29 kwietnia 2016

[Recenzja] The Byrds - "Fifth Dimension" (1966)



Zaledwie rok po zdefiniowaniu folk rocka na swoim debiutanckim albumie, "Mr. Tambourine Man", muzycy The Byrds wydali longplay, który można nazwać pierwszym kompletnym i dojrzałym przykładem rocka psychodelicznego. Eksperymenty zespołu z taką muzyką zaczęły się pod koniec 1965 roku, gdy powstał utwór "Eight Miles High". Muzycy zarejestrowali go na początki następnego roku, wraz z inną psychodeliczną kompozycją, "Why". Oba nagrania trafiły na singiel, który okazał się sporym przebojem - a pewnie odniósłby jeszcze większy sukces, gdyby amerykańscy radiowcy nie zaprzestali odtwarzania "Eight Miles High" po dopatrzeniu się rzekomych - lub nie - narkotykowych aluzji w tekście. Po raz pierwszy zespół znalazł się w notowaniu singli z własną kompozycją (podpisaną nazwiskami Gene'a Clarka, Jima McGuinna i Davida Crosby'ego), a nie kolejnym coverem. Singiel okazał się przełomowy także z innego powodu - zawierał bowiem ostatnie nagrania grupy przed odejściem z niej Clarka.

Strata głównego kompozytora zmotywowała McGuinna i Crosby'ego do większej aktywności kompozytorskiej. Zaangażowali się tak bardzo, że w rezultacie, "Fifth Dimension" okazał się pierwszym albumem The Byrds, na którym własne utwory stanowią ponad połowę całości. Co jednak najważniejsze, w tym przypadku ilość przekłada się na jakość. Bowiem wszystkie stworzone przez nich utwory zachwycają. Dlatego też warto przyjrzeć się każdemu z nich z osobna. Album rozpoczyna się od kompozycji McGuinna, "5D (Fifth Dimension)". Bez żadnego wstępu, od pierwszych sekund rozbrzmiewa partia wokalna. Utwór zachowuje charakterystyczne cechy stylu The Byrds - z rewelacyjnym wyczuciem melodii i uroczymi harmoniami wokalnymi na czele - wzbogacając go o psychodeliczny klimat, stworzony dzięki partii organów i przetworzonej brzmieniowo gitarowej solówce. "Mr. Spaceman", kolejna kompozycja McGuinna, to już nieco inna kategoria - zapowiedź późniejszych eksperymentów zespołu z muzyką country. Mimo tego, jest to całkiem przyjemny, nieco beatlesowski pod względem melodycznym, kawałek. Zaraz po nim rozbrzmiewa porywający "I See You", napisany wspólnie przez McGuinna i Crosby'ego. Dynamiczna gra sekcji rytmicznej, o nieco jazzowym charakterze, zgiełkliwe partie gitary i genialna linia wokalna z perfekcyjnymi harmoniami - te wszystkie elementy składają się na prawdziwe arcydzieło. Warto dodać, że własną wersję tego utworu nagrała później grupa Yes.

"What's Happening?!?!", jedyny utwór na albumie podpisany przez samego Crosby'ego, wyróżnia się bardziej melancholijnym charakterem i gitarowymi zagrywkami inspirowanymi tradycyjną muzyką indyjską, które imitują brzmienie sitaru. Podobny patent zastosowano w singlowym "Eight Miles High". Muzycy przyznawali, że atonalne partie gitar w tym utworze zostały zainspirowane twórczością Raviego Shankara, ale też kompozycją "India" Johna Coltrane'a. W połączeniu z hipnotyczną grą sekcji rytmiczne, tworzą one bardzo psychodeliczny nastrój. Nie brakuje tu także rewelacyjnych harmonii wokalnych. Interesująco wypada także instrumentalny "Captain Soul", oparty na uwypuklonym basowym motywie i wzbogacony harmonijką, co nadaje mu bluesowego charakteru, jednak gitara prowadząca znów brzmi bardzo psychodelicznie. Utwór został podpisany nazwiskami wszystkich aktualnych muzyków zespołu, a ciekawostką jest gościnny udział... Gene'a Clarka. Całość kończy najbardziej odjechana kompozycja, "2-4-2 Fox Trot (The Lear Jet Song)" McGuinna. Partię wokalną, składającą się z powtarzanego jak mantra jednego wersu, oraz partie instrumentów, w tym zadziorny gitarowy motyw, słychać w lewym kanale, a w prawym - efekty dźwiękowe, jak odgłos silników samolotu czy komunikaty załogi. Utwór miał bowiem symbolizować lot samolotem, choć nie zabrakło oczywiście teorii, że przedstawia narkotykowy odlot.

Na albumie znalazły się także cztery utwory, nie będące autorskimi kompozycjami członków zespołu. W tym dwie przeróbki tradycyjnych pieśni folkowych, "Wild Mountain Thyme" i "John Riley", stanowiące łącznik z poprzednimi dokonaniami The Byrds. Obie wypadają całkiem przyjemnie, czarują pięknymi melodiami, jednak niepotrzebnie wzbogacono je smyczkowym tłem, które nie zostało dopasowane do tego, co gra zespół (zwłaszcza w pierwszym z nich). "I Come and Stand at Every Door" to z kolei wykonywany przez licznych wykonawców utwór wykorzystujący jako tekst poemat Nâzıma Hikmeta o siedmioletnim chłopcu, który zginął podczas ataku atomowego na Hiroszimę. Warstwa muzyczna pełni tutaj drugorzędną rolę, najważniejsza jest niesamowita partia wokalna, wywołująca ciarki na plecach. Słabo na tle całego albumu wypada natomiast przeróbka "Hey Joe" Billy'ego Robertsa. Zaledwie rok później swoją wersję nagrał zespół The Jimi Hendrix Experience i to ona stała się tą kanoniczną, przez co ciężko zaakceptować ten utwór w innej aranżacji. Ponadto, wersja The Byrds jest przeciętna muzycznie i zaskakująco słaba - jak na ten zespół - pod względem wokalnym. Wielka szkoda, że muzycy nie zamieścili w tym miejscu jakiegoś własnego utworu - do wyboru mieli rewelacyjny "Why", z genialnymi harmoniami wokalnymi i fantastycznymi gitarowymi solówkami imitującymi sitar, albo dość dziwny, a przez to intrygujący, "Psychodrama City". Oba pasowałaby na ten album o wiele bardziej, a także mogłyby go uczynić jeszcze bardziej wspaniałym.

"Fifth Dimension" to, mimo pewnych niedoskonałości, naprawdę rewelacyjny album. Prawdziwa kopalnia wspaniałych melodii i oryginalnych, niekonwencjonalnych (w chwili wydania) pomysłów, które w znaczący sposób przyczyniły się do powstania rocka psychodelicznego. Trudno przecenić wkład tego albumu w rozwój muzyki rockowej, tak samo jak nie sposób wymienić wszystkich wykonawców, którzy się nim inspirowali (a byli wśród nich i Beatlesi, i Syd Barrett z Pink Floyd). Jednym zdaniem - klasyka, którą trzeba znać.

Ocena: 9/10



The Byrds - "Fifth Dimension" (1966)

1. 5D (Fifth Dimension); 2. Wild Mountain Thyme; 3. Mr. Spaceman; 4. I See You; 5. What's Happening?!?!; 6. I Come and Stand at Every Door; 7. Eight Miles High; 8. Hey Joe (Where You Gonna Go); 9. Captain Soul; 10. John Riley; 11. 2-4-2 Fox Trot (The Lear Jet Song)

Skład: Jim McGuinn - wokal i gitara; David Crosby - gitara, wokal; Chris Hillman - bass, wokal; Michael Clarke - perkusja; Gene Clark - wokal (7,9), instr. perkusyjne (9), harmonijka (9)
Gościnnie: Van Dyke Parks - organy (1); Allen Stanton - aranżacja instr. smyczkowych (2,10)
Producent: Allen Stanton


27 kwietnia 2016

[Recenzja] Rod Stewart - "An Old Raincoat Won't Ever Let You Down" (1969)



Rod Stewart dziś kojarzony jest głównie z muzyką pop. Początki jego kariery były jednak stricte rockowe, a momentami wręcz hard rockowe. I to nie tylko na albumach nagranych z The Jeff Beck Group i The Faces, ale również pierwszych solowych wydawnictwach. Jak na debiutanckim "An Old Raincoat Won't Ever Let You Down" (w Stanach wydanym pod łatwiejszym do zapamiętania, trywialnym tytułem "The Rod Stewart Album"). W jego nagraniu wzięli zresztą udział współpracownicy Roda z grupy Becka - basista (tutaj także gitarzysta) Ronnie Wood i perkusista Mick Waller. Ponadto, w nagraniach uczestniczyli także gitarzyści zespołu Steamhammer, Martin Pugh i Martin Quittenton, oraz klawiszowiec The Small Faces, Ian McLagan, zaś w jednym nagraniu zagrał sam Keith Emerson.

Na albumie nie brakuje cięższych utworów, o rockowej dynamice i bluesowym klimacie. Najlepsze przykłady to "Blind Prayer" i "Cindy's Lament" - zadziorne i porywające utwory o nieco jamowym charakterze, które spokojnie mogłyby powstać pod szyldem The Jeff Beck Group. Jest jeszcze przeróbka stonesowskiego "Street Fighting Man", równie energetyczna co oryginał, ale ciekawiej zaaranżowany i wzbogacony fajną solówką na basie. Temat ostrzejszych kawałków wyczerpuje przebojowy utwór tytułowy. Pozostałe kompozycje pokazują bardziej liryczne oblicze Stewarta. Przeróbki tradycyjnego "Man of Constant Sorrow" i "Dirty Old Town" z repertuaru The Dubliners, oparte głównie na brzmieniu gitar akustycznych, zachowują folkowy klimat pierwowzorów. Znalazła się tu także fortepianowa ballada "Handbags and Gladrags" (oryginalnie wykonana przez Chrisa Farlowe'a), w której nagraniu gościnnie wziął udział jej kompozytor, Mike D'Abo (wówczas klawiszowiec grupy Manfreda Manna). Z kolei "I Wouldn't Ever Change a Thing" to przede wszystkim popis Keitha Emersona, którego klasycyzujące solówki przywołują klimat nagrań The Nice, czy nawet - wówczas jeszcze nieistniejącego - Emerson, Lake & Palmer.

"An Old Raincoat Won't Ever Let You Down" to dobry przegląd tego, co działo się w ówczesnym rocku - od folkowej odmiany stylu, po podszyty bluesem hard rock. A chociaż nie ma tu absolutnie niczego odkrywczego, ani szczególnie wybitnego, to jednak jest to całkiem przyjemny album, z którym warto się zapoznać. To longplay który prędzej trafi do fanów The Jeff Beck Group, niż wielbicieli późniejszych, bardziej komercyjnych dokonań Roda Stewarta.

