31 maja 2016

[Recenzja] Grand Funk Railroad - "We're an American Band" (1973)



Producentem albumu "We're an American Band" został niejaki Todd Rundgren - wokalista, multiinstrumentalista i producent związany raczej z łagodniejszym graniem. Pod jego kierownictwem muzycy Grand Funk zwrócili się w stronę bardziej komercyjnego rocka. Longplay okazał się największym sukcesem w całej karierze grupy (2. miejsce na liście Billboardu) i przyniósł jej dwa przeboje: tytułowy "We're an American Band" oraz "Walk Like a Man" (które odpowiednio doszły do 1. i 19. miejsca wspomnianej listy). Pierwszy z nich - bardzo prosty, tandetnie przebojowy i nachalnie odwołujący się do amerykańskiego poczucia patriotyzmu - jest ewidentnie skrojony pod przeciętnych mieszkańców amerykańskiej prowincji i ich niewyszukanego gustu. Lepiej wypada drugi z singli, który mimo komercyjnego charakteru, przynosi solidną dawkę energii i świetne gitarowe popisy. Razi jednak refren, którego nie sposób nie skojarzyć ze starszym "Love Like a Man" Ten Years After.

Zarówno w singlowych, jak i pozostałych utworach, zwraca uwagę uproszczenie roli sekcji rytmicznej. Wcześniejsze albumy opierały się na interakcji wszystkich muzyków, wspólnych improwizacjach i solowych popisach każdego z nich. Tutaj natomiast rola Mela Schachera i Dona Brewera ogranicza się praktycznie do zapewnienia stałego rytmu - tła dla gitary, klawiszy, oraz uwypuklonego w miksie bardziej niż kiedykolwiek wcześniej wokalu. Wyjątek stanowi najlepszy na albumie, najbardziej rozbudowany "Creepin'". Oparty głównie na klimatycznej partii organów i bulgoczącej, hipnotycznej partii basu, ze świetną linią wokalną i powoli narastającym napięciem. Długie fragmenty instrumentalne dają muzykom szansę na przypomnienie, jak świetnie radzą sobie z zespołową interakcją. W podobnym klimacie, za sprawą nastrojowych klawiszy, utrzymany jest także finałowy "Loneliest Rider". Tu także nie zabrakło ciekawych popisów instrumentalnych (głównie Craiga Frosta), jednak w refrenach robi się zbyt komercyjnie za sprawą uwielbianych przez zespół żeńskich chórków.

Do lepszych fragmentów albumu zaliczyć można z pewnością dynamiczny, zadziorny "Stop Lookin' Back", wyróżniający się nieco funkową rytmiką, przyjemnym brzmieniem organów i dobrą, chwytliwą, ale nieprzesadnie komercyjną melodią. W rozpędzonym "Black Licorice" pojawiają się natomiast świetne solówki Frosta i Farnera, jednak reszta utworu już tak dobra nie jest, a żenująco wykrzyczany refren skutecznie pozwala zapomnieć o zaletach tego kawałka. Ballada "The Railroad" jest bardzo przewidywalna, zbudowana na oklepanym schemacie. Choć bardzo dobrze wypadają w niej fragmenty instrumentalne, a zwrotki mają sporo uroku, to razi zbyt patetycznym, chóralnym refrenem. Całości dopełnia jeszcze jeden niezbyt udany utwór - piosenkowy "Ain't Got Nobody" z bardzo komercyjną warstwą wokalną, zdradzającą wpływy soulowe.

"We're an American Band" to album, na którym Grand Funk zerwał ze swoją hard/bluesrockową przeszłością i zaczął podążać w kierunku pozbawionego artystycznych ambicji, komercyjnego grania. Na tym longplayu można jeszcze znaleźć przebłyski dawnej świetności, choć jako całość wypada on blado na tle wcześniejszych dokonań zespołu. A później było już tylko coraz gorzej. Dlatego na tym albumie kończę opisywanie dyskografii Grand Funk Railroad.

Ocena: 6/10



Grand Funk Railroad - "We're an American Band" (1973)

1. We're an American Band; 2. Stop Lookin' Back; 3. Creepin'; 4. Black Licorice; 5. The Railroad; 6. Ain't Got Nobody; 7. Walk Like a Man; 8. Loneliest Rider

Skład: Mark Farner - wokal, gitara, harmonijka, pianino (3), instr. perkusyjne; Mel Schacher - bass; Don Brewer - perkusja i instr. perkusyjne, wokal; Craig Frost - instr. klawiszowe
Producent: Todd Rundgren


30 maja 2016

[Recenzja] Aerosmith - "Toys in the Attic" (1975)



"Toys in the Attic" jest uznawany za największe osiągnięcie Aerosmith. Nawet najbardziej zagorzali przeciwnicy zespołu uważają, że warto znać ten album. Polemizowałbym z tym. Utwory nie są tak dobre, jak na "Get Your Wings", brakuje im wyrazistości, a wiele z nich pod względem stylistycznym stanowi powrót do banalnego rock and rolla z debiutu. Najjaśniejszym punktem całości jest "Round and Round" - zaskakująco ciężki i agresywny utwór, jakiego nie powstydziłaby się ówczesna czołówka hard rocka. Poza tym warto wyróżnić dwa singlowe przeboje: "Walk This Way" i "Sweet Emotion". Ten pierwszy opiera się na fantastycznym gitarowym riffie (choć bardzo podobny pojawił się wcześniej w "I Ain't the One" Lynyrd Skynyrd) i wyróżnia nietypową jak na tamte czasy, skandowaną partią wokalną. Zresztą jedenaście lat później Steven Tyler i Joe Perry wzięli udział w nagraniu nowej wersji kawałka wraz z hiphopową grupą Run-D.M.C., nie mając pewnie pojęcia jak wiele złego wyrządzi ona całej muzyce, nie tylko rozpoczynając modę na łączenie rocka z rapem, ale też pomagając spopularyzować do tamtej pory undergroundowy hip hop... W "Sweet Emotion" pojawia się natomiast fajny basowy motyw i ciekawy, nieco soulowy refren. Reszta utworu wypada jednak bardzo przeciętnie.

Tak jak i reszta albumu. Już na otwarcie pojawia się prosta łupanka bez wyrazistej melodii, czyli tytułowy "Toys in the Attic". Nieźle wypada w nim tylko basowy popis we fragmencie instrumentalnym - szkoda tylko, że zagłusza go zgrzytliwa - i zwyczajnie kiepska - solówka gitarowa. Mdły, monotonny "Uncle Salty" i sztampowo rock and rollowy "Adam's Apple" poziomu bynajmniej nie podnoszą. Nie przekonuje mnie także "No More No More", w którym proste rock and rollowe zagrywki połączono z balladowymi wstawkami. Longplay zawiera także dwa utwory, które zupełnie nie pasują do pozostałych. Przeróbka rhythm'n'bluesowego "Big Ten Inch Record" (oryginalnie nagranego w 1952 roku przez Moose'a Jacksona), utrzymana w klimacie starego rock and rolla, ewidentnie miała być żartem. Jednak umieszczenie jej w połowie albumu nie było najlepszym pomysłem, bo za bardzo różni się od otaczających ją utworów. Lepiej sprawdziłaby się na zakończenie. Ale to miejsce przeznaczono na drugą niepasującą kompozycję - przesłodzoną balladę "You See Me Crying" z żenująco płaczliwym wokalem Tylera i nieznośnie kiczowatą aranżacją (pianino, smyczki). To prototyp tych wszystkich cukierkowatych ballad zespołu z kolejnych dekad.

"Toys in the Attic" to dla zespołu krok wstecz. Po całkiem udanym "Get Your Wings" - na którym muzycy zaproponowali solidny, światowy hard rock - tutaj wrócili oni do bardziej sztampowego grania, niezdradzającego innych ambicji, niż te czysto komercyjne. Bronią się tu tylko fragmenty, choć i one nie są szczególnie porywające. To w sumie bardzo przeciętny album.

Ocena: 5/10



Aerosmith - "Toys in the Attic" (1975)

1. Toys in the Attic; 2. Uncle Salty; 3. Adam's Apple; 4. Walk This Way; 5. Big Ten Inch Record; 6. Sweet Emotion; 7. No More No More; 8. Round and Round; 9. You See Me Crying

Skład: Steven Tyler - wokal, harmonijka (5), instr. perkusyjne (6), instr. klawiszowe (7,9); Joe Perry - gitara, dodatkowy wokal, instr. perkusyjne, talkbox (6); Brad Whitford - gitara; Tom Hamilton - bass, gitara (2); Joey Kramer - perkusja i instr.perkusyjne
Gościnnie: Scott Cushnie - pianino (5,7); Jay Messina - marimba (6)
Producent: Jack Douglas


27 maja 2016

[Recenzja] The Byrds - "Never Before" (1987)



Kolejna kompilacja uzupełniająca dyskografię The Byrds. Tym razem zawierająca nagrania z lat 1965-67, a więc najbardziej interesującego okresu w twórczości zespołu. Zgodnie z tytułem, są to utwory nigdy wcześniej nie wydane. Choć nie do końca, gdyż spora część z nich to po prostu alternatywne wersje doskonale znanych kompozycji. Jak chociażby pierwotne, surowe wersje "Eight Miles High" i "Why", zarejestrowane przez muzyków pod koniec 1965 roku z myślą o singlu, jednak odrzucone przez wydawcę, bo zostały nagrane w studiu należącym do konkurencyjnej wytwórni. Albo "She Has a Way", do tamtej pory znany jedynie z wersji demo (wydanej na kompilacji "Preflyte"); tutaj znalazła się natomiast bardziej dopracowana wersja, zarejestrowana podczas sesji nagraniowej debiutanckiego albumu, "Mr. Tambourine Man".

Ale są tu też bardziej kontrowersyjne rzeczy. Jak zupełnie nowe, stworzone specjalnie na potrzeby tej kompilacji, stereofoniczne miksy "Mr. Tambourine Man", "I Knew I'd Want You" i "Lady Friend". Ma to sens wyłącznie w przypadku tego ostatniego, który do tamtej pory istniał wyłącznie w wersji monofonicznej, a w dodatku był wydany tylko na niealbumowym singlu i mało istotnych składankach. Dobrze, że został tutaj zamieszczony, bo to naprawdę bardzo przyjemna piosenka z fantastyczną melodią. Wielu fanom nie spodobało się jednak, że w tej wersji oryginalna partia perkusji Michaela Clarke'a (nienadająca się do "ustereowienia") została zastąpiona zupełnie nową partią anonimowego muzyka sesyjnego. Mnie to jednak nie przeszkadza, bo jego dynamiczna gra dobrze pasuje do tego energetycznego kawałka.

