1 kwietnia 2016

[Artykuł] Historie Klasycznych Albumów: "2112" Rush

Kanadyjska grupa Rush uznawana jest za jeden z najlepszych i najbardziej uzdolnionych zespołów, wykonujących rock progresywny. Popularność nie przyszła jednak od razu, muzycy musieli na nią długo pracować. Nie od razu też grali skomplikowaną i ambitną muzykę, z którą dziś są najbardziej kojarzeni. Niniejszy artykuł poświęcony jest trudnym początkom Rush, a także przełomowemu albumowi "2112", który ukazał się dokładnie 40 lat temu.



Pożyczony wzmacniacz

Początki zespołu sięgają 1968 roku. W pierwszym składzie znaleźli się gitarzysta Alex Lifeson (właść. Aleksandar Živojinović), perkusista John Rutsey, oraz śpiewający basista Jeff Jones. Ten ostatni wkrótce został wyrzucony, po tym jak odmówił pojawienia się na koncercie, gdyż wolał iść w tym czasie na imprezę. Zespół wystąpił wówczas z niejakim Geddym Lee (właść. Garym Lee Weinribem). Często dzwoniłem do Geddy'ego, by pożyczyć jego wzmacniacz - wyjaśniał Lifeson. Kiedy zadzwoniłem tym razem, zapytałem: "Co sądzisz o tym, abyś przyszedł i zagrał z nami?". Lee w innym wywiadzie przyznawał: Alex pożyczał wszystko. Pożyczał mój wzmacniacz, a pewnego dnia zadzwoni, by pożyczyć mnie. I dodawał: Alex zadzwonił do mnie o czwartej po południu, więc w gruncie rzeczy uczyłem się materiału podczas koncertu. Był niezły ubaw, ale przyznam, że trochę się denerwowałem. Geedy nie został jednak przyjęty na stałe. Do składu wkrótce dołączył kolejny śpiewający basista, Joe Perna, a także śpiewający klawiszowiec Lindy Young. Obaj szybko jednak zrezygnowali. Wyszło na to, że [Lifeson i Rutsey] beze mnie sobie nie poradzą - żartował Lee. Poprosili więc, żebym do nich wrócił. Przez pewien czas, na początku 1971 roku, grupa występowała jako kwartet - z gitarzystą rytmicznym Mitchem Bossim - jednak szybko została ponownie zredukowana do tria, którym pozostała już na zawsze.

Skład z pierwszego albumu: John Rutsey, Geddy Lee i Alex Lifeson.

Grupa w tamtym czasie podczas występów grała głównie utwory innych wykonawców, takich jak Cream, Led Zeppelin, Jimi Hendrix, The Rolling Stones, czy The Who. Próbowaliśmy przetrwać grając w barach, w których nikt nie chciał słuchać naszej muzyki - wyjaśniał Lee. Domagali się wyłącznie przebojów, które znali. Muzycy nie mieli praktycznie żadnych perspektyw na zrobienie kariery. Żadna wytwórnia nie była zainteresowana zakontraktowaniem tria. Zespół w końcu stworzył własną firmę, nazwaną Moon Records. W 1973 roku wydali w jej ramach singiel z przeróbką utworu "Not Fade Away" Buddy'ego Holly (znanego też z wersji The Rolling Stones) na stronie A, oraz własnym "You Can't Fight It" na stronie B. Rok później wydali swój długogrający debiut, zatytułowany po prostu "Rush", a wypełniony autorskimi kompozycjami, zdradzającymi silne inspiracje wymienionymi wyżej wykonawcami. Krótko mówiąc, jest to bluesowo zabarwiony hard rock. Pochodzący z niego utwór "Working Man" stał się przebojem pewnej rozgłośni radiowej z Cleveland, dzięki czemu zespół mógł wyruszyć na swoją pierwszą trasę w Stanach. Wcześniej jednak ze składu odszedł John Rutsey. Oficjalnie ze względu na cukrzycę, która utrudniałaby mu koncertowanie. Nie jest jednak tajemnicą, że jego wizja zespołu znacznie odbiegała od tego, co chciała robić pozostała dwójka. Po rozstaniu z Rush, Rutsey całkowicie zrezygnował z kariery muzycznej. Zmarł w 2008 roku.