Ocena: 7/10



Rod Stewart - "An Old Raincoat Won't Ever Let You Down" (1969)

1. Street Fighting Man; 2. Man of Constant Sorrow; 3. Blind Prayer; 4. Handbags and Gladrags; 5. An Old Raincoat Won't Ever Let You Down; 6. I Wouldn't Ever Change a Thing; 7. Cindy's Lament; 8. Dirty Old Town

Skład: Rod Stewart - wokal, gitara (2); Ronnie Wood - gitara, bass, harmonijka (8); Martin Pugh - gitara; Martin Quittenton - gitara; Mick Waller - perkusja i instr. perkusyjne; Ian McLagan - instr. klawiszowe
Gościnnie: Mike D'Abo - pianino (4); Keith Emerson - organy (6); Lou Reizner - dodatkowy wokal (6)
Producent: Rod Stewart i Lou Reizner


26 kwietnia 2016

[Recenzja] Grand Funk Railroad - "Closer to Home" (1970)



Początek trzeciego albumu Grand Funk Railroad nie zapowiada wielkich zmian. Czadowy "Sin's a Good Man's Brother", oraz bardziej przebojowe "Aimless Lady" i "Nothing Is the Same", to logiczna - i bardzo dobra - kontynuacja poprzednich dokonań grupy. Porywające popisy instrumentalistów, umiejętność zespołowej improwizacji, nieco jamowy charakter, ale i dbałość o warstwę melodyczną - wszystko to tutaj znajdziemy. Utwory te spokojnie mogłyby znaleźć się na "On Time" lub "Grand Funk" (i byłyby tam mocnymi punktami całości). Tym razem jednak muzycy postanowili pokazać nieco większą wszechstronność. Czego pierwszym przykładem jest czwarty na albumie "Mean Mistreater" - intrygująca ballada, oparta głównie na akompaniamencie elektrycznego pianina, do którego dopiero po pewnym czasie dochodzi dynamiczna gra sekcji rytmicznej, natomiast gitara nie pojawia się w ogóle. Naprawdę nieźle to wyszło, a zaletą utworu jest też zgrabna melodia.

Jeszcze większym zaskoczeniem jest "Get It Together", rozpoczęty chwytliwą partią organów, a potem ciekawie się rozwijający. Wokal pojawia się dopiero pod koniec i jest największą niespodzianką, bowiem muzykom towarzyszy tu żeński chórek, nadający utworowi soulowo-gospelowy charakter. Jako jednorazowy eksperyment sprawdza się to całkiem fajnie. Ten sam patent został jednak wykorzystany także w refrenie "Hooked on Love", gdzie efekt nie jest już tak udany. Może dlatego, że sama kompozycja jest bardzo przeciętna. Wcześniejszy "I Don't Have to Sing the Blues", wyróżniający się bardziej funkowym charakterem, też szczególnie nie porywa. Całość kończy natomiast jeden z najbardziej znanych utworów Grand Funk, blisko dziesięciominutowy "I'm Your Captain (Closer to Home)", w którym istotną rolę pełni gitara akustyczna. To całkiem przyjemny, przebojowy kawałek, jednak trwa zdecydowanie za długo - w drugiej połowie momentami robi się zbyt monotonnie.

"Closer to Home" jest dowodem rozwoju zespołu, który sięgnął tutaj po zupełnie nowe dla siebie środki wyrazu. Niestety, poziom poszczególnych utworów jest nierówny; te z drugiej strony winylowego wydania są wyraźnie mniej udane od pierwszych pięciu kompozycji. Jednak właśnie ze względu na ten świetny początek, warto zapoznać się z tym materiałem. 

Ocena: 7/10



Grand Funk Railroad - "Closer to Home" (1970)

1. Sin's a Good Man's Brother; 2. Aimless Lady; 3. Nothing Is the Same; 4. Mean Mistreater; 5. Get It Together; 6. I Don't Have to Sing the Blues; 7. Hooked on Love; 8. I'm Your Captain (Closer to Home)

Skład: Mark Farner - wokal, gitara, instr. klawiszowe; Mel Schacher - bass; Don Brewer - perkusja i instr. perkusyjne, wokal
Producent: Terry Knight


25 kwietnia 2016

[Recenzja] The Who - "It's Hard" (1982)



Album "It's Hard" został nagrany pod naciskiem wytwórni, która domagała się od grupy nowego materiału. Sami muzycy nie byli zadowoleni ze swojego "dzieła", a Roger Daltrey mówił w wywiadach, że longplay w ogóle nie powinien zostać wydany. Opinia ta jest o tyle dziwna, że album niewiele się różni do kilku poprzednich wydawnictw grupy. A w porównaniu z poprzednim w dyskografii "Face Dance" wypada zdecydowanie lepiej. Wciąż jednak dominują banalne, popowe piosenki (np. "Athena", "One at a Time", "A Man Is a Man"). Co gorsze, często są one uwspółcześnione "ejtisowymi" klawiszami (np. "Cooks County", tytułowy "It's Hard", czy przesłodzona ballada "One Life's Enough"). Zdarzają się tu jednak także bardziej udane fragmenty. Jak napędzany świetną partią basu Johna Entwistle'a i wyróżniający się niezłą melodią "Dangerous" (szkoda tylko, że zepsuty kiczowatym brzmieniem syntezatorów), albo zadziorne "I've Known No War" i "Cry If You Want". Największym zaskoczeniem jest jednak "Eminence Front". To właściwie utwór dyskotekowy, z pierwszoplanową rolą klawiszy, mechaniczną perkusją, oraz funkowymi partiami gitary i basu. Jednak muzycy doskonale odnaleźli się w takiej stylistyce, a utwór jest naprawdę świetny. To zdecydowanie najlepsza rzecz, jaką zespół nagrał od czasu "Quadrophenii". Zaskoczeniem jest też udana partia wokalna Pete'a Townshenda, którego głos po raz pierwszy mnie nie irytuje. Ta jedna perła (i trzy inne przyzwoite kawałki) nie zmienia jednak faktu, że jako całość "It's Hard" jest albumem co najwyżej przeciętnym.

Ocena: 5/10



The Who - "It's Hard" (1982)

1. Athena; 2. It's Your Turn; 3. Cooks County; 4. It's Hard; 5. Dangerous; 6. Eminence Front; 7. I've Known No War; 8. One Life's Enough; 9. One at a Time; 10. Why Did I Fall for That; 11. A Man Is a Man; 12. Cry If You Want

Skład: Roger Daltrey - wokal, gitara; Pete Townshend - gitara, wokal (1,3,6), dodatkowy wokal, instr. klawiszowe (8); John Entwistle - bass, syntezator (5,9), instr. dęte (9), wokal (9), dodatkowy wokal; Kenney Jones - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Tim Gorman - instr. klawiszowe; Andy Fairweather-Low - gitara (2)
Producent: Glyn Johns


22 kwietnia 2016

[Recenzja] The Byrds - "Turn! Turn! Turn!" (1965)



Drugi album The Byrds nie przynosi żadnych zaskoczeń. Muzycy pozostają wierni stylowi zdefiniowanemu na debiutanckim "Mr. Tambourine Man". Zresztą pomiędzy wydaniem tamtego longplaya, a "Turn! Turn! Turn!", minęło niespełna sześć miesięcy. Zawarte na nich utwory brzmią jak owoc jednej sesji (choć w rzeczywistości zarejestrowano je w innym czasie). Zespół znów wsparł się utworami z repertuaru Boba Dylana ("Lay Down Your Weary Tune", "The Times They Are a-Changin'"), jak i Petera Seegera (tytułowy "Turn! Turn! Turn!"). Poza tym muzycy nagrali własne wersje tradycyjnej folkowej pieśni "He Was a Friend of Mine" (znanej też m.in. z wersji Dylana), utworu "A Satisfied Mind" (oryginalnie wykonanego przez Portera Wagonera), a nawet XIX-wiecznej piosenki "Oh! Susannah" Stephena Fostera.

Najbardziej znanym fragmentem albumu jest utwór tytułowy - kolejny wielki przebój (1. miejsce w Stanach) i jeden z hymnów ruchu hipisowskiego. To przyjemny i przebojowy kawałek, jednak znów najlepsze wrażenie moim zdaniem sprawiają autorskie utwory członków zespołu. Jak bardzo beatlesowskie, energetyczne i chwytliwe "It Won't Be Wrong", "The World Turns All Around Her" oraz "Wait and See". Albo akustyczny, nawiązujący do twórczości Dylana "Set You Free This Time". Pewien niedosyt pozostawia tylko ballada "If You're Gone", której nie można zarzucić nic poza tym, że nie dorównuje balladom z debiutu. Głównym kompozytorem pozostał Gene Clark; jedynie "It Won't Be Wrong" został skomponowany przez Jima McGuinna i Harveya Gersta, a "Wait and See" - przez McGuinna i Davida Crosby'ego.

"Turn! Turn! Turn!" to kolejny udany album The Byrds, którego wadą jest jednak brak świeżych pomysłów. I może odrobinę słabszy, w porównaniu z debiutem, jest poziom utworów. Najlepiej więc potraktować go jako suplement do fantastycznego poprzednika. Bo przełom nastąpił dopiero na kolejnym longplayu... Ale o tym opowiem za tydzień.

Ocena: 7/10



The Byrds - "Turn! Turn! Turn!" (1965)

1. Turn! Turn! Turn! (To Everything There is a Season); 2. It Won't Be Wrong; 3. Set You Free This Time; 4. Lay Down Your Weary Tune; 5. He Was a Friend of Mine; 6. The World Turns All Around Her; 7. Satisfied Mind; 8. If You're Gone; 9. The Times They Are a-Changin'; 10. Wait and See; 11. Oh! Susannah

Skład: Jim McGuinn - wokal i gitara; Gene Clark - gitara, harmonijka, instr. perkusyjne, wokal; David Crosby - gitara, wokal; Chris Hillman - bass, dodatkowy wokal; Michael Clarke - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Terry Melcher - organy (5)
Producent: Terry Melcher


21 kwietnia 2016

[Recenzja] Deep Purple - "Long Beach 1976" (2016)



Mało który zespół wydał tyle koncertówek, co Deep Purple. Zapowiedzi kolejnych - pojawiające się po kilka razy w ciągu roku - nie robią już na mnie żadnego wrażenia. Czasem jednak któreś z tych wydawnictw zwróci moją uwagę. Tak też jest w przypadku "Long Beach 1976", którego premiera jest zapowiedziana na 29 kwietna. Jest to bowiem zapis występu składu znanego jako Mark IV, który istniał zaledwie kilka miesięcy i pozostawił po sobie ledwie jeden album - niedoceniany, choć bardzo dobry "Come Taste the Band". Dotąd miałem okazję zapoznać się tylko z jedną koncertówką tego wcielenia Deep Purple, "Last Concert in Japan" z 1977 roku. Niestety, jest to zapis niezbyt udanego koncertu, na co wpłynęły problemy Tommy'ego Bolina z ręką (będące rezultatem leżenia na niej przez kilka godzin, po zapadnięciu w narkotykowy trans), co uniemożliwiło mu precyzyjną grę na gitarze. Dlatego też postanowiłem sprawdzić, na co naprawdę było stać ten skład i sięgnąłem po "Long Beach 1976".

Jest to zapis występu, który odbył się 27 lutego 1976 roku w Long Beach, w Kalifornii. W ramach bonusu, pojawiają się tutaj także trzy utwory zarejestrowane 26 stycznia w Springfield, w stanie Massachusetts. Trzeba dodać, że nie jest to premierowy materiał. Dokładnie taką samą zawartość ma wydana w 1995 koncertówka "On the Wings of a Russian Foxbat" (w Stanach zmieniono tytuł na "King Biscuit Flower Hour Presents: Deep Purple in Concert"), później wznawiana w latach 2000 (okrojona do dziesięciu utworach wersja pod tytułem "Extended Versions") i 2009 (kompletny zapis, jako "Live at Long Beach 1976").

