5 kwietnia 2016

[Blog] Podsumowanie marca

Dwa tygodnie i kilka dni temu po raz pierwszy uczestniczyłem w winylowej giełdzie. W znacznym stopniu wpłynęło to na to, czego słuchałem w ostatnich kilkunastu dniach marca. Nie tylko ze względu na fakt wzbogacenia kolekcji o trzy nowe pozycje - w tym jedną poszukiwaną od wielu miesięcy - ale także dzięki dokonaniu nowych muzycznych odkryć. Właśnie podczas owej giełdy dowiedziałem się o istnieniu zespołu The Damnation of Adam Blessing - moim zdaniem jest to czołówka najlepszych nieznanych wykonawców. Poniekąd za jego sprawą postanowiłem zagłębić się w dyskografie innych, już bardziej znanych, amerykańskich zespołów z tamtych czasów, które dotąd znałem dość powierzchownie, a mianowicie The Byrds, Grand Funk Railroad, oraz Cactus. Szczególnie w przypadku dwóch pierwszych chętnie sięgam po kolejne albumy z ich bogatych dyskografii. Amerykanie nie mieli czego się w tamtym czasie wstydzić, ich muzyka nie pozostawała daleko w tyle za tą z Wysp Brytyjskich. Dopiero kilka lat później na powierzchni Stanów wyrósł rak o nazwie Aerosmith, który wyrządził wiele zła na tamtejszej scenie muzycznej... Nie o tym jednak miał być ten tekst. Podobnie jak w poprzednich "Podsumowaniach miesiąca", chciałbym opowiedzieć o nowościach w mojej muzycznej kolekcji.

Kupione w marcu.

Debiutancki album The Allman Brothers Band był jednym z najdłużej i najbardziej intensywnie poszukiwanych przeze mnie longplayów. Równie problematyczne było chyba tylko zdobycie debiutu Rory'ego Gallaghera. O ile jednak ten drugi udało mi się zakupić za śmieszne pieniądze, tak w przypadku Allmanów musiałem się nieco bardziej wykosztować... Jest to jednak jedno z najstarszych wydań, z 1969 roku - być może pierwsze. A sam album należy do ścisłej czołówki najlepszych bluesrockowych wydawnictw i wstyd go nie mieć w swojej kolekcji. Nie ma na nim słabych punktów, począwszy od genialnego otwarcia - w postaci porywającego instrumentala "Don't Want You No More", przechodzącego płynnie w bluesową balladę "It's Not My Cross to Bear" - a kończąc na rewelacyjnym "Whipping Post". Na żadnym późniejszym albumie studyjnym zespołowi nie udało się zbliżyć do tego poziomu. Choć muzycy podnieśli poprzeczkę jeszcze wyżej na koncertowym "At Fillmore East", który także sobie w ostatnim czasie odświeżyłem. Najlepsza koncertówka wszech czasów? Bardzo prawdopodobne.

Innym rarytasem, jaki zdobyłem w marcu, jest debiutancki album Budgie. Szczerze mówiąc, nie jestem wielkim fanem tego zespołu, ze względu na zniewieściały wokal Burke'a Shelley'a. Jednak pierwszych pięć albumów Walijczyków to naprawdę bardzo dobry hard rock. Najbardziej ceniony jest środkowy z nich, "Never Turn Your Back on a Friend" (to na nim są "Breadfan" i "Parents"), ja jednak zdecydowanie wyżej oceniam debiut. Zespół był wówczas pod wyraźnym wpływem Black Sabbath (oba zespoły dzieliły producenta Rodgera Baina, więc brzmienie jest niemal identyczne), czerpiąc też sporo od Led Zeppelin (najlepszy na albumie "Nude Disintegrating Parachutist Woman" mógłby nazywać się "Dazed and Confused II"). Zespół bywał za to wielokrotnie krytykowany, mnie to jednak nie przeszkadza, bo bardzo lubię tego typu granie. Na kolejnych albumach muzycy zaczęli poszukiwać własnego stylu, co niestety zaowocowało wieloma chybionymi eksperymentami (a ostatecznie i tak nie stworzyli niczego unikalnego). Jak jednak wspomniałem, cztery kolejne albumy też są całkiem udane. I tylko szkoda, że trudno dostępne.

Śmierć Keitha Emersona zmotywowała mnie do kupna dwóch albumów Emerson, Lake & Palmer - debiutu i "Trilogy". Bardzo rzadko reaguje w ten sposób na zgon znanego muzyka i nie mam dobrego zdania o ludziach, którzy kupują czyjś album tylko z tego powodu. Wspomniane wydawnictwa ELP od dawna jednak znajdowały się na mojej "liście życzeń", tylko zawsze pojawiały się jakieś ważniejsze zakupy. Po śmierci Emersona odczułem jednak brak jakichkolwiek wydawnictw tria. Styl prezentowany przez grupę - klasycyzujący rock progresywny, zdominowany przez klawisze i z ograniczoną do minimum rolą gitary - nie należy do moich ulubionych, jednak w twórczości grupy znajduję dla siebie całkiem sporo. Zawsze bardzo podobały mi się te akustyczne kompozycje Grega Lake'a, jak "Lucky Man" czy "From the Beginning". Ale i wśród tych mniej gitarowych utworów mam kilka faworytów, z "The Endless Enigma" i "Knife Edge" na czele.

Ostatnie dwie nowości w kolekcji to albumy, w których nagrywaniu brał udział Jeff Beck - "Rough and Ready" drugiego wcielenia The Jeff Beck Group, oraz debiut efemerycznej supergrupy Beck, Bogert & Appice. Oba są interesującym przykładem połączenia hardrockowego czadu z wyraźnymi wpływami - zwłaszcza w warstwie rytmicznej - muzyki funk. A ja bardzo lubię tego typu granie. Utwór "Superstition", autorstwa Steviego Wondera, to w wykonaniu BB&A prawdziwe mistrzostwo (szczególnie wersja koncertowa z trudno dostępnego albumu "Live"). "Beck, Bogert & Appice" to ewenement w mojej kolekcji, gdyż nie licząc kilku składanek, jest to jedyny posiadany przeze mnie album, którego jeszcze nie zrecenzowałem na blogu. Wkrótce to jednak nadrobię.

Poza wyżej opisanymi nowościami, w marcu słuchałem także m.in. The Beatles, Rush, Iron Maiden i Judas Priest.


2 komentarze:

  1. Pokaźna kolekcja naprawdę dobrej muzy :)

    A co jest takiego złego w Aerosmith?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie będę teraz spoilerował przyszłych recenzji ;) Za kilka tygodni powinno pojawić się coś tego zespołu.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.