Dwa utwory zamieszczone po raz pierwszy na "Never Before" były już znane wcześniej z wykonań innych artystów. Surowo brzmiący "It's All Over Now, Baby Blue" to kompozycja Boba Dylana, zarejestrowana przez The Byrds w trakcie sesji nagraniowej drugiego albumu, "Turn! Turn! Turn!", z myślą o wydaniu jej jako pierwszy promujący go singiel (w celu powtórzenia sukcesu "Mr. Tambourine Man"). Ostatecznie utwór nie wyszedł ani na singlu, ani na albumie. Z kolei kompozycja Davida Crosby'ego, "Triad", w 1968 roku została nagrana przez Jefferson Airplane. Kompozytor podarował ją tej grupie, po tym jak Jim McGuinn i Chris Hillman nie zgodzili się na umieszczenie jej na albumie "The Notorious Byrd Brothers", ze względu na kontrowersyjny tekst o poligamicznym związku. Przyczyniło się to zresztą do rozstania Crosby'ego z grupą. A wspomniany album wiele stracił przez brak najlepszego utworu nagranego podczas tamtej sesji i jednego z lepszych w całej działalności zespołu. Bo "Triad" to przede wszystkim rewelacyjna muzyka, ze świetnym motywem przewodnim i genialną linią wokalną.

Tylko dwa utwory nie były nigdy wcześniej wydane w żadnej wersji. "Never Before", który dał tytuł całemu wydawnictwu (choć po czasie okazało się, że jego rzeczywisty tytuł brzmi "The Day Walk"), to kompozycja Gene'a Clarka zarejestrowana podczas sesji nagraniowej "Turn! Turn! Turn!". Mogłaby być jednym z ciekawszych momentów tego albumu. Wyróżnia się uwypukloną partią basu, oraz bardzo chwytliwym refrenem, którego melodia jest praktycznie identyczna jak w - późniejszym o równo dekadę - przeboju "Diamond and Rust" Joan Baez.  Przypadek? Niestety, nie znalazłem na ten temat żadnych informacji. "It Happens Each Day" Crosby'ego to z kolei pozostałość po sesji nagraniowej "Younger Than Yesterday". Utwór został odrzucony przed ukończeniem, dlatego tutejsza wersja została wzbogacona nowymi partiami - przede wszystkim nagraną przez Hillmana solówką na gitarze akustycznej. To kolejna udana kompozycja, tym razem czarująca melancholijnym, nieco odrealnionym klimatem.

Kompaktowe wznowienia "Never Before" zawierają aż siedem dodatkowych utworów. W tym nowe, stereofoniczne miksu kilku niealbumowych stron B singli (genialnego "Why", w jego najlepszej wersji, oraz mniej porywających, ale przyjemnych "She Don't Care About Time" i "Don't Make Waves"). Ale także cztery całkowicie premierowe nagrania. Wśród nich znajduje się naprawdę dobry, intrygujący swoim psychodelicznym klimatem "Psychodrama City", a także dość przeciętna przeróbka tradycyjnego bluesa "I Know My Rider (I Know You Rider)", oraz dwa instrumentale - częściowo balladowy, a częściowo rockowo zadziorny "Flight 713", oraz orientalizujący "Moon Raga", oparty wyłącznie na brzmieniu syntezatora i perkusji, który należy traktować jako eksperyment.

"Never Before" to bardzo dobre uzupełnienie dyskografii The Byrds z lat 1965-68. Poziom jest tu o wiele wyższy niż na większości albumów z odrzutami. Właściwie żaden utwór z podstawowego wydania (może z wyjątkiem "It's All Over Now, Baby Blue") nie brzmi jak odrzut. Szczególnie w przypadku "Triad", "Never Before" i "Lady Friend" niezrozumiałe jest pominięcie ich na regularnych albumach.

Ocena: 8/10



The Byrds - "Never Before" (1987)

1. Mr. Tambourine Man; 2. I Knew I'd Want You; 3. She Has a Way; 4. It's All Over Now, Baby Blue; 5. Never Before; 6. Eight Miles High; 7. Why; 8. Triad; 9. It Happens Each Day; 10. Lady Friend

Skład: Jim McGuin - wokal, gitara i syntezator; David Crosby - wokal i gitara; Gene Clark - wokal, gitara i instr. perkusyjne; Chris Hillman - bass, gitara i wokal; Michael Clarke - perkusja
Gościnnie: Jerry Cole - gitara (1,2); Larry Knechtel - bass (1,2); Hal Blaine - perkusja (1,2); Leon Russell - pianino (1,2); Hugh Masekela - trąbka (10)
Producent: Jim Dickson, Terry Melcher, Allen Stanton, Gary Usher, The Byrds


25 maja 2016

[Recenzja] John Mayall & the Bluesbreakers - "A Hard Road" (1967)



"A Hard Road" to drugi studyjny album Johna Mayalla i jego Bluesbreakers. Nagrany już bez Erica Claptona - który postanowił stworzyć nową grupę z Jackiem Brucem i Gingerem Bakerem - oraz perkusisty Hugha Flinta, który odszedł do Savoy Brown. Ich miejsce zajęli jednak równie utalentowani muzycy - Peter Green i Aynsley Dunbar. Szkoda tylko, że pierwszy z nich nie mógł pokazać tutaj na co naprawdę go stać - utwory są bardzo krótkie, rzadko przekraczają trzy minuty, więc nie ma w nich miejsca na dłuższe solówki. Gitarowe zagrywki Greena przeważnie stanowią tło dla wokalnych popisów Mayalla. Wyjątek stanowią dwa instrumentalne utwory: porywający "The Stumble" (z repertuaru Freddiego Kinga), w którym pierwszoplanową rolę odgrywa właśnie gitarowy popis Greena, oraz skomponowany przez niego "The Supernatural" - łagodniejszy utwór inspirowany twórczością The Shadows, z pięknymi partiami gitarzysty na świetnym akompaniamencie organów Mayalla, wyraźnego basu Johna McVie, oraz subtelnej gry Dunbara.

Peter Green udziela się na albumie także wokalnie - w drugim skomponowanym przez siebie utworze, niestety dość stereotypowym "The Same Way", oraz w fantastycznej, bardzo energetycznej przeróbce "You Don't Love Me" Williego Cobbsa. I, szczerze mówiąc, wychodzi mu to lepiej, niż liderowi. Mayallowi zdarza się niekiedy popadać w zbyt płaczliwą manierę, jak np. w utworze tytułowym (poza tym bardzo udanym bluesie o średnim tempie i rockowym ciężarze), czy coverze "Dust My Blues" Elmore'a Jamesa. Choć w innych utworach radzi sobie całkiem nieźle. Np. w finałowym "Living Alone", którego głównym atutem jest właśnie bardzo melodyjna partia wokalna (a także fajna solówka na harmonijce). Wracając zaś do muzyki, warto odnotować, że w porównaniu z poprzednim albumem, większą rolę odgrywa sekcja dęta. Dęciaki słychać w trzech utworach: bardzo ciekawym "Another Kinda Love" (w którym świetnie uzupełniają się z organami i gitarowymi zagrywkami); dynamicznym "Leaping Christine"; oraz bluesowej balladzie "Someday After a While (You'll Be Sorry)" (kolejnym utworze z repertuaru Freddiego Kinga). Mniej udanym eksperymentem jest natomiast "There's Always Work" - półtoraminutowy przerywnik, w którym słychać tylko monotonną harmonijkę i wokalizę. Na singlach Mayalla z tamtego okresu można znaleźć ciekawsze utwory i szkoda, że któryś z nich nie trafił na ten longplay, zamiast tego wypełniacza.

"A Hard Road" to w sumie bardzo udana kontynuacja słynnego "Blues Breakers with Eric Clapton", niesłusznie pozostająca w jego cieniu. Oczywiście, nie jest to już tak przełomowy album. Jednak wiele pomysłów z poprzednika zostało tu ciekawie rozwinięte, a pojawiają się też nowe rozwiązania i większa różnorodność. Nie sposób nie docenić wkładu nowych współpracowników Mayalla, zwłaszcza Petera Greena. Choć akurat jego umiejętności nie zostały tu w pełni wykorzystane. On sam najlepiej zdawał sobie z tego sprawę i wkrótce zdecydował się pójść w ślady Claptona, tzn. założyć własny zespół. A John Mayall po raz kolejny został zmuszony szukać nowego gitarowego wirtuoza. I znów mu się udało odkryć kolejny wielki talent - ale o tym napiszę dopiero za tydzień.

Ocena: 8/10



John Mayall & the Bluesbreakers - "A Hard Road" (1967)

1. A Hard Road; 2. It's Over; 3. You Don't Love Me; 4. The Stumble; 5. Another Kinda Love; 6. Hit the Highway; 7. Leaping Christine; 8. Dust My Blues; 9. There's Always Work; 10. The Same Way; 11. The Supernatural; 12. Top of the Hill; 13. Someday After a While (You'll Be Sorry); 14. Living Alone

Skład: John Mayall - wokal, gitara, harmonijka, instr. klawiszowe; Peter Green - gitara, wokal (3,10); John McVie - bass; Aynsley Dunbar - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: John Almond, Alan Skidmore i Ray Warleigh - instr. dęte (5,7,13)
Producent: Mike Vernon


24 maja 2016

[Recenzja] Grand Funk Railroad - "Phoenix" (1972)



Feniks to mityczny ptak, po śmierci powstawał z popiołów. Będąc symbolem odrodzenia, idealnie nadawał się na tytuł szóstego albumu Grand Funk Railroad. "Phoenix" jest bowiem początkiem nowego etapu działalności grupy. Od tego momentu nie będącej już triem, lecz kwartetem. Skład poszerzył się bowiem o klawiszowca, Craiga Frosta. W rezultacie zmieniło się brzmienie zespołu, w którym zdecydowanie większą rolę zaczęły odgrywać klawisze. Na szczęście, na "Phoenix" nie mają one na celu zmiękczenia brzmienia. Pod względem ciężaru i żywiołowości longplay nie ustępuje swoim poprzednikom.

Możliwości rozszerzonego składu Grand Funk w pełni pokazuje już rozpoczynający całość "Flight of the Phoenix". Ten instrumentalny utwór to porywający popis wszystkich muzyków - na podkładzie intensywnej gry sekcji rytmicznej rozbrzmiewają niezliczone solówki na organach, gitarze i... skrzypcach. Za te ostatnie odpowiada gościnnie zaproszony Doug Kershaw. Dynamiczny, chwytliwy "Trying to Get Away" to kolejny przykład potwierdzający słuszność zatrudnienia nowego muzyka. Klawisze świetnie współgrają tutaj z pozostałymi instrumentami, idealnie je dopełniają. W przeszłości, gdy zespół używał klawiszy, pojawiały się one zawsze zamiast gitary, nigdy jednocześnie - prawdopodobnie dlatego, żeby zespół mógł wiernie odegrać te utwory na koncertach (na obu instrumentach grał Mark Farner). Po zatrudnieniu Frosta, zespół nie musiał się już tym przejmować, dzięki czemu brzmienie jest o wiele bogatsze, bardziej różnorodne.

