30 maja 2016

[Recenzja] Aerosmith - "Toys in the Attic" (1975)



"Toys in the Attic" jest uznawany za największe osiągnięcie Aerosmith. Nawet najbardziej zagorzali przeciwnicy zespołu uważają, że warto znać ten album. Polemizowałbym z tym. Utwory nie są tak dobre, jak na "Get Your Wings", brakuje im wyrazistości, a wiele z nich pod względem stylistycznym stanowi powrót do banalnego rock and rolla z debiutu. Najjaśniejszym punktem całości jest "Round and Round" - zaskakująco ciężki i agresywny utwór, jakiego nie powstydziłaby się ówczesna czołówka hard rocka. Poza tym warto wyróżnić dwa singlowe przeboje: "Walk This Way" i "Sweet Emotion". Ten pierwszy opiera się na fantastycznym gitarowym riffie (choć bardzo podobny pojawił się wcześniej w "I Ain't the One" Lynyrd Skynyrd) i wyróżnia nietypową jak na tamte czasy, skandowaną partią wokalną. Zresztą jedenaście lat później Steven Tyler i Joe Perry wzięli udział w nagraniu nowej wersji kawałka wraz z hiphopową grupą Run-D.M.C., nie mając pewnie pojęcia jak wiele złego wyrządzi ona całej muzyce, nie tylko rozpoczynając modę na łączenie rocka z rapem, ale też pomagając spopularyzować do tamtej pory undergroundowy hip hop... W "Sweet Emotion" pojawia się natomiast fajny basowy motyw i ciekawy, nieco soulowy refren. Reszta utworu wypada jednak bardzo przeciętnie.

Tak jak i reszta albumu. Już na otwarcie pojawia się prosta łupanka bez wyrazistej melodii, czyli tytułowy "Toys in the Attic". Nieźle wypada w nim tylko basowy popis we fragmencie instrumentalnym - szkoda tylko, że zagłusza go zgrzytliwa - i zwyczajnie kiepska - solówka gitarowa. Mdły, monotonny "Uncle Salty" i sztampowo rock and rollowy "Adam's Apple" poziomu bynajmniej nie podnoszą. Nie przekonuje mnie także "No More No More", w którym proste rock and rollowe zagrywki połączono z balladowymi wstawkami. Longplay zawiera także dwa utwory, które zupełnie nie pasują do pozostałych. Przeróbka rhythm'n'bluesowego "Big Ten Inch Record" (oryginalnie nagranego w 1952 roku przez Moose'a Jacksona), utrzymana w klimacie starego rock and rolla, ewidentnie miała być żartem. Jednak umieszczenie jej w połowie albumu nie było najlepszym pomysłem, bo za bardzo różni się od otaczających ją utworów. Lepiej sprawdziłaby się na zakończenie. Ale to miejsce przeznaczono na drugą niepasującą kompozycję - przesłodzoną balladę "You See Me Crying" z żenująco płaczliwym wokalem Tylera i nieznośnie kiczowatą aranżacją (pianino, smyczki). To prototyp tych wszystkich cukierkowatych ballad zespołu z kolejnych dekad.

"Toys in the Attic" to dla zespołu krok wstecz. Po całkiem udanym "Get Your Wings" - na którym muzycy zaproponowali solidny, światowy hard rock - tutaj wrócili oni do bardziej sztampowego grania, niezdradzającego innych ambicji, niż te czysto komercyjne. Bronią się tu tylko fragmenty, choć i one nie są szczególnie porywające. To w sumie bardzo przeciętny album.

Ocena: 5/10



Aerosmith - "Toys in the Attic" (1975)

1. Toys in the Attic; 2. Uncle Salty; 3. Adam's Apple; 4. Walk This Way; 5. Big Ten Inch Record; 6. Sweet Emotion; 7. No More No More; 8. Round and Round; 9. You See Me Crying

Skład: Steven Tyler - wokal, harmonijka (5), instr. perkusyjne (6), instr. klawiszowe (7,9); Joe Perry - gitara, dodatkowy wokal, instr. perkusyjne, talkbox (6); Brad Whitford - gitara; Tom Hamilton - bass, gitara (2); Joey Kramer - perkusja i instr.perkusyjne
Gościnnie: Scott Cushnie - pianino (5,7); Jay Messina - marimba (6)
Producent: Jack Douglas


13 komentarzy:

  1. kontekst
    Rok 1979, w radiu lecą różne nagrania typu: krawczyk, partita, alicja majewska, kazimierz grześkowiak i roman gerczak, sipińska, kunicka i Bogusław Mec. o 1 miejsce w opolu bije się Vox z kimś tam, a może to nie był Vox .
    I nagle któregoś słonecznego dnia dodam letniego u kolegi leci "Toys in the Attic" w całości, Tak - dostałem obuchem w głowę - bo nie wierzyłem, że tak można grać, wtedy to dla mnie było czadowo. i w ten oto sposób na zawsze TiTA zostanie w moim sercu z notą 10, cokolwiek by się nie działo. Ale tu jak wspomniałem najważniejszy jest kontekst.

    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Zgadzam się z oceną, nawet według mnie jest i o 2 oczka zbyt wysoka. Najlepszym dokonaniem Aerosmith pozostaje według mnie "Permanent Vacation", gdzie udało się im połączyć hard rockową zadziorność z glam rockowymi naleciałościami w najlepszych proporcjach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A dla mnie "Pernament Vacation" to granie z jeszcze niższej półki ;)

      Usuń
  3. W odniesieniu do recenzji... czemu uważasz że rap jest AŻ tak zły? ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Takiego pytania się nie spodziewałem :D Może zacznę od wyjaśnienia, co konkretnie miałem na myśli pisząc, że druga wersja "Walk This Way" wyrządziła wiele złego. Po pierwsze dlatego, że szybko pojawili się naśladowcy, którzy na patencie łączenia rockowej muzyki z rapowaniem, zbudowali swój styl. Ja osobiście nie toleruję rapu, ale ewentualnie mogę posłuchać pierwszych grup rap rockowych, np. Faith No More. Ale z czasem muzyka tego typu była coraz gorsza i gorsza, takie Limp Bizkit czy Linkin Park to przecież syf totalny ;) Druga kwestia, to fakt rosnącej popularności hip hopu po sukcesie "Walk This Way", czego rezultatem jest spadek popularności rocka.

      Usuń
  4. Mi się ten album JAK NA AEROSMITH nawet podoba, ale i tak mam dwie uwagi:

    1. Ten zespół dobitnie pokazuje jak cienka jest różnica między głównonurtowym rockiem a popem. Bo czy to jest naprawdę dużo mniej ambitne granie od takiego Davida Coverdale'a*? Wychodząc z tego samego punktu wystarczy odrobinę więcej parcia na szkło i nieco mniej zdolności (chociaż czy ja wiem?) i nagle się okazuje, że zespół gra pop, tyle że z gitarami.

    2. Twoje recenzowanie tego zespołu i stosunek jaki słusznie masz do jego muzyki pokazuje, że chyba warto byłoby robić częstsze i dalsze wycieczki poza muzykę rockową. Bo prędzej czy później zostaje albo nie-rock albo piosenka do filmu Armageddon ;)

    * Abstrahuję od tych dwóch funkowych wyjątków. Nie każdy lubi taką wersję Deep Purple, ale akurat ambicji bym jej nie odmawiał...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ad1. Rzeczywiście, nie ma dużej różnicy między tą wczesną wersją Aerosmith, a dokonaniami Davida Coverdale'a po odejściu z Deep Purple. Nawet w czasach, gdy dobierał sobie współpracowników ze względu na ich umiejętności, a nie wygląd, nie była to ambitna muzyka. Ale czy zła? Moim zdaniem jednak lepsza od takiego Aerosmith.

      Ad2. Coś w tym jest, chociaż na razie jeszcze trochę dobrego rocka do zrecenzowania zostało ;) A "wycieczki" na pewno będę robił.

      Trochę mnie smuci, że recenzje takiego Aerosmith mają w kilka dni po pół tysiąca wyświetleń, podczas gdy np. recenzje Johna Mayalla ledwo do stu dobijają.

      Usuń
    2. Jak widać, jest zainteresowanie tym zespołem. W sumie w polskim necie oprócz najnowszych 3 płyt nie ma za dużo ich recenzji.

      Usuń
  5. Przecież "Toys in the Attic" to jak najbardziej hard rockowa jazda, wcale nie gorsza i mniej ostra niż "Get Your Wings". "Round and Round", podobnie jak "Nobody's Fault" z Rocks, wręcz ociera się o heavy metal.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Akurat "Round and Round" został w recenzji pochwalony. Oczywiście, że "Toys in the Attic" to album hardrockowy, ale jest to bardzo komercyjna odmiana hard rocka. Na "Get Your Wings" jest odmiana nieco bardziej "szlachetna".

      Usuń
  6. Czy to jest żart? Z całym szacunkiem, możesz mieć własne zdanie i ja to szanuję i rozumiem, ale ten album jest genialny! To bynajmniej nie jest krok wstecz! To milowy krok do przodu! Aż przykro się czyta tą recenzję. Ale rozumiem Twoje zdanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdecyduj się, człowieku ;) Albo rozumiesz i szanujesz czyje zdanie, albo uważasz, że każdy ma myśleć tak samo. Z jednej strony podkreślasz swoje zrozumienie i szacunek, a ogólny ton wypowiedzi całkowicie temu przeczy. Kolejna kwestia to brak jakiejkolwiek merytorycznej treści. Album jest "genialny", "to krok milowy" i tyle. Żadnej argumentacji. Ja swoje zdanie uzasadniłem w recenzji. Jeżeli chcesz podyskutować, to przedstaw kontrargumenty.

      Usuń
  7. Ostatnio wróciłem do Aerosmith z okresu 73-76 który w wieku 16-17 lat nawet mi się podobał i stwierdziłem, że to typowy zespół-wycinanka. Z tego albumu taki kawałek, z tamtego inny. Może w całej twórczości skleiłbym godzinną kompilację żeby sobie pobrzęczała w tle, ale póki co Tylerowi udała się tylko Liv ;)

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.