28 marca 2016

[Recenzja] The Rolling Stones - "Bridges to Babylon" (1997)



Druga połowa lat 90. to najgorszy okres w historii muzyki rockowej, która wówczas znacząco straciła na popularności. Było to spowodowane zarówno brakiem nowych interesujących wykonawców, jak i słabnącą formą większości tych już istniejących. Ci ostatni albo konsekwentnie trzymali się wypracowanego wiele lat wcześniej stylu, nie potrafiąc jednak zbliżyć się do poziomu prezentowanego wcześniej, albo decydowali się na radykalne eksperymenty z ówczesnymi trendami (głównie elektroniką), czym tylko tracili szacunek dawnych fanów, nie zyskując nowych. Którą opcję wybrali Stonesi na wydanym w 1997 roku albumie "Bridges to Babylon"? Obie. Powtórzyła się zatem sytuacja z początku lat 80. i albumu "Undercover". Dokładnie tak samo jak wtedy, Keith Richards opowiedział się po stronie muzycznego konserwatyzmu, podczas gdy Mick Jagger postanowił przemycić trochę nowoczesności.

Wokalista nawiązał nawet współpracę z producenckim duetem Dust Brothers, znanym głównie z tworzenia hip hopowych podkładów (m.in. dla Beastie Boys). Rezultatem są trzy utwory: wydane na singlach "Anybody Seen My Baby?" i "Saint of Me", oraz "Might as Well Get Juiced". Pierwszy z nich znają chyba wszyscy, to najpopularniejszy utwór Stonesów z ostatniego ćwierćwiecza. Nawiązujący do ówczesnej muzyki pop, poprzez dyskotekowy rytm, użycie sampli, a nawet krótki fragment z (nieudolnym) rapowaniem Micka. Na szczęście są tu także gitary, dzięki czemu utwór brzmi znośnie dla rockowego słuchacza. Podobieństwo melodii refrenu do starszego o kilka lat przeboju "Constant Craving" kanadyjskiej wokalistki k.d. lang jest ponoć przypadkowe, jednak Stonesi na wszelki wypadek dopisali jego twórców jako współautorów. Mniej znany "Saint of Me" to połączenie mechanicznej perkusji (prawdopodobnie wsamplowanej) z ciepłą partią organów w wykonaniu Billy'ego Prestona, oraz ostrymi, rockowymi gitarami. O wiele lepiej utwór ten brzmiałby z "normalną" perkusją. "Might as Well Get Juiced" jest natomiast najbardziej odważnym eksperymentem - zniekształconej partii wokalnej Jaggera towarzyszy zdominowany przez elektronikę podkład. Pojawiają się tu też prawdziwe instrumenty - gitara i harmonijka - jednak nie są w stanie nadać kompozycji rockowego charakteru. To bardzo dziwny, zupełnie niestonesowski utwór. Ale muszę przyznać, że intrygujący. I chyba najlepszy na całym albumie.

Z pozostałych utworów wyróżnić warto przede wszystkim "Gunface", łączący hardrockowy ciężar z przebojową melodią (nie tylko w refrenie). Zmarnowany potencjał mają natomiast ballady "Already Over Me" i "Always Suffering" - obie zaczynają się bardzo ładnie, ale cały czar pryska podczas banalnych refrenów. Choć i tak się bronią na tle dwóch ballad śpiewanych przez Richardsa, smętnych "Thief in the Night" i "How Can I Stop". W tym miejscu należałoby dodać, że "Bridges to Babylon" jest jedynym albumem zespołu, na którym gitarzysta śpiewa w aż trzech utworach. Ten trzeci to koszmarny "You Don't Have to Mean It" - kolejny smęt, tym razem w rytmie reggae. Rozczarowanie przynoszą także bardziej rockowe utwory (poza wspomnianym "Gunface"), jak np. chaotyczne "Flip the Switch" i "Out of Control" (ten ostatni był nawet, o dziwo, wydany na singlu). W sumie mamy tu więc do czynienia z odwrotną sytuacją, niż na przywołanym we wstępie albumie "Undercover" - lepsze wrażenie bowiem sprawiają utwory eksperymentalne, wnoszące pewien powiew świeżości, natomiast kiepsko wypadają bardziej konserwatywne nagrania, które są wtórne i, kolokwialnie mówiąc, niefajne. "Bridges to Babylon" jest też kolejnym albumem Stonesów, który trwa zdecydowanie za długo. Szkoda, że zespół z takim stażem bardziej stawia na ilość, niż jakość.

Ocena: 5/10



The Rolling Stones - "Bridges to Babylon" (1997)

1. Flip the Switch; 2. Anybody Seen My Baby?; 3. Low Down; 4. Already Over Me; 5. Gunface; 6. You Don't Have to Mean It; 7. Out of Control; 8. Saint of Me; 9. Might as Well Get Juiced; 10. Always Suffering; 11. Too Tight; 12. Thief in the Night; 13. How Can I Stop

Skład: Mick Jagger - wokal, gitara, instr. klawiszowe, harmonijka; Keith Richards - gitara, pianino, wokal (6,12,13), dodatkowy wokal; Ronnie Wood - gitara; Charlie Watts - perkusja, dodatkowy wokal
Gościnnie: Jeff Sarli - bass (1,11,13); Joe Sublett - saksofon (1,3,6,12); Waddy Wachtel - gitara (1-3,7-13), dodatkowy wokal (10); Blondie Chaplin - instr. perkusyjne (1-3,10-12); bass (3), pianino (4,11,13), dodatkowy wokal (1-4,6-8,10-13); Jim Keltner - instr. perkusyjne (1,3-7,10-13), dodatkowy wokal (10); Bernard Fowler - dodatkowy wokal (1-4,6-8,10-13); Jamie Muhoberac - bass (2), instr. klawiszowe (2,7,8); Don Was - instr. klawiszowe (2,7,13), bass (4); Darrell Leonard - trąbka (3,6,12); Benmont Tench - instr. klawiszowe (4,10); Kenny Aronoff - instr. perkusyjne (4); Danny Saber - bass (5,7), gitara (5), instr. klawiszowe (5,7); Darryl Jones - bass (6,10,12), dodatkowy wokal (10); Clinton Clifford - instr. klawiszowe (6); Me'Shell NdegéOcello - bass (8); Pierre de Beauport - bass (8), instr. klawiszowe (12); Billy Preston - organy (8); Doug Wimbish - bass (9), dodatkowy wokal (10); Wayne Shorter - saksofon (13)
Producent: Don Was, Mick Jagger i Keith Richards; The Dust Brothers (2,8,9); Danny Saber (5); Rob Fraboni (6); Pierre de Beauport (10)


1 komentarz:

  1. Ten album to moim zdaniem kolejny powrót do formy po średnim Voodoo Lounge. Bardzo uczuciowa płyta za sprawą pięknych ballad, które poza Thief in the Night są bardzo ładne. Uwielbiam zawarte tu reggae. Uważam, że i rockery trzymają poziom. Daję trochę naciągane 8/10 :D.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.