16 maja 2016

[Recenzja] Aerosmith - "Aerosmith" (1973)



Do napisania tej recenzji zostałem niejako zmuszony, powtarzającymi się prośbami Czytelników. Sam nie miałem nigdy w planach opisywania dokonań Aerosmith, którego twórczość nigdy nie robiła na mnie dobrego wrażenia. Po przesłuchaniu kilku pierwszych - ponoć najmniej komercyjnych - albumów grupy, utwierdziłem się w tym, co podejrzewałem na podstawie pojedynczych przebojów. Że Aerosmith to jeden z najbardziej przereklamowanych zespołów rockowych (jeśli nie najbardziej przereklamowany), który swój sukces zawdzięcza wytrwałej promocji, a nie wartości samej muzyki. Ta jest praktycznie całkiem pozbawiona jakichkolwiek artystycznych ambicji. Zespół zbudował całą swoją karierę na prostych utworach, nigdy nie próbując być oryginalnym lub zaskoczyć czymś słuchaczy. Głównym celem muzyków - już od samego początku działalności - było tworzenie radiowych przebojów, które miały trafić do jak największej liczby odbiorców. A jak coś jest kierowane "do wszystkich", to tak naprawdę do nikogo.

Żeby jednak nie wyszło na to, że jestem uprzedzony i nastawiony wyłącznie na krytykę, recenzję debiutanckiego albumu Aerosmith zacznę od pozytywów. Nic nie mogę zarzucić brzmieniu, które jest czytelne, z dobrze słyszalnymi wszystkimi instrumentami. A muzykom na pewno nie można odmówić wykonawczych umiejętności. Jest tu też kilka udanych kompozycji. Jak rozbudowany, siedmiominutowy "One Way Street", z naprawdę dobrymi, bluesowymi zagrywkami i takimiż solówkami gitarzystów, uwypuklonym basem, oraz ozdobnikami na harmonijce i pianinie. Fajnie wypada tutaj zachrypnięty głos Stevena Tylera (poza fragmentami, w których przechodzi w irytujący skrzek). Albo balladowy "Dream On" - największy przebój z tego albumu i jeden z najbardziej rozpoznawalnych w ogóle. Muzykom udało się fantastycznie zbudować tutaj napięcie, dzięki coraz bardziej intensywnej grze instrumentalistów i ekspresyjnej partii wokalnej. Nie najgorzej wypada jeszcze "Walking the Dog", ale to akurat przeróbka kompozycji Rufusa Thomasa (znanej też z wersji The Rolling Stones).

Reszta longplaya jest już ewidentnie słabsza. Mieszane odczucia wywołują we mnie "Make It" i "Movin' Out". W pierwszym jest fajny riff, niezłe refreny i dobra część instrumentalna, ale także banalne, rock and rollowe zwrotki. Drugi jest natomiast dość toporny, ale pojawia się w nim zgrabne zwolnienie. Natomiast wszystkie pozostałe kawałki ("Somebody", "Mama Kin" i "Write Me a Letter") to już w całości bardzo sztampowy i nudny rock and roll. Sprawiają wrażenie napisanych w kilka minut na kolanie, wyłącznie w celu wydłużenia ogólnego czasu trwania do rozmiarów płyty długogrającej. Jeden tego typu przerywnik mógłbym znieść - bo często różni wykonawcy zapychają w ten sposób swoje albumy - ale trzy to już przesada, świadcząca o ewidentnym braku pomysłów. Komponowanie nie było mocną stroną muzyków tego zespołu.

"Aerosmith" to w sumie bardzo przeciętny album, na którym co prawda zdarzają się przebłyski, ale na każdy z nich przypada po kilka niewypałów. Nie przeszkodziło to jednak w odniesieniu ogromnego sukcesu - album doszedł do 21. miejsca najlepiej sprzedających się albumów w Stanach Zjednoczonych. Ale to były już czasy, gdy poziom amerykańskiej muzyki zaczął drastycznie spadać. Do czego zresztą zespoły pokroju Aerosmith, mające wyłącznie komercyjne ambicje, znacząco się przyczyniły.

