31 marca 2016

[Recenzja] The Damnation of Adam Blessing - "Second Damnation" (1970)



Drugi album The Damnation of Adam Blessing jest zdecydowanie mniej psychodeliczny od swojego poprzednika. Wyjątek stanowią dwa utwory, umieszczone w samym środku longplaya: singlowy "Back to the River" (który nawet otarł się o listę "Billboardu"), oraz "Money Tree". W tym pierwszym psychodeliczny nastrój tworzy uwypuklony basowy motyw i rozmyte partie gitar w zwrotkach; w refrenach następuje jednak hard rockowe zaostrzenie, z wyrazistym riffem. To jeden z najbardziej chwytliwych utworów na albumie, stanowiący jego mocny punkt. "Money Tree" również charakteryzuje się dynamicznymi kontrastami, jednak tutaj psychodeliczny klimat mają zarówno mocniejsze fragmenty, jak i te bardziej sielskie. Partie gitary akustycznej brzmią natomiast bardzo folkowo. To nowość w twórczości zespołu. Folku jest zresztą na tym albumie więcej - w całości w takiej stylistyce utrzymane są kompozycje "Everyone" i "Smile" (ta druga to jednak tylko minutowa miniaturka, niezbyt ciekawa). Pewnym zaskoczeniem może być także "New York City Woman" - klasyczny blues rock, zresztą bardzo udany. Zagrany z odpowiednią dramaturgią i posiadający wszystkie inne cechy dobrego bluesa: ekspresyjną partię wokalną, porywające gitarowe solówki i mocną podstawę rytmiczną. Wszystkie pozostałe utwory to już dość "zwyczajny" hard rock. Choć czasem naprawdę przebojowy, czego najlepszym przykładem są "No Way" (ze świetnymi gitarowymi popisami, oraz rewelacyjnym basem) i "Driver". Warto też zwrócić uwagę na bardziej rozbudowany "In the Morning", z długimi solówkami o jakby improwizowanym charakterze.

"Second Damnation" wypada odrobinę słabiej od rewelacyjnego debiutu The Damnation of Adam Blessing. Obok naprawdę udanych utworów (z "Back to the River", "New York City Woman" i "No Way" na czele), znalazło się tutaj kilka mniej zapamiętywalnych kompozycji. Warto jednak zapoznać się z tym materiałem. To wciąż solidne rockowe granie, z bardzo dobrym wokalistą i znającymi się na rzeczy instrumentalistami.

Ocena: 8/10



The Damnation of Adam Blessing - "Second Damnation" (1970)

1. No Way; 2. Death of a Virgin; 3. Driver; 4. Everyone; 5. Back to the River; 6. Money Tree; 7. Ba-Dup ; 8. New York City Woman; 9. In the Morning; 10. Smile

Skład: Adam Blessing - wokal; Jim Quinn - gitara, instr. perkusyjne, dodatkowy wokal; Bob Kalamasz - gitara, dodatkowy wokal; Ray Benick - bass; Bill Schwark - perkusja i instr perkusyjne
Producent: Eric Stevens


30 marca 2016

[Recenzja] Jimmy Page - "Outrider" (1988)



"Outrider" to jedyny solowy album Jimmy'ego Page, nie będący soundtrackiem lub pełnowymiarową współpracą z innym muzykiem. Zawarte na nim utwory zostały zarejestrowane w różnych składach. Wśród wspierających gitarzystę muzyków warto zwrócić uwagę na dwa nazwiska. W większości utworów na perkusji zagrał Jason Bonham, syn zmarłego dekadę wcześniej perkusisty Led Zeppelin. "Outrider" był pierwszym longplayem, w którego nagrywaniu wziął udział. Z kolei w utworze "The Only One" zaśpiewał Robert Plant. Była to transakcja wiązana - Page w tym samym roku wystąpił na jego solowym albumie, "Now and Zen". Sam utwór niestety rozczarowuje - to prosty, nieco rock and rollowy kawałek, któremu daleko do twórczości obu muzyków z poprzedniej dekady. Przynajmniej nie można odmówić mu energii. O wiele bardziej zeppelinowy charakter mają dwa utwory rozpoczynające album: "Wasting My Time" i "Wanna Make Love", oba ze świetnym riffowaniem Page'a. W roli wokalisty wystąpił w nich John Miles (znany m.in. ze współpracy z The Alan Parsons Project), który bardzo dobrze naśladuje tutaj sposób śpiewania Planta, choć ma nieco bardziej szorstki głos.

Na albumie znalazły się także trzy utwory z wokalnym udziałem niejakiego Chrisa Farlowe'a - byłego członka Colosseum i Atomic Rooster. Delikatnie mówiąc, nie przepadam za jego barwą głosu i "teatralnym" sposobem śpiewania. Szkoda, że to właśnie jemu przypadł udział w dwóch najlepszych utworach na albumie - klasycznych wolnych bluesach "Hummingbird" i "Prison Blues", z rewelacyjnymi solówkami Page'a. Chociaż akurat w tych utworach warstwa wokalna nie jest aż tak tragiczna. Gorzej sprawa ma się z "Blues Anthem (If I Cannot Have Your Love...)" - skądinąd bardzo przyjemnym, w większości akustycznym kawałku, z piękną gitarową solówką, odrzucającym jednak okropnym ryczeniem Farlowe'a w refrenach. Całości dopełniają trzy instrumentalne kompozycje. Najciekawiej z nich wypada "Emerald Eyes", oparty na nieco folkowej partii gitary akustycznej, którą świetnie dopełniają solówki na gitarze elektrycznej. "Writes of Winter" i "Liquid Mercury" to natomiast typowo hard rockowe kawałki, który chyba jednak lepiej wypadłyby z partią wokalną. Zwłaszcza, że pierwszy z nich ma całkiem spory potencjał przebojowości, nie do końca wykorzystany.

"Outrider" to w sumie udany album. Na pewno lepszy od obu albumów The Firm, na których Jimmy Page marnował swój talent, grając bezbarwny pop rock. Tutaj powrócił do muzyki, w której zawsze najlepiej się sprawdzał, czyli do bluesa i hard rocka. Pod względem kompozytorskim też jest znacznie lepiej (Page sam napisał całą muzykę, z wyjątkiem "Hummingbird", który jest coverem Leona Russella). Wadą longplaya jest natomiast brak spójności, wynikający z udziału różnych wokalistów. Odbiór całości byłby z pewnością lepszy, gdyby śpiewał tylko jeden - oczywiście pod warunkiem, że nie byłby to Chris Farlowe.