Bardziej wyrafinowana muzyka

Lee i Lifeson musieli szybko znaleźć następcę Rutseya na zaplanowaną trasę koncertową. Przesłuchiwaliśmy kilku perkusistów - wspominał Lifeson. Pamiętam, że Neil Peart był drugi w kolejności. I już po kilku pierwszych sekundach wiedzieliśmy, że to jest to. Próby trwały około tygodnia i ruszyliśmy w drogę. Lee uzupełnia: Alex i ja zawsze chcieliśmy grać muzykę bardziej skomplikowaną. Ale John nie miał takich ambicji. I dopiero gdy w składzie pojawił się Neil, urzeczywistnienie tych planów stało się realne. Przybycie Neila było jak znalezienie brakującego elementu układanki. Był jeszcze jedną osobą w naszym gronie, która również chciała grać bardziej wyrafinowaną muzykę. Można więc powiedzieć, że na swój sposób odegrał w historii Rush rolę katalizatora. Był naprawdę tym kimś, kto sprawił, że nasze ambicje mogły zostać zaspokojone. Nowy muzyk okazał się cennym nabytkiem, nie tylko ze względu na jego umiejętności jako perkusisty - jest także świetnym tekściarzem. Od czasu dołączenia do Rush, to właśnie on odpowiada za warstwę słowną zdecydowanej większości utworów.

Już we "właściwym" składzie: Geddy Lee, Neil Peart i Alex Lifeson.

Grupa zabrała się ostro do pracy i w 1975 roku wydała aż dwa albumy z premierowym materiałem. W lutym ukazał się "Fly By Night". W sporej części będący po prostu rozwinięciem hard rockowego debiutu, choć z większym naciskiem na melodie (chociażby "Anthem", czy utwór tytułowy - umiarkowany przebój singlowy w Kanadzie), jednak zawierający także pierwszą bardziej złożoną kompozycję - ponad ośmiominutową "By-Tor & the Snow Dog". Longplay doszedł aż do 9. pozycji kanadyjskiego notowania albumów i do 113. w Stanach. Kolejny album, "Caress of Steel", ukazał się we wrześniu i - zachowując hard rockowe brzmienie - zawierał jeszcze bardziej progresywny materiał, w tym ponad dwunastominutową kompozycję "The Necromancer", oraz zajmującą całą drugą stronę płyty winylowej, dwudziestominutową "The Fountain of Lamneth". Niestety, taka ambitna i oryginalna muzyka nie spotkała się ze zrozumieniem słuchaczy i "Caress of Steel" sprzedawał się znacznie gorzej od poprzednika. Muzycy przyznają, że był to bardzo trudny okres. W jednym z ówczesnych wywiadów Geddy powiedział nawet: W porządku, może powinniśmy powiesić gitary na haku i rozjechać się do domów. Po latach tłumaczył się z tych słów w następujący sposób: Na każdym kroku spotykaliśmy się z nastawieniem przerażająco negatywnym - i ze strony managementu, i wytwórni płytowej, i agencji koncertowych. Graliśmy wtedy głównie w maleńkich klubach, a jeśli nawet w większych salach, to wyłącznie jako support. To wszystko było bardzo przygnębiające. Znikąd nie słyszeliśmy ani jednego słowa zachęty, czegoś w rodzaju: "Dobra robota!" albo: "Zagrajcie coś jeszcze!". Zaczęliśmy więc zadawać sobie pytanie, czy warto to ciągnąć. Czy warto tłuc się miesiącami przez Amerykę, skoro nikt nie dostrzega w tym, co robimy, niczego wartościowego. No i pojawiła się myśl, że może lepiej się rozstać.


Akt protestu

Na szczęście, muzycy nie poddali się tak łatwo. Zdecydowali się postawić wszystko na jedną kartę - nagranie kolejnego albumu. I bynajmniej nie mieli zamiaru iść na żadne kompromisy, tracąc swoją tożsamość. Czwarty longplay Rush miał być naturalną kontynuacją poprzednika. Był to z naszej strony akt protestu - tłumaczył Lifeson. Nagrywaliśmy zawsze rzeczy niezbyt komercyjne i zarówno wytwórnia, jak i management, naciskali, byśmy poszli w kierunku muzyki łatwiejszej w odbiorze. Zdecydowaliśmy więc wprost przeciwnie nagrać taki album, na jaki sami mieliśmy ochotę. Nie bacząc na to, czy się komuś spodoba, czy nie. W podobnym tonie wypowiadał się Lee: Ten album zrodził się z wielkiej namiętności. I z ogromnego ładunku energii. Myślę, że był to akt rebelii przeciwko całemu temu negatywnemu nastawieniu do nas, o którym mówiłem. To był nasz sposób, by powiedzieć: "Odpieprzcie się. Zostawcie nas w spokoju. Dobrze wiemy, co chcemy robić. I to właśnie będziemy robić". Myślę, że miało to ogromny wpływ na to, że powstała płyta taka, a nie inna. Moim zdaniem to pierwszy album Rush, który jest od początku do końca naszym dziełem, na którym zatarły się już wpływy innych. A nawet jeśli można dosłuchać się na nim jakichś wpływów, nasze brzmienie je przysłania.

W okresie "2112".

Sesja nagraniowa odbyła się w lutym 1976 roku, w sprawdzonym podczas nagrywania dwóch poprzednich albumów Toronto Sound Studios. Producentem, po raz trzeci, został Terry Brown (który zresztą współpracował z zespołem przez kolejne sześć lat, produkując w sumie dziewięć albumów studyjnych i dwa koncertowe), a okładkę stworzył Hugh Syme (autor wszystkich okładek zespołu, począwszy od "Caress of Steel"). Longplay, zatytułowany "2112", trafił do sklepów 1 kwietnia 1976 roku. Chociaż zawierał muzykę co najmniej tak samo skomplikowaną i pokręconą jak jego poprzednik, okazał się zaskakującym sukcesem komercyjnym. Myślę, że ludzie zrozumieli jego ideę - tłumaczył Lifeson. Że trzeba stać na straży tego, w co się wierzy i walczyć o to. Nawet, jeśli wszyscy dookoła są przeciwko tobie. Myślę, że takie było źródło sukcesu "2112".

Całą pierwszą stronę albumu wypełnia tytułowa kompozycja "2112" - dwudziestominutowa suita, składająca się z siedmiu części, tworzących zróżnicowaną, lecz spójną całość. Pod względem tekstowym, jest to futurystyczna opowieść o świecie rządzonym przez fanatyczną sektę i ludziach próbujących swoją muzyką obalić obowiązujące schematy. Inspiracją była książka amerykańskiej pisarki Ayn Rand pod tytułem "Anthem" (do której Neil Peart nawiązał już wcześniej, w tak właśnie zatytułowanym utworze). Istotą historii, która rozwinęła się w "2112", było przeciwstawienie jednostki masie - wyjaśniał Peart. I [dzięki temu] album przemówił do ludzi i rozprzestrzenił się podawany z ust do ust. Lee wspominał: Można chyba powiedzieć, że w historii Rush nastąpiła wtedy "era Ayn Rand". Tym, co nas urzekło, były nie jej poglądy polityczne, a zawarty w jej dziełach manifest artystyczny. Jeśli wczytasz się w książkę "The Fountainhead", zrozumiesz o co mi chodzi. Wyraża ona tęsknotę za dziełem, które jest krańcowo zindywidualizowaną wypowiedzią artysty. A także przekonanie, że o wadze tej wypowiedzi decyduje jej uczciwość. Po tych wszystkich trudnościach, których doświadczyliśmy w pierwszym okresie, aż do albumu "Caress of Steel", przeczytanie czegoś takiego było dla nas niezwykle inspirujące. Zaczynaliśmy już bowiem trochę tracić wiarę w naszą artystyczną wizję. Wizję dopiero nabierającą wyraźniejszych konturów, ale jednak naszą własną. I twórczość Ayn Rand była dla nas w tym czasie prawdziwym pokrzepieniem. Dała nam siłę, by się nie poddać i nadal robić swoje.

All the world's a stage...

Na drugiej stronie albumu znalazło się pięć krótszych utworów, w większości o stricte hard rockowym brzmieniu. Wyróżnić z nich warto przede wszystkim orientalizujący "A Passage of Bangkok" (najbardziej chwytliwy utwór na albumie, ze świetnym riffem i rewelacyjną solówką), oraz "Something for Nothing", w którym spokojny początek jest tylko zmyłką przed bardzo czadowym rozwinięciem. Zupełnie inny charakter ma kompozycja "Tears" - jedna z naprawdę nielicznych ballad w repertuarze grupy, bardzo stonowana, ciekawie wzbogacona melotronem, na którym zagrał Hugh Syme. Jest to też jeden z nielicznych utworów grupy - pomijając debiutancki album - do którego tekst napisał Geddy Lee. Jeszcze większym ewenementem jest warstwa liryczna "Lessons" - jedyna w całej dyskografii zespołu, za którą odpowiada Alex Lifeson. Nie trudno zauważyć, że struktura albumu jest praktycznie identyczna, jak na poprzednim, a i w warstwie muzycznej nie ma większych zmian. Tak naprawdę było to logiczne rozwinięcie stylistyki "Caress of Steel" - przyznawał gitarzysta. Tyle, ze skomponowaliśmy i zagraliśmy to nieco lepiej. I właśnie ten album okazał się prawdziwym przełomem. Był bardzo popularny - tak, że wreszcie poczuliśmy się pewniej. I nagle wszyscy ci, którzy dotąd rzucali nam kłody pod nogi, chcieli być naszymi przyjaciółmi. Wtedy właśnie podjęliśmy decyzję, którą zgodnie realizujemy do tej pory. Żaden gość z wytwórni płytowej, żaden menażer nie ma prawa znaleźć się w studiu nagraniowym, kiedy my tam jesteśmy. Nikt nie będzie nam dyktować, co mamy grać.


Następstwa

Jak zostało już kilkakrotnie wspomniane, album "2112" okazał się sporym sukcesem, nie tylko artystycznym - jak poprzednie wydawnictwa Rush - lecz także komercyjnym. W notowaniach longplay pobił dotychczasowe sukcesy grupy, dochodząc do 5. miejsca w Kanadzie i 61. w Stanach. Przed zespołem otworzyły się drzwi do kariery... i grania w większych, niż dotąd obiektach. Graliśmy trzy koncerty w Massey Hall w Toronto, naszym rodzinnym mieście - wspominał Alex. To było miejsce, do którego chodziliśmy, by oglądać inne zespoły, które przyjeżdżały do Toronto. Tak więc granie na tej scenie było ekscytujące. Zapis tych występów trafił na koncertowy album "All the World's a Stage", wydany we wrześniu 1976 roku. Sława zespołu dotarła w końcu także do Europy. "2112" bardzo dobrze sprzedawał się w Szwecji (33. miejsce na liście albumów), został także dobrze przyjęty przez słuchaczy w Wielkiej Brytanii (choć nie wszedł do notowania). Zespół nawet przeniósł się tam na pewien czas (dwa kolejne albumy, "A Farewell to Kings" i "Hemispheres", powstały w walijskim studiu Rockfield). Nasze muzyczne korzenie zawsze były bardziej brytyjskie niż amerykańskie - wyjaśniał decyzję Lifeson. Zespół spotkał się jednak z niechęcią brytyjskiej prasy muzycznej, która w tamtym czasie była praktycznie punkowym fanzinem o lewicowych poglądach. Nic dziwnego, że ambitnie grający zespół, w dodatku nawiązujący do twórczości wygłaszającej skrajnie prawicowe poglądy Ayn Rand, został zmieszany z błotem. Posunięto się nawet do nazwania muzyków "faszystami". Tam nie ma nic faszystowskiego - bronił książki (i "2112") Lifeson. Ona po prostu opowiada o ludziach, jednostkach ludzkich, które chcę same ułożyć sobie życie. Zespół nie potrzebował jednak wsparcia muzycznej prasy, by odnosić coraz większe sukcesy. A wszystko dzięki wytrwałości i wspaniałej muzyce zawartej na "2112".




Recenzja albumu "2112"
Najważniejsze utwory Rush


Źródła cytatów:
1. Banasiewicz Bill, Visions: The Official Biography, [dostęp online]
2. Lee Geddy, Ruchome obrazy, rozm. przepr. Wiesław Weiss, "Teraz Rock" 1996, nr 11
3. Lifeson Alex, Pospolite Rushenie, rozm. przepr. Piotr Stelmach, [dostęp online]
4. Lifeson Alex, Do suchej nitki, rozm. przepr. Michał Kirmuć, "Teraz Rock" 2003, nr 10
5. Lifeson Alex, Marzyciele, rozm. przepr. Michał Kirmuć, "Teraz Rock" 2006, nr 1
6. Machała Wojciech, Samotność długodystansowca, "Teraz Rock" 1994, nr 6


6 komentarzy:

  1. Zdecydowanie mój nr. 1 wśród wszystkich rockowych zespołów. Szkoda, że tak mało populany w Polsce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Praktycznie na życzenie samego zespołu, który nigdy nie zagrał u nas żadnego koncertu ;)

      Usuń
  2. To moja ulubiona, a zarazem chyba najlepsza płyta Kanadyjczyków.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Według mnie jest to najważniejszy album Rush, co jak mam nadzieję, udowodniłem w powyższym tekście. Za najlepszy, najbardziej dojrzały uważam natomiast "Moving Pictures". Z kolei moim ulubionym i najczęściej słuchanym jest debiutancki "Rush" (a na drugim i trzecim miejscu odpowiednio dwa kolejne longplaye, "Fly By Night" i "Caress of Steel") ;)

      Usuń
  3. BTW na rateyourmusic.com za 1981 rok Moving Pictures jest nawet uznana za najlepszą płytę roku

    OdpowiedzUsuń