Na repertuar złożyły się głównie utwory z "Come Taste the Band" - "Lady Luck", "Getting Tighter", "Love Child", oraz nietypowa dla zespołu, soulowa ballada "This Time Around", połączona - tak jak na albumie - z instrumentalnym "Owed to 'G'". Szkoda, że zabrakło najlepszej kompozycji Mark IV, czyli "You Keep on Moving" (granej tylko podczas Australijskich i Japońskich koncertów w 1975 roku). Wynagradza to jednak chociażby świetna wersja wspomnianego "Getting Tighter", który został rozbudowany do czternastu minut, dzięki porywającym improwizacjom muzyków - w większości o mocno funkowym charakterze, choć nie brakuje i hard rockowego czadu. Takich magicznych momentów jest tutaj znacznie więcej, żeby wspomnieć tylko o siedemnastominutowym "Lazy" (wzbogaconym długimi solówkami Jona Lorda i Iana Paice'a), czy dziesięciominutowym "Stormbringer" (z genialną interakcją wszystkich instrumentalistów, częściowo znów o funkowym charakterze).

Świetnym pomysłem było wplecenie fragmentów "Georgia on My Mind" Raya Charlesa i "Not Fade Away" The Crickets w - odpowiednio - "Smoke on the Water" i "Highway Star". A ciekawostką jest obecność "Homeward Strut", pochodzącego z solowego albumu Bolina, "Teaser". Gitarzysta nie mógł promować go własnymi występami ze względu na zobowiązania wobec Deep Purple, więc prezentował jego fragmenty na koncertach zespołu. Pojawia się tutaj także dziesięciominutowe solo Bolina, stanowiące niestety najsłabszy punkt całości - przez większość czasu jest po prostu nużące; dopiero po dołączeniu Paice'a robi się nieco ciekawiej. Poza tym nie mam żadnych zastrzeżeń. Muzycy dają z siebie wszystko, czego efektem są fantastyczne improwizacje i porywające popisy solowe wszystkich instrumentalistów. Może wokale Davida Coverdale'a i Glenna Hughesa nie zawsze brzmią czysto, ale to w końcu album koncertowy.

Wśród trzech bonusowych kawałków, poza innymi - równie dobrymi - wykonaniami "Smoke on the Water" i "Highway Star" (ten drugi tym razem bez cytatu z "Not Fade Away"), znalazła się jeszcze jedna ciekawostka - bluesowy standard "Going Down", oryginalnie nagrany w 1969 roku przez mało znaną grupę Moloch (znany też m.in. z wykonań The Jeff Beck Group i Beck, Bogert & Appice). W wersji Deep Purple (zespół grał go na koncertach już od 1973 roku, jeszcze w składzie Mark II) utwór zaczyna się spokojnie, by później nabrać hard rockowej mocy. Pojawiają się tu świetne popisy Lorda i Bolina na tle mocnej, intensywnej gry sekcji rytmicznej.

"Long Beach 1976" udowadnia, że skład z Tommym Bolinem był równie mocny, co Mark II czy III. Album aż kipi od energii i porywających improwizacji oraz solówek. Nie jest to oczywiście pozycja, którą można by postawić na równi z klasycznymi "Made in Japan" i "Made in Europe" (choć głównie ze względów, powiedzmy, historycznych). Jednak naprawdę warto zapoznać się z tym materiałem, zwłaszcza jeśli uwielbia się koncertowe improwizacje z tamtej epoki i nie ma się uczulenia na funk. Ja akurat bardzo lubię i jedno, i drugie. I dlatego nie waham się przed wystawieniem wysokiej oceny. 

Ocena: 8/10

PS. Recenzja napisana na podstawie wydania z 1995 roku, "On the Wings of a Russian Foxbat". Najnowsza reedycja może różnić się brzmieniowo - wiele pozycji z serii "The Official Deep Purple (Overseas) Live Series" traci przez źle wykonany remastering.



Deep Purple - "Long Beach 1976" (2016)

CD1: 1. Intro; 2. Burn; 3. Lady Luck; 4. Getting Tighter; 5. Love Child; 6. Smoke on the Water / Georgia on My Mind; 7. Lazy; 8. Homeward Strut
CD2: 1. This Time Around; 2. Owed to 'G'; 3. Tommy Bolin guitar solo; 4. Stormbringer; 5. Highway Star / Not Fade Away; 6. Smoke on the Water / Georgia on My Mind; 7. Going Down; 8. Highway Star

Skład: David Coverdale - wokal; Tommy Bolin - gitara; Jon Lord - instr. klawiszowe; Glenn Hughes - bass i wokal; Ian Paice - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Deep Purple


20 kwietnia 2016

[Recenzja] Cactus - "One Way... or Another" (1971)



Zaledwie osiem miesięcy po ukazaniu się debiutanckiego longplaya Cactus, do sklepów trafił jego następca, "One Way... or Another". W międzyczasie nie doszło do żadnych drastycznych zmian - ani w kwestii składu, ani kierunku muzycznego. Jednak muzycy zdążyli się zgrać i w rezultacie stworzyć bardziej przemyślany materiał od chaotycznego (przynajmniej momentami) debiutu. Kompozycje są bardziej dopracowane, choć gdy trzeba, jest też miejsce na (kontrolowane) improwizacyjne szaleństwo. Za to, podobnie jak poprzednio, pomiędzy autorskimi utworami znalazły się też cudze - tym razem w liczbie dwóch. Całość rozpoczyna się tradycyjnie od jednego z nich - "Long Tall Sally" z repertuaru Little Richarda. Niewiele zostało z rock and rollowego oryginału. Muzycy przerobili utwór na rasowy blues rock. Jest ciężko, ale i melodyjnie. I nawet wokal Rusty'ego Daya brzmi tutaj lepiej, nie tak bełkotliwie, jak na debiucie.

Niestety, nie wszystkie utwory trzymają poziom. W "Rockout Whatever You Feel Like" i "Rock n' Roll Children" zespół zapuścił się w rejony bardziej komercyjnego rocka, oba kawałki odrzucają banalnymi melodiami. Ciekawostką w pierwszym z nich jest przejęcie obowiązków głównego wokalisty przez Tima Bogerta, co jednak wyszło kiepsko. W obu utworach bronią się tylko gitarowe solówki Jima McCarty'ego. "Big Mama Boogie (Parts I & II)" z początku też nie porywa - pierwsza część jest dość monotonna, oparta na akompaniamencie gitary akustycznej i harmonijki. Dla odmiany, druga, instrumentalna część to porywający popis muzyków o jamowym charakterze i hardrockowym brzmieniu. A to dopiero rozgrzewka przed tym, co zawiera druga strona albumu, na którą zespół zachował najlepsze utwory. Na początek kolejny cover - "Feel So Bad", oryginalnie wykonywany przez amerykańskiego bluesmana Chucka Willisa. W wersji Cactus jest to bardzo chwytliwy - ale bez popadania w banał - bluesrockowy kawałek. Ciekawie wprowadzono tutaj brzmienia akustyczne, nie brakuje jednak także ostrzejszych partii gitar. "Song for Aries" to z kolei interesujący utwór instrumentalny, początkowo utrzymany w balladowym nastroju, jednak z czasem nabierający ostrości. Najwspanialszym utworem jest jednak "Hometown Bust". Rozpoczęty dość leniwie, od partii wokalnej - zaskakująco dobrej - z delikatnym gitarowym akompaniamentem. Po chwili jednak nabiera ciężaru i przeradza się w porywający blues w średnim tempie. Zarówno instrumentaliści, jak i wokalista, pokazują się tutaj od najlepszej strony. Całość kończy tytułowy "One Way... or Another" - rozpędzony, hardrockowy czad, oparty na świetnym riffowaniu, a ponadto na swój sposób bardzo przebojowy.

Drugi album Cactus nie jest pozbawiony słabszych momentów, jednak jako całość wypada całkiem dobrze. Cieszy, że tym razem zespół bardziej przyłożył się do tworzenia kompozycji i ich wykonania. Momentami naprawdę niewiele brakuje, by uznać za uzasadnione porównanie Cactus do Led Zeppelin, wymyślone niegdyś przez amerykańskich dziennikarzy, a dumnie używane przez grupę do dziś. "Niewiele" robi jednak różnicę, bo "One Way... or Another" to z pewnością nie poziom największych dzieł Brytyjczyków. Cóż jednak z tego, skoro to naprawdę dobry album hard/bluesrockowy.

Ocena: 7/10



Cactus - "One Way... or Another" (1971)

1. Long Tall Sally; 2. Rockout Whatever You Feel Like; 3. Rock n' Roll Children; 4. Big Mama Boogie (Parts I & II); 5. Feel So Bad; 6. Song for Aries; 7. Hometown Bust; 8. One Way... or Another

Skład: Rusty Day - wokal, harmonijka; Jim McCarty - gitara; Tim Bogert - bass, wokal (2), dodatkowy wokal; Carmine Appice - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Producent: Cactus


19 kwietnia 2016

[Recenzja] Grand Funk Railroad - "Grand Funk" (1969)



Jeżeli debiutancki album Grand Funk Railroad, "On Time", można porównać z takimi wykonawcami, jak Cream czy Free, tak wydanemu jeszcze w tym samym roku "Grand Funk" bliżej do Led Zeppelin czy nawet Black Sabbath (ze względu na uwypuklone partie basu). Podstawę stylu grupy wciąż stanowi blues, jednak brzmienie jest cięższe, po prostu hard rockowe. Zmieniło się też podejście muzyków do struktur kompozycji, które tutaj częściej mają charakter luźnych jamów, oddalając się od piosenkowych form. Wszystkie te zmiany słychać już na przykładzie dynamicznego otwieracza, "Got This Thing on the Move". Utwór zbudowany jest na ciężkiej, zakręconej partii basu Mela Schanera, której towarzyszą gitarowe popisy i ekspresyjna partia wokalna Marka Farnera, oraz perkusyjne kanonady Dona Brewera. To dobra zapowiedź tego, czego należy się spodziewać przez kolejne czterdzieści minut.

Co prawda, w "Please Don't Worry" robi się nieco łagodniej za sprawą mniej intensywnego brzmienia gitary (pomijając liczne solówki), jednak rozszalała sekcja rytmiczna nie pozwala na wytchnienie. Podobnie jest w dwóch kolejnych utworach, "High Falootin' Woman" i "Mr. Limousine Driver", wyróżniających się nieco bardziej komercyjnym charakterem - oba zostały zresztą wydane na promującym album singlu (stroną A był "Mr. Limousine Driver") - ale bez popadania w sztampę. To wciąż solidny hard rock o bluesowym posmaku. Chwytliwa melodia pojawia się także w "In Need". To pierwszy utwór, w którym muzycy - jeszcze dość nieśmiałe - nawiązali do swojej nazwy, wprowadzając elementy funku. Nie brakuje tu jednak dłuższych fragmentów instrumentalnych o charakterze bluesowych improwizacji - w jednym z nich pojawia się nawet harmonijka. Nieco słabiej na tle całości wypada "Winter and My Soul", który razi monotonią, mimo dynamicznych kontrastów. Podobny patent z dynamicznym zróżnicowaniem o wiele lepiej wyszedł w "Paranoid", który poza tym wyróżnia się niezłą melodią i rewelacyjną partią basu. Najlepsze pojawia się jednak na koniec - zaostrzona i rozimprowizowana do niemal dziesięciu minut wersja "Inside Looking Out" z repertuaru The Animals. Muzycy pokazują tu swoją umiejętność zespołowej improwizacji, ale każdy z nich ma też okazję do zaprezentowania swoich indywidualnych popisów.