"Someone" to z pozoru leniwa, sielska piosenka, jednak w środku nabiera ciężaru, a muzycy po raz kolejny zachwycają umiejętnością zespołowej interakcji. Sam pomysł zestawienia cichszych i głośniejszych fragmentów jest strasznie oklepany, jednak tutaj efekt okazuje się naprawdę interesujący. W rezultacie "Someone" to kolejny mocny punkt albumu. Na podobnej zasadzie zbudowany został także trochę mniej udany, choć przyjemny "So You Won't Have to Die". Interesująco wypada natomiast "She Got to Move Me", napędzany organami i uwypuklonym basem, wspartymi świetnymi gitarowymi zagrywkami i nieco reggae'ową rytmiką. Niestety, im dalej, tym mniej wyrazistych utworów. Wyróżnić na pewno warto "Freedom Is for Children", który z początku zachwyca klimatem i budową napięcia, jednak w pewnym momencie robi się zbyt monotonnie. Dynamiczny "I Just Gotta Know" broni się dzięki świetnym klawiszom, jednak melodycznie jest dość sztampowy. Choć pod tym względem i tak wypada lepiej od banalnych "Gotta Find Me a Better Day" i "Rock & Roll Soul". Natomiast "Rain Keeps Fallin'" jest po prostu nużący, zbyt jednostajny.

"Phoenix" to nierówny album. Po naprawdę świetnym początku, poziom stopniowo opada (z małymi zwyżkami), aż do bardzo przeciętnego finału. Jednak jako całość, album nie schodzi dużo poniżej poziomu wcześniejszych wydawnictw Grand Funk Railroad. Jest natomiast znacznie lepszy od tego, co grupa proponowała później. 

Ocena: 7/10



Grand Funk Railroad - "Phoenix" (1972)

1. Flight of the Phoenix; 2. Trying to Get Away; 3. Someone; 4. She Got to Move Me; 5. Rain Keeps Fallin'; 6. I Just Gotta Know; 7. So You Won't Have to Die; 8. Freedom Is for Children; 9. Gotta Find Me a Better Day; 10. Rock & Roll Soul

Skład: Mark Farner - wokal, gitara, harmonijka, instr. klawiszowe; Mel Schacher - bass, wokal; Don Brewer - perkusja i instr. perkusyjne, wokal; Craig Frost - instr. klawiszowe, wokal
Gościnnie: Doug Kershaw - skrzypce (1)
Producent: Grand Funk Railroad


23 maja 2016

[Recenzja] Aerosmith - "Get Your Wings" (1974)



Drugi album Aerosmith sprawia o wiele lepsze wrażenie od debiutu. Tym razem muzycy postawili na hardrockowy czad, darując sobie wycieczki w stronę sztampowego rock and rolla, co wyszło zdecydowanie na dobre. Zespół bynajmniej nie unika tutaj chwytliwych melodii, ale zazwyczaj udaje mu się uniknąć popadania w banał. Już otwierający całość "Same Old Song and Dance" z powodzeniem łączy zadziorne brzmienie (w które dobrze wpasowały się dęciaki) z zapadającą w pamięć melodią. W nieco lżejszym "Lord of the Thighs" jeszcze bardziej uwypuklono warstwę melodyczną, jednak i tutaj nie brakuje ostrych partii gitar. Jeżeli jednak chodzi o chwytliwe melodie, to moim zdaniem bezkonkurencyjny jest "Spaced". Nieco bardziej eksperymentalny utwór, wzbogacony klimatycznymi klawiszami, jednak wciąż nieodchodzący daleko od hard rocka. Rozpędzony riffowiec "S.O.S. (Too Bad)" to z kolei przede wszystkim solidna dawka energii, choć i pod względem melodycznym nie można mu nic zarzucić.

Bardziej bluesrockowy charakter ma "Woman of the World", wyróżniający się dłuższymi gitarowymi solówkami i popisem na harmonijce. A skoro już jesteśmy przy takich klimatach - zespół zamieścił tu także własną wersję rhythm'n'bluesowego standardu "Train Kept-A-Rollin'", oryginalnie wykonywanego przez Tiny'ego Bradshawa. Wersja Aerosmith składa się z dwóch wyraźnie odrębnych części: pierwsza jest wolniejsza, zaś druga - ewidentnie inspirowana coverem The Yardbirds - bardzo rozpędzona. W obu nie brakuje świetnych gitarowych popisów, za które wyjątkowo odpowiadają nie gitarzyści grupy, lecz sesyjni muzycy Dick Wagner i Steve Hunter (obaj byli wówczas członkami zespołu Alice'a Coopera). Wyszło naprawdę nieźle, choć bezsensownym pomysłem było wklejenie odgłosów publiczności, pochodzących z albumu "The Concert for Bangladesh" George'a Harrisona. Przyczepić nie mogę się natomiast do fantastycznej ballady "Seasons of Wither", łączącej akustyczne fragmenty z obowiązkowymi zaostrzeniami, w której nie brakuje też świetnej melodii. Ciekawe natomiast, że brzmi jak pierwowzór grunge'owych ballad - charakteryzuje się podobnym brzmieniem i klimatem. Słabo na tle całości wypada natomiast finałowy "Pandora's Box" - banalny muzycznie i zanadto rozwleczony.

Nie spodziewałem się, że kiedykolwiek napiszę to o jakimś albumie Aerosmith, ale "Get Your Wings" to naprawdę solidny hardrockowy krążek. Muzycy poczynili znaczne postępy od czasu niedopracowanego debiutu - zwłaszcza w kwestii kompozytorskiej. Oczywiście nie jest to szczególnie wybitne ani ambitne granie - nawet jak na hard rock -  jednak słucha się tego całkiem przyjemnie. A momentami ("Seasons of Wither", "Spaced") aż ciężko uwierzyć, że to ten sam zespół, który spłodził te wszystkie żenujące przeboje z lat 80. i 90.

Ocena: 6/10



Aerosmith - "Get Your Wings" (1974)

1. Same Old Song and Dance; 2. Lord of the Thighs; 3. Spaced; 4. Woman of the World; 5. S.O.S. (Too Bad); 6. Train Kept A-Rollin'; 7. Seasons of Wither; 8. Pandora's Box

Skład: Steven Tyler - wokal, pianino (2,8), harmonijka (4), gitara (7); Joe Perry - gitara, dodatkowy wokal; Brad Whitford - gitara; Tom Hamilton - bass; Joey Kramer - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Dick Wagner - gitara (1,6); Michael Brecker - saksofon (1,8); Stan Bronstein - saksofon (1,8); Jon Pearson - puzon (1); Randy Brecker - trąbka (1); Ray Colcord - instr. klawiszowe (3); Steve Hunter - gitara (6)
Producent: Ray Colcord, Jack Douglas i Bob Ezrin


20 maja 2016

[Recenzja] The Byrds - "Preflyte" (1969)



"Preflyte" to kompilacja wczesnych nagrań The Byrds, zarejestrowanych w drugiej połowie 1964 roku, gdy grupa nosiła jeszcze nazwę The Jet Set. W sumie znalazło się tutaj jedenaście utworów, z których tylko cztery zostały później nagrane ponownie i wydane na debiutanckim albumie zespołu, "Mr. Tambourine Man" ("Here Without You", "You Won't Have to Cry", "I Knew I'd Want You" i "Mr. Tambourine Man"). W tych wczesnych wersjach brzmią jednak niezbyt ciekawie. Są zbyt niemrawe, brakuje im energii, jaką mają wersje albumowe.

Siedem pozostałych utworów miało natomiast swoją premierę na tym właśnie wydawnictwie. I, o dziwo, w większości są to naprawdę udane kompozycje. Prawdziwą perłą jest "You Showed Me" - dynamiczny (mimo akustycznej aranżacji) kawałek, z rewelacyjną melodią. Szkoda, że muzycy nie dostrzegli jego potencjału (w 1969 roku utwór został zcoverowany przez grupę The Turtles i stał się sporym przebojem). Świetnych melodii nie brakuje także w takich kawałkach, jak "She Has a Way", "The Reason Why", czy "You Movin'". Spokojniejszy "The Airport Song" wypada natomiast całkiem uroczo. Choć są tu też mniej udane utwory, jak mało wyrazista ballada "For Me Again", czy dość sztampowy, rhythm'n'bluesowy "Boston".

"Preflyte" to całkiem przyjemne uzupełnienie dyskografii The Byrds. Choć zainteresować może przede wszystkim wielbicieli zespołu, którzy już dobrze znają jego regularne albumy. Na pewno nie jest to wydawnictwo, od którego powinno poznawać się twórczość grupy, mimo że chronologicznie - patrząc na czas nagrania - jest najstarsze. Lepiej zacząć od oficjalnego debiutu, lub dowolnej pozycji z "psychodelicznej trylogii".

Ocena: 7/10



The Byrds - "Preflyte" (1969)

1. You Showed Me; 2. Here Without You; 3. She Has a Way; 4. The Reason Why; 5. For Me Again; 6. Boston; 7. You Movin'; 8. The Airport Song; 9. You Won't Have to Cry; 10. I Knew I'd Want You; 11. Mr. Tambourine Man

Skład: Jim McGuinn - wokal i gitara; Gene Clark - wokal, gitara, harmonijka i instr. perkusyjne; David Crosby - wokal i gitara; Chris Hillman - bass; Michael Clarke - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Jim Dickson


18 maja 2016

[Recenzja] Beck, Bogert & Appice - "Live In Japan" (1973)



"Live in Japan" to zapis dwóch występów, jakie efemeryczna supergrupa Beck, Bogert & Appice dała w Osace, 18 i 19 maja 1973 roku. Ten dwupłytowy album oryginalnie został wydany wyłącznie w Japonii i przez wiele lat nie był wznawiany w żadnym innym kraju. Dopiero w XXI doczekał się wydania w Stanach (wyłącznie kompaktowego) oraz w Australii i Nowej Zelandii (kompaktowego i winylowego). Europejscy fani do dziś są skazani wyłącznie na importowane egzemplarze. Szkoda, ponieważ to naprawdę rewelacyjny materiał. Co w sumie nie powinno dziwić, skoro grają tu tacy mistrzowie, jak Jeff Beck, Tim Bogert i Carmine Appice. Jak większość grup z tamtych czasów, trio szczyt swoich możliwości osiągało właśnie na koncertach, podczas których muzycy mogli bez żadnych ograniczeń wdawać się w długie, ekscytujące improwizacje.

