24 maja 2016

[Recenzja] Grand Funk Railroad - "Phoenix" (1972)



Feniks to mityczny ptak, po śmierci powstawał z popiołów. Będąc symbolem odrodzenia, idealnie nadawał się na tytuł szóstego albumu Grand Funk Railroad. "Phoenix" jest bowiem początkiem nowego etapu działalności grupy. Od tego momentu nie będącej już triem, lecz kwartetem. Skład poszerzył się bowiem o klawiszowca, Craiga Frosta. W rezultacie zmieniło się brzmienie zespołu, w którym zdecydowanie większą rolę zaczęły odgrywać klawisze. Na szczęście, na "Phoenix" nie mają one na celu zmiękczenia brzmienia. Pod względem ciężaru i żywiołowości longplay nie ustępuje swoim poprzednikom.

Możliwości rozszerzonego składu Grand Funk w pełni pokazuje już rozpoczynający całość "Flight of the Phoenix". Ten instrumentalny utwór to porywający popis wszystkich muzyków - na podkładzie intensywnej gry sekcji rytmicznej rozbrzmiewają niezliczone solówki na organach, gitarze i... skrzypcach. Za te ostatnie odpowiada gościnnie zaproszony Doug Kershaw. Dynamiczny, chwytliwy "Trying to Get Away" to kolejny przykład potwierdzający słuszność zatrudnienia nowego muzyka. Klawisze świetnie współgrają tutaj z pozostałymi instrumentami, idealnie je dopełniają. W przeszłości, gdy zespół używał klawiszy, pojawiały się one zawsze zamiast gitary, nigdy jednocześnie - prawdopodobnie dlatego, żeby zespół mógł wiernie odegrać te utwory na koncertach (na obu instrumentach grał Mark Farner). Po zatrudnieniu Frosta, zespół nie musiał się już tym przejmować, dzięki czemu brzmienie jest o wiele bogatsze, bardziej różnorodne.

"Someone" to z pozoru leniwa, sielska piosenka, jednak w środku nabiera ciężaru, a muzycy po raz kolejny zachwycają umiejętnością zespołowej interakcji. Sam pomysł zestawienia cichszych i głośniejszych fragmentów jest strasznie oklepany, jednak tutaj efekt okazuje się naprawdę interesujący. W rezultacie "Someone" to kolejny mocny punkt albumu. Na podobnej zasadzie zbudowany został także trochę mniej udany, choć przyjemny "So You Won't Have to Die". Interesująco wypada natomiast "She Got to Move Me", napędzany organami i uwypuklonym basem, wspartymi świetnymi gitarowymi zagrywkami i nieco reggae'ową rytmiką. Niestety, im dalej, tym mniej wyrazistych utworów. Wyróżnić na pewno warto "Freedom Is for Children", który z początku zachwyca klimatem i budową napięcia, jednak w pewnym momencie robi się zbyt monotonnie. Dynamiczny "I Just Gotta Know" broni się dzięki świetnym klawiszom, jednak melodycznie jest dość sztampowy. Choć pod tym względem i tak wypada lepiej od banalnych "Gotta Find Me a Better Day" i "Rock & Roll Soul". Natomiast "Rain Keeps Fallin'" jest po prostu nużący, zbyt jednostajny.

"Phoenix" to nierówny album. Po naprawdę świetnym początku, poziom stopniowo opada (z małymi zwyżkami), aż do bardzo przeciętnego finału. Jednak jako całość, album nie schodzi dużo poniżej poziomu wcześniejszych wydawnictw Grand Funk Railroad. Jest natomiast znacznie lepszy od tego, co grupa proponowała później. 

Ocena: 7/10



Grand Funk Railroad - "Phoenix" (1972)

1. Flight of the Phoenix; 2. Trying to Get Away; 3. Someone; 4. She Got to Move Me; 5. Rain Keeps Fallin'; 6. I Just Gotta Know; 7. So You Won't Have to Die; 8. Freedom Is for Children; 9. Gotta Find Me a Better Day; 10. Rock & Roll Soul

Skład: Mark Farner - wokal, gitara, harmonijka, instr. klawiszowe; Mel Schacher - bass, wokal; Don Brewer - perkusja i instr. perkusyjne, wokal; Craig Frost - instr. klawiszowe, wokal
Gościnnie: Doug Kershaw - skrzypce (1)
Producent: Grand Funk Railroad


2 komentarze:

  1. Uwaga, veto :)

    W wypadku tego albumu masz zarzuty do 4 utworów. W wypadku "Get Your Wings On" jako słaby punkt wskazałeś dźwięki publiki dograne do jednego z kawałków (ale sam utwór pochwaliłeś) oraz finałowy "Pandora's Box". Wychodzi więc jeden-dwa utwory na minus.

    Skąd taka sama ocena? Aerosmith chyba oceniałeś ostrzej niż "Phoenix" Czy może chodzi ogólnie o małą oryginalność płytki "Get..."?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Muzyka to nie matematyka ;) Nie robię jakiś wyliczeń ile procent utworów jest ok, a ile nie - poza tym utwór utworowi nie równy i czasem jedna genialna kompozycja może podnieść ocenę bardziej, niż kilka bardzo dobrych z innego longplaya. A przede wszystkim - oceniam albumy jako całość. Tzn. np. jak chętnie do niego wracam (w przypadku tych które znam od dawna) lub myślę, że będę wracał (w przypadku ostatnio poznanych).

      Ocena 7/10 to dobry album, który mam ochotę posłuchać średnio raz na kilka miesięcy. A w przypadku albumów, których nie mam w kolekcji - taki, którego nie będę specjalnie szukał na aukcjach czy w sklepach, ale jeśli gdzieś przypadkiem zobaczę w akceptowalnej cenie, to pewnie kupię ;) Choć może się też tak zdarzyć, że na albumie który jako całość uważam za "tylko dobry", jest jakiś fantastyczny utwór, dla którego koniecznie muszę go kupić. Także nie mam jakiś ściśle określonych reguł oceniania.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.