Ocena: 7/10



Jimmy Page - "Outrider" (1988)

1. Wasting My Time; 2. Wanna Make Love; 3. Writes of Winter; 4. The Only One; 5. Liquid Mercury; 6. Hummingbird; 7. Emerald Eyes; 8. Prison Blues; 9. Blues Anthem (If I Cannot Have Your Love...)

Skład: Jimmy Page - gitara, syntezator, dodatkowy wokal
Gościnnie: John Miles - wokal (1,2); Robert Plant - wokal (4); Chris Farlowe - wokal (6,8,9); Tony Franklin - bass (1); Durban Laverde - bass (2,3,6); Felix Krish - bass (4,5,7-9); Jason Bonham - perkusja i instr. perkusyjne (1-4,6,8,9); Barriemore Barlow - perkusja i instr. perkusyjne (5,7)
Producent: Jimmy Page


28 marca 2016

[Recenzja] The Rolling Stones - "Bridges to Babylon" (1997)



Druga połowa lat 90. to najgorszy okres w historii muzyki rockowej, która wówczas znacząco straciła na popularności. Było to spowodowane zarówno brakiem nowych interesujących wykonawców, jak i słabnącą formą większości tych już istniejących. Ci ostatni albo konsekwentnie trzymali się wypracowanego wiele lat wcześniej stylu, nie potrafiąc jednak zbliżyć się do poziomu prezentowanego wcześniej, albo decydowali się na radykalne eksperymenty z ówczesnymi trendami (głównie elektroniką), czym tylko tracili szacunek dawnych fanów, nie zyskując nowych. Którą opcję wybrali Stonesi na wydanym w 1997 roku albumie "Bridges to Babylon"? Obie. Powtórzyła się zatem sytuacja z początku lat 80. i albumu "Undercover". Dokładnie tak samo jak wtedy, Keith Richards opowiedział się po stronie muzycznego konserwatyzmu, podczas gdy Mick Jagger postanowił przemycić trochę nowoczesności.

Wokalista nawiązał nawet współpracę z producenckim duetem Dust Brothers, znanym głównie z tworzenia hip hopowych podkładów (m.in. dla Beastie Boys). Rezultatem są trzy utwory: wydane na singlach "Anybody Seen My Baby?" i "Saint of Me", oraz "Might as Well Get Juiced". Pierwszy z nich znają chyba wszyscy, to najpopularniejszy utwór Stonesów z ostatniego ćwierćwiecza. Nawiązujący do ówczesnej muzyki pop, poprzez dyskotekowy rytm, użycie sampli, a nawet krótki fragment z (nieudolnym) rapowaniem Micka. Na szczęście są tu także gitary, dzięki czemu utwór brzmi znośnie dla rockowego słuchacza. Podobieństwo melodii refrenu do starszego o kilka lat przeboju "Constant Craving" kanadyjskiej wokalistki k.d. lang jest ponoć przypadkowe, jednak Stonesi na wszelki wypadek dopisali jego twórców jako współautorów. Mniej znany "Saint of Me" to połączenie mechanicznej perkusji (prawdopodobnie wsamplowanej) z ciepłą partią organów w wykonaniu Billy'ego Prestona, oraz ostrymi, rockowymi gitarami. O wiele lepiej utwór ten brzmiałby z "normalną" perkusją. "Might as Well Get Juiced" jest natomiast najbardziej odważnym eksperymentem - zniekształconej partii wokalnej Jaggera towarzyszy zdominowany przez elektronikę podkład. Pojawiają się tu też prawdziwe instrumenty - gitara i harmonijka - jednak nie są w stanie nadać kompozycji rockowego charakteru. To bardzo dziwny, zupełnie niestonesowski utwór. Ale muszę przyznać, że intrygujący. I chyba najlepszy na całym albumie.

Z pozostałych utworów wyróżnić warto przede wszystkim "Gunface", łączący hardrockowy ciężar z przebojową melodią (nie tylko w refrenie). Zmarnowany potencjał mają natomiast ballady "Already Over Me" i "Always Suffering" - obie zaczynają się bardzo ładnie, ale cały czar pryska podczas banalnych refrenów. Choć i tak się bronią na tle dwóch ballad śpiewanych przez Richardsa, smętnych "Thief in the Night" i "How Can I Stop". W tym miejscu należałoby dodać, że "Bridges to Babylon" jest jedynym albumem zespołu, na którym gitarzysta śpiewa w aż trzech utworach. Ten trzeci to koszmarny "You Don't Have to Mean It" - kolejny smęt, tym razem w rytmie reggae. Rozczarowanie przynoszą także bardziej rockowe utwory (poza wspomnianym "Gunface"), jak np. chaotyczne "Flip the Switch" i "Out of Control" (ten ostatni był nawet, o dziwo, wydany na singlu). W sumie mamy tu więc do czynienia z odwrotną sytuacją, niż na przywołanym we wstępie albumie "Undercover" - lepsze wrażenie bowiem sprawiają utwory eksperymentalne, wnoszące pewien powiew świeżości, natomiast kiepsko wypadają bardziej konserwatywne nagrania, które są wtórne i, kolokwialnie mówiąc, niefajne. "Bridges to Babylon" jest też kolejnym albumem Stonesów, który trwa zdecydowanie za długo. Szkoda, że zespół z takim stażem bardziej stawia na ilość, niż jakość.