Podstawę repertuaru "Live in Japan" stanowią utwory z jedynego studyjnego albumu zespołu, "Beck, Bogert & Appice". Zabrakło tylko "Oh to Love You". Otrzymujemy tutaj za to chociażby porywające, znacznie rozbudowane świetnymi popisami muzyków wersje "Lose Myself with You",  "Black Cat Moan" czy "Why Should I Care" (choć w tym ostatnim irytująco brzmi śpiew Bogerta). Albo porażające energią wykonania "Lady", "Livin' Alone" i - przede wszystkim - "Superstition". Wszystkie wypadają znacznie lepiej od wersji studyjnych. Niestety, nie można tego powiedzieć o balladach "Sweet Sweet Surrender" i "I'm So Proud", które w takich surowych wykonaniach sporo tracą. Repertuar obejmuje także utwory poprzednich grup Becka. "Jeff's Boogie" to instrumentalna kompozycja sięgająca czasów The Yardbirds; tutaj zagrana oczywiście znacznie ciężej, bardziej czadowo. Nie zabrakło też utworów The Jeff Beck Group. Bluesowy standard "Going Down" wręcz miażdży wersję z albumu "The Jeff Beck Group", za sprawą niesamowitej żywiołowości i ciężaru. Z kolei "Morning Dew" (z "Truth", a oryginalnie z repertuaru Bonnie Dobson) rozrósł się tutaj do niemal kwadransa, głównie za sprawą perkusyjnego popisu Appice'a. Ciekawie wypada także "Plynth" (z "Beck-Ola"), połączony z "Shotgun" Juniora Wellsa. Całości dopełnia niewydany na żadnym studyjnym albumie utwór "Boogie", o luźnym, jamowym charakterze (choć pojawia się tu też partia wokalna), ze świetnymi popisami muzyków.

"Live in Japan" to doskonały przykład albumu koncertowego z tamtej epoki, na którym nie brakuje ani porywających improwizacji, ani konkretnego czadowania. Pozycja obowiązkowa dla wszystkich miłośników takiego grania.

Ocena: 9/10



Beck, Bogert & Appice - "Live In Japan" (1973)

LP1: 1. Superstition; 2. Lose Myself with You; 3. Jeff's Boogie; 4. Going Down; 5. Boogie; 6. Morning Dew
LP2: 1. Sweet Sweet Surrender; 2. Livin' Alone; 3. I'm So Proud; 4. Lady; 5. Black Cat Moan; 6. Why Should I Care; 7. Plynth/Shotgun

Skład: Jeff Beck - gitara, talkbox, wokal; Tim Bogert - wokal i bass; Carmine Appice - wokal i perkusja
Producent: Jeff Beck, Tim Bogert i Carmine Appice


17 maja 2016

[Recenzja] Grand Funk Railroad - "E Pluribus Funk" (1971)



Album "E Pluribus Funk" wyróżnia się swoją okładką, która w wydaniu winylowym ma kształt monety. Na podobieństwo monet, nie ma niej żadnych nadruków, tylko uwypuklone napisy i inne elementy - podobizny muzyków na przodzie, oraz nowojorskiego Shea Stadium na rewersie. To ostatnie miało upamiętniać niedawny występ zespołu w tym miejscu, na który wszystkie bilety rozeszły się w ciągu zaledwie 72 godzin, pobijając tym samym rekord The Beatles. Sam tytuł albumu jest natomiast parafrazą nieformalnego motta Stanów Zjednoczonych, "E pluribus unum", używanego (także na monetach) do 1956 roku, gdy zastąpiła je - uznana już oficjalnie - fraza "In God we trust".

Sesja nagraniowa "E Pluribus Funk" zajęła zaledwie tydzień. Dlatego też nie powinno dziwić, że pod względem muzycznym longplay jest powrotem do bardziej swobodnego, niemal jamowego grania - jak za czasów "czerwonego" albumu. Choć "Footstompin' Music" to dość nietypowy otwieracz. Zbudowany na charakterystycznej dla zespołu, intensywnej grze sekcji rytmicznej, której jednak przez długi czas towarzyszy wyłącznie partia organów. Gitara pojawia się tylko w środkowej, głównie instrumentalnej części utworu. To jednak świetny kawałek, z naprawdę chwytliwą melodią i porywającymi popisami instrumentalnymi. Wrażenie robią przede wszystkim basowe popisy Mela Schachera. Równie dobrze, a może nawet lepiej, wypada kolejny utwór, "People, Let's Stop the War". Mocno funkowy, z niesamowicie intensywną grą muzyków. Pojawiające się zwolnienia i wyciszenia tylko podkreślają i tak sporą dynamikę. Naprawdę świetna rzecz. Podobną dawkę czadu, chwytliwych melodii i świetnych popisów instrumentalnych przynoszą także kolejne utwory, jak "Upsetter", w którym pod koniec niespodziewanie pojawia się bluesowa harmonijka, podkreślająca jego luzacki charakter, czy "I Come Tumblin'" z ciekawym zwolnieniem, dającym chwilę wytchnienia od gęstych popisów muzyków. Z kolei "Save the Land" i "No Lies" wyróżniają się bardziej piosenkowymi strukturami, choć i w nich nie zabrakło hard rockowego czadu, ani dłuższych solówek.

Najbardziej wyróżniającym się utworem na albumie jest finałowy "Loneliness". Ta niemal dziewięciominutowa kompozycja rozpoczyna się jak klasyczna rockowa ballada - długi, spokojny wstęp, łagodna zwrotka o ładnej melodii i zaostrzony, podniosły refren. Podczas drugiej zwrotki pojawiają się jednak brzmienia symfoniczne, które wprowadzają niepotrzebny patos, kontrastujący z resztą albumu, mającą zupełnie inny charakter. Od tego momentu kompozycja staje się coraz bardziej pretensjonalna i niedorzeczna. Kompletnie nie mam pojęcia, co muzycy chcieli osiągnąć. Pokazać swoją wszechstronność? A może, że potrafią stworzyć ambitne, prog rockowe arcydzieło? Jeżeli tak, to kompletnie polegli, bo to akurat najprostszy utwór z albumu - oparty na niewielu motywach, bez żadnych solówek, za to przesadnie rozwleczony i udziwniony. Naprawdę szkoda. Po pierwsze dlatego, że w "Loneliness" był potencjał - po skróceniu i wyrzuceniu niepotrzebnych smyczków, byłaby to bardzo dobra ballada. Po drugie - przez ten nieprzemyślany eksperyment cały album traci na wartości. Bez tego dziwoląga były znacznie spójniejszy i utrzymany na wyjątkowo równym, wysokim poziomie.

Mimo wszystko, "E Pluribus Funk" to jeden z najlepszych albumów Grand Funk Railroad. Sześć pierwszych utworów to naprawdę porządny, mistrzowsko zagrany hard rock (o funkowo-bluesowym zabarwieniu). Gdyby nie ostatnie nagranie, zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że to najbardziej udane dzieło zespołu. A tak, jednak pozostaje w cieniu bardziej równych "Grand Funk" i "On Time". Choć jako całość longplay i tak zasługuje na wysoką ocenę.

Ocena: 8/10



Grand Funk Railroad - "E Pluribus Funk" (1971)

1. Footstompin' Music; 2. People, Let's Stop the War; 3. Upsetter; 4. I Come Tumblin'; 5. Save the Land; 6. No Lies; 7. Loneliness

Skład: Mark Farner - wokal, gitara, harmonijka, instr. klawiszowe; Mel Schacher - bass, wokal; Don Brewer perkusja i instr. perkusyjne, wokal
Producent: Terry Knight


16 maja 2016

[Recenzja] Aerosmith - "Aerosmith" (1973)



Do napisania tej recenzji zostałem niejako zmuszony, powtarzającymi się prośbami Czytelników. Sam nie miałem nigdy w planach opisywania dokonań Aerosmith, którego twórczość nigdy nie robiła na mnie dobrego wrażenia. Po przesłuchaniu kilku pierwszych - ponoć najmniej komercyjnych - albumów grupy, utwierdziłem się w tym, co podejrzewałem na podstawie pojedynczych przebojów. Że Aerosmith to jeden z najbardziej przereklamowanych zespołów rockowych (jeśli nie najbardziej przereklamowany), który swój sukces zawdzięcza wytrwałej promocji, a nie wartości samej muzyki. Ta jest praktycznie całkiem pozbawiona jakichkolwiek artystycznych ambicji. Zespół zbudował całą swoją karierę na prostych utworach, nigdy nie próbując być oryginalnym lub zaskoczyć czymś słuchaczy. Głównym celem muzyków - już od samego początku działalności - było tworzenie radiowych przebojów, które miały trafić do jak największej liczby odbiorców. A jak coś jest kierowane "do wszystkich", to tak naprawdę do nikogo.

Żeby jednak nie wyszło na to, że jestem uprzedzony i nastawiony wyłącznie na krytykę, recenzję debiutanckiego albumu Aerosmith zacznę od pozytywów. Nic nie mogę zarzucić brzmieniu, które jest czytelne, z dobrze słyszalnymi wszystkimi instrumentami. A muzykom na pewno nie można odmówić wykonawczych umiejętności. Jest tu też kilka udanych kompozycji. Jak rozbudowany, siedmiominutowy "One Way Street", z naprawdę dobrymi, bluesowymi zagrywkami i takimiż solówkami gitarzystów, uwypuklonym basem, oraz ozdobnikami na harmonijce i pianinie. Fajnie wypada tutaj zachrypnięty głos Stevena Tylera (poza fragmentami, w których przechodzi w irytujący skrzek). Albo balladowy "Dream On" - największy przebój z tego albumu i jeden z najbardziej rozpoznawalnych w ogóle. Muzykom udało się fantastycznie zbudować tutaj napięcie, dzięki coraz bardziej intensywnej grze instrumentalistów i ekspresyjnej partii wokalnej. Nie najgorzej wypada jeszcze "Walking the Dog", ale to akurat przeróbka kompozycji Rufusa Thomasa (znanej też z wersji The Rolling Stones).

Reszta longplaya jest już ewidentnie słabsza. Mieszane odczucia wywołują we mnie "Make It" i "Movin' Out". W pierwszym jest fajny riff, niezłe refreny i dobra część instrumentalna, ale także banalne, rock and rollowe zwrotki. Drugi jest natomiast dość toporny, ale pojawia się w nim zgrabne zwolnienie. Natomiast wszystkie pozostałe kawałki ("Somebody", "Mama Kin" i "Write Me a Letter") to już w całości bardzo sztampowy i nudny rock and roll. Sprawiają wrażenie napisanych w kilka minut na kolanie, wyłącznie w celu wydłużenia ogólnego czasu trwania do rozmiarów płyty długogrającej. Jeden tego typu przerywnik mógłbym znieść - bo często różni wykonawcy zapychają w ten sposób swoje albumy - ale trzy to już przesada, świadcząca o ewidentnym braku pomysłów. Komponowanie nie było mocną stroną muzyków tego zespołu.

