savoy Brown. Ich miejsce zajęli jednak równie utalentowani muzycy - Peter Green i Aynsley Dunbar. Szkoda tylko, że pierwszy z nich nie mógł pokazać tutaj na co naprawdę go stać - utwory są bardzo krótkie, rzadko przekraczają trzy minuty, więc nie ma w nich miejsca na dłuższe solówki. Gitarowe zagrywki Greena przeważnie stanowią tło dla wokalnych popisów Mayalla. Wyjątek stanowią dwa instrumentalne utwory: porywający "The Stumble" (z repertuaru Freddiego Kinga), w którym pierwszoplanową rolę odgrywa właśnie gitarowy popis Greena, oraz skomponowany przez niego "The Supernatural" - łagodniejszy utwór inspirowany twórczością The Shadows, z pięknymi partiami gitarzysty na świetnym akompaniamencie organów Mayalla, wyraźnego basu Johna McVie, oraz subtelnej gry Dunbara.

Peter Green udziela się na albumie także wokalnie - w drugim skomponowanym przez siebie utworze, niestety dość stereotypowym "The Same Way", oraz w fantastycznej, bardzo energetycznej przeróbce "You Don't Love Me" Williego Cobbsa. I, szczerze mówiąc, wychodzi mu to lepiej, niż liderowi. Mayallowi zdarza się niekiedy popadać w zbyt płaczliwą manierę, jak np. w utworze tytułowym (poza tym bardzo udanym bluesie o średnim tempie i rockowym ciężarze), czy coverze "Dust My Blues" Elmore'a Jamesa. Choć w innych utworach radzi sobie całkiem nieźle. Np. w finałowym "Living Alone", którego głównym atutem jest właśnie bardzo melodyjna partia wokalna (a także fajna solówka na harmonijce). Wracając zaś do muzyki, warto odnotować, że w porównaniu z poprzednim albumem, większą rolę odgrywa sekcja dęta. Dęciaki słychać w trzech utworach: bardzo ciekawym "Another Kinda Love" (w którym świetnie uzupełniają się z organami i gitarowymi zagrywkami); dynamicznym "Leaping Christine"; oraz bluesowej balladzie "Someday After a While (You'll Be Sorry)" (kolejnym utworze z repertuaru Freddiego Kinga). Mniej udanym eksperymentem jest natomiast "There's Always Work" - półtoraminutowy przerywnik, w którym słychać tylko monotonną harmonijkę i wokalizę. Na singlach Mayalla z tamtego okresu można znaleźć ciekawsze utwory i szkoda, że któryś z nich nie trafił na ten longplay, zamiast tego wypełniacza.

"A Hard Road" to w sumie bardzo udana kontynuacja słynnego "Blues Breakers with Eric Clapton", niesłusznie pozostająca w jego cieniu. Oczywiście, nie jest to już tak przełomowy album. Jednak wiele pomysłów z poprzednika zostało tu ciekawie rozwinięte, a pojawiają się też nowe rozwiązania i większa różnorodność. Nie sposób nie docenić wkładu nowych współpracowników Mayalla, zwłaszcza Petera Greena. Choć akurat jego umiejętności nie zostały tu w pełni wykorzystane. On sam najlepiej zdawał sobie z tego sprawę i wkrótce zdecydował się pójść w ślady Claptona, tzn. założyć własny zespół. A John Mayall po raz kolejny został zmuszony szukać nowego gitarowego wirtuoza. I znów mu się udało odkryć kolejny wielki talent - ale o tym napiszę dopiero za tydzień.

Ocena: 8/10



John Mayall & the Bluesbreakers - "A Hard Road" (1967)

1. A Hard Road; 2. It's Over; 3. You Don't Love Me; 4. The Stumble; 5. Another Kinda Love; 6. Hit the Highway; 7. Leaping Christine; 8. Dust My Blues; 9. There's Always Work; 10. The Same Way; 11. The Supernatural; 12. Top of the Hill; 13. Someday After a While (You'll Be Sorry); 14. Living Alone

Skład: John Mayall - wokal, gitara, harmonijka, instr. klawiszowe; Peter Green - gitara, wokal (3,10); John McVie - bass; Aynsley Dunbar - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: John Almond, Alan Skidmore i Ray Warleigh - instr. dęte (5,7,13)
Producent: Mike Vernon


3 komentarze:

  1. ciekawa recenzja,tylko małe sprostowanie; na poprzednim albumie Bluesbreaers dęciaki również grały w kilku utworach... p.s może by tak w przyszłości coś o Canned Heat?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kilka tygodni temu kupiłem album z Claptonem i sporo go słuchałem w ostatnim czasie, ale na te dęciaki kompletnie nie zwróciłem uwagi, nie zapamiętałem ich... Canned Heat na razie nie mam w planach, ale dużo takiej muzyki na blogu się pojawia, więc pewnie i na ten zespół przyjdzie pora ;)

      Usuń
  2. Fajny album, ale najlepsze kawałki Mayalla z Greenem wyszły na singlach i składankach. Na tych płytowych Piotr błyszczy bladziej.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.