Ocena: 5/10



The Rolling Stones - "Bridges to Babylon" (1997)

1. Flip the Switch; 2. Anybody Seen My Baby?; 3. Low Down; 4. Already Over Me; 5. Gunface; 6. You Don't Have to Mean It; 7. Out of Control; 8. Saint of Me; 9. Might as Well Get Juiced; 10. Always Suffering; 11. Too Tight; 12. Thief in the Night; 13. How Can I Stop

Skład: Mick Jagger - wokal, gitara, instr. klawiszowe, harmonijka; Keith Richards - gitara, pianino, wokal (6,12,13), dodatkowy wokal; Ronnie Wood - gitara; Charlie Watts - perkusja, dodatkowy wokal
Gościnnie: Jeff Sarli - bass (1,11,13); Joe Sublett - saksofon (1,3,6,12); Waddy Wachtel - gitara (1-3,7-13), dodatkowy wokal (10); Blondie Chaplin - instr. perkusyjne (1-3,10-12); bass (3), pianino (4,11,13), dodatkowy wokal (1-4,6-8,10-13); Jim Keltner - instr. perkusyjne (1,3-7,10-13), dodatkowy wokal (10); Bernard Fowler - dodatkowy wokal (1-4,6-8,10-13); Jamie Muhoberac - bass (2), instr. klawiszowe (2,7,8); Don Was - instr. klawiszowe (2,7,13), bass (4); Darrell Leonard - trąbka (3,6,12); Benmont Tench - instr. klawiszowe (4,10); Kenny Aronoff - instr. perkusyjne (4); Danny Saber - bass (5,7), gitara (5), instr. klawiszowe (5,7); Darryl Jones - bass (6,10,12), dodatkowy wokal (10); Clinton Clifford - instr. klawiszowe (6); Me'Shell NdegéOcello - bass (8); Pierre de Beauport - bass (8), instr. klawiszowe (12); Billy Preston - organy (8); Doug Wimbish - bass (9), dodatkowy wokal (10); Wayne Shorter - saksofon (13)
Producent: Don Was, Mick Jagger i Keith Richards; The Dust Brothers (2,8,9); Danny Saber (5); Rob Fraboni (6); Pierre de Beauport (10)


25 marca 2016

[Recenzja] The Damnation of Adam Blessing - "The Damnation of Adam Blessing" (1969)



Od kilku lat przeszukuję "internety" w poszukiwaniu zapomnianych rockowych wykonawców. Zacząłem jeszcze przed utworzeniem tego bloga. I niejednokrotnie już wątpiłem, czy znajdę kolejną perłę na miarę Rory'ego Gallaghera, T2, Atomic Rooster lub Lucifer's Friend. Wciąż jednak natrafiam na nieznaną mi wartościową muzykę sprzed lat. Do najnowszego odkrycia doszło wyjątkowo bez pomocy Internetu, a dzięki wypadowi na giełdę winylową. Zespół nazywa się The Damnation of Adam Blessing i powstał pod koniec lat 60. w Cleveland, w stanie Ohio. Swoją dziwną nazwę zawdzięczał wokaliście, Billowi Constable'owi, ukrywającemu się pod pseudonimem Adam Blessing. W 1969 roku grupa wydała swój debiutancki album. Zawarta na nim muzyka to interesująca mieszanka rocka psychodelicznego i hard rocka, momentami lekko zahaczająca o blues (głównie podczas gitarowych solówek).

Longplay rozpoczyna się od energetycznego "Cookbook". Świetne jest brzmienie, z ostrymi gitarami, mocną perkusją i głębokim, dobrze słyszalnym basem. Sam utwór też niczego sobie - jest dobra melodia, instrumentaliści grają jak natchnieni, a obdarzony ciekawą barwą głosu Bill Constable w pełni wykorzystuje tu swoje wokalne umiejętności. Kolejny na płycie "Morning Dew" to przeróbka folkowego utworu kanadyjskiej wokalistki Bonnie Dobson z 1962 roku, znany też m.in. z wykonań Grateful Dead, The Jeff Beck Group i Nazareth. Jednak to własnie wersja Damnation of Adam Blessing robi na mnie największe wrażenie. Muzykom świetnie wyszło przeplatanie stonowanych, psychodeliczno-folkowych zwrotek, z ostrzejszymi refrenami. "Le' Voyage" to, jak można domyślić się po tytule, jeden z bardziej psychodelicznych utworów na albumie, choć oparty na dynamicznym, jakby hendrixowskim riffie. Podczas instrumentalnego fragmentu pojawia się fajne organowe tło. Dziwnie, że w opisie albumu zabrakło informacji kto gra na klawiszach - partie organów elektrycznych robią tutaj naprawę sporo dobrego. Chociażby w kolejnym utworze, "You Don't Love Me", gdzie wchodzą w rewelacyjny dialog z gitarami. Utwór jest przeróbką bluesowego standardu, oryginalnie wykonywanego przez Willie Cobbs; znany jest także z bardzo rozbudowanego wykonania The Allman Brothers Band z koncertówki "At Fillmore East".

Klawisze odgrywają sporą rolę także w balladowym "Strings and Things", choć uwagę przyciągają tu przede wszystkim partie gitary akustycznej i finałowa solówka, oraz ekspresyjna partia wokalna. Nieco słabszym fragmentem albumu jest "Last Train to Clarksville" - ostatnia przeróbka, tym razem z repertuaru The Monkees. Jest to całkiem przyjemna piosenka, z pulsującym basem, fajnymi organami i zgrabnymi gitarowymi solówkami, jednak na tle całości wypada trochę zbyt trywialnie pod względem melodycznym. Nie pasuje do bardziej dojrzałej reszty utworów. Zespół szybko to jednak wynagradza rewelacyjnym "Dreams". Świetny klimat tworzy w nim transowa gra sekcji rytmicznej, gitara akustyczna, oraz partia fletu w wykonaniu Constable'a. Do tego mamy tutaj fantastyczną melodię i porywające gitarowe solówki. Dalej rozbrzmiewa bardzo chwytliwy, wręcz beatlesowski "Hold On", zachwycający głębokim basem i krótką, lecz świetną solówką. A na zakończenie czeka kolejna perła, "Lonely". Utwór z początku bardzo stonowany, stopniowo jednak nabierający na ekspresji. Końcówka to prawdziwy majstersztyk. Poza fantastycznym budowaniem napięcia, uwagę zwraca także dłuższa, jazzująca solówka na gitarze.

Debiut The Damnation of Adam Blessing to jeden z najlepszych amerykańskich albumów rockowych, a także najbardziej chyba niedoceniony. To naprawdę rewelacyjny materiał, stworzony przez utalentowanych muzyków, którym nie można zarzucić ani braku talentu wykonawczego, ani kompozytorskiego. Trudno uwierzyć, że taki zespół nie osiągnął sukcesu i popadł w niemal całkowite zapomnienie.