"Aerosmith" to w sumie bardzo przeciętny album, na którym co prawda zdarzają się przebłyski, ale na każdy z nich przypada po kilka niewypałów. Nie przeszkodziło to jednak w odniesieniu ogromnego sukcesu - album doszedł do 21. miejsca najlepiej sprzedających się albumów w Stanach Zjednoczonych. Ale to były już czasy, gdy poziom amerykańskiej muzyki zaczął drastycznie spadać. Do czego zresztą zespoły pokroju Aerosmith, mające wyłącznie komercyjne ambicje, znacząco się przyczyniły.

Ocena: 5/10



Aerosmith - "Aerosmith" (1973)

1. Make It; 2. Somebody; 3. Dream On; 4. One Way Street; 5. Mama Kin; 6. Write Me a Letter; 7. Movin' Out; 8. Walkin' the Dog

Skład: Steven Tyler - wokal, instr. klawiszowe (3,4), harmonijka (4,6), flet (8); Joe Perry - gitara, dodatkowy wokal; Brad Whitford - gitara; Tom Hamilton - bass; Joey Kramer - perkusja
Gościnnie: David Woodford - saksofon (5,6)
Producent: Adrian Barber


13 maja 2016

[Recenzja] The Byrds - "The Notorious Byrd Brothers" (1968)



W trakcie nagrywania "The Notorious Byrd Brothers" skład The Byrds notorycznie się zmieniał. Najpierw, z powodu sprzeczki z Davidem Crosbym, odszedł Michael Clarke. W jego miejsce zatrudniono wówczas sesyjnych perkusistów, Jima Gordona (później członka m.in. takich grup, jak Derek and the Dominos, czy Traffic) i Hala Blaine'a. Niedługo później Jim (czy też Roger, jak od tamtej pory chciał by go nazywano) McGuinn i Chris Hillman postanowili wyrzucić Crosby'ego, zatrudniając na jego miejsce byłego członka zespołu, Gene'a Clarka. Ten jednak nie wytrzymał długo i wkrótce ponownie rozstał się z grupą (na albumie nie ma żadnych jego partii, nie licząc domniemanych chórków w dwóch utworach, jest za to współkompozytorem jednego kawałka). Tuż przed końcem sesji do składu wrócił Michael Clarke - tylko po to, aby po zakończeniu nagrań usłyszeć od McGuinna i Hillmana o swoim zwolnieniu. Przynajmniej załapał się na okładkowe zdjęcie, co nie udało się Crosby'emu (grającemu w prawie połowie utworów, z których trzy współkomponował).

W takich warunkach ciężko stworzyć kolejny wybitny album. I rzeczywiście, "The Notorious Byrd Brothers" wypada nieco słabiej od swoich poprzedników. Nie znaczy to jednak, że to słaby longplay. Bynajmniej - trzyma wysoki poziom. No, może z wyjątkiem nieco zbyt ckliwego "Get to You". Za minus można też uznać coraz częstsze wycieczki w stronę muzyki country - vide "Old John Robertson" i "Wasn't Born to Follow". Choć ten ostatni broni się świetną, beatlesowską melodią. O fascynacji tym zespołem przypomina także przeuroczy "Draft Morning", należący do najlepszych fragmentów albumu. Jednak w tamtym czasie zespół wciąż mocno tkwił w psychodelii, czego przykładem są np. wzbogacony dęciakami "Artificial Energy", albo "Change Is Now" z bardzo psychodeliczną solówką. Największy odlot muzycy zafundowali natomiast w finałowym "Space Odyssey", opartym głównie na akompaniamencie syntezatora Mooga. "The Notorious Byrd Brothers" jest zresztą jednym z pierwszych albumów, na którym wykorzystano syntezatory - zagrali na nich McGuinn, producent Gary Usher, a także jeden z pionierów muzyki elektronicznej, Paul Beaver. Poza wspomnianym utworem, wykorzystano je także np. w "Natural Harmony" i singlowym "Goin' Back" (jedynej cudzej kompozycji na albumie, pochodzącej z repertuaru Dusty Springfield). Czymś nowym w twórczości zespołu był także "Tribal Gathering", w którym jazzujący rytm zestawiono z niemal hardrockowymi wstawkami. To także jeden z najlepszych utworów na tym longplayu.

Biorąc pod uwagę ówczesną sytuację w zespole, "The Notorious Byrd Brothers" jest zaskakująco udanym dziełem. Nawet jeśli nie robi już - przynajmniej na mnie - takiego wrażenia, jak dwa poprzednie albumy The Byrds. W sumie jest to naprawdę dobre zwieńczenie pierwszego - i zarazem najlepszego - okresu twórczości grupy. Na późniejszych, stricte country'owych albumach jest to już zupełnie inny zespół. Nie tylko stylistycznie i personalnie odległy od oryginalnego wcielenia The Byrds - późniejsze dokonania grupy nie są już tak dobre pod względem kompozycyjnym i brakuje na nich niekonwencjonalnych pomysłów, jakie cechują "Fifth Dimension", "Younger Than Yesterday" oraz "The Notorious Byrd Brothers". Nie mają też uroku debiutanckiego "Mr. Tambourine Man" ani "Turn! Turn! Turn!". Pierwszych pięć albumów The Byrds to po prostu klasyka rocka. Późniejsze - tylko ciekawostka.

Ocena: 8/10



The Byrds - "The Notorious Byrd Brothers" (1968)

1. Artificial Energy; 2. Goin' Back; 3. Natural Harmony; 4. Draft Morning; 5. Wasn't Born to Follow; 6. Get to You; 7. Change Is Now; 8. Old John Robertson; 9. Tribal Gathering; 10. Dolphin's Smile; 11. Space Odyssey

Skład: Jim McGuinn - wokal, gitara, syntezator; David Crosby - wokal i gitara (4,7-10), bass (8); Chris Hillman - wokal, bass, mandolina (4), gitara (8); Michael Clarke - perkusja (1,4,8,9,10)
Gościnnie: Clarence White - gitara; James Burton - gitara; Red Rhodes - gitara hawajska; Jim Gordon - perkusja (2,3,5); Hal Blaine - perkusja (6,7); Dennis Faust - instr. perkusyjne; Paul Beaver - pianino, syntezator; Terry Trotter - pianino; Gary Usher - syntezator, instr. perkusyjne, dodatkowy wokal; Barry Goldberg - organy; Dennis McCarthy - czelesta; Victor Sazer, Carl West, William Armstrong - skrzypce; Lester Harris, Raymond Kelley, Paul Bergstrom, Jacqueline Lustgarten - wiolonczela; Alfred McKibbon - kontrabas; Ann Stockton - harfa; Richard Hyde - trąbka; Jay Migliori - saksofon; Roy Caron, Virgil Fums, Gary Weber - instr. dęte; Curt Boettcher - dodatkowy wokal
Producent: Gary Usher


11 maja 2016

[Recenzja] Beck, Bogert & Appice - "Beck, Bogert & Appice" (1973)



Gdy w 1972 roku doszło do rozpadu zespołów The Jeff Beck Group i Cactus, w końcu stała się możliwa planowana od dawna współpraca Jeffa Becka z Timem Bogertem i Carminem Appicem. Składu nowej grupy dopełnili klawiszowiec Max Middleton i wokalista Kim Milford. Tego ostatniego po ledwie sześciu występach zastąpił Bobby Trench, który także wkrótce zrezygnował, podobnie jak Middleton. Beck, Bogert i Appice zdecydowali się kontynuować działalność we trójkę. Obowiązki wokalne podzieli między siebie, przy czym głównym wokalistą został perkusista. A klawisze nie miały odgrywać w ich muzyce większej roli, więc wystarczyła pomoc sesyjnych muzyków. Pod koniec roku zespół rozpoczął nagrywanie swojego debiutanckiego - i, jak się miało wkrótce okazać, jedynego - albumu studyjnego. Longplay, sygnowany po prostu nazwiskami muzyków, ukazał się wiosną 1973 roku.

Album rozpoczyna od dwóch świetnych, hardrockowych czadów - bardziej zadziornego "Black Cat Moan" i bardziej przebojowego "Lady". Oba charakteryzują się intensywną, gęstą grą sekcji rytmicznej, oraz porywającymi popisami Becka. Znacznie różnią się natomiast w warstwie wokalnej - w pierwszym mamy szorstki wokal Becka, w drugim subtelniejszy śpiew Appice'a. Chwilę wytchnienia przynosi ballada "Oh to Love You", w której istotną rolę odgrywają brzmienia klawiszowe (za które odpowiada były muzyk Cactus, Duane Hitchings) i urocze harmonie wokalne. A zaraz potem rozbrzmiewa najbardziej porywający fragment longplaya - "Superstition", wyróżniający się bardzo funkową grą Bogerta i Appice'a, elektryzującymi popisami Becka, oraz niesamowicie chwytliwą, uzależniającą melodią. Tym razem w roli głównego wokalisty wystąpił basista, którego wysoki głos dobrze pasuje do klimatu utworu. Ciekawa jest historia tej kompozycji. Została napisana przez Steviego Wondera specjalnie dla Becka, w podziękowaniu za jego udział w nagraniu "Lookin' for Another Pure Love" z albumu "Talking Book". Twórca szybko jednak pożałował decyzji oddania tak dobrej kompozycji i nagrał własną wersję, umieścił ją na wspomnianym albumie i wydał jako pierwszy promujący go singiel. Z powodu opóźnień z premierą "Beck, Bogert & Appice", to właśnie wersja Wondera została wydana jako pierwsza, co rozczarowało Becka, który sam liczył na odniesienie sukcesu dzięki "Superstition".

Druga strona albumu to przede wszystkim dwie urocze ballady: rozpoczynająca ją "Sweet Little Surrender" - wyróżniająca się brzmieniami akustycznymi i niemal gospelowym refrenem - oraz kończąca ją "I'm So Proud" (z repertuaru Curtisa Mayfielda) - z początku bardzo subtelna, ale w finale ożywiona ostrzejszą gitarową solówką. Z trzech pozostałych utworów najlepsze wrażenie robi ciężki "Livin' Alone", o luźniejszej, niemal jamowej strukturze. Całkiem niezły jest także funkujący "Lose Myself with You". Słabiej na tle całości wypada natomiast nieco zbyt prosty, rock and rollowy "Why Should I Care" (choć solówka Becka jest, jak zwykle, wyśmienita).

"Beck, Bogert & Appice" to w sumie bardzo dobry album, ze zróżnicowanymi kompozycjami i mistrzowskim wykonaniem. Osobiście uważam go za ciekawszy od twórczości Cactus, zaś bliski najlepszych dokonań The Jeff Beck Group ("Truth" i "Rough and Ready"). Jeśli ktoś jeszcze nie zna tego materiału, koniecznie powinien jak najszybciej nadrobić zaległości.