Ocena: 5/10



Aerosmith - "Aerosmith" (1973)

1. Make It; 2. Somebody; 3. Dream On; 4. One Way Street; 5. Mama Kin; 6. Write Me a Letter; 7. Movin' Out; 8. Walkin' the Dog

Skład: Steven Tyler - wokal, instr. klawiszowe (3,4), harmonijka (4,6), flet (8); Joe Perry - gitara, dodatkowy wokal; Brad Whitford - gitara; Tom Hamilton - bass; Joey Kramer - perkusja
Gościnnie: David Woodford - saksofon (5,6)
Producent: Adrian Barber


20 komentarzy:

  1. Ten "najmniej komercyjny" okres trwał w sumie do 1985/86 r. i płyty "Done With Mirrors".

    OdpowiedzUsuń
  2. Moja pamięć nt Aerosmith kończy się gdzieś na "Rocks" czy nawet "Toys In The Attic" (jedyny LP, gdzie podobał mi się więcej niż jeden utwór) później tych albumów wypełnionych chłamem zrobiło się tyle, że nie jestem w stanie przywołać choćby jednego utworu (poza tymi, które katują stacje radiowe).

    Ja akurat lubię "Mama Kin", a wkurza mnie łzawy "Dream On" (nigdy wcześniej nie zauważyłem, że wyszczególnili go na przedniej okładce)

    Będziesz recenzował kolejne płyty, czy może ta Cię skołowała na tyle, że masz dosyć?

    A co do amerykańskich zespołów - masz w planach recenzje Blue Öyster Cult, ZZ Top czy Creedence Clearwater Reviwal (ten akurat jest z czasów wcześniejszych, ale stoi o kilkanaście poziomów wyżej niż Aerostmith)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Będą jeszcze recenzje "Get Your Wings" (ten nawet trafił w mój gust), "Toys in the Attic" i "Rocks". Dopiero przy "Draw the Line" wymiękłem i nie przesłuchałem nawet do końca. Za kolejne albumy już się nie brałem ;)

      Wspomnianych zespołów nie mam (póki co) w planach, ale wkrótce pojawią się recenzje innych amerykańskich grup.

      Usuń
    2. Z "Draw the Line" warto znać przynajmniej "Kings and Queens" - może i najlepsza kompozycja z całego dorobku grupy.

      Usuń
    3. Na pewno najlepsza z tych, które słyszałem z tego albumu ;)

      Usuń
    4. To już coś. Mam nadzieję, że następne albumy bardziej się podobały niż debiut (choć przyznam, że niektóre zawarte tam utwory docenia się z czasem).

      Usuń
  3. Dziwne...bo uwazam Dream On za swietny utwór:') bardzo emocjonalny:') bardzo melodyjny i tyle....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, określenie "emocjonalny" zdecydowanie lepiej pasuje do "Dream On", niż "łzawy" ;)

      Usuń
  4. Aerosmith miało też później parę dobrych płyt - "Pump" czy "Get a Grip", warto się z nimi zapoznać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ...jeżeli ktoś lubi lepiące się od lukru radiowe pioseneczki. Bo to właśnie z tych albumów pochodzi jakaś połowa z tych żenujących przebojów grupy.

      Usuń
    2. Racja, ale da się tam wyłapać więcej ostrzejszego rocka - na przykład "Young Lust" czy "Eat the Rich".

      Usuń
  5. W sumie cała płyta została skomponowana przez Tylera, oprócz "Movin' Out" (wespół z Perrym) i oczywiście "Walkin' the Dog". Szacun, bo nie poradził sobie wcale tak źle.

    A "Dream On" to arcydzieło :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Pytanie - co jest złego w takiej prostszej odmianie rocka? Taka też jest do życia potrzebna :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma absolutnie nic złego w prostym rockowym graniu ;) A raczej nie ma, dopóki nie popada ono w banał - a to niestety nagminnie ma miejsce na albumach Aerosmith. A przecież prostota nie musi iść w parze z banałem. Najoczywistszy przykład to wcześni Beatlesi.

      Usuń
  7. A rozszerzyłbyś coś o grze gitarzystów Aerosmith (solówki, riffy, kreatywność, płynność gry itp.)? Z góry dzięki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Grają konwencjonalnie i niekreatywnie, tyle pamiętam.

      Usuń
  8. Moja opinia o tej płycie jest zupełnie inna. Mam słabość do wszystkiego, co rock and rollowe. W związku z tym bardzo cenię to wydawnictwo. Moim zdaniem nie ma tu ani jednej złej piosenki. Aerosmith w latach 70tych to było coś. Wiem, że ta opinia nie jest zbyt popularna wśród słuchaczy ambitniejszych brzmień, jednak ja jestem z tych osób, co zarówno Pink Floyd, jak i Aerosmith mogą słuchać bez żadnych problemów ;). Ode mnie solidne 9/10. A co do twórczości zespołu z lat 90, to też uważam, że to jakieś, delikatnie mówiąc, nieporozumienie.

    OdpowiedzUsuń
  9. Będzie kiedyś więcej recek tego zespołu ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, już definitywnie skończyłem z recenzowaniem Aerosmith.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.