Ocena: 9/10



The Damnation of Adam Blessing - "The Damnation of Adam Blessing" (1969)

1. Cookbook; 2. Morning Dew; 3. Le' Voyage; 4. You Don't Love Me; 5. Strings and Things; 6. Last Train to Clarksville; 7. Dreams; 8. Hold On; 9. Lonely

Skład: Adam Blessing - wokal, flet (7); Jim Quinn - gitara, instr. perkusyjne, dodatkowy wokal; Bob Kalamasz - gitara, dodatkowy wokal; Ray Benick - bass; Bill Schwark - perkusja i instr perkusyjne
Producent: Eric Stevens


23 marca 2016

[Recenzja] The Firm - "Mean Business" (1986)



Drugi - i zarazem ostatni - album Firmy Jimmy'ego Page'a i Paula Rodgersa został przygotowany praktycznie z tych samych składników, co wydany rok wcześniej debiut. Zabrakło jednak kompozycji na miarę "Midnight Moonlight". Znalazło się tutaj natomiast trochę bezbarwnego, wygładzonego brzmieniowo hard rocka ("Fortune Hunter", "Cadillac", "Tear Down the Walls"), stanowiącego dodatek do miałkiego pop rocka, prezentowanego we wszystkich pozostałych kompozycjach. Wielka szkoda, że taki skład marnował się w takim repertuarze. Zwłaszcza, że Page wciąż potrafił zabłysnąć świetnymi solówkami (np. w "Live in Peace" i "Dreaming"), a Rodgers wciąż był w fantastycznej formie wokalnej. Jako kompozytorzy nie zdołali jednak wykrzesać z siebie nic godnego uwagi. O kryzysie twórczym świadczy także fakt sięgnięcia po starsze kompozycje: "Live in Peace" to nowa wersja utworu z debiutanckiego albumu Rodgersa, "Cut Loose" (z 1983 roku), natomiast "Fortune Hunter" to pozostałość po sesjach XYZ - projektu Page'a oraz byłych muzyków Yes, Chrisa Squire'a i Alana White'a. Co ciekawe, to właśnie te dwa utwory wypadają zdecydowanie najlepiej ze wszystkich. Warto dodać, że tutejsza wersja "Fortune Hunter" jest podpisana wyłącznie nazwiskami Page'a i Rodgersa, choć współkompozytorem oryginalnej wersji był Squire. Muzyk rozważał sądowy pozew, jednak dał sobie spokój, gdy album "Mean Business" okazał się komercyjną klapą, podczas gdy on sam nie mógł narzekać na brak pieniędzy, dzięki ogromnemu sukcesowi longplaya "90125" Yes. Teoretycznie również zawierającego bardzo komercyjny pop rock, jednak nieporównywalnie ciekawszy od tego, co znalazło się na "Mean Business".

Ocena: 4/10



The Firm - "Mean Business" (1986)

1. Fortune Hunter; 2. Cadillac; 3. All the King's Horses; 4. Live in Peace; 5. Tear Down the Walls; 6. Dreaming; 7. Free to Live; 8. Spirit of Love

Skład: Paul Rodgers - wokal, gitara, pianino; Jimmy Page - gitara; Tony Franklin - bass, instr. klawiszowe; Chris Slade - perkusja i instr. perkusyjne, dodatkowy wokal
Producent: Jimmy Page, Paul Rodgers i Julian Mendelsohn


21 marca 2016

[Recenzja] The Rolling Stones - "Stripped" (1995)



Po wydaniu dwóch bardzo konserwatywnych albumów studyjnych - "Steel Wheels" i "Voodoo Lounge" - Stonesi postanowili pójść z duchem czasu i zgodnie z panującą w latach 90. modą, nagrać koncertówkę "bez prądu". Chociaż "Stripped" to nie do końca koncertówka. Wszystkie utwory zostały co prawda zarejestrowane na żywo, jednak tylko połowa z nich podczas koncertów, a reszta w studiu. Z tym "bez prądu" to też nie do końca prawda, gdyż czasem pojawiają się solówki na elektrycznej gitarze. Dominuje tu jednak granie akustyczne. Na repertuar składają się głównie utwory, które można było zaprezentować w takich wersjach bez większych zmian aranżacyjnych. Wybór jest jednak dość zaskakujący. Niewiele tutaj przebojów - tylko "Street Fighting Man" (nietracący nic ze swojej dynamiki), "Wild Horses" i "Angie". Reszta to mniej znane kompozycje, w tym takie perełki, jak "Shine a Light", "Let It Bleed", czy "Love in Vain". Największą atrakcją są natomiast dwa "nowe" utwory. W cudzysłowie, ponieważ oba to covery innych wykonawców. Świetnym pomysłem było sięgnięcie po "Like a Rolling Stone" Boba Dylana - nie tylko ze względu na tytuł, ale po prostu dlatego, że to fantastyczna kompozycja. W wersji Stonesów nabrała większej dynamiki, jest to też jeden z kilku utworów na tym albumie, w których pojawiają się ostrzejsze partie gitary elektrycznej; poza tym zawiera również świetne organowe tło. Bardzo dobrze wypada także "Little Baby" Williego Dixona, zachowujący bluesowy klimat oryginału.

"Stripped" to ciekawy album, który na pewno warto poznać. Choć ze względu na małe zróżnicowanie, wymuszone przyjętą konwencją grania "bez prądu", po pewnym czasie można odczuć znużenie. Można było skrócić całość o kilka mniej ciekawych fragmentów (ze "Slipping Away" i "Sweet Virginia" na czele). Ogólnie jednak przeważa pozytywne wrażenie.

Ocena: 7/10



The Rolling Stones - "Stripped" (1995)

1. Street Fighting Man; 2. Like a Rolling Stone; 3. Not Fade Away; 4. Shine a Light; 5. The Spider and the Fly; 6. I'm Free; 7. Wild Horses; 8. Let It Bleed; 9. Dead Flowers; 10. Slipping Away; 11. Angie; 12. Love in Vain; 13. Sweet Virginia; 14. Little Baby

Skład: Mick Jagger - wokal, harmonijka, gitara; Keith Richards - gitara, wokal (10), dodatkowy wokal; Ronnie Wood - gitara; Charlie Watts - perkusja
Gościnnie: Darryl Jones - bass; Chuck Leavell - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal; Bernard Fowler - instr. perkusyjne, dodatkowy wokal; Lisa Fischer - dodatkowy wokal; Don Was - organy (4); Bobby Keys, Andy Snitzer - saksofony (10); Michael Davis - puzon (10; Kent Smith - trąbka (10)
Producent: Don Was, Mick Jagger i Keith Richards


18 marca 2016

[Recenzja] Steamhammer - "Mountains" (1970)



Przed nagraniem "Mountains", trzeciego albumu w dyskografii Steamhammer, skład zespołu pomniejszył się o saksofonistę Steve'a Jolliffe'a, który miał znaczny wpływ na ostateczny kształt poprzedniego albumu, "Mk II". "Mountains" jest w rezultacie uboższy aranżacyjnie, jednak wciąż bardzo różnorodny stylistycznie. Zespół po raz kolejny inspirował się rockiem psychodelicznym ("Henry Lane", tytułowy "Mountains") i folkiem ("Leader of the Ring"). Oczywiście, nie zabrakło też bardziej dynamicznego, rockowego grania - reprezentowanego m.in. przez "Walking Down the Road" i "I Wouldn't Have Thought (Gophers Song)". Ten ostatni należy do najciekawszych fragmentów longplaya - uwagę zwraca przede wszystkim długa część instrumentalna, o progresywnym charakterze, z umiejętnie budowanym napięciem. Największe wrażenie robią jednak dwa ostatnie utwory: "Riding on the L&N" (oryginalnie wykonywany przez amerykańskiego jazzmana Lionela Hamptona) i "Hold That Train". W przeciwieństwie do reszty albumu, zostały zarejestrowane na żywo i są rewelacyjnym przykładem blues rockowej improwizacji. Jak się okazuje, muzycy Steamhammer byli w tym niemal tak samo dobrzy, jak członkowie Cream czy The Allman Brothers Band. A trudno o lepsze wyróżnienie. Studyjne utwory zasługują najwyżej na ocenę dobrą (7/10), jednak ten ostatni kwadrans znacznie podnosi poziom całości.

Ocena: 8/10



Steamhammer - "Mountains" (1970)

1. I Wouldn't Have Thought (Gophers Song); 2. Levinia; 3. Henry Lane; 4. Walking Down the Road; 5. Mountains; 6. Leader of the Ring; 7. Riding on the L&N (live); 8. Hold That Train (live)

Skład: Kieran White - wokal, gitara, harmonijka; Martin Pugh - gitara; Steve Davy - bass, organy, dodatkowy wokal; Mick Bradley - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Keith Nelson - bandżo (3)
Producent: Fritz Fryer


16 marca 2016

[Recenzja] The Jeff Beck Group - "Rough and Ready" (1971)



Jednym z największych błędów w karierze Jeffa Becka było rozwiązanie The Jeff Beck Group na dzień przed zaplanowanym występem na festiwalu Woodstock w sierpniu 1969 roku. Gitarzysta nie mógł jednak wiedzieć, że będzie to jedno z najważniejszych wydarzeń w historii muzyki rockowej i że udział w nim mógłby znacząco zwiększyć jego popularność. Natomiast zespół przechodził wówczas kryzys. Nieustanne konflikty wynikały zarówno z powodu trudnego charakteru Becka, jak i decyzji wokalisty Roda Stewarta o nagraniu solowego albumu (z pomocą innego członka zespołu, Ronniego Wooda). Po zawieszeniu działalności grupy, gitarzysta nawiązał współpracę z sekcją rytmiczną amerykańskiego zespołu Vanilla Fudge: basistą Timem Bogertem i perkusistą Carminem Appicem. Wówczas nic z tego jednak nie wyszło, przez poważny wypadek samochodowy Becka. Bogert i Appice założyli grupę Cactus, działającą przez kolejne dwa i pół roku - do czasu ponownej współpracy z Beckiem, pod szyldem Beck, Bogert & Appice. Ale to już inna historia, którą przypomnę innym razem.

Gdy Jeff wydobrzał, rozpoczął zbieranie nowego składu. Jako pierwszego pozyskał świetnego perkusistę Cozy'ego Powella (później członka m.in. Rainbow, Black Sabbath, Whitesnake i Emerson, Lake & Powell). Wspólnie zarejestrowali kilka nagrań z pomocą The Funk Brothers - sesyjnych muzyków wspierających wykonawców z wytwórni Motown, kojarzonej przede wszystkim z muzyką soul i funk. Rezultaty tej sesji nie zostały nigdy ujawnione. Pod koniec 1970 roku Beckowi towarzyszył już pełny skład, z Powellem, basistą Clivem Chamanem, klawiszowcem Maxem Middletonem, oraz wokalistą Alexem Ligertwoodem, którego po pewnym czasie - po sugestii wydawcy - zastąpił Bobby Tench. Lider postanowił odświeżyć nazwę The Jeff Beck Group, mimo że towarzyszyli mu zupełnie inni muzycy, a i wykonywana przez ten skład muzyka znacznie różniła się od tego, co prezentowało oryginalne wcielenie grupy - mniej w niej bluesa, a więcej rockowego czadu, oraz wpływów... funku, soulu i jazzu. Najwyraźniej był to efekt wspomnianej sesji z The Funk Brothers.

Nowe wcielenie The Jeff Beck Group zadebiutowało pod koniec 1971 roku albumem "Rough and Ready". W przeciwieństwie do wszystkich wcześniejszych i późniejszych wydawnictw Becka, longplay ten składa się głównie z utworów napisanych przez samego gitarzystę (bądź z czyjąś pomocą - vide "Jody", współtworzony przez Briana Shorta). Wyjątek stanowi "Max's Tune" (na pierwszym amerykańskim wydaniu zatytułowany "Raynes Park Blues"), będący dziełem Middletona. To zresztą kompozycja o nieco innym charakterze niż reszta albumu - ponad ośmiominutowy instrumental, wyraźnie zdradzający wpływy jazz rockowe. Muzycy pokazują tutaj wielki talent i wirtuozerię. Podobny poziom wykonawczy prezentują także w pozostałych, bardziej dynamicznych utworach. Chociażby w otwierającym album "Got the Feeling", który w zadziornych zwrotkach łączy hard rockowe riffowanie z funkowym pulsem sekcji rytmicznej, a łagodniejszy refren to dla odmiany niemal czysty soul. Pojawia się tu także jazzujące solo na pianinie, jednak wszystko to układa się w spójną całość. Dobrze do takiej muzyki pasuje głos Tencha, o właśnie soulowej barwie. Podobną mieszankę stylów zespół zafundował w czadowych "Situation" (pełnym porywających solówek Becka i jazzujących klawiszy Middletona), "Short Business" (w którym Beck daje popis gry techniką slide), oraz w najbliższym bluesowych korzeni "New Ways / Train Train". Dużo dzieje się także w finałowej balladzie "Jody", która bardzo ciekawie się rozwija. Mniej interesująco wypada tylko "I've Been Used", wyróżniający się prostszą, piosenkową strukturą i brakiem solowych popisów.

