8 kwietnia 2016

[Recenzja] McDonald and Giles - "McDonald and Giles" (1971)



Ian McDonald i Michael Giles to muzycy oryginalnego składu King Crimson, którzy współtworzyli arcygenialny debiutancki album grupy, "In the Court of the Crimson King". Pierwszy z nich jako saksofonista, flecista, klawiszowiec i główny kompozytor, drugi jako perkusista. Obaj odeszli niedługo po wydaniu wypomnianego longplaya, niezadowoleni z kierunku, w jakim zmierzał zespół, nabierając coraz bardziej mrocznego charakteru. Giles zgodził się jednak zagrać - jako muzyk sesyjny - na drugim albumie King Crimson, "In the Wake of Poseidon". Następnie wspólnie z McDonaldem stworzył nowy projekt, w którym mogli w pełni realizować swoje muzyczne idee. W nagraniach pomógł im brat Michaela, Peter Giles (niegdyś członek grupy Giles, Giles and Fripp, która przekształciła się w King Crimson, a także sesyjny basista na "In the Wake of Poseidon"). Gościnnie w sesji wziął udział także Steve Winwood, który akurat przebywał w studiu obok, nagrywając ze swoją grupą Traffic album "John Barleycorn Must Die".

Tylna strona okładki,
Materiał zawarty na albumie "McDonald and Giles" pozbawiony jest mroku i ciężaru King Crimson, ma jednak wiele wspólnego z bardziej lirycznym obliczem zespołu (utworami w rodzaju "I Talk to the Wind"). Jego centralny punkt stanowi ponad dwudziestominutowa suita "Birdman", składająca się z sześciu odrębnych części, tworzących jednak płynną całość. Słychać w niej wpływy folku, jazzu i rocka psychodelicznego, podane w nieco pastiszowy sposób. Muzycy prezentują tutaj jednak wysoki kunszt wykonawczy - zwłaszcza we fragmentach instrumentalnych. Korzenie tego utworu sięgają jeszcze 1968 roku - wówczas idea narodziła się w głowie Petera Sinfielda, tekściarza współpracującego z, a jakże, King Crimson (od debiutu do czwartego w dyskografii "Islands"). To właśnie jego dziełem jest tekstowa warstwa suity, podczas gdy za muzykę odpowiada McDonald. Podobny charakter, ma także otwierający album "Suite in C", napisany już w całości przez Iana. Ta jedenastominutowa kompozycja również wyróżnia się wielowątkową strukturą - od beatlesowskiego początku, przez folkowo-jazzową część instrumentalną (ozdobioną klawiszowymi popisami Winwooda), symfoniczną część ze śpiewem i akompaniamentem smyczków, z czasem nabierającą większej, rockowej dynamiki i pastiszowego charakteru, po kompletnie odjechane zakończenie, w którym słychać i country, i boogie, i rock and rollowe pianino... Świetna rzecz.

Kompozytorskim wkładem Michaela Gilesa w album jest kompozycja "Tomorrow's People - The Children of Today", napisana przez niego już w 1967 roku i rozbudowana na potrzeby tego wydawnictwa. To przede wszystkim popis jego gry na perkusji (fragmenty utworu są często samplowane przez wykonawców hip-hopowych), warto też odnotować jego udział wokalny. Największe wrażenie z tego longplaya robią jednak dwa najkrótsze i najprostsze utwory: "Flight of the Ibis" i "Is She Waiting?" (oba autorstwa McDonalda, z wyjątkiem tekstu pierwszego z nich, napisanego przez BP Fallona). "Flight of the Ibis" opiera się na tej samej melodii i podobnej aranżacji, co "Cadence and Cascade" King Crimson (z "In the Wake of Poseidon"), zagrany jest jednak szybciej, bardziej dynamicznie, a bardziej dopracowana linia wokalna kojarzy się z Beatlesami. Bardzo beatlesowsko brzmi także "Is She Waiting?" - prześliczna ballada, oparta głównie na akompaniamencie gitary akustycznej. Już dla tych dwóch warto sięgnąć po ten album.

Album "McDonald and Giles" to nie tylko ciekawostka dla fanów King Crimson. Album powinien przypaść do gustu wszystkim wielbicielom łagodniejszej odmiany prog rocka. A także ogólnie pojętego brytyjskiego grania z tamtego okresu, bo cały longplay jest przepełniony takim angielskim klimatem. Nie jest to oczywiście jakieś wybitne czy przełomowe arcydzieło  - jakim był "In the Court of the Crimson King". Jednak poznać i tak zdecydowanie warto.

