25 marca 2016

[Recenzja] The Damnation of Adam Blessing - "The Damnation of Adam Blessing" (1969)



Od kilku lat przeszukuję "internety" w poszukiwaniu zapomnianych rockowych wykonawców. Zacząłem jeszcze przed utworzeniem tego bloga. I niejednokrotnie już wątpiłem, czy znajdę kolejną perłę na miarę Rory'ego Gallaghera, T2, Atomic Rooster lub Lucifer's Friend. Wciąż jednak natrafiam na nieznaną mi wartościową muzykę sprzed lat. Do najnowszego odkrycia doszło wyjątkowo bez pomocy Internetu, a dzięki wypadowi na giełdę winylową. Zespół nazywa się The Damnation of Adam Blessing i powstał pod koniec lat 60. w Cleveland, w stanie Ohio. Swoją dziwną nazwę zawdzięczał wokaliście, Billowi Constable'owi, ukrywającemu się pod pseudonimem Adam Blessing. W 1969 roku grupa wydała swój debiutancki album. Zawarta na nim muzyka to interesująca mieszanka rocka psychodelicznego i hard rocka, momentami lekko zahaczająca o blues (głównie podczas gitarowych solówek).

Longplay rozpoczyna się od energetycznego "Cookbook". Świetne jest brzmienie, z ostrymi gitarami, mocną perkusją i głębokim, dobrze słyszalnym basem. Sam utwór też niczego sobie - jest dobra melodia, instrumentaliści grają jak natchnieni, a obdarzony ciekawą barwą głosu Bill Constable w pełni wykorzystuje tu swoje wokalne umiejętności. Kolejny na płycie "Morning Dew" to przeróbka folkowego utworu kanadyjskiej wokalistki Bonnie Dobson z 1962 roku, znany też m.in. z wykonań Grateful Dead, The Jeff Beck Group i Nazareth. Jednak to własnie wersja Damnation of Adam Blessing robi na mnie największe wrażenie. Muzykom świetnie wyszło przeplatanie stonowanych, psychodeliczno-folkowych zwrotek, z ostrzejszymi refrenami. "Le' Voyage" to, jak można domyślić się po tytule, jeden z bardziej psychodelicznych utworów na albumie, choć oparty na dynamicznym, jakby hendrixowskim riffie. Podczas instrumentalnego fragmentu pojawia się fajne organowe tło. Dziwnie, że w opisie albumu zabrakło informacji kto gra na klawiszach - partie organów elektrycznych robią tutaj naprawę sporo dobrego. Chociażby w kolejnym utworze, "You Don't Love Me", gdzie wchodzą w rewelacyjny dialog z gitarami. Utwór jest przeróbką bluesowego standardu, oryginalnie wykonywanego przez Willie Cobbs; znany jest także z bardzo rozbudowanego wykonania The Allman Brothers Band z koncertówki "At Fillmore East".

Klawisze odgrywają sporą rolę także w balladowym "Strings and Things", choć uwagę przyciągają tu przede wszystkim partie gitary akustycznej i finałowa solówka, oraz ekspresyjna partia wokalna. Nieco słabszym fragmentem albumu jest "Last Train to Clarksville" - ostatnia przeróbka, tym razem z repertuaru The Monkees. Jest to całkiem przyjemna piosenka, z pulsującym basem, fajnymi organami i zgrabnymi gitarowymi solówkami, jednak na tle całości wypada trochę zbyt trywialnie pod względem melodycznym. Nie pasuje do bardziej dojrzałej reszty utworów. Zespół szybko to jednak wynagradza rewelacyjnym "Dreams". Świetny klimat tworzy w nim transowa gra sekcji rytmicznej, gitara akustyczna, oraz partia fletu w wykonaniu Constable'a. Do tego mamy tutaj fantastyczną melodię i porywające gitarowe solówki. Dalej rozbrzmiewa bardzo chwytliwy, wręcz beatlesowski "Hold On", zachwycający głębokim basem i krótką, lecz świetną solówką. A na zakończenie czeka kolejna perła, "Lonely". Utwór z początku bardzo stonowany, stopniowo jednak nabierający na ekspresji. Końcówka to prawdziwy majstersztyk. Poza fantastycznym budowaniem napięcia, uwagę zwraca także dłuższa, jazzująca solówka na gitarze.

Debiut The Damnation of Adam Blessing to jeden z najlepszych amerykańskich albumów rockowych, a także najbardziej chyba niedoceniony. To naprawdę rewelacyjny materiał, stworzony przez utalentowanych muzyków, którym nie można zarzucić ani braku talentu wykonawczego, ani kompozytorskiego. Trudno uwierzyć, że taki zespół nie osiągnął sukcesu i popadł w niemal całkowite zapomnienie.

Ocena: 9/10



The Damnation of Adam Blessing - "The Damnation of Adam Blessing" (1969)

1. Cookbook; 2. Morning Dew; 3. Le' Voyage; 4. You Don't Love Me; 5. Strings and Things; 6. Last Train to Clarksville; 7. Dreams; 8. Hold On; 9. Lonely

Skład: Adam Blessing - wokal, flet (7); Jim Quinn - gitara, instr. perkusyjne, dodatkowy wokal; Bob Kalamasz - gitara, dodatkowy wokal; Ray Benick - bass; Bill Schwark - perkusja i instr perkusyjne
Producent: Eric Stevens


7 komentarzy:

  1. Kolejny raz potwierdza się, że NKRów każdy powinien słuchać na własną rękę ;) Znam ten album od dawna i nigdy nie przyszło mi do głowy, że ktoś może usłyszeć na nim cokolwiek szczególnego. Ot, stare, gitarowe granie, nic nadzwyczajnego, chociaż w sumie niezłe. A tu widzę 9/10 i porównania do poziomu T2 czy Gallaghera (niech Ci będzie, że to jest "zapomniany" muzyk).

    Dla mnie to zwykły amerykański heavy psych z epoki. Średnio oryginalny w dodatku (Buffalo Springfield, The Byrds, Jeferson Airplane, The 13th Floor Elevators - no ogólnie kowbojski rock). W ogóle mnie to nie porywa, mogę najwyżej docenić że jak na 69 mieli dosyć nowoczesne brzmienie i podnieść notę z 6 na 7/10, ale to by było na tyle. Oczywiście, zgadzam się, że zespół grał spoko, ale nie słyszę w ich muzyce wiele własnych elementów, które jakoś znacząco odróżniałyby ich od innych, bardziej znanych zespołów amerykańskich grających w podobnym stylu.

    Możliwe, że urzekły Cię ich delikatne wycieczki w stronę muzyki brytyjskiej, czyli wczesnego proga, których u Neila Younga raczej próżno szukać (chociaż...), ale jak dla mnie to jest zbyt dosłowne. Goście grają kawałek, który można sprowadzić do "Buffalo Springfield grają The Byrds (hmm, czyli de facto do CSNY ;) )" i robią tam jakieś niby hard rockowe przejście, takie samo jak u stu innych zespołów, albo dają solówkę na flecie, która brzmi jak typowa solówka na flecie takich kapel. To stanowczo za mało żeby się wybić. I za mało żebym dał 9/10. Ale jak Tobie się podoba to spoko :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fakt, oryginalność nie jest mocną stroną tego zespołu, ale ja nie przykładam do tego większej roli ;) Tzn. czasem podwyższam ocenę ze względu na oryginalność, ale nie jest ona dla mnie warunkiem koniecznym, aby dać wysoką notę. Najważniejsze jest dla mnie, czy wracam z przyjemnością do danego wydawnictwa.

      PS. Moim zdaniem Rory Gallagher jest bardzo niedocenionym muzykiem w Polsce. Oczywiście za granicą jest inaczej - stawiają mu pomniki, nazywają ulice na jego cześć i pewnie nawet grają w radiu jego utwory ;)

      Usuń
  2. PurpleSabbath2 lutego 2017 16:21

    Dzięki za przypomnienie tej recenzji w Albumie Tygodnia, bo bym ją przeoczył. Faktycznie świetna płyta, dzięki za polecenie. Ode mnie solidne 8/10 :) Dwójka jest niemal równie rewelacyjna, ale trzeci album - tragedia. Nie dziwie się, że go nie recenzowałeś.

    OdpowiedzUsuń
  3. Zupełnie nie przekonał mnie ten album. Brakuje mu wyraźnie mocy a poszczególne kawałki i gitaorowe solówki jakoś nie porywają. You Don't Love Me o lata świetlne jest słabsze od wersji Allmanów a Morning Dew zdecydowanie gorsze od wykonania Jeffa Becka. Ogólnie jestem rozczarowany. Liczyłem na czad w stylu Irish Coffee, Warpig czy T2.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Według mnie od Irish Coffee i Warpig ten album jest nieporównywalnie lepszy, nawet od T2 wolę go zdecydowanie. Ale jak się od muzyki oczekuje tylko czadu...

      Usuń
  4. Pojechałeś po bandzie z tym stwierdzeniem że od muzyki oczekuję jedynie czadu. Otóż absolutnie nie jest to prawda. Gdyby tak było to nie uwielbiałbym Pink Floyd, solowego Gilmoura, Camel, Eloy, Marillion, Kansas, Dire Straits, Anathema czy też Ludovico Einaudi. Od tej konkretnej płyty oczekiwałem czadu bo w jakimś komentarzu pisałeś o nieznanych hard rockowych zespołach i wymieniłeś między innymi Damnation of Adam Blessing.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale psychodelii nie lubisz, w każdym razie nie pamiętam, żebyś coś pisał pod jakąś recenzją z tego stylu. Tymczasem miejsce Damnation jest właśnie na psychodelicznej scenie. Dlatego porównanie z grającymi prosty hard rock Irish Coffee i Warpig, heavyprogowym T2, czy stricte bluesrockowym Jeff Beck Group świadczy o niewłaściwym podejściu do tej grupy. Nie wspominając już o porównaniu krótkiej studyjnej wersji "You Don't Love Me" do rozimprowizowanego jamu na jego podstawie, w wykonaniu grupy, która na rockowej scenie nie miała sobie równych w improwizacjach (już więcej sensu miałoby porównanie np. z wersją Johna Mayalla, albo z oryginałem Williego Cobbsa). Wymieniłem kiedyś ten zespół, bo jak na przedstawiciela psychodelii ma bardzo hardrockowe brzmienie. Ale nie jest to muzyka, w której chodzi o wymiatanie na gitarach, tylko o bardzo melodyjne granie ze szkoły 13th Floor Elevators lub Buffalo Springfield. Jeśli więc ktoś oczekuje kolejnego klona Deep Purple, to faktycznie może się rozczarować.

      Usuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.