"Rough and Ready" to naprawdę bardzo udany longplay. Przyznam, że cenię go nawet wyżej od klasycznego "Truth" - ze względu na większą różnorodność i ciekawsze kompozycje. Największe wrażenie robią tu oczywiście porywające solówki Jeffa Becka, które czarują w niemal każdym (z jednym wyjątkiem) utworze, ale towarzyszącym mu muzykom też należą się brawa. Pod względem umiejętności ten skład The Jeff Beck Group prezentował się znacznie lepiej od oryginalnego wcielenia grupy. Może z wyjątkiem wokalisty, chociaż Bobby Tench naprawdę nieźle wywiązuje się ze swojego zadania. "Rough and Ready" to pozycja obowiązkowa dla wszystkich wielbicieli rockowej wirtuozerii.

Ocena: 9/10



The Jeff Beck Group - "Rough and Ready" (1971)

1. Got the Feeling; 2. Situation; 3. Short Business; 4. Max's Tune; 5. I've Been Used; 6. New Ways / Train Train; 7. Jody

Skład: Bobby Tench - wokal; Jeff Beck - gitara, bass; Clive Chaman - bass; Cozy Powell - perkusja i instr. perkusyjne; Max Middleton - instr. klawiszowe
Producent: Jeff Beck


15 marca 2016

[Recenzja] The Rolling Stones - "Voodoo Lounge" (1994)



Jeden z utworów zawartych na albumie "Voodoo Lounge" nosi tytuł "The Worst". Niestety, wiele mówi on o zawartości tego albumu. Może nie najgorszego w dyskografii Stonesów, ale zdecydowanie jednego ze słabszych. Longplay ukazał się już w czasach dominacji płyt kompaktowych i muzycy postanowili wykorzystać większą pojemność tego nośnika, wydając nieco dłuższy niż zwykle materiał (w wersji winylowej rozłożony na dwie płyty). Tymczasem dobrych pomysłów nie mieli nawet na standardowe 40-45 minut. W rezultacie, przesłuchanie tego ponad godzinnego longplaya w całości może być ciężkim doświadczeniem. Szczególnie jeśli wziąć pod uwagę, że dużo tutaj smęcenia, w postaci mdłych ballad "The Worst", "New Faces", Moon Is Up", "Out of Tears" i najgorszej z nich "Sweethearts Together". Idiotycznym pomysłem było umieszczenie czterech z nich jedna po drugiej. Przy takiej dawce słodyczy można dostać odruchów wymiotnych, a przynajmniej odczuć chęć wyłączenia albumu. Podobne odczucia towarzyszą podczas słuchania "Brand New Car", wzbogaconego tandetnymi dęciakami, oraz dyskotekowej poczwary "Suck on the Jugular". Do nielicznych udanych fragmentów zalicza się "Blinded by Rainbows" - kolejna ballada, ale wyróżniająca się zgrabną, chwytliwą i nie przesłodzoną melodią. Dobrze wypadają też trzy bardziej żywiołowe utwory, które zresztą promowały album na singlach - "Love Is Strong", "You Got Me Rocking" i "I Go Wild". Słucha się ich całkiem dobrze, nawet jeśli nie zapadają na dłużej w pamięć. Te cztery utwory to zdecydowanie za mało, aby uratować ten album, składający się w większej części z wypełniaczy i wspomnianych wyżej słabizn.

Ocena: 5/10



The Rolling Stones - "Voodoo Lounge" (1994)

1. Love Is Strong; 2. You Got Me Rocking; 3. Sparks Will Fly; 4. The Worst; 5. New Faces; 6. Moon Is Up; 7. Out of Tears; 8. I Go Wild; 9. Brand New Car; 10. Sweethearts Together; 11. Suck on the Jugular; 12. Blinded by Rainbows; 13. Baby Break It Down; 14. Thru and Thru; 15. Mean Disposition

Skład: Mick Jagger - wokal, gitara, harmonijka, instr. perkusyjne; Keith Richards - gitara, wokal (4,14), pianino, instr. perkusyjne, dodatkowy wokal; Ronnie Wood - gitara, dodatkowy wokal; Charlie Watts - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Darryl Jones - bass; Chuck Leavell - instr. klawiszowe; Benmont Tench - instr. klawiszowe, akordeon; Ivan Neville  - organy, dodatkowy wokal; Pierre de Beauport - gitara; Frankie Gavin - skrzypce, flażolet; David McMurray - saksofon; Mark Isham - trąbka; Luís Jardim, Phil Jones, Lenny Castro - instr, perkusyjne; Flaco Jimenez - akordeon; Bernard Fowler, Bobby Womack - dodatkowy wokal
Producent: Don Was, Mick Jagger i Keith Richards


14 marca 2016

[Recenzja] The Nice - "The Thoughts of Emerlist Davjack" (1967)



Dziś miała się tu pojawić zupełnie inna recenzja. Jednak w związku ze śmiercią Keitha Emersona, postanowiłem przypomnieć debiutancki album jego pierwszego istotnego zespołu, The Nice. Prekursorskiej grupy, która jako jedna z pierwszych łączyła rock z jazzem i muzyką klasyczną, przyczyniając się do powstania rocka progresywnego. Powstała na początku, 1967 roku jako... zespół mający wspierać amerykańską wokalistkę P. P. Arnold, niezadowoloną ze swoich dotychczasowych współpracowników. Ponieważ Arnold odnosiła sukcesy przede wszystkim w Wielkiej Brytanii, postanowiono zatrudnić brytyjskich muzyków. Jako pierwszy propozycję dostał Keith Emerson. To on zebrał pozostałych muzyków: śpiewającego basistę Lee Jacksona (z którym grał już w Gary Farr and the T-Bones), gitarzystę Davida O'Lista, oraz perkusistę Iana Hague'a. Muzycy nie tylko wspomagali na scenie Arnold, ale też otwierali występy własnym setem. A gdy wokalistka wróciła do Stanów, zespół na dobre rozpoczął własną działalność. Już bez Hague'a, który nie był zainteresowany graniem ambitniejszej muzyki. Jego miejsce zajął Brian Davison.