Ocena: 8/10



McDonald and Giles - "McDonald and Giles" (1971)

1. Suite in C; 2. Flight of the Ibis; 3. Is She Waiting?; 4. Tomorrow's People - The Children of Today; 5. Birdman

Skład: Ian McDonald - wokal, gitara, instr. klawiszowe, saksofon, flet, klarnet, cytra; Michael Giles - perkusja i instr. perkusyjne, wokal (4)
Gościnnie: Peter Giles - bass; Steve Winwood - organy, pianino (1); Michael Blakesley - puzon (4)
Producent: Ian McDonald and Michael Giles


7 komentarzy:

  1. Ten projekt to koronny dowód na to, że Fripp miał rację chcąc iść w kompletnie innym kierunku i wypychając muzyków starego Crimson z zespołu. To, co McDonald z Gilesami zaprezentowali jest pod każdym względem średnie. Brzmi to jak pozbawiony uroku i oryginalności Caravan. Czyli brzmi raczej mało ciekawie. Poza jazzującymi improwizacjami, które się tu co jakiś czas pojawiają jest to materiał dosyć nijaki. Ładnie brzmi, przyjemnie go zaaranżowano, słychać, że to dobrzy muzycy grają, ale brakuje "czegoś więcej". Nie ma cienia przypadku w tym, że album jest wyłącznie ciekawostką.

    Naprawdę, polecam posłuchać głównych płyt Caravan i przekonać się ile można wykrzesać z tego samego konceptu (lekki art rock + beatlesowate piosenki + folkowo-jazzowe wstawki + sporo ładnych klawiszy. To samo!).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Robert Fripp nie wyrzucił nikogo z oryginalnego składu King Crimson - to pozostali muzycy postanowili odejść. Ponoć, gdy McDonald i Giles powiadomili go o swojej decyzji, zaproponował, że to on odejdzie. Przekonali go jednak, że to jego zespół. Później Greg Lake postanowił odejść, by stworzyć nowy zespół z Keithem Emersonem, bo po odejściu McDonalda i Gilesa nie wyobrażał sobie dalszego funkcjonowania King Crimson. I ponoć Frippowi bardzo zależało, aby i jego przyjęto do tego nowego zespołu. Kolejne składy King Crimson też szybko się sypały, co pokazuje, jak trudnym współpracownikiem był Fripp.

      Usuń
    2. No, nie wyrzucił, dlatego napisałem "wypchnął" ;) Gdzieś czytałem, że innym trudno było znieść jego charakter i to, co chciał grać, więc pierwszy skład się rozsypał.

      Usuń
    3. I sam też chyba nie do końca wiedział co dokładnie chciałby grać ;) Albo też nigdy nie znalazł muzyków, którzy całkowicie by mu się podporządkowali. Tak by wynikało z tego, że z każdym składem grał nieco inną muzykę. I często nie był z niej zadowolony - np. o "Lizard" mówił, że jest "niesłuchalny", a o "Red", że za bardzo komercyjny. Trochę dziwne, biorąc pod uwagę, że to on był (i jest) jedynym stałym członkiem, a więc teoretycznie to jemu powinni się podporządkowywać nowi muzycy. W praktyce nie do końca tak chyba było.

      Usuń
    4. O Lizard mówił, że jest niesłuchalny dużo później. Po prostu zmienił mu się gust przez lata. A w Red został przez resztę zespołu "zdegradowany" do roli jednego z nich, a nie właściciela kapeli, dlatego się obraził i ich rozwiązał. Zresztą słusznie, wystarczy posłuchać jak brzmi grupa UK (nie wspominam o Asia, bo nawet nie ma sensu) i wyobrazić sobie, że tak miała się prezentować kolejna po Red płyta Crimson, z takim brzmieniem, z takim klimatem i w ogóle.

      Usuń
    5. To prawda co pisze Paweł. McDonald i Giles odeszli sami. Po pierwsze nie chcieli grać takiej mrocznej muzyki jaką grali w KC (swoją drogą szkoda, że na opisywanej tu płycie zrezygnowali z melotronu), a po drugie bardzo ciężko znosili trudy trasy koncertowej. Tęsknili do domu i ukochanych.

      Usuń
    6. To już zostało wyjaśnione ;)

      Usuń