"Grand Funk" to album równie udany, co jego poprzednik, mimo odmiennego charakteru - na "On Time" większy nacisk położono na kompozycje, tutaj na improwizacje i solowe popisy. W obu przypadkach muzycy pokazali się od najlepszej strony. Zespół w tamtym czasie był u szczytu swoich możliwości. Nie tylko w studiu, ale i na żywo, o czym świadczy pewna anegdota. Gdy w październiku 1969 roku grupa rozgrzewała publiczność przed występem Led Zeppelin, reakcja widzów była tak entuzjastyczna, że menadżer Brytyjczyków, Peter Grant, odłączył prąd w trakcie popisów Grand Funk, z obawy przed przyćmieniem przez nich głównej gwiazdy. Nigdy więcej już nie pozwolił, aby zespoły dzieliły ze sobą jedną scenę.

Ocena: 8/10



Grand Funk Railroad - "Grand Funk" (1969)

1. Got This Thing on the Move; 2. Please Don't Worry; 3. High Falootin' Woman; 4. Mr. Limousine Driver; 5. In Need; 6. Winter and My Soul; 7. Paranoid; 8. Inside Looking Out

Skład: Mark Farner - wokal, gitara, instr. klawiszowe, harmonijka; Mel Schacher - bass; Don Brewer - perkusja i instr. perkusyjne, wokal
Producent: Terry Knight


18 kwietnia 2016

[Recenzja] The Who - "Face Dances" (1981)



"Face Dances" to pierwszy album The Who nagrany po śmierci Keitha Moona. Nowym perkusistą zespołu został Kenney Jones, wcześniej występujący w grupach Small Faces i The Faces, a także na solowych albumach Roda Stewarta. Wydawać by się mogło, że zatrudnienie tak doświadczonego muzyka, w miejsce będącego coraz większym ciężarem Moona, pozytywnie wpłynie na jakość muzyki zespołu. Nic z tego. Pete Townshend już dawno zapomniał jak pisać dobre utwory. W czasie tworzenia materiału na "Face Dances" stać go było tylko na banalne popowe pioseneczki. W tak żenujących kawałkach, jak "Don't Let Go the Coat" czy "Did You Steal My Money", sięgnął dalej niż do dna (bynajmniej nie po raz pierwszy ani ostatni). A reszta albumu wcale nie jest dużo lepsza. Np. singlowy "You Better You Bet" to także komercyjny pop rock najgorszego sortu. Na plus można zaliczyć jedynie dwa utwory autorstwa Johna Entwistle'a - "The Quiet One" i "You". Nie prezentują niczego wybitnego ani szczególnie ciekawego, ale przynajmniej wyróżniają się energią. W obu pojawiają się też uwypuklone, ciekawe partie basisty. W pozostałych kawałkach Entwistle trzyma się w cieniu, nie pokazując swoich umiejętności. Być może uznał, że nie warto wysilać się w tak kiepskim materiale.

Ocena: 3/10



The Who - "Face Dances" (1981)

1. You Better You Bet; 2. Don't Let Go the Coat; 3. Cache Cache; 4. The Quiet One; 5. Did You Steal My Money; 6. How Can You Do It Alone; 7. Daily Records; 8. You; 9. Another Tricky Day

Skład: Roger Daltrey - wokal; Pete Townshend - gitara, instr. klawiszowe, dodatkowy wokal; John Entwistle - bass, wokal (4), dodatkowy wokal; Kenney Jones - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: John "Rabbit" Bundrick - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal
Producent: Bill Szymczyk


15 kwietnia 2016

[Recenzja] The Byrds - "Mr. Tambourine Man" (1965)



W 1964 roku rozpoczęła się tak zwana Brytyjska Inwazja na Stany Zjednoczone. Brytyjscy wykonawcy zdominowali tamtejsze listy przebojów. Stali się też źródłem inspiracji dla tamtejszych muzyków. Jednym z pierwszych amerykańskich zespołów, które wypłynęły na tej fali, był pochodzący z Los Angeles kwartet The Byrds. Początkowo działający jako duet śpiewających gitarzystów Jima McGuinna i Gene'a Clarka, których wkrótce wsparł kolejny śpiewający gitarzysta, David Crosby. Wszyscy trzej do tamtej pory związani byli z muzyką folkową, jednak w czasie, gdy nawiązali ze sobą współpracę, zauroczyła ich muzyka The Beatles. Podczas występów prezentowali akustyczne przeróbki utworów tej grupy, tradycyjne folkowe pieśni w beatlesowskich aranżacjach, oraz utrzymane w podobnym stylu własne kompozycje.

Fascynacja Wspaniałą Czwórką została wyrażona także w nazwie zespołu, celowo zawierającej błąd w pisowni (wcześniej trio występowało pod nazwami The Jet Set i Beefeaters), a wkrótce zaowocowała wzbogaceniem składu o sekcję rytmiczną. Za bębnami zasiadł Michael Clarke, którego wybrano nie ze względu na umiejętności, a wygląd - przypominał bowiem Briana Jonesa z The Rolling Stones. Basistą został natomiast Chris Hillman, wcześniej grający na mandolinie w zespołach wykonujących muzykę country. Wracając do inspiracji Beatlesami - gdy muzycy obejrzeli film "A Hard Day's Night", postanowili zaopatrzyć się w podobne do Liverpoolczyków instrumentarium, w tym 12-strunową gitarę firmy Rickenbacker, oraz zostaw perkusyjny Ludwiga.

Pod koniec 1964 roku grupa podpisała swój pierwszy kontrakt, a w styczniu rozpoczęła nagrywanie debiutanckiego albumu. Jako pierwsze zarejestrowane zostały dwa utwory wytypowane na singiel: kompozycja Boba Dylana "Mr. Tambourine Man" (wydana przez niego dopiero w marcu '65 - zaledwie miesiąc przed wersją The Byrds), oraz napisany przez Clarka "I Knew I'd Want You". Co ciekawe, producent albumu Terry Melcher, obawiając się braku doświadczenia członków zespołu, postanowił zatrudnić do nagrań muzyków sesyjnych (należących do The Wrecking Crew - grupy najlepszych sidemanów z Los Angeles). Jedynie partie gitary solowej zostały zarejestrowane przez McGuinna. Poza tym, w obu utworach pojawiają się urocze harmonie wokalne McGuinna, Clarka i Crosby'ego, które stały się wizytówką zespołu (do czasu rozpadu oryginalnego składu). W warstwie muzycznej kompozycje łączą elementy folku (np. istotna rola gitar akustycznych) z charakterystycznymi beatlesowskimi melodiami i ich dynamiką. Singiel zdobył szczyt notowań po obu stronach Atlantyku, co było ogromnym sukcesem w czasach hegemonii The Beatles.

Pozostałe utwory zostały zarejestrowane już przez samych członków zespołu, bez wsparcia nikogo z zewnątrz. Stylistycznie nie odbiegają od utworów z singla. Wśród nich znalazły się trzy kolejne utwory z repertuaru Boba Dylana (wydany na drugim singlu "All I Really Want to Do", oraz "Spanish Harlem Incident" i "Chimes of Freedom"), a także przeróbki innych folkowych wykonawców: Pete'a Seegera ("The Bells of Rhymney") i Jackie DeShannon ("Don't Doubt Yourself, Babe"). Zespół sięgnął także po szlagier z okresu II wojny światowej, "We'll Meet Again", oryginalnie wykonywany przez Verę Lynn. Reszta albumu to już własne kompozycje The Byrds - głównie autorstwa Clarka, jedynie w dwóch wspomógł go McGuinn. I moim zdaniem właśnie te utwory - nic nie ujmując np. świetnemu tytułowemu - wypadają tutaj najlepiej. Dynamiczny "I'll Feel a Whole Lot Better" to utwór genialny w swojej prostocie, wyróżniający się naprawdę rewelacyjną melodią. Spokojnie mógłby konkurować z ówczesnymi przebojami Beatlesów - ciężko pojąć, dlaczego nie został wydany na singlu. Niewiele ustępuje mu prawie tak samo chwytliwy, choć bardziej melancholijny "You Won't Have to Cry". "Here Without You" i "I Knew I'd Want You" to z kolei przeurocze ballady z mistrzowskimi harmoniami wokalnymi. Nie powstydziłby ich się sam Paul McCartney. Pewnym zaskoczeniem może być natomiast "It's No Use", wyróżniający się bardziej zadziornym brzmieniem gitar. Pod względem melodycznym nie ustępuje jednak wcześniej wymienionym kawałkom.

"Mr. Tambourine Man" to bardzo udany i przyjemny album. I niezwykle ważny, bowiem w istotny sposób przyczynił się do powstania stylu zwanego folk rockiem - zresztą właśnie w jednej z jego recenzji po raz pierwszy zostało użyte to sformułowanie. Można zarzucić zespołowi, że nie był wcale aż tak bardzo oryginalny, gdyż wyraźnie słychać tutaj wpływy Boba Dylana i The Beatles. Jednak działało to w dwie strony - to m.in. dzięki The Byrds Dylan sięgnął po gitarę elektryczną (album "Highway 61 Revisited"), a Beatlesi zainspirowali się folkiem (album "Rubber Soul"). "Mr. Tambourine Man" okazał się dziełem przełomowym także z innego powodu - Ameryka w końcu doczekała się wykonawcy, który mógł konkurować z Wielką Czwórką. I zagrażał jej bardziej, niż jakikolwiek brytyjski zespół z tego okresu. Warto też dodać, że brzmienie albumu nie zestarzało się tak bardzo, jak np. niektóre z wczesnych utworów The Beatles. Wciąż słucha się tego bardzo dobrze, mimo ponad pięćdziesięciu lat, jakie minęły od premiery.

Ocena: 8/10



The Byrds - "Mr. Tambourine Man" (1965)

1. Mr. Tambourine Man; 2. I'll Feel a Whole Lot Better; 3. Spanish Harlem Incident; 4. You Won't Have to Cry; 5. Here Without You; 6. The Bells of Rhymney; 7. All I Really Want to Do; 8. I Knew I'd Want You; 9. It's No Use; 10. Don't Doubt Yourself, Babe; 11. Chimes of Freedom; 12. We'll Meet Again

Skład: Jim McGuinn - wokal i gitara; Gene Clark - gitara, wokal i instr. perkusyjne; David Crosby - gitara i wokal; Chris Hillman - bass; Michael Clarke - perkusja
Gościnnie: Jerry Cole - gitara (1,8); Larry Knechtel - bass (1,8); Hal Blaine - perkusja (1,8); Leon Russell - pianino (1,8)
Producent: Terry Melcher


13 kwietnia 2016

[Recenzja] Cactus - "Cactus" (1970)



Nie byłoby grupy Cactus, gdyby nie samochodowy wypadek Jeffa Becka. Wówczas szlag trafił jego planowaną współpracę z sekcją rytmiczną właśnie rozpadającego się Vanilla Fudge - Timem Bogertem i Carminem Appicem. Doszło do niej dopiero trzy czy cztery lata później. W międzyczasie Bogert i Appice zdążyli stworzyć - wspólnie z wokalistą Rustym Dayem (ex-The Amboy Dukes) i gitarzystą Jimem McCartym (ex-Buddy Miles Express) - inny zespół, właśnie Cactus, i nagrać z nim cztery albumy studyjne. Grupa została szybko ochrzczona przez prasę mianem "amerykańskiego Led Zeppelin". Czy jednak słusznie?