Debiutancki album Brytyjczyków, "The Thoughts of Emerlist Davjack", nie jest jednak szczególnie wybitnym osiągnięciem. Dominuje na nim modny w tamtym czasie rock psychodeliczny. Takie utwory, jak "Flower King of Flies", tytułowy "The Thoughts of Emerlist Davjack", "Tantalising Maggie" czy "The Cry of Eugene" nie odbiegają daleko od ówczesnych dokonań The Beatles lub Pink Floyd. Z bardziej eksperymentalnymi utworami tej drugiej grupy wiele wspólnego ma "Dawn" - mniej konwencjonalny utwór o intrygującym klimacie. Są tutaj też momenty ostrzejsze, niemal zahaczające o hard rock ("Bonnie K", instrumentalny "War and Peace"). Przejawem większych ambicji muzyków jest natomiast trwająca ponad osiem minut instrumentalna kompozycja "Rondo". W znacznym stopniu oparta na jazzowym standardzie "Blue Rondo à la Turk", oryginalnie nagranym w 1959 roku przez The Dave Brubeck Quartet (muzycy The Nice zrezygnowali jednak ze skomplikowanego metrum 9/8 na rzecz prostego 4/4). Zawiera również cytat z "Toccaty i fugi d-moll" Bacha - był to jeden z pierwszych przykładów wplecenia motywu z muzyki klasycznej do rockowego utworu. Kompozycja jest przede wszystkim wirtuozerskim popisem Emersona, choć nie brakuje w niej również zadziornych partii O'Lista i dynamicznej gry sekcji rytmicznej.

"The Thoughts of Emerlist Davjack" to całkiem przyzwoity debiut. Nie tak patetyczny, jak późniejsze dokonania The Nice, łatwiej przyswajalny dla rockowych słuchaczy. Warto zapoznać się z tym albumem, choćby dla samego "Rondo". Bo choć pozostałych utworów słucha się naprawdę przyjemnie, to podobnej muzyki powstało wówczas mnóstwo i nierzadko była utrzymana na znacznie wyższym poziomie. "Rondo" wnosi natomiast powiew świeżości i do dziś brzmi bardzo intrygująco.

Ocena: 7/10



The Nice - "The Thoughts of Emerlist Davjack" (1967)

1. Flower King of Flies; 2. The Thoughts of Emerlist Davjack; 3. Bonnie K; 4. Rondo; 5. War and Peace; 6. Tantalising Maggie; 7. Dawn; 8. The Cry of Eugene

Skład: Lee Jackson - wokal, bass, gitara, instr. perkusyjne; Keith Emerson - instr. klawiszowe, dodatkowy wokal; David O'List - gitara, trąbka, flet, dodatkowy wokal; Brian Davison - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Billy Nicholls - dodatkowy wokal (2)
Producent: The Nice


11 marca 2016

[Recenzja] Diamond Head - "Diamond Head" (2016)



Diamond Head to legenda New Wave of British Heavy Metal. Zespół jest niezwykle ceniony w pewnych kręgach, choć nigdy nie zdobył powszechnej popularności na miarę Iron Maiden, Saxon, czy Def Leppard. Do czego zresztą przyczyniły się nietrafione decyzje muzyków. Po wydaniu świetnego debiutu "Lightning to the Nations", grupa zaczęła zmierzać w stronę bardziej przystępnej, komercyjnej muzyki. Efektem był mniej udany, "przejściowy" longplay "Borrowed Time", oraz jego koszmarny, poprockowy następca - "Canterbury". Po jego wydaniu, fani stracili zainteresowanie zespołem, który w rezultacie zakończył działalność. Z czasem jednak twórczość grupy zaczęła zyskiwać nowych wielbicieli (w czym sporą zasługę mieli członkowie Metalliki, którzy w wywiadach wymieniali Diamond Head jako główną inspirację i "zaadoptowali" do swojego repertuaru aż cztery utwory z "Lightning..."). Dzięki temu, w latach 90. doszło do krótkiej reaktywacji zespołu, udokumentowanej przeciętnym albumem "Death and Progress". Dekadę później nastąpił kolejny powrót - tym razem już na stałe. Niestety, niedługo potem odszedł oryginalny wokalista, Sean Harris, którego zastąpił niesprawdzający się w tej roli Nick Tart (dowód na albumach "All Will Be Revealed" i "What's in Your Head?" wydanych w poprzedniej dekadzie).

Po dziewięciu latach  wydawniczego milczenia, do sklepów właśnie trafił siódmy studyjny album zespołu, zatytułowany po prostu "Diamond Head". Nagrany już z nowym wokalistą, Rasmusem Bomem Andersenem. Zresztą jedynym członkiem oryginalnego składu jest gitarzysta Brian Tatler. Mimo tego, muzykom udaje się tutaj czasami przywołać ducha NWOBHM. Tak jest chociażby w "Shout at the Devil" - przebojowym kawałku, opartym na klasycznie heavy metalowym riffie. Nowy wokalista całkiem nieźle radzi sobie w takiej stylistyce, a umiejętnościami przewyższa swojego poprzednika. Inne przykłady tego typu grania, to "Wizards Sleeve", "Diamonds", oraz "Speed", w którym pojawiają się świetne solówki - nie tylko gitarowe, bo także na basie. Dobrze wypadają także bardziej monumentalne utwory, utrzymane w wolniejszych tempach, jak "Set My Soul on Fire", czy przede wszystkim finałowy "Silence". Ten ostatni wyraźnie zdradza inspirację zeppelinowym "Kashmir". Zresztą zespół już kiedyś nawiązał do tego utworu - w "The Kingmaker" z "Canterbury". Wówczas wyszło tragicznie - kiczowato i bez mocy. "Silence" jest natomiast naprawdę potężnym utworem, z niesamowitym klimatem i fantastycznymi orientalizmami. Niestety, nie wszystkie utwory na "Diamond Head" zachwycają. Takie kawałki, jak "Bones", "See You Rise", czy "Blood on My Hands", przypominają mniej ciekawe, unowocześnione oblicze grupy (to z Tartem). Prawdziwą porażką jest natomiast banalny "All the Reasons You Live", odrzucający swoim ewidentnie komercyjnym charakterem.