Ocena: 8/10



Beck, Bogert & Appice - "Beck, Bogert & Appice" (1973)

1. Black Cat Moan; 2. Lady; 3. Oh to Love You; 4. Superstition; 5. Sweet Sweet Surrender; 6. Why Should I Care; 7. Lose Myself with You; 8. Livin' Alone; 9. I'm So Proud

Skład: Jeff Beck - wokal (1), gitara; Tim Bogert - wokal (4,6,7), bass; Carmine Appice - wokal (2,3,5,8,9), perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Duane Hitchings - pianino i melotron (3); Jimmy Greenspoon - pianino (5); Danny Hutton - dodatkowy wokal (5)
Producent: Don Nix, Jeff Beck, Tim Bogert i Carmine Appice


10 maja 2016

[Recenzja] Grand Funk Railroad - "Survival" (1971)



Czwarty album Grand Funk Railroad nie przynosi większych zaskoczeń. Otwierające całość "Country Road" i "All You've Got Is Money" to typowe dla grupy kawałki, oparte na mocnym rytmie, z uwypukloną gitarą basową, ostrymi gitarowymi zagrywkami i zawodzącym śpiewem Marka Farnera. Najlepiej jak zwykle wypadają części instrumentalna z popisami muzyków o jamowym charakterze. W "Comfort Me" pojawiają się łagodniejsze brzmienia gitary akustycznej, jednak i tutaj nie brakuje rockowego czadu i dłuższych instrumentalnych popisów. Pewnym zaskoczeniem może być obecność "Feelin' Alright" z repertuaru Traffic - zagrany został jednak znacznie ciężej od oryginału, w bardziej surowej aranżacji i w rezultacie brzmi jak autorska kompozycja Grand Funk. Niespodzianką nie jest natomiast "I Want Freedom", mimo pierwszoplanowej roli organów Hammonda i żeńskich chórków nadających soulowego charteru, bowiem takie eksperymenty pojawiły się już na poprzednim longplayu zespołu, "Closer to Home". Na albumie nie mogło zabraknąć ballady - rolę te pełni "I Can Feel Him in the Morning". Pomijając bezsensowny i zdecydowanie za długi wstęp, jest to całkiem przyjemny utwór, z ładną partią organów w końcówce. Całość kończy przeróbka stonesowskiego "Gimme Shelter" - niezbyt odległa od oryginału, mimo cięższego brzmienia. To jednak naprawdę porywający utwór, także w tej wersji.

W przeciwieństwie do poprzednich albumów Grand Funk, "Survival" nie wnosi do twórczości grupy absolutnie niczego nowego. To prosta kontynuacja "Closer to Home", z nieco słabszymi kompozycjami. Bowiem poza oboma coverami niewiele zostaje w pamięci, nawet po kilkakrotnym przesłuchaniu. Zespół nie schodzi tutaj jednak poniżej pewnego poziomu i dlatego naciągana "siódemka" będzie najlepszą oceną.

Ocena: 7/10



Grand Funk Railroad - "Survival" (1971)

1. Country Road; 2. All You've Got Is Money; 3. Comfort Me; 4. Feelin' Alright; 5. I Want Freedom; 6. I Can Feel Him in the Morning; 7. Gimme Shelter

Skład: Mark Farner - wokal, gitara, harmonijka, instr. klawiszowe; Mel Schacher - bass; Don Brewer - perkusja i instr. perkusyjne, wokal
Producent: Terry Knight


9 maja 2016

[Recenzja] The Who - "Endless Wire" (2006)



Od wydania poprzedniego studyjnego albumu The Who, "It's Hard", minęły dwadzieścia cztery lata. Zespół przez ten czas wielokrotnie się rozpadał i wznawiał działalność. Kilkakrotnie muzycy weszli nawet do studia, jednak efektem były tylko pojedyncze utwory. Kiedy w 2002 roku zmarł John Entwistle, wydawało się, że to definitywny koniec zespołu. Jednak Pete Townshend i Roger Daltrey zdecydowali się kontynuować działalność. A w 2006 wydali nawet nowy album, "Endless Wire" (do dziś, dziesięć lat po premierze, pozostający ich ostatnim dokonaniem). Longplay składa się z dwóch części. Pierwsza to dziewięć niepowiązanych ze sobą utworów, nagranych przez Townshenda i Daltreya niemalże bez pomocy innych muzyków. Jedynie w "Black Widow's Eyes" towarzyszy im perkusista Zak Starkey (syn Ringo Starra), a w singlowym "It's Not Enough" wspiera ich cały zespół, w postaci drugiego gitarzysty, sekcji rytmicznej i klawiszowca. Druga cześć albumu to tzw. "mini opera rockowa" o tytule "Wire & Glass" - dziesięć krótkich utworów połączonych w całość, spójnych tematycznie. Tutaj wystąpił już regularny zespół - z perkusistą Peterem Huntingtonem, basistą Pino Palladino i klawiszowcem Johnem "Rabbitem" Bundrickem - oraz liczni goście, grający na instrumentach smyczkowych.

Niestety, już pierwszy utwór dobitnie uświadamia, że "Endless Wire" będzie wyłącznie odcinaniem kuponów od dawnej popularności The Who. Bo jak inaczej nazwać sytuację, gdy muzycy bezczelnie kopiują jeden ze swoich dawnych przebojów? "Fragmnets" (a także jego kontynuacja, "Fragmnets of Fragments") to nic więcej, jak odświeżona wersja "Baba O'Riley" - oparty na prawie identycznym syntezatorowym motywie, z podobnym wejściem innych instrumentów. Jednak w porównaniu z pierwowzorem, "Fragments" wypada strasznie smętnie, brakuje mu energii. A najgorsza zmiana to wokal Rogera Daltreya, który chrypi tutaj bez sił. Podobnie jest w pozostałych utworach: zespół balansuje na granicy autoplagiatu (np. "Mike Post Theme" oparty na motywach z "The Punk Meets the Godfather"), a zdarty głos Daltreya przypomina, że to tylko marny cień dawnego The Who. Naprawdę przykro się tego słucha, zwłaszcza mając w pamięci jego wokalne popisy  z "Live at Leeds", "Who's Next" czy "Love Reign O'er Me". Ciężko uwierzyć, że to ten sam wokalista. Partie wokalne znacząco obniżają tutaj poziom utworów, które same w sobie też nie są jakieś rewelacyjne.

Z pierwszej części albumu moją uwagę zwrócił tylko "Black Widow's Eyes", zbudowany na fajnych dynamicznych kontrastach (choć przejście w trzydziestej czwartej sekundzie zostało zapożyczone z "Behind Blue Eyes"). Całkiem niezły byłby jeszcze singlowy "It's Not Enough", gdyby nie strasznie wymęczone wokale. Nieco lepsze wrażenie robi druga część albumu, szczególnie rozpoczynający ją utwór "Sound Round" - zagrany z energią wczesnych nagrań zespołu i nawet wokalnie nieco lepszy; momentami w głosie Daltreya pobrzmiewa dawna barwa. Podobnie jest np. w "Pick Up the Peace", "We Got a Hit" czy "Mirror Door". W łagodniejszych "Endless Wire" i "They Made My Dream Come True" przebijają się natomiast całkiem niezłe melodie. Choć i w tej części albumu zdarzają się niewypały, jak kiczowaty "Trilby's Piano", czy niepotrzebna repryza "Fragmnets". Najbardziej razi jednak, że większość tych utworów trwa ledwie koło dwóch minut. Gdyby tak rozbudować część z nich, a zrezygnować z mniej udanych fragmentów (szczególnie z pierwszej części albumu), mógłby to być całkiem niezły album. A tak nie jest nawet przeciętny.

"Endless Wire" to niepotrzebny powrót. Spóźniony o zbyt wiele lat. Gdyby podobny materiał powstał za czasów lepszej formy Daltreya (i za życia Entwistle'a, którego bas ożywiłby całość), pewnie można by mówić o najlepszym albumie The Who od czasu "Quadrophenii". Jednak przez te wymęczone partie wokalne, słuchanie "Endless Wire" nie jest ani przyjemnym, ani łatwym doświadczeniem - co, biorąc pod uwagę stricte rozrywkowy charakter tego wydawnictwa, stawia pod znakiem zapytania sens obcowania z nim. 

Ocena: 4/10



The Who - "Endless Wire" (2006)

1. Fragments; 2. A Man in a Purple Dress; 3. Mike Post Theme; 4. In the Ether; 5. Black Widow's Eyes; 6. Two Thousand Years; 7. God Speaks of Marty Robbins; 8. It's Not Enough; 9. You Stand by Me; 10. Sound Round; 11. Pick Up the Peace; 12. Unholy Trinity; 13. Trilby's Piano; 14. Endless Wire; 15. Fragments of Fragments; 16. We Got a Hit; 17. They Made My Dream Come True; 18. Mirror Door; 19. Tea & Theatre

Skład: Roger Daltrey - wokal; Pete Townshend - gitara, wokal, bass, perkusja, instr. klawiszowe, mandolina, bandżo, altówka (13)
Gościnnie: Lawrence Ball - elektronika (1,15); Zak Starkey - perkusja (5); Jolyon Dixon - gitara (8); Stuart Ross - bass (8); Peter Huntington - perkusja (8,10,11,14,16-18); Rachel Fuller - instr. klawiszowe (8); Pino Palladino - bass (10,11,14,16-18); John "Rabbit" Bundrick - organy (10,11,18); Ellen Blair - altówka (8); Gill Morley, Brian Wright - skrzypce (13); Vicky Matthews - wiolonczela (13); Billy Nicholls, Simon Townshend - dodatkowy wokal
Producent: Pete Townshend, Bob Pridden i Billy Nicholls


6 maja 2016

[Recenzja] The Byrds - "Younger Than Yesterday" (1967)



"Younger Than Yesterday" to druga część nieformalnej "psychodelicznej trylogii" The Byrds. Zespół kontynuuje tutaj eksperymenty ze swojego poprzedniego longplaya, "Fifth Dimension". Ciekawostką jest natomiast, że podczas sesji nagraniowej siłą napędową zespołu został basista Chris Hillman. Do tamtej pory jego wkład kompozytorski ograniczał się do utworu "Captain Soul" (podpisanego nazwiskami wszystkich muzyków zespołu) z poprzedniego albumu. Tutaj natomiast jego nazwisko pojawia się aż pod pięcioma utworami, z których cztery stworzył samodzielnie. We wszystkich wystąpił także w roli głównego wokalisty, choć nigdy wcześniej nie udzielał się wokalnie (mimo dobrego głosu). Jest wśród nich bardzo chwytliwy "Have You Seen Her Face", przypominający wczesne kompozycje The Beatles, a także bardzo psychodeliczny "Thoughts and Words", z nagłymi zmianami nastroju i wykorzystaniem efektu odwróconej taśmy. Basista postanowił także nawiązać do swoich muzycznych korzeni, czego efektem są dwa utwory w stylu country: "Time Between" i "The Girl with No Name". Gościnnie wystąpił w nich Clarence White (zresztą późniejszy członek The Byrds), który zagrał typowe dla tego stylu partie gitar. Melodie obu kawałków są jednak bardzo przyjemne, znów beatlesowskie. Hillman stworzył także jeden utwór w spółce z Jimem McGuinnem - "So You Want to Be a Rock 'n' Roll Star", wyróżniający się mocną, uwypukloną partią basu, ostrymi gitarowymi zagrywkami i... partią trąbki w wykonaniu jazzowego muzyka Hugha Masekeli. Partia wokalna tym razem została wykonana w harmoniach przez McGuinna, Hillmana i Davida Crosby'ego. Utwór został wydany na pierwszym singlu promującym album i stał się największym z niego przebojem.

McGuinn podpisany jest jeszcze pod trzema kompozycjami. Wspólnie z niejakim Robertem Hippardem stworzył "C.T.A.-102", łączący wczesny, folkowy styl grupy z psychodelicznymi dźwiękami, uzyskanymi dzięki generatorowi drgań. Dwa inne utwory napisał razem z Crosbym. "Renaissance Fair" to melodyjna piosenka z rewelacyjnymi harmoniami wokalnymi i fantastycznie pulsującym basem. Z kolei "Why" to utwór wydany już wcześniej na stronie B singla "Eight Miles High", tutaj jednak pojawiający się w wersji nagranej zupełnie na nowo. Przyznaję, że wolę oryginalną, z bardziej zadziornym brzmieniem. Poza tym utwór został wiernie odtworzony, z tak samo genialną harmonijną linią wokalną i świetnymi gitarowymi solówkami inspirowanymi twórczością Raviego Shankara. David Crosby samodzielnie stworzył dwa utwory. Zdradzający jazzowe inspiracje "Everybody's Been Burned" czaruje niesamowitym klimatem. "Mind Gardens" to z kolei najbardziej eksperymentalny utwór, pozbawiony rytmu i metrum, oparty na akompaniamencie gitary akustycznej, który stopniowo zostaje coraz bardziej zniekształcony za pomocą studyjnych sztuczek z odwracaniem taśmy. Całości dopełnia jedyny cover - "My Back Pages" z repertuaru uwielbianego przez muzyków Boba Dylana. To właśnie jej tekst zainspirował muzyków do zatytułowania albumu słowami "Younger Than Yesterday". Pod względem muzycznym jest to swego rodzaju krok wstecz - powrót do beztroskiego folk rocka z dwóch pierwszych longplayów The Byrds. Utwór jest jednak naprawdę przyjemny i na pewno nie można go uznać za niepotrzebny wypełniacz. To jeden z lepszych dylanowskich utworów zespołu, śmiało mogący konkurować z "Mr. Tambourine Man".

"Younger Than Yesterday" to album do którego musiałem przekonywać się nieco dłużej, niż do "Fifth Dimension". Po którymś przesłuchaniu oczarował mnie jednak kompletnie, łącznie z kawałkami w znienawidzonym przeze mnie stylu country (choć nie jest to czyste country). Może i nie ma tutaj aż takich wzlotów, jak "Eight Miles High" i "I See You", ale też nie ma takiej wpadki, jak nieudana przeróbka "Hey Joe". "Younger Than Yesterday" jest zatem równiejszy od swojego poprzednika, choć nie tak przełomowy. Ostatecznie postanowiłem więc wystawić im tak samo wysoką ocenę. Mimo wszystko, w moim rankingu albumów The Byrds wyżej stawiam "Fifth Dimension".

Ocena: 9/10



The Byrds - "Younger Than Yesterday" (1967)

1. So You Want to Be a Rock 'n' Roll Star; 2. Have You Seen Her Face; 3. C.T.A.-102; 4. Renaissance Fair; 5. Time Between; 6. Everybody's Been Burned; 7. Thoughts and Words; 8. Mind Gardens; 9. My Back Pages; 10. The Girl with No Name; 11. Why

Skład: Jim McGuinn - wokal i gitara; David Crosby - gitara i wokal; Chris Hillman - bass i wokal; Michael Clarke - perkusja
Gościnnie: Hugh Masekela - trąbka (1); Cecil Barnard - pianino (2); Jay Migliori - saksofon (4); Vern Gosdin - gitara (5); Clarence White - gitara (5,10); Daniel Ray - instr. perkusyjne
Producent: Gary Usher


4 maja 2016

[Recenzja] Cactus - "Restrictions" (1971)



Trzeci album Cactus, "Restrictions", to znów bardzo nierówne wydawnictwo. Niewątpliwie są tu mocne momenty. Należy do nich przede wszystkim rewelacyjna wersja kompozycji Howlin' Wolfa, "Evil" - znacznie cięższa od oryginału, porywająca świetnym riffowaniem i solówkowaniem, ale wciąż bardzo bluesowa. Dobrze wypadają również czadowe "Restrictions" i "Bag Drag", albo rozbudowany "Guiltless Glider", w którym wrażenie robią zwłaszcza długie fragmenty instrumentalne. Niestety, są tu też słabsze utwory, jak banalny "Sweet Sixteen", czy zalatujący muzyką country "Token Chokin'". Niespecjalnie wyszły też akustyczne numery, dość nużące "Alaska" i "A Mean Night in Cleveland". Potwierdza się zatem to, co sugerowały dwa poprzednie albumy zespołu - że choć w jego składzie są niewątpliwie utalentowani instrumentaliści, to jednak kompozytorzy z nich średni. Właśnie warstwa kompozytorska po raz kolejny okazuje się bardzo nierówna. Może gdyby muzycy rzadziej wchodzili do studia, jakość poszczególnych albumów byłaby wyższa. Bo z najlepszych fragmentów "Cactus", "One Way... or Another" i "Restrictions" można by skompilować jeden naprawdę mocny album. Być może z czasem muzycy doszliby do podobnych wniosków, jednak nie było im to już dane.

Wkrótce po premierze "Restrictions" z zespołu odszedł Jim McCarty, który nie potrafił dostosować się do niekonwencjonalnej gry Tima Bogerta na basie. W tym samym czasie, wytwórnia zmusiła zespół do odprawienia Rusty'ego Daya z powodu... za mało komercyjnego głosu. Day zrezygnował wówczas z dalszej kariery muzycznej i zajął się... handlem narkotykami (co zresztą przepłacił życiem - w 1982 roku został zamordowany, prawdopodobnie w związku ze swoim zajęciem). Na jego miejsce przyjęto, paradoksalnie, wokalistę o równie niekomercyjnym głosie - Pete'a Frencha, znanego z Leaf Hound i Atomic Rooster. Nowym gitarzystą został natomiast Werner Fritzschings, ponadto postanowiono poszerzyć skład o klawiszowca, Duane'a Hitchingsa. W tej konfiguracji personalnej nagrany został bardzo słaby album "'Ot 'N' Sweaty" (1972), w połowie wypełniony niezbyt porywającymi nagraniami koncertowymi, a w drugiej - nowymi kompozycjami w klimatach boogie rocka. Po jego wydaniu zespół zakończył działalność. Bogert i Carmine Appice stworzyli wówczas efemeryczną supergrupę Beck, Bogert & Appice, po czym ich drogi także się rozeszły - nie licząc częstych reaktywacji ich pierwszej grupy, Vanilla Fudge. W 2005 roku reaktywowali natomiast Cactus, czego wynikiem był wydany rok później album "Cactus V". W jego nagraniu, wzięli udział także McCarty i były wokalista Savoy Brown, Jimmy Kunes. Pomimo stylistycznego nawiązania do pierwszych albumów Cactus, longplay sprawia wrażenie zbyt wykalkulowanego, a samym utworom brakuje wyrazistości.

"Restrictions" można zatem uznać za ostatni "prawdziwy" album Cactus - a w każdym razie ostatnie studyjne wydawnictwo grupy, z którym warto się zapoznać. Bo choć longplay jako całość jest bardzo nierówny, to nie brakuje na nim solidnego, hard rockowego grania. A przeróbka "Evil" to jeden z najlepszych przykładów u(hard)rockowienia bluesowego standardu.

Ocena: 7/10



Cactus - "Restrictions" (1971)

1. Restrictions; 2. Token Chokin'; 3. Guiltless Glider; 4. Evil; 5. Alaska; 6. Sweet Sixteen; 7. Bag Drag; 8. A Mean Night in Cleveland

Skład: Rusty Day - wokal, harmonijka, instr. perkusyjne; Jim McCarty - gitara; Tim Bogert - bass, dodatkowy wokal; Carmine Appice - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Gościnnie: Ron Leejack - gitara (2); Albhy Galuten - pianino (5)
Producent: Geoffrey Haslam


3 maja 2016

[Recenzja] Grand Funk Railroad - "Live Album" (1970)



Pierwszy koncertowy album Grand Funk Railroad został zarejestrowany podczas kilku koncertów w czerwcu 1970 roku na Florydzie - zaledwie kilka dni po premierze albumu "Closer to Home". Na repertuar składają się jednak głównie utwory z dwóch pierwszych longplayów zespołu, "On Time" i "Grund Funk". Wspomniany "Closer to Home" reprezentowany jest wyłącznie jedną kompozycją, "Mean Mistreater". Chociaż całość została skompilowana z kilku występów, w sam materiał podobno nie ingerowano w żaden sposób - żadnych studyjnych dogrywek, czy miksowania. I to niestety nie wyszło na dobre. Brzmienie albumu jest bardzo surowe, niemal bootlegowe. Ponadto drażni zbyt głośna publiczność, często zagłuszająca zespół.

A jak "Live Album" prezentuje się pod względem wykonawczym? Zespół gra bardzo energetycznie, nie brakuje tutaj porywających improwizacji i solowych popisów muzyków. Jednak to samo można powiedzieć także o wersjach studyjnych tych utworów, które też miały dość luźny, jamowy charakter. Większość obecnych tutaj utworów jest zaprezentowana w wersjach bardzo zbliżonych do albumowych. Właściwie tylko "Into the Sun" został znacznie rozbudowany. Szkoda, że zespół nie pokombinował nieco z aranżacjami. Taki "Mean Mistreater" aż się prosił przecież, by na żywo zaprezentować go w wersji z gitarą zamiast klawiszy - bardziej pasowałaby do całości. Warto natomiast zwrócić uwagę, że na trackliście pojawiają się dwa tytuły nieobecne na żadnym długogrającym wydawnictwie grupy: "Words of Wisdom" i "Mark Says Alright". Ten pierwszy niestety okazuje się tylko krótką przemową Marka Farnera do publiczności, drugi jest natomiast pięciominutową improwizacją muzyków, która jednak szczególnie nie porywa.

Miałem wobec tego wydawnictwa spore oczekiwania, gdyż uwielbiam koncertowe albumy z tamtych czasów. Na "Live Album" brakuje jednak tego, co tak bardzo podoba mi się na innych koncertówkach. Przede wszystkim prezentowania utworów w wersjach znacznie odbiegających od studyjnych pierwowzorów - w nowych aranżacjach, znacznie rozbudowanych, po prostu wnoszących jakąś nową jakość. Tutaj tego nie ma. Większość utworów została zagrana niemal identycznie, jak w wersjach studyjnych, a przez kiepskie brzmienie wypadają gorzej od swoich pierwowzorów. W rezultacie "Live Album" kompletnie nic nie wnosi do dyskografii Grand Funk.

Ocena: 6/10



Grand Funk - "Live Album" (1970)

LP1: 1. Introduction; 2. Are You Ready; 3. Paranoid; 4. In Need; 5. Heartbreaker; 6. Inside Looking Out
LP2: 1. Words of Wisdom; 2. Mean Mistreater; 3. Mark Says Alright; 4. T.N.U.C.; 5. Into the Sun

Skład: Mark Farner - wokal, gitara, harmonijka, instr. klawiszowe; Mel Schacher - bass; Don Brewer - perkusja i instr. perkusyjne, wokal
Producent: Terry Knight


2 maja 2016

[Recenzja] The Who - "Live at the Isle of Wight Festival 1970" (1996)



Po serii nieudanych albumów wydanych w latach 1975-82, muzycy The Who podjęli słuszną decyzję o zawieszeniu działalności zespołu. Odsłuchiwanie i opisywanie tych wydawnictw nie sprawiło mi najmniejszej przyjemności. Na szczęście, w końcu nadeszła pora na zrecenzowanie wydawnictwa, które przypomina czasy największej chwały The Who. "Live at the Isle of Wight Festival 1970" to kompletny zapis występu, który odbył się w październiku 1970 roku - zaledwie dziewięć miesięcy po zarejestrowaniu słynnego "Live at Leeds". Zespół był wówczas w fantastycznej formie, a ówczesne koncertowe ekscesy muzyków przeszły do historii. Repertuar obu występów był bardzo zbliżony, a na "Isle of Wight" powtarzają się wszystkie utwory z winylowego wydania "Live at Leeds". W tym równie porywające wykonania "Young Man Blues", "Summertime Blues", "Substitute" i "Magic Bus". Słabiej wypadł "My Generation" - tutaj o połowę krótszy - za to ciekawsze okazuje się wykonanie "Shakin' All Over", dzięki wzbogacaniu go fragmentami "Spoonful" (utworu Howlin' Wolfa, spopularyzowanego przez Cream) i "Twist and Shout" (kompozycji zapomnianej grupy The Top Notes, pamiętanej dzięki wykonaniom The Isley Brothers i - zwłaszcza - The Beatles).

Poza tymi "powtórkami", otrzymujemy tutaj niemal kompletne wykonanie rock opery "Tommy" (pominięto kilka mniej istotnych dla historii fragmentów), wczesny przebój "I Can't Explain", a także kilka mniej znanych kompozycji. Już na otwarcie pojawia się utwór "Heaven and Hell" - oryginalnie strona B singla "Summertime Blues" (później wersja studyjna została powtórzona tylko na kompilacji "Thirty Years of Maximum R&B"). Jest to dynamiczny kawałek oparty na uwypuklonej partii basu - jak przystało na kompozycję Johna Entwistle'a - wyróżniający się także całkiem melodyjną linią wokalną. Poza tym znalazły się tu trzy utwory, które - zgodnie z zapowiedzią - miały znaleźć się na kolejnym albumie The Who. Czas jednak zweryfikował te plany i ostatecznie nie trafiły one ani na następny ("Who's Next"), ani żaden inny studyjny album zespołu, choć wersje studyjne zostały zarejestrowane (można je znaleźć na różnych kompilacjach lub reedycjach). O dziwo, wszystkie wypadają zaskakująco dobrze. Energetyczny "I Don't Even Know Myself" i łączący delikatne fragmenty z hard rockowym czadem "Naked Eye" biją na głowę wszystko, co zespół stworzył po 1973 roku. Prawdziwą perłą jest natomiast dziesięciominutowy "Water", z ekspresyjnym śpiewem Rogera Daltreya i porywającą grą instrumentalistów o swobodnym, jamowym charakterze.

Niestety, album jako całość nie robi takiego wrażenia, jak wspomniany "Live at Leeds". Tam było tylko sześć utworów, ale za to sama esencja. Tutaj niestety zdarzają się dłużyzny - zwłaszcza podczas wykonania "Tommy'ego" robi się przewidywalnie i momentami nużąco. Tym bardziej, że muzycy podczas tej części koncertu unikają ingerencji w kompozycje i dłuższych solówek lub improwizacji. Osobiście wolałbym, żeby zespół ograniczył się do kilku utworów z tego albumu, za to zaprezentował je w bardziej rozbudowanych wersjach. Mimo wszystko, "Live at the Isle of Wight Festival 1970" portretuje zespół w szczytowej formie, a w repertuarze znalazła się zdecydowana większość najlepszych utworów grupy z wczesnego etapu kariery (mnie do pełni szczęścia brakuje tylko "The Kids Are Alright", "I Can See for Miles" i "The Seeker"). Warto więc sięgnąć po ten materiał.

Ocena: 8/10

PS. Zapis tego występu jest dostępny także na DVD. Na wczesnych wydaniach pomięto utwory "Substitute" i "Naked Eye", dopiero na reedycji z 2004 roku dodano je w formie bonusu. 



The Who - "Live at the Isle of Wight Festival 1970" (1996)

CD1: 1. Heaven and Hell; 2. I Can't Explain; 3. Young Man Blues; 4. I Don't Even Know Myself; 5. Water; 6. Overture; 7. It's a Boy; 8. 1921; 9. Amazing Journey; 10. Sparks; 11. Eyesight to the Blind (The Hawker); 12. Christmas
CD2: 1. The Acid Queen; 2. Pinball Wizard; 3. Do You Think It's Alright?; 4. Fiddle About; 5. Tommy Can You Hear Me?; 6. There's a Doctor; 7. Go to the Mirror!; 8. Smash the Mirror; 9. Miracle Cure; 10. I'm Free; 11. Tommy's Holiday Camp; 12. We're Not Gonna Take It!; 13. Summertime Blues; 14. Shakin' All Over / Spoonful / Twist and Shout; 15. Substitute; 16. My Generation; 17. Naked Eye; 18. Magic Bus

Skład: Roger Daltrey - wokal, harmonijka, instr. perkusyjne; Pete Townshend - gitara, dodatkowy wokal; John Entwistle - bass, dodatkowy wokal; Keith Moon - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Producent: Jon Astley i Andy Macpherson


1 maja 2016

[Blog] Podsumowanie kwietnia



W kwietniu moja kolekcja płyt wzbogaciła się o pięć kolejnych pozycji, w tym dwa albumy studyjne, koncertówkę i dwie kompilację. Ogólnie nie przepadam za składankami, jednak w przypadku zespołów zaczynających karierę w latach 60. trudno się bez nich obyć, gdyż wiele utworów - przeważnie tych najlepszych - ukazywało się wyłącznie na singlach. Dzięki kompilacjom można je zdobyć na jednym wydawnictwie, zamiast kupować kilka, kilkanaście małych płytek. Zarówno "Meaty, Beaty, Big & Bouncy" The Who, jak i "Greatest Hits" Fleetwood Mac zawierają wszystkie najlepsze niealbumowe kawałki tych grup z wspomnianej dekady. Obie zawierają także po kilka utworów albumowych. O ile jednak na składaku The Who ich wybór jest tak trafny, że nie muszę już kupować żadnego albumu zespołu z lat 60., tak w przypadku Fleetwood Mac jest kilka braków, szczególnie ze świetnego "Then Play On" (reprezentowanego tylko przez "Rattlesnake Shake", nie będącego wcale jego najlepszym fragmentem). Dodam jeszcze, że na "Meaty, Beaty, Big & Bouncy" polowałem od dawna, czekając na egzemplarz w dobrym stanie i w akceptowalnej cenie. Zakup "Greatest Hits" był natomiast całkiem spontaniczny. Podobnie jak koncertowego "Live! in Europe" Rory'ego Gallaghera (nabytego w "pakiecie" z The Who). Nie jest to tak porywające wydawnictwo, jak "Irish Tour '74", jednak stanowi fajne uzupełnienie (obie koncertówki zawierają zupełnie inne utwory). Już dla samej przeróbki "Messin' with the Kid" Juniora Wellsa warto mieć ten album, a poza tym znalazły się na nim też świetne wersje "Laundromat" czy "In Your Town". Rory'ego nigdy dość.

Najważniejsze nowości w kolekcji to jednak albumy studyjne. Poszukiwany przeze mnie od dawna "Truth" Jeffa Becka (a właściwie The Jeff Beck Group, choć nazwa ta nie została wymieniona na okładce) to klasyka blues rocka i  w pewnym sensie pomost między tym, co zaproponowali inni ex-gitarzyści The Yardbirds - Eric Clapton z Cream i Jimmy Page z Led Zeppelin (zresztą Page na tym albumie wystąpił, podobnie jak John Paul Jones). Połączenie porywających solówek Becka, ekspresyjnego śpiewu Roda Stewarta i solidnej sekcji rytmicznej Ronniego Wooda i Micky'ego Wallera, procentuje tutaj rewelacyjnymi wersjami bluesowych standardów (a czasem rockowych - jak "Shapes of Things" Yardbirds, czy folkowych - vide "Morning Dew" Bonnie Dobson). Druga nowość to debiut The Damnation of Adam Blessing. Moje niedawne odkrycie, które wciąż uważam za jedno z najlepszych. Moim zdaniem to czołówka szerzej nieznanych albumów. Świetna mieszanka hard rocka i rocka psychodelicznego, momentami zahaczająca o blues rock (szczególnie w przeróbce "You Don't Love Me" Williego Cobbsa). Wyjątkowo zdecydowałem się na zakup reedycji (wytwórni Akarma, specjalizującej się w takich perełkach, bardzo ładnie wydane, a chociaż brzmieniowo nie powala, to nie ma tragedii - obyło się bez cyfrowego remasteringu), bo oryginalne wydania są zbyt drogie na swój stan. A zawsze lepiej odłożyć na kolejny winyl.


Recenzje: