18 maja 2016

[Recenzja] Beck, Bogert & Appice - "Live In Japan" (1973)



"Live in Japan" to zapis dwóch występów, jakie efemeryczna supergrupa Beck, Bogert & Appice dała w Osace, 18 i 19 maja 1973 roku. Ten dwupłytowy album oryginalnie został wydany wyłącznie w Japonii i przez wiele lat nie był wznawiany w żadnym innym kraju. Dopiero w XXI doczekał się wydania w Stanach (wyłącznie kompaktowego) oraz w Australii i Nowej Zelandii (kompaktowego i winylowego). Europejscy fani do dziś są skazani wyłącznie na importowane egzemplarze. Szkoda, ponieważ to naprawdę rewelacyjny materiał. Co w sumie nie powinno dziwić, skoro grają tu tacy mistrzowie, jak Jeff Beck, Tim Bogert i Carmine Appice. Jak większość grup z tamtych czasów, trio szczyt swoich możliwości osiągało właśnie na koncertach, podczas których muzycy mogli bez żadnych ograniczeń wdawać się w długie, ekscytujące improwizacje.

Podstawę repertuaru "Live in Japan" stanowią utwory z jedynego studyjnego albumu zespołu, "Beck, Bogert & Appice". Zabrakło tylko "Oh to Love You". Otrzymujemy tutaj za to chociażby porywające, znacznie rozbudowane świetnymi popisami muzyków wersje "Lose Myself with You",  "Black Cat Moan" czy "Why Should I Care" (choć w tym ostatnim irytująco brzmi śpiew Bogerta). Albo porażające energią wykonania "Lady", "Livin' Alone" i - przede wszystkim - "Superstition". Wszystkie wypadają znacznie lepiej od wersji studyjnych. Niestety, nie można tego powiedzieć o balladach "Sweet Sweet Surrender" i "I'm So Proud", które w takich surowych wykonaniach sporo tracą. Repertuar obejmuje także utwory poprzednich grup Becka. "Jeff's Boogie" to instrumentalna kompozycja sięgająca czasów The Yardbirds; tutaj zagrana oczywiście znacznie ciężej, bardziej czadowo. Nie zabrakło też utworów The Jeff Beck Group. Bluesowy standard "Going Down" wręcz miażdży wersję z albumu "The Jeff Beck Group", za sprawą niesamowitej żywiołowości i ciężaru. Z kolei "Morning Dew" (z "Truth", a oryginalnie z repertuaru Bonnie Dobson) rozrósł się tutaj do niemal kwadransa, głównie za sprawą perkusyjnego popisu Appice'a. Ciekawie wypada także "Plynth" (z "Beck-Ola"), połączony z "Shotgun" Juniora Wellsa. Całości dopełnia niewydany na żadnym studyjnym albumie utwór "Boogie", o luźnym, jamowym charakterze (choć pojawia się tu też partia wokalna), ze świetnymi popisami muzyków.

"Live in Japan" to doskonały przykład albumu koncertowego z tamtej epoki, na którym nie brakuje ani porywających improwizacji, ani konkretnego czadowania. Pozycja obowiązkowa dla wszystkich miłośników takiego grania.

Ocena: 9/10



Beck, Bogert & Appice - "Live In Japan" (1973)

LP1: 1. Superstition; 2. Lose Myself with You; 3. Jeff's Boogie; 4. Going Down; 5. Boogie; 6. Morning Dew
LP2: 1. Sweet Sweet Surrender; 2. Livin' Alone; 3. I'm So Proud; 4. Lady; 5. Black Cat Moan; 6. Why Should I Care; 7. Plynth/Shotgun

Skład: Jeff Beck - gitara, talkbox, wokal; Tim Bogert - wokal i bass; Carmine Appice - wokal i perkusja
Producent: Jeff Beck, Tim Bogert i Carmine Appice


6 komentarzy:

  1. Planujesz recenzje tych jazz-rockowych płyt, które Jeff Beck nagrywał w drugiej połowie lat 70'? Mam na myśli głównie "Blow by Blow", ale też "Wired" i "With The Jan Hammer Group Live". Nie są to najbardziej odkrywcze jego nagrania, ale chyba odpowiadają mi najbardziej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze się nad tym zastanawiam, na najbliższe tygodnie mam inne plany ;)

      Usuń
  2. Bardzo dobra koncertowa płyta ale... No właśnie sporo jest tych ale. Po pierwsze zespołowi brakuje rasowego rockowego wokalisty, ktory tchnął by trochę klimatu w te kawałki. Wokal to najsłabsze ogniwo tej grupy. Po drugie wykonawczo rewelacyjnie ale kompozytorsko już niekoniecznie. Brakuje po prostu dobrych kompozycji. Broni się Lady, które jest świetne ale reszta jest przeciętna. Black Cat Moan brzmi dużo mocniej niż na płycie ale to wciąż niedopracowany i leniwy numer z potencjałem. Po trzecie zbyt widoczna jest przepaść między kompozycjami tej grupy a pierwszą ligą hard rocka czyli np. Deep Purple czy Black Sabbath. Przy takich koncertowych klasykach jak np. Speed King czy chociażby Children of the Grave kawałki Beck Bogert & Appice po prostu nie istnieją. Po czwarte jest sporo pozytywów: Carmine Appice okazuje się genialnym perkusistą wcale nie gorszym niż jego brat Vinny, Tim Bogert świetnie dotrzymuje mu kroku co czymi z nich jedną z najlepszych sekcji rytmicznych hard rocka, gitara Becka brzmi genialnie i dużo bardziej mocno i intrygująco niż w studiu. Niestety po raz kolejny zawiodłem się na jego grze bo oczekiwałem dużo więcej. Wydawało mi się że zagra co najmniej jak Blackmore na początku lat 70 skoro jest uznawany za mistrza gitary. Owszem jego gra jest bardzo dobra ale nic więcej. Wg mnie Blackmore, Iommi czy Gallagher biją Becka na głowę. Żeby nie było tak źle to płyta mi się podoba :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Superstition" to świetny utwór, "Goin' Down" w sumie też (nawet Purple grali go na koncertach w okresie funkowym, choć mieli mnóstwo własnego repertuaru). A Carmine jest uważany za znacznie lepszego perkusistę od swojego brata.

      Usuń
  3. Faktycznie Superstition to dobry numer a Goin' Down to chyba jednak cover. Moim zdaniem Purple zagrali go o niebo lepiej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Superstition" to w sumie też cover, choć nietypowy... Stevie Wonder napisał ten utwór dla Becka, jako podziękowanie za zagranie solówki na jego albumie. Potem jednak Stevie stwierdził, że utwór jest zbyt dobry, by tak po prostu go oddać i nagrał własną wersję, która została opublikowana jako pierwsza.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.