"Diamond Head" to album trudny do oceny. Z jednej strony, jest to zdecydowanie najlepsze wydawnictwo grupy od czasu "Borrowed Time", momentami świetnie przywołujące "złote lata" heavy metalu. Z drugiej strony, jest to bardzo przewidywalna muzyka (może z wyjątkiem "Silence", który jednak też nie jest szczególnie oryginalny), w dodatku sporo tu wypełniaczy, nie wspominając o jednym kompletnym niewypale. Dlatego ostatecznie ocena jest chłodna. Jednak z czystym sumieniem polecam ten album wszystkim miłośnikom klasycznego heavy metalu.

Ocena: 6/10



Diamond Head - "Diamond Head" (2016)

1. Bones; 2. Shout at the Devil; 3. Set My Soul on Fire; 4. See You Rise; 5. All the Reasons You Live; 6. Wizards Sleeve; 7. Our Time Is Now; 8. Speed; 9. Blood on My Hands; 10. Diamonds; 11. Silence

Skład: Rasmus Bom Andersen - wokal; Brian Tatler - gitara; Andy Abberley - gitara; Eddie Moohan - bass; Karl Wilcox - perkusja
Producent: Diamond Head


9 marca 2016

[Recenzja] The Firm - "The Firm" (1985)



Zaledwie miesiąc po premierze wspólnego albumu Roya Harpera i Jimmy'ego Page'a, "Whatever Happened to Jugula?", wydany został longplay kolejnego projektu byłego gitarzysty Led Zeppelin - The Firm. Była to efemeryczna supergrupa, w skład której wchodzili także: wokalista Paul Rodgers (ex-Free i Bad Company), perkusista Chris Slade (ex-Manfred Mann's Earth Band i Uriah Heep, później członek AC/DC), oraz basista Tony Franklin (z zespołu Harpera). Stylistycznie album nie odbiega daleko od tego, co Page i Rodgers grali do tamtej pory - to mieszanka stylów Led Zeppelin i Bad Company. Brzmienie jest jednak typowe dla popowych produkcji z lat 80. - przesadnie wypolerowane, z wycofaną w miksie gitarą.

Dla fanów Led Zeppelin największą atrakcję stanowi finałowa kompozycja "Midnight Moonlight". To nowe opracowanie "Swan Song" - nigdy niewydanego utworu Led Zeppelin, pochodzącego z okresu "Physical Graffiti". Klimatem przypomina "The Rain Song", jednak ma ładniejszą melodię i dzieje się w nim o wiele więcej, dzięki czemu te prawie dziesięć minut mija niepostrzeżenie, bez uczucia znużenia. Echa zeppelinowego bluesa pojawiają się w takich utworach, jak "Make or Break" i "Someone to Love", które stanowią świetne pole do popisu dla Page'a, ale pozwalają wykazać się też Rodgersowi, który wówczas wciąż dysponował fantastycznym głosem. Bliższe twórczości Bad Company są dwa inne utwory: bardzo chwytliwy "Money Can't Buy" - w którym spokojne zwrotki z uwypuklonym basem kontrastowane są czadowym refrenem - a także dynamiczny "Closer", napędzany bardzo nośnym riffem Page'a, niepotrzebnie jednak złagodzony dęciakami. Niestety, na albumie nie brakuje utworów, zdradzających komercyjne nastawienie muzyków. Do nich należą m.in. singlowe "Radioactive" i "Satisfaction Guaranteed". Oba jednak bronią się dzięki gitarowym popisom Page'a - w pierwszym są to charakterystyczne zagrywki (przywodzące na myśl zeppelinowski "In the Evening"), zaś w drugim świetna solówka grana techniką slide. Ewidentnie słabiej wypadają smętne "Together" i "You've Lost That Lovin' Feeling" (ten ostatni oryginalnie wykonywany był przez popowy duet The Righteous Brothers). Od muzyków tej klasy, co Page i Rodgers, można wymagać czegoś więcej, niż granie tak miałkiego popu, jak te dwa kawałki.

Podsumowując, debiutancki album Firmy pozostawia mieszane odczucia. Gdyby nie "Midnight Moonlight" byłby to longplay co najwyżej przeciętny, ale ten jeden utwór znacznie podnosi jego poziom. To jeden z najlepszych utworów lat 80. nagranych przez muzyków, którzy największe sukcesy odnosi w poprzednich dekadach. Pozostałe utwory to tylko mniej lub bardziej przyjemny dodatek.

Ocena: 7/10



The Firm - "The Firm" (1985)

1. Closer; 2. Make or Break; 3. Someone to Love; 4. Together; 5. Radioactive; 6. You've Lost That Lovin' Feeling; 7. Money Can't Buy; 8. Satisfaction Guaranteed; 9. Midnight Moonlight

Skład: Paul Rodgers - wokal, gitara; Jimmy Page - gitara; Tony Franklin - bass, instr. klawiszowe, dodatkowy wokal; Chris Slade - perkusja i instr. perkusyjne
Gościnnie: Paul "Shilts" Weimar, Willie Garnett, Don Weller - saksofony (1); Steve Dawson - trąbka (1); Sam Brown, Helen Chappelle, Joy Yates - dodatkowy wokal (6,9)
Producent: Jimmy Page i Paul Rodgers


7 marca 2016

[Recenzja] The Rolling Stones - "Flashpoint" (1991)



Kolejna koncertówka Stonesów. Tym razem dokumentująca trasę promującą album "Steel Wheels". Zaskakująco mało tutaj jednak utworów z owego albumu - wersja winylowa zawiera tylko "Sad Sad Sad" ("Continental Drift" nie liