4 kwietnia 2016

[Recenzja] The Rolling Stones - "A Bigger Bang" (2005)



Osiem lat trzeba było czekać na następcę "Bridges to Babylon". W międzyczasie ukazały się tylko cztery premierowe nagrania Stonesów, uzupełniające składankę "Forty Licks" z 2002 roku. Pół biedy, że mało - gorzej, że wszystkie były bardzo przeciętne, jeśli nie słabe. Na pewno nie umilały one długiego oczekiwania na "A Bigger Bang". Z dzisiejszej perspektywy czas ten jednak nie wydaje się już tak długi. "A Bigger Bang" pozostaje bowiem od jedenastu lat ostatnim albumem zespołu i nic nie wskazuje na to, aby ta sytuacja miała się zmienić. I szczerze mówiąc, wolałbym aby to nie nastąpiło. Jeżeli muzycy przez całą dekadę są w stanie wykrzesać z siebie tylko dwa nowe utwory ("Doom and Gloom" i "One More Shot" z kompilacji "GRRR!", wydanej w 2012 roku), to nie świadczy to najlepiej o ich kreatywności. Kolejny album mógłby być katastrofą. "A Bigger Bang" stanowi natomiast całkiem przyzwoite zwieńczenie dyskografii.

Nie ma na tym albumie wybitnych utworów, ale sporo dobrych się znajdzie. Całkiem niezły poziom prezentują wszystkie nagrania singlowe: żywiołowy "Rough Justice", który świetnie rozpoczyna całość; bardziej melodyjny, ale równie energetyczny i przebojowy "Let Me Down Slow"; funkowy "Rain Fall Down" (najlepszy utwór grupy tego typu od czasu albumu "Some Girls"); oraz typowa dla zespołu ballada "Streets of Love" (tutaj niestety razi banalny refren). Warto wyróżnić też kilka innych kawałków: czadowe, bardzo chwytliwe "It Won't Take Long" i "Sweet Neo Con"; staroświecki akustyczny blues "Back of My Hand"; oraz dość ładną balladę "Laugh, I Nearly Died". To już połowa albumu, a reszta nie jest dużo słabsza, choć mniej wyrazista. Po raz kolejny zespół przesadził z długością longplaya. Spokojnie można było zrezygnować z kilku kawałków, bez żadnej straty dla całości. A pominięcie banalnego "She Saw Me Coming" wręcz wyszłoby na korzyść. Podobnie jak "This Place Is Empty" i "Infamy", w których razi wymęczony śpiew Keitha Richardsa.

W sumie jednak "A Bigger Bang" to udany album. A choć mogłoby być lepiej, to muzykom należy się wielki szacunek za to, że w takim wieku (wówczas byli koło sześćdziesiątki) potrafili zagrać z taką energią.

Ocena: 6/10



The Rolling Stones - "A Bigger Bang" (2005)

1. Rough Justice; 2. Let Me Down Slow; 3. It Won't Take Long; 4. Rain Fall Down; 5. Streets of Love; 6. Back of My Hand; 7. She Saw Me Coming; 8. Biggest Mistake; 9. This Place Is Empty; 10. Oh No, Not You Again; 11. Dangerous Beauty; 12. Laugh, I Nearly Died; 13. Sweet Neo Con; 14. Look What the Cat Dragged In; 15. Driving Too Fast; 16. Infamy

Skład: Mick Jagger - wokal, gitara, bass (6,7,11,13), harmonijka, instr. klawiszowe, instr. perkusyjne; Keith Richards - gitara, instr. klawiszowe, bass (9,16), wokal (9,16), dodatkowy wokal; Ronnie Wood - gitara; Charlie Watts - perkusja
Gościnnie: Darryl Jones - bass (1-5,8,10,12,15); Chuck Leavell - instr. klawiszowe; Matt Clifford - instr. klawiszowe; Lenny Castro - instr. perkusyjne (14); Blondie Chaplin - dodatkowy wokal (7,16)
Producent: Don Was, Mick Jagger i Keith Richards


6 komentarzy:

  1. Prawda jest taka, że ten zespół spokojnie mógłby się rozwiązać pod koniec lat 70. Albo przynajmniej przestać cokolwiek nagrywać, co najwyżej grać koncerty za grubą kasę. Te wszystkie nowsze płyty są kompletnie nijakie. Wiek muzyków nie jest żadnym usprawiedliwieniem - Jan Sebastian Bach był już dobrze po sześćdziesiątce kiedy komponował "Musikalisches Opfer", czy "Kunst der Fuge", jedne ze swoich największych dzieł. W ogóle mnóstwo artystów na starość robiło wielkie rzeczy. Ale Rolling Stonesi się to jak widać nie tyczy...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co innego komponowanie, a co innego granie z taką energią w tym wieku (także, a raczej przede wszystkim, na koncertach) ;) Co do reszty zgoda. "Some Girls" z 1978 roku to ostatni udany album, potem co najwyżej pojedyncze utwory trzymają poziom. Ale problem ten w sumie dotyczy zdecydowanej większości rockowych wykonawców.

      Usuń
    2. Tak, zdecydowana większość muzyków rockowych przestaje być rewolucjonistami w wieku lat 30, w wieku 40 nagrywa ostatnie dobre rzeczy (w najlepszym wypadku), a potem już wydaje byle co, żeby przypomnieć o sobie fanom.

      Tak bywa na ogół, ale tez nie zawsze. "Blackstar" Bowiego (w 69 r.ż.) to przecież jedna z najlepszych jego płyt. Nowy album Iggy Popa "Post Pop Depression" ( w 69 r.ż.) to też ścisła czołówka jego solowych dokonań. Neil Young (który jest już po 70) nagrał w bieżącej dekadzie co najmniej dwie naprawdę dobre płyty: "Le Noise" i przede wszystkim "Psychedelic Pill". Innym świetnym przykładem jest przecież Robret Fripp (za jakiś miesiąc stuknie mu 70). Nie brak wcale absolutnych dinozaurów, którzy do śmierci (jak Bowie) potrafili stanąć na wysokości zadania. Tylko do tego potrzeba jednak interesować się muzyką, a nie wciąganiem kreski, macaniem panienek i wożeniem się po bankietach ;)

      Usuń
  2. Ten album moim zdaniem jest naprawdę super. Świetne, wyraziste utwory i jak zwykle zagrane z pazurem. Jagger mimo wieku we wspaniałej formie wokalnej. Młodzieńcza energia i pazur tyle wymagam od płyty The Rolling Stones i to wszystko tu otrzymałem. Moja ocena 8/10 :D.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też nie wymagam od tego zespołu niczego więcej ;) Ale to wszystko było już na wcześniejszych albumach zespołu, często w znacznie lepszym wydaniu. "A Bigger Bang" prezentuje się bardzo blado w porównaniu z np. "Aftermath", "Let It Bleed", "Sticky Fingers", czy "It's Only Rock'n'Roll". Mimo wszystko, jest lepiej niż na dwóch poprzednich longplayach z lat 90.

      Usuń
    2. To fakt ale nie przeszkadza mi to zupełnie. Bardzo lubię ich styl i choć nic się praktycznie nie zmienia to cieszę się z każdej porcji wspaniałego rock and rolla jaką są w stanie zaoferować. Zwłaszcza w tak zaawansowanym wieku i okresie, w którym trendy muzyczne wspierają pop i rap :D.

      Usuń