Stylistycznie oba zespoły z pewnością mają wiele wspólnego. Jednak już pierwszy utwór, strasznie chaotyczna przeróbka "Parchman Farm" Mose'a Allisona, dobitnie uświadamia jak wiele w tym porównaniu przesady. Kawałek sprawia wrażenie, jakby dla muzyków liczyło się tylko, by grać szybko i ciężko. Wrażenie pogłębia bełkotliwa partia wokalna. Później jest już lepiej, jednak bez wzlotów na miarę Ołowianego Sterowca. "My Lady from South of Detroit" to zaskakujący zwrot o 180 stopni - łagodna i nieco zbyt ckliwa ballada, oparta na brzmieniach akustycznych. Poziomu na pewno nie podnosi trzeci utwór, czyli nudnawe boogie "Bro. Bill". Całkiem przyzwoicie wypadają natomiast dwie kolejne kompozycje - rozbudowana, pełna dynamicznych kontrastów wersja "You Can't Judge a Book by the Cover" (przeróbka rhythm'n'bluesowego standardu Bo Diddleya), oraz rock and rollowy "Let Me Swim", z bardziej wyrazistą warstwą melodyczną (nie licząc chaotycznej końcówki).

Najlepsze zespół zostawił jednak na koniec. Trzy ostatnie utwory ratują ten album. "No Need to Worry" to klasyczna bluesowa ballada. Nie zaliczyłbym jej do najlepszych tego typu utworów, jakie słyszałem, jednak gitarowe solówki wypadają naprawdę porywająco. W końcu McCarty pokazał swój talent, o jaki nie sposób byłoby go podejrzewać na podstawie wcześniejszych kawałków. Zdecydowanie najlepszym fragmentem longplaya jest natomiast "Oleo". Niby tradycyjny bluesrockowy kawałek w szybkim tempie, wyróżniający się jednak porywającymi solówkami McCarty'ego, oraz basowym popisem Bogerta. Całkiem udany jest także hardrockowy finał albumu, "Feel So Good", z wyrazistym riffowaniem w zasadniczej części, oraz wzbogacony długą perkusyjną solówką Appice'a.

Debiutancki album Cactus pozostawia mieszane odczucia. Szkoda, że dopiero w ostatnich utworach muzycy pokazują, na co naprawdę ich stać. Wcześniejsza część albumu jest bardzo bałaganiarska, zarówno przez stylistyczne niezdecydowanie, jak i nieład panujący w samych utworach (szczególnie w "Parchman Farm"). Razi to tym bardziej, że grają tu przecież doświadczeni instrumentaliści, po których można by spodziewać się większego profesjonalizmu. Najsłabszym ogniwem zespołu jest jednak Rusty Day, którego surowy, niechlujny wokal potęguje wrażenie chaosu. A najwięcej tracą na tym te najbardziej udane utwory, które z lepszym wokalistą mogłyby być jeszcze bardziej porywające.

Ocena: 6/10



Cactus - "Cactus" (1970)

1. Parchman Farm; 2. My Lady from South of Detroit; 3. Bro. Bill; 4. You Can't Judge a Book by the Cover; 5. Let Me Swim; 6. No Need to Worry; 7. Oleo; 8. Feel So Good

Skład: Rusty Day - wokal, harmonijka; Jim McCarty - gitara; Tim Bogert - bass, dodatkowy wokal; Carmine Appice - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Producent: Cactus


12 kwietnia 2016

[Recenzja] Grand Funk Railroad - "On Time" (1969)



Pod koniec lat 60. muzyka bluesrockowa rozwijała się nie tylko na Wyspach Brytyjskich, ale również w innych krajach. Przede wszystkim w Stanach. Do najważniejszych przedstawicieli tamtejszej sceny bluesrockowej zaliczały się takie zespoły, jak Paul Butterfield Blues Band, Canned Heart, The Allman Brothers Band, czy właśnie Grand Funk Railroad (znany też jako Grand Funk). Grupa powstała na początku 1969 roku z inicjatywy śpiewającego gitarzysty Marka Farnera i perkusisty Dona Brewera, którzy wcześniej grali razem w dziś już zapomnianym Terry Knight and the Pack. Składu dopełnił basista Mel Schacher z równie zapomnianej grupy Question Mark & the Mysterians. Nazwa ich nowego zespołu została zainspirowana przez Grand Trunk Western Railroad - kanadyjsko-amerykańską linię kolejową, przebiegającą przez ich rodzinne miasto, Flint w stanie Michigan. Inspiracji muzycznych dostarczyły natomiast brytyjskie grupy bluesrockowe. Czego dobitnym dowodem jest już sama okładka debiutanckiego longplaya tria, parafrazująca zdjęcie z okładki debiutu Cream, "Fresh Cream".

Album "On Time" to zbiór dziesięciu utworów, opartych na klasycznych bluesowych patentach, ale zagranych z rockową energią. Elementy te mieszają się w różnych proporcjach - raz jest bliżej tradycyjnego bluesa (np. "Time Machine" ze sporą rolą harmonijki, czy wzbogacony pianinem "High on a Horse"), kiedy indziej zespół gra z wręcz hardrockową mocą ("Are You Ready"). Utwory - jak przystało na ten styl - opierają się na interakcji między wszystkimi muzykami, z których każdy zdaje się pełnić pierwszoplanową rolę, choć oczywiście nie brakuje też solowych popisów całej trójki. W każdym utworze pojawiają się porywające gitarowe solówki, a najdłuższy na płycie "T.N.U.C." w większości składa się z sola na perkusji (podobnie jak "Toad" z "Fresh Cream"; tutaj jednak pojawia się partia wokalna). Nie można nie wspomnieć o wyrazistych, wirtuozerskich partiach basu, stanowiących rozpoznawalną podstawę brzmienia Grand Funk. W większości utworów idealnie współgrają z gitarą, a w stonowanym, psychodelicznym "Can't Be Too Long" zdecydowanie nad nią dominuje (nie licząc finałowej solówki).

Kilka utworów zasługuje na szczególne wyróżnienie. Jednym z nich jest "Anybody's Answer", zbudowany na zestawieniu balladowych fragmentów z rockowym czadem. Do tego pojawia się tutaj całkiem chwytliwa melodia. Kolejnym interesującym utworem jest "Into the Sun", wyróżniający się długim, psychodelicznym wstępem, który stopniowo staje się coraz bardziej intensywny. Dopiero po dwóch minutach zaczyna się właściwa część utworu, oparta na czadowym riffowaniu, nie pozbawiona jednak wyrazistej melodii - szczególnie podczas refrenu. Podczas solówki wraca natomiast psychodeliczny nastrój. Utwór idealnie sprawdzał się na żywo, gdyż idealnie nadawał się do koncertowych improwizacji. Świetny jest także wspomniany już "Time Machine", w którym partia wokalna Marka Farnera przypomina Paula Rodgersa z Free. Najbardziej znanym utworem z debiutu Grand Funk Railroad jest natomiast ballada "Heartbreaker", z nieco zbyt topornym refrenem, ale za to czarująca bardzo ładnymi zwrotkami i rewelacyjnymi solówkami,

"On Time" to bardzo udany debiut i zarazem najciekawsza pozycja w bogatej dyskografii Grand Funk Railroad (na równi z wydanym jeszcze w tym samym roku "Grand Funk"). Później zespół coraz bardziej oddalał się od swojego oryginalnego stylu, na rzecz bardziej komercyjnego rocka. Pomogło to w zdobyciu większej popularności, jednak pod względem artystycznym najbardziej wartościowe są wczesne dokonania grupy.

Ocena: 8/10



Grand Funk Railroad - "On Time" (1969)

1. Are You Ready; 2. Anybody's Answer; 3. Time Machine; 4. High on a Horse; 5. T.N.U.C.; 6. Into the Sun; 7. Heartbreaker; 8. Call Yourself a Man; 9. Can't Be Too Long; 10. Ups and Downs

Skład: Mark Farner - wokal, gitara, pianino, harmonijka; Mel Schacher - bass; Don Brewer - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Producent: Terry Knight


11 kwietnia 2016

[Recenzja] The Rolling Stones - "Brussels Affair (Live 1973)" (2012)



W ciągu ostatniej dekady dyskografia Stonesów wzbogaciła się o liczne albumy koncertowe. Zarówno z materiałem zarejestrowanym w ostatnich latach, jak i archiwalnymi nagraniami sprzed kilkudziesięciu lat. Wśród tych ostatnich znajduje się wydawnictwo o tytule "Brussels Affair", będące zapisem fragmentów dwóch występów, które odbyły się 17 października 1973 roku w Belgii. Zespół promował wówczas album "Goats Head Soup". Dzięki temu, można tu usłyszeć nie tylko "Angie", ale również inne utwory z tego albumu. Ich wybór jest niezwykle trafny: "Star Star" (tutaj w końcu pod oryginalnym tytułem "Starfucker"), "Dancing with Mr D." oraz "Doo Doo Doo Doo Doo (Heartbreaker)", czyli wszystkie najlepsze kawałki z longplaya. Te trzy ostatnie aż rozsadza energia, jednak Stonesi potrafią także być liryczni, czego przykładem cudowna wersja "Angie", wzbogacona fantastyczną organową solówką Billy'ego Prestona.

Repertuaru dopełniają starsze kompozycje, jednak muzycy w ogóle nie sięgnęli po materiał sprzed 1968 roku. Nie musieli tego robić. Miejsce wczesnych przebojów z powodzeniem zajęły te późniejsze, jak "Brown Sugar", "Gimme Shelter", "Tumbling Dice", "Honky Tonk Women", "Jumpin' Jack Flash" czy "Street Fighting Man". Wszystkie wykonane żywiołowo i porywająco (szczególnie dwa ostatnie i "Gimme Shelter"). Może trochę szkoda, że zabrakło wśród nich "Sympathy for the Devil" i "Wild Horses", jednak w pełni wynagradzają to rozbudowane do kilkunastu minut wykonania "You Can't Always Get What You Want" - ze świetnymi solówkami na gitarze i saksofonie - oraz wzbogaconego bluesrockowymi improwizacjami "Midnight Rambler". Poziom spada tylko na chwilę, podczas chaotycznego "Happy", z męczącym się w roli wokalisty Keithem Richardsem - nie pomaga mu nawet wokalne wsparcie Micka Jaggera.

"Brussels Affair" to prawdziwa esencja Stonesów na żywo, w dodatku zarejestrowana w najlepszym okresie ich działalności (aczkolwiek tuż przed jego zmierzchem, który nastąpił wraz z odejściem Micka Taylora). Prawdopodobnie jest to najlepsza koncertówka w dyskografii zespołu. Longplay stanowi świetną alternatywę dla "Get Yer Ya-Ya's Out!". Choć warto mieć oba te albumy, ze względu na nieco inny repertuar.

Ocena: 9/10

PS. Album oryginalnie został "wydany" w 2011 roku, w formie cyfrowych plików do ściągnięcia. W formie fizycznej ukazał się rok później, wyłącznie w boksie zawierającym trzy płyty winylowe i dwie kompaktowe (na obu nośnikach znalazł się dokładnie ten sam materiał). Zapis tego występu jest także dostępny na licznych bootlegach, zarówno sprzed, jak i po oficjalnym wydaniu.



The Rolling Stones - "Brussels Affair (Live 1973)" (2012)

CD1: 1. Brown Sugar; 2. Gimme Shelter; 3. Happy; 4. Tumbling Dice; 5. Starfucker; 6. Dancing with Mr. D.; 7. Doo Doo Doo Doo Doo (Heartbreaker); 8. Angie
CD2: 1. You Can't Always Get What You Want; 2. Midnight Rambler; 3. Honky Tonk Women; 4. All Down the Line; 5. Rip This Joint; 6. Jumpin' Jack Flash; 7. Street Fighting Man

Skład: Mick Jagger - wokal, harmonijka; Keith Richards - gitara, wokal (3), dodatkowy wokal; Mick Taylor - gitara; Bill Wyman - bass; Charlie Watts - perkusja
Gościnnie: Billy Preston - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal; Trevor Lawrence - saksofon; Steve Madaio - trąbka, skrzydłówka
Producent: -


8 kwietnia 2016

[Recenzja] McDonald and Giles - "McDonald and Giles" (1971)



Ian McDonald i Michael Giles to muzycy oryginalnego składu King Crimson, którzy współtworzyli arcygenialny debiutancki album grupy, "In the Court of the Crimson King". Pierwszy z nich jako saksofonista, flecista, klawiszowiec i główny kompozytor, drugi jako perkusista. Obaj odeszli niedługo po wydaniu wypomnianego longplaya, niezadowoleni z kierunku, w jakim zmierzał zespół, nabierając coraz bardziej mrocznego charakteru. Giles zgodził się jednak zagrać - jako muzyk sesyjny - na drugim albumie King Crimson, "In the Wake of Poseidon". Następnie wspólnie z McDonaldem stworzył nowy projekt, w którym mogli w pełni realizować swoje muzyczne idee. W nagraniach pomógł im brat Michaela, Peter Giles (niegdyś członek grupy Giles, Giles and Fripp, która przekształciła się w King Crimson, a także sesyjny basista na "In the Wake of Poseidon"). Gościnnie w sesji wziął udział także Steve Winwood, który akurat przebywał w studiu obok, nagrywając ze swoją grupą Traffic album "John Barleycorn Must Die".

Tylna strona okładki,
Materiał zawarty na albumie "McDonald and Giles" pozbawiony jest mroku i ciężaru King Crimson, ma jednak wiele wspólnego z bardziej lirycznym obliczem zespołu (utworami w rodzaju "I Talk to the Wind"). Jego centralny punkt stanowi ponad dwudziestominutowa suita "Birdman", składająca się z sześciu odrębnych części, tworzących jednak płynną całość. Słychać w niej wpływy folku, jazzu i rocka psychodelicznego, podane w nieco pastiszowy sposób. Muzycy prezentują tutaj jednak wysoki kunszt wykonawczy - zwłaszcza we fragmentach instrumentalnych. Korzenie tego utworu sięgają jeszcze 1968 roku - wówczas idea narodziła się w głowie Petera Sinfielda, tekściarza współpracującego z, a jakże, King Crimson (od debiutu do czwartego w dyskografii "Islands"). To właśnie jego dziełem jest tekstowa warstwa suity, podczas gdy za muzykę odpowiada McDonald. Podobny charakter, ma także otwierający album "Suite in C", napisany już w całości przez Iana. Ta jedenastominutowa kompozycja również wyróżnia się wielowątkową strukturą - od beatlesowskiego początku, przez folkowo-jazzową część instrumentalną (ozdobioną klawiszowymi popisami Winwooda), symfoniczną część ze śpiewem i akompaniamentem smyczków, z czasem nabierającą większej, rockowej dynamiki i pastiszowego charakteru, po kompletnie odjechane zakończenie, w którym słychać i country, i boogie, i rock and rollowe pianino... Świetna rzecz.

Kompozytorskim wkładem Michaela Gilesa w album jest kompozycja "Tomorrow's People - The Children of Today", napisana przez niego już w 1967 roku i rozbudowana na potrzeby tego wydawnictwa. To przede wszystkim popis jego gry na perkusji (fragmenty utworu są często samplowane przez wykonawców hip-hopowych), warto też odnotować jego udział wokalny. Największe wrażenie z tego longplaya robią jednak dwa najkrótsze i najprostsze utwory: "Flight of the Ibis" i "Is She Waiting?" (oba autorstwa McDonalda, z wyjątkiem tekstu pierwszego z nich, napisanego przez BP Fallona). "Flight of the Ibis" opiera się na tej samej melodii i podobnej aranżacji, co "Cadence and Cascade" King Crimson (z "In the Wake of Poseidon"), zagrany jest jednak szybciej, bardziej dynamicznie, a bardziej dopracowana linia wokalna kojarzy się z Beatlesami. Bardzo beatlesowsko brzmi także "Is She Waiting?" - prześliczna ballada, oparta głównie na akompaniamencie gitary akustycznej. Już dla tych dwóch warto sięgnąć po ten album.

Album "McDonald and Giles" to nie tylko ciekawostka dla fanów King Crimson. Album powinien przypaść do gustu wszystkim wielbicielom łagodniejszej odmiany prog rocka. A także ogólnie pojętego brytyjskiego grania z tamtego okresu, bo cały longplay jest przepełniony takim angielskim klimatem. Nie jest to oczywiście jakieś wybitne czy przełomowe arcydzieło  - jakim był "In the Court of the Crimson King". Jednak poznać i tak zdecydowanie warto.

Ocena: 8/10



McDonald and Giles - "McDonald and Giles" (1971)

1. Suite in C; 2. Flight of the Ibis; 3. Is She Waiting?; 4. Tomorrow's People - The Children of Today; 5. Birdman

Skład: Ian McDonald - wokal, gitara, instr. klawiszowe, saksofon, flet, klarnet, cytra; Michael Giles - perkusja i instr. perkusyjne, wokal (4)
Gościnnie: Peter Giles - bass; Steve Winwood - organy, pianino (1); Michael Blakesley - puzon (4)
Producent: Ian McDonald and Michael Giles


6 kwietnia 2016

[Recenzja] The Jeff Beck Group - "Jeff Beck Group" (1972)



Drugi album drugiego wcielenia The Jeff Beck Group nie robi już takiego wrażenia, jak wydany rok wcześniej "Rough and Ready". Gdzieś uleciała energia. I wena - ponad połowa utworów zawartych na "Jeff Beck Group" to przeróbki cudzych kompozycji. Nie byłoby w tym nic złego, ale te wersje po prostu nie porywają. Podobnie jak i nieliczne autorskie utwory. Niemal cały album utrzymany jest w niemrawym, leniwym tempie (dobrze słychać to na przykładzie spowolnionego "Glad All Over" z repertuaru Carla Perkinsa), przez co utwory wydają się strasznie rozwleczone. Jeden żywszy "Going Down" nie ratuje sytuacji. Nie podoba mi się również, że w zdecydowanej większości utworów dominującą rolę w instrumentarium pełnią klawisze. Praktycznie przejmują tutaj rolę, którą zwykle w muzyce rockowej pełni gitara rytmiczna - Jeff Beck ograniczył się do grania solówek. Tym jak zwykle nie można nic zarzucić. Zresztą gra pozostałych muzyków też prezentuje wysoki poziom - świetne są basowe popisy Clive'a Chamana, Cozy Powell potwierdza status jednego z najlepszych perkusistów, a Max Middleton, poza nieszczególnymi partiami rytmicznymi, gra też kilka niezłych solówek. A jednak efekt ich współpracy nie zachwyca. Wyjątek stanowi finałowa instrumentalna ballada "Definitely Maybe", z cudownymi solówkami Becka (które pod koniec ustępują miejsca jazzującej partii klawiszy) i nastrojowym podkładem pozostałych muzyków. Tutaj to leniwe tempo idealnie pasuje do klimatu kompozycji. To niestety jedyna perła na tej mieliźnie.

Ocena: 5/10



The Jeff Beck Group - "Jeff Beck Group" (1972)

1. Ice Cream Cakes; 2. Glad All Over; 3. Tonight I'll Be Staying Here With You; 4. Sugar Cane; 5. I Can't Give Back the Love I Feel For You; 6. Going Down; 7. I Got to Have a Song; 8. Highways; 9. Definitely Maybe

Skład: Bobby Tench - wokal; Jeff Beck - gitara; Clive Chaman - bass; Cozy Powell - perkusja i instr. perkusyjne; Max Middleton - instr. klawiszowe
Producent: Steve Cropper


5 kwietnia 2016

[Blog] Podsumowanie marca

Dwa tygodnie i kilka dni temu po raz pierwszy uczestniczyłem w winylowej giełdzie. W znacznym stopniu wpłynęło to na to, czego słuchałem w ostatnich kilkunastu dniach marca. Nie tylko ze względu na fakt wzbogacenia kolekcji o trzy nowe pozycje - w tym jedną poszukiwaną od wielu miesięcy - ale także dzięki dokonaniu nowych muzycznych odkryć. Właśnie podczas owej giełdy dowiedziałem się o istnieniu zespołu The Damnation of Adam Blessing - moim zdaniem jest to czołówka najlepszych nieznanych wykonawców. Poniekąd za jego sprawą postanowiłem zagłębić się w dyskografie innych, już bardziej znanych, amerykańskich zespołów z tamtych czasów, które dotąd znałem dość powierzchownie, a mianowicie The Byrds, Grand Funk Railroad, oraz Cactus. Szczególnie w przypadku dwóch pierwszych chętnie sięgam po kolejne albumy z ich bogatych dyskografii. Amerykanie nie mieli czego się w tamtym czasie wstydzić, ich muzyka nie pozostawała daleko w tyle za tą z Wysp Brytyjskich. Dopiero kilka lat później na powierzchni Stanów wyrósł rak o nazwie Aerosmith, który wyrządził wiele zła na tamtejszej scenie muzycznej... Nie o tym jednak miał być ten tekst. Podobnie jak w poprzednich "Podsumowaniach miesiąca", chciałbym opowiedzieć o nowościach w mojej muzycznej kolekcji.

Kupione w marcu.

Debiutancki album The Allman Brothers Band był jednym z najdłużej i najbardziej intensywnie poszukiwanych przeze mnie longplayów. Równie problematyczne było chyba tylko zdobycie debiutu Rory'ego Gallaghera. O ile jednak ten drugi udało mi się zakupić za śmieszne pieniądze, tak w przypadku Allmanów musiałem się nieco bardziej wykosztować... Jest to jednak jedno z najstarszych wydań, z 1969 roku - być może pierwsze. A sam album należy do ścisłej czołówki najlepszych bluesrockowych wydawnictw i wstyd go nie mieć w swojej kolekcji. Nie ma na nim słabych punktów, począwszy od genialnego otwarcia - w postaci porywającego instrumentala "Don't Want You No More", przechodzącego płynnie w bluesową balladę "It's Not My Cross to Bear" - a kończąc na rewelacyjnym "Whipping Post". Na żadnym późniejszym albumie studyjnym zespołowi nie udało się zbliżyć do tego poziomu. Choć muzycy podnieśli poprzeczkę jeszcze wyżej na koncertowym "At Fillmore East", który także sobie w ostatnim czasie odświeżyłem. Najlepsza koncertówka wszech czasów? Bardzo prawdopodobne.

Innym rarytasem, jaki zdobyłem w marcu, jest debiutancki album Budgie. Szczerze mówiąc, nie jestem wielkim fanem tego zespołu, ze względu na zniewieściały wokal Burke'a Shelley'a. Jednak pierwszych pięć albumów Walijczyków to naprawdę bardzo dobry hard rock. Najbardziej ceniony jest środkowy z nich, "Never Turn Your Back on a Friend" (to na nim są "Breadfan" i "Parents"), ja jednak zdecydowanie wyżej oceniam debiut. Zespół był wówczas pod wyraźnym wpływem Black Sabbath (oba zespoły dzieliły producenta Rodgera Baina, więc brzmienie jest niemal identyczne), czerpiąc też sporo od Led Zeppelin (najlepszy na albumie "Nude Disintegrating Parachutist Woman" mógłby nazywać się "Dazed and Confused II"). Zespół bywał za to wielokrotnie krytykowany, mnie to jednak nie przeszkadza, bo bardzo lubię tego typu granie. Na kolejnych albumach muzycy zaczęli poszukiwać własnego stylu, co niestety zaowocowało wieloma chybionymi eksperymentami (a ostatecznie i tak nie stworzyli niczego unikalnego). Jak jednak wspomniałem, cztery kolejne albumy też są całkiem udane. I tylko szkoda, że trudno dostępne.

Śmierć Keitha Emersona zmotywowała mnie do kupna dwóch albumów Emerson, Lake & Palmer - debiutu i "Trilogy". Bardzo rzadko reaguje w ten sposób na zgon znanego muzyka i nie mam dobrego zdania o ludziach, którzy kupują czyjś album tylko z tego powodu. Wspomniane wydawnictwa ELP od dawna jednak znajdowały się na mojej "liście życzeń", tylko zawsze pojawiały się jakieś ważniejsze zakupy. Po śmierci Emersona odczułem jednak brak jakichkolwiek wydawnictw tria. Styl prezentowany przez grupę - klasycyzujący rock progresywny, zdominowany przez klawisze i z ograniczoną do minimum rolą gitary - nie należy do moich ulubionych, jednak w twórczości grupy znajduję dla siebie całkiem sporo. Zawsze bardzo podobały mi się te akustyczne kompozycje Grega Lake'a, jak "Lucky Man" czy "From the Beginning". Ale i wśród tych mniej gitarowych utworów mam kilka faworytów, z "The Endless Enigma" i "Knife Edge" na czele.

Ostatnie dwie nowości w kolekcji to albumy, w których nagrywaniu brał udział Jeff Beck - "Rough and Ready" drugiego wcielenia The Jeff Beck Group, oraz debiut efemerycznej supergrupy Beck, Bogert & Appice. Oba są interesującym przykładem połączenia hardrockowego czadu z wyraźnymi wpływami - zwłaszcza w warstwie rytmicznej - muzyki funk. A ja bardzo lubię tego typu granie. Utwór "Superstition", autorstwa Steviego Wondera, to w wykonaniu BB&A prawdziwe mistrzostwo (szczególnie wersja koncertowa z trudno dostępnego albumu "Live"). "Beck, Bogert & Appice" to ewenement w mojej kolekcji, gdyż nie licząc kilku składanek, jest to jedyny posiadany przeze mnie album, którego jeszcze nie zrecenzowałem na blogu. Wkrótce to jednak nadrobię.

Poza wyżej opisanymi nowościami, w marcu słuchałem także m.in. The Beatles, Rush, Iron Maiden i Judas Priest.


4 kwietnia 2016

[Recenzja] The Rolling Stones - "A Bigger Bang" (2005)



Osiem lat trzeba było czekać na następcę "Bridges to Babylon". W międzyczasie ukazały się tylko cztery premierowe nagrania Stonesów, uzupełniające składankę "Forty Licks" z 2002 roku. Pół biedy, że mało - gorzej, że wszystkie były bardzo przeciętne, jeśli nie słabe. Na pewno nie umilały one długiego oczekiwania na "A Bigger Bang". Z dzisiejszej perspektywy czas ten jednak nie wydaje się już tak długi. "A Bigger Bang" pozostaje bowiem od jedenastu lat ostatnim albumem zespołu i nic nie wskazuje na to, aby ta sytuacja miała się zmienić. I szczerze mówiąc, wolałbym aby to nie nastąpiło. Jeżeli muzycy przez całą dekadę są w stanie wykrzesać z siebie tylko dwa nowe utwory ("Doom and Gloom" i "One More Shot" z kompilacji "GRRR!", wydanej w 2012 roku), to nie świadczy to najlepiej o ich kreatywności. Kolejny album mógłby być katastrofą. "A Bigger Bang" stanowi natomiast całkiem przyzwoite zwieńczenie dyskografii.

Nie ma na tym albumie wybitnych utworów, ale sporo dobrych się znajdzie. Całkiem niezły poziom prezentują wszystkie nagrania singlowe: żywiołowy "Rough Justice", który świetnie rozpoczyna całość; bardziej melodyjny, ale równie energetyczny i przebojowy "Let Me Down Slow"; funkowy "Rain Fall Down" (najlepszy utwór grupy tego typu od czasu albumu "Some Girls"); oraz typowa dla zespołu ballada "Streets of Love" (tutaj niestety razi banalny refren). Warto wyróżnić też kilka innych kawałków: czadowe, bardzo chwytliwe "It Won't Take Long" i "Sweet Neo Con"; staroświecki akustyczny blues "Back of My Hand"; oraz dość ładną balladę "Laugh, I Nearly Died". To już połowa albumu, a reszta nie jest dużo słabsza, choć mniej wyrazista. Po raz kolejny zespół przesadził z długością longplaya. Spokojnie można było zrezygnować z kilku kawałków, bez żadnej straty dla całości. A pominięcie banalnego "She Saw Me Coming" wręcz wyszłoby na korzyść. Podobnie jak "This Place Is Empty" i "Infamy", w których razi wymęczony śpiew Keitha Richardsa.

W sumie jednak "A Bigger Bang" to udany album. A choć mogłoby być lepiej, to muzykom należy się wielki szacunek za to, że w takim wieku (wówczas byli koło sześćdziesiątki) potrafili zagrać z taką energią.

Ocena: 6/10



The Rolling Stones - "A Bigger Bang" (2005)

1. Rough Justice; 2. Let Me Down Slow; 3. It Won't Take Long; 4. Rain Fall Down; 5. Streets of Love; 6. Back of My Hand; 7. She Saw Me Coming; 8. Biggest Mistake; 9. This Place Is Empty; 10. Oh No, Not You Again; 11. Dangerous Beauty; 12. Laugh, I Nearly Died; 13. Sweet Neo Con; 14. Look What the Cat Dragged In; 15. Driving Too Fast; 16. Infamy

Skład: Mick Jagger - wokal, gitara, bass (6,7,11,13), harmonijka, instr. klawiszowe, instr. perkusyjne; Keith Richards - gitara, instr. klawiszowe, bass (9,16), wokal (9,16), dodatkowy wokal; Ronnie Wood - gitara; Charlie Watts - perkusja
Gościnnie: Darryl Jones - bass (1-5,8,10,12,15); Chuck Leavell - instr. klawiszowe; Matt Clifford - instr. klawiszowe; Lenny Castro - instr. perkusyjne (14); Blondie Chaplin - dodatkowy wokal (7,16)
Producent: Don Was, Mick Jagger i Keith Richards


1 kwietnia 2016

[Artykuł] Historie Klasycznych Albumów: "2112" Rush

Kanadyjska grupa Rush uznawana jest za jeden z najlepszych i najbardziej uzdolnionych zespołów, wykonujących rock progresywny. Popularność nie przyszła jednak od razu, muzycy musieli na nią długo pracować. Nie od razu też grali skomplikowaną i ambitną muzykę, z którą dziś są najbardziej kojarzeni. Niniejszy artykuł poświęcony jest trudnym początkom Rush, a także przełomowemu albumowi "2112", który ukazał się dokładnie 40 lat temu.



Pożyczony wzmacniacz

Początki zespołu sięgają 1968 roku. W pierwszym składzie znaleźli się gitarzysta Alex Lifeson (właść. Aleksandar Živojinović), perkusista John Rutsey, oraz śpiewający basista Jeff Jones. Ten ostatni wkrótce został wyrzucony, po tym jak odmówił pojawienia się na koncercie, gdyż wolał iść w tym czasie na imprezę. Zespół wystąpił wówczas z niejakim Geddym Lee (właść. Garym Lee Weinribem). Często dzwoniłem do Geddy'ego, by pożyczyć jego wzmacniacz - wyjaśniał Lifeson. Kiedy zadzwoniłem tym razem, zapytałem: "Co sądzisz o tym, abyś przyszedł i zagrał z nami?". Lee w innym wywiadzie przyznawał: Alex pożyczał wszystko. Pożyczał mój wzmacniacz, a pewnego dnia zadzwoni, by pożyczyć mnie. I dodawał: Alex zadzwonił do mnie o czwartej po południu, więc w gruncie rzeczy uczyłem się materiału podczas koncertu. Był niezły ubaw, ale przyznam, że trochę się denerwowałem. Geedy nie został jednak przyjęty na stałe. Do składu wkrótce dołączył kolejny śpiewający basista, Joe Perna, a także śpiewający klawiszowiec Lindy Young. Obaj szybko jednak zrezygnowali. Wyszło na to, że [Lifeson i Rutsey] beze mnie sobie nie poradzą - żartował Lee. Poprosili więc, żebym do nich wrócił. Przez pewien czas, na początku 1971 roku, grupa występowała jako kwartet - z gitarzystą rytmicznym Mitchem Bossim - jednak szybko została ponownie zredukowana do tria, którym pozostała już na zawsze.

Skład z pierwszego albumu: John Rutsey, Geddy Lee i Alex Lifeson.

Grupa w tamtym czasie podczas występów grała głównie utwory innych wykonawców, takich jak Cream, Led Zeppelin, Jimi Hendrix, The Rolling Stones, czy The Who. Próbowaliśmy przetrwać grając w barach, w których nikt nie chciał słuchać naszej muzyki - wyjaśniał Lee. Domagali się wyłącznie przebojów, które znali. Muzycy nie mieli praktycznie żadnych perspektyw na zrobienie kariery. Żadna wytwórnia nie była zainteresowana zakontraktowaniem tria. Zespół w końcu stworzył własną firmę, nazwaną Moon Records. W 1973 roku wydali w jej ramach singiel z przeróbką utworu "Not Fade Away" Buddy'ego Holly (znanego też z wersji The Rolling Stones) na stronie A, oraz własnym "You Can't Fight It" na stronie B. Rok później wydali swój długogrający debiut, zatytułowany po prostu "Rush", a wypełniony autorskimi kompozycjami, zdradzającymi silne inspiracje wymienionymi wyżej wykonawcami. Krótko mówiąc, jest to bluesowo zabarwiony hard rock. Pochodzący z niego utwór "Working Man" stał się przebojem pewnej rozgłośni radiowej z Cleveland, dzięki czemu zespół mógł wyruszyć na swoją pierwszą trasę w Stanach. Wcześniej jednak ze składu odszedł John Rutsey. Oficjalnie ze względu na cukrzycę, która utrudniałaby mu koncertowanie. Nie jest jednak tajemnicą, że jego wizja zespołu znacznie odbiegała od tego, co chciała robić pozostała dwójka. Po rozstaniu z Rush, Rutsey całkowicie zrezygnował z kariery muzycznej. Zmarł w 2008 roku.


Bardziej wyrafinowana muzyka

Lee i Lifeson musieli szybko znaleźć następcę Rutseya na zaplanowaną trasę koncertową. Przesłuchiwaliśmy kilku perkusistów - wspominał Lifeson. Pamiętam, że Neil Peart był drugi w kolejności. I już po kilku pierwszych sekundach wiedzieliśmy, że to jest to. Próby trwały około tygodnia i ruszyliśmy w drogę. Lee uzupełnia: Alex i ja zawsze chcieliśmy grać muzykę bardziej skomplikowaną. Ale John nie miał takich ambicji. I dopiero gdy w składzie pojawił się Neil, urzeczywistnienie tych planów stało się realne. Przybycie Neila było jak znalezienie brakującego elementu układanki. Był jeszcze jedną osobą w naszym gronie, która również chciała grać bardziej wyrafinowaną muzykę. Można więc powiedzieć, że na swój sposób odegrał w historii Rush rolę katalizatora. Był naprawdę tym kimś, kto sprawił, że nasze ambicje mogły zostać zaspokojone. Nowy muzyk okazał się cennym nabytkiem, nie tylko ze względu na jego umiejętności jako perkusisty - jest także świetnym tekściarzem. Od czasu dołączenia do Rush, to właśnie on odpowiada za warstwę słowną zdecydowanej większości utworów.

Już we "właściwym" składzie: Geddy Lee, Neil Peart i Alex Lifeson.

Grupa zabrała się ostro do pracy i w 1975 roku wydała aż dwa albumy z premierowym materiałem. W lutym ukazał się "Fly By Night". W sporej części będący po prostu rozwinięciem hard rockowego debiutu, choć z większym naciskiem na melodie (chociażby "Anthem", czy utwór tytułowy - umiarkowany przebój singlowy w Kanadzie), jednak zawierający także pierwszą bardziej złożoną kompozycję - ponad ośmiominutową "By-Tor & the Snow Dog". Longplay doszedł aż do 9. pozycji kanadyjskiego notowania albumów i do 113. w Stanach. Kolejny album, "Caress of Steel", ukazał się we wrześniu i - zachowując hard rockowe brzmienie - zawierał jeszcze bardziej progresywny materiał, w tym ponad dwunastominutową kompozycję "The Necromancer", oraz zajmującą całą drugą stronę płyty winylowej, dwudziestominutową "The Fountain of Lamneth". Niestety, taka ambitna i oryginalna muzyka nie spotkała się ze zrozumieniem słuchaczy i "Caress of Steel" sprzedawał się znacznie gorzej od poprzednika. Muzycy przyznają, że był to bardzo trudny okres. W jednym z ówczesnych wywiadów Geddy powiedział nawet: W porządku, może powinniśmy powiesić gitary na haku i rozjechać się do domów. Po latach tłumaczył się z tych słów w następujący sposób: Na każdym kroku spotykaliśmy się z nastawieniem przerażająco negatywnym - i ze strony managementu, i wytwórni płytowej, i agencji koncertowych. Graliśmy wtedy głównie w maleńkich klubach, a jeśli nawet w większych salach, to wyłącznie jako support. To wszystko było bardzo przygnębiające. Znikąd nie słyszeliśmy ani jednego słowa zachęty, czegoś w rodzaju: "Dobra robota!" albo: "Zagrajcie coś jeszcze!". Zaczęliśmy więc zadawać sobie pytanie, czy warto to ciągnąć. Czy warto tłuc się miesiącami przez Amerykę, skoro nikt nie dostrzega w tym, co robimy, niczego wartościowego. No i pojawiła się myśl, że może lepiej się rozstać.


Akt protestu

Na szczęście, muzycy nie poddali się tak łatwo. Zdecydowali się postawić wszystko na jedną kartę - nagranie kolejnego albumu. I bynajmniej nie mieli zamiaru iść na żadne kompromisy, tracąc swoją tożsamość. Czwarty longplay Rush miał być naturalną kontynuacją poprzednika. Był to z naszej strony akt protestu - tłumaczył Lifeson. Nagrywaliśmy zawsze rzeczy niezbyt komercyjne i zarówno wytwórnia, jak i management, naciskali, byśmy poszli w kierunku muzyki łatwiejszej w odbiorze. Zdecydowaliśmy więc wprost przeciwnie nagrać taki album, na jaki sami mieliśmy ochotę. Nie bacząc na to, czy się komuś spodoba, czy nie. W podobnym tonie wypowiadał się Lee: Ten album zrodził się z wielkiej namiętności. I z ogromnego ładunku energii. Myślę, że był to akt rebelii przeciwko całemu temu negatywnemu nastawieniu do nas, o którym mówiłem. To był nasz sposób, by powiedzieć: "Odpieprzcie się. Zostawcie nas w spokoju. Dobrze wiemy, co chcemy robić. I to właśnie będziemy robić". Myślę, że miało to ogromny wpływ na to, że powstała płyta taka, a nie inna. Moim zdaniem to pierwszy album Rush, który jest od początku do końca naszym dziełem, na którym zatarły się już wpływy innych. A nawet jeśli można dosłuchać się na nim jakichś wpływów, nasze brzmienie je przysłania.

W okresie "2112".

Sesja nagraniowa odbyła się w lutym 1976 roku, w sprawdzonym podczas nagrywania dwóch poprzednich albumów Toronto Sound Studios. Producentem, po raz trzeci, został Terry Brown (który zresztą współpracował z zespołem przez kolejne sześć lat, produkując w sumie dziewięć albumów studyjnych i dwa koncertowe), a okładkę stworzył Hugh Syme (autor wszystkich okładek zespołu, począwszy od "Caress of Steel"). Longplay, zatytułowany "2112", trafił do sklepów 1 kwietnia 1976 roku. Chociaż zawierał muzykę co najmniej tak samo skomplikowaną i pokręconą jak jego poprzednik, okazał się zaskakującym sukcesem komercyjnym. Myślę, że ludzie zrozumieli jego ideę - tłumaczył Lifeson. Że trzeba stać na straży tego, w co się wierzy i walczyć o to. Nawet, jeśli wszyscy dookoła są przeciwko tobie. Myślę, że takie było źródło sukcesu "2112".

Całą pierwszą stronę albumu wypełnia tytułowa kompozycja "2112" - dwudziestominutowa suita, składająca się z siedmiu części, tworzących zróżnicowaną, lecz spójną całość. Pod względem tekstowym, jest to futurystyczna opowieść o świecie rządzonym przez fanatyczną sektę i ludziach próbujących swoją muzyką obalić obowiązujące schematy. Inspiracją była książka amerykańskiej pisarki Ayn Rand pod tytułem "Anthem" (do której Neil Peart nawiązał już wcześniej, w tak właśnie zatytułowanym utworze). Istotą historii, która rozwinęła się w "2112", było przeciwstawienie jednostki masie - wyjaśniał Peart. I [dzięki temu] album przemówił do ludzi i rozprzestrzenił się podawany z ust do ust. Lee wspominał: Można chyba powiedzieć, że w historii Rush nastąpiła wtedy "era Ayn Rand". Tym, co nas urzekło, były nie jej poglądy polityczne, a zawarty w jej dziełach manifest artystyczny. Jeśli wczytasz się w książkę "The Fountainhead", zrozumiesz o co mi chodzi. Wyraża ona tęsknotę za dziełem, które jest krańcowo zindywidualizowaną wypowiedzią artysty. A także przekonanie, że o wadze tej wypowiedzi decyduje jej uczciwość. Po tych wszystkich trudnościach, których doświadczyliśmy w pierwszym okresie, aż do albumu "Caress of Steel", przeczytanie czegoś takiego było dla nas niezwykle inspirujące. Zaczynaliśmy już bowiem trochę tracić wiarę w naszą artystyczną wizję. Wizję dopiero nabierającą wyraźniejszych konturów, ale jednak naszą własną. I twórczość Ayn Rand była dla nas w tym czasie prawdziwym pokrzepieniem. Dała nam siłę, by się nie poddać i nadal robić swoje.

All the world's a stage...

Na drugiej stronie albumu znalazło się pięć krótszych utworów, w większości o stricte hard rockowym brzmieniu. Wyróżnić z nich warto przede wszystkim orientalizujący "A Passage of Bangkok" (najbardziej chwytliwy utwór na albumie, ze świetnym riffem i rewelacyjną solówką), oraz "Something for Nothing", w którym spokojny początek jest tylko zmyłką przed bardzo czadowym rozwinięciem. Zupełnie inny charakter ma kompozycja "Tears" - jedna z naprawdę nielicznych ballad w repertuarze grupy, bardzo stonowana, ciekawie wzbogacona melotronem, na którym zagrał Hugh Syme. Jest to też jeden z nielicznych utworów grupy - pomijając debiutancki album - do którego tekst napisał Geddy Lee. Jeszcze większym ewenementem jest warstwa liryczna "Lessons" - jedyna w całej dyskografii zespołu, za którą odpowiada Alex Lifeson. Nie trudno zauważyć, że struktura albumu jest praktycznie identyczna, jak na poprzednim, a i w warstwie muzycznej nie ma większych zmian. Tak naprawdę było to logiczne rozwinięcie stylistyki "Caress of Steel" - przyznawał gitarzysta. Tyle, ze skomponowaliśmy i zagraliśmy to nieco lepiej. I właśnie ten album okazał się prawdziwym przełomem. Był bardzo popularny - tak, że wreszcie poczuliśmy się pewniej. I nagle wszyscy ci, którzy dotąd rzucali nam kłody pod nogi, chcieli być naszymi przyjaciółmi. Wtedy właśnie podjęliśmy decyzję, którą zgodnie realizujemy do tej pory. Żaden gość z wytwórni płytowej, żaden menażer nie ma prawa znaleźć się w studiu nagraniowym, kiedy my tam jesteśmy. Nikt nie będzie nam dyktować, co mamy grać.


Następstwa

Jak zostało już kilkakrotnie wspomniane, album "2112" okazał się sporym sukcesem, nie tylko artystycznym - jak poprzednie wydawnictwa Rush - lecz także komercyjnym. W notowaniach longplay pobił dotychczasowe sukcesy grupy, dochodząc do 5. miejsca w Kanadzie i 61. w Stanach. Przed zespołem otworzyły się drzwi do kariery... i grania w większych, niż dotąd obiektach. Graliśmy trzy koncerty w Massey Hall w Toronto, naszym rodzinnym mieście - wspominał Alex. To było miejsce, do którego chodziliśmy, by oglądać inne zespoły, które przyjeżdżały do Toronto. Tak więc granie na tej scenie było ekscytujące. Zapis tych występów trafił na koncertowy album "All the World's a Stage", wydany we wrześniu 1976 roku. Sława zespołu dotarła w końcu także do Europy. "2112" bardzo dobrze sprzedawał się w Szwecji (33. miejsce na liście albumów), został także dobrze przyjęty przez słuchaczy w Wielkiej Brytanii (choć nie wszedł do notowania). Zespół nawet przeniósł się tam na pewien czas (dwa kolejne albumy, "A Farewell to Kings" i "Hemispheres", powstały w walijskim studiu Rockfield). Nasze muzyczne korzenie zawsze były bardziej brytyjskie niż amerykańskie - wyjaśniał decyzję Lifeson. Zespół spotkał się jednak z niechęcią brytyjskiej prasy muzycznej, która w tamtym czasie była praktycznie punkowym fanzinem o lewicowych poglądach. Nic dziwnego, że ambitnie grający zespół, w dodatku nawiązujący do twórczości wygłaszającej skrajnie prawicowe poglądy Ayn Rand, został zmieszany z błotem. Posunięto się nawet do nazwania muzyków "faszystami". Tam nie ma nic faszystowskiego - bronił książki (i "2112") Lifeson. Ona po prostu opowiada o ludziach, jednostkach ludzkich, które chcę same ułożyć sobie życie. Zespół nie potrzebował jednak wsparcia muzycznej prasy, by odnosić coraz większe sukcesy. A wszystko dzięki wytrwałości i wspaniałej muzyce zawartej na "2112".




Recenzja albumu "2112"
Najważniejsze utwory Rush


Źródła cytatów:
1. Banasiewicz Bill, Visions: The Official Biography, [dostęp online]
2. Lee Geddy, Ruchome obrazy, rozm. przepr. Wiesław Weiss, "Teraz Rock" 1996, nr 11
3. Lifeson Alex, Pospolite Rushenie, rozm. przepr. Piotr Stelmach, [dostęp online]
4. Lifeson Alex, Do suchej nitki, rozm. przepr. Michał Kirmuć, "Teraz Rock" 2003, nr 10
5. Lifeson Alex, Marzyciele, rozm. przepr. Michał Kirmuć, "Teraz Rock" 2006, nr 1
6. Machała Wojciech, Samotność długodystansowca, "Teraz Rock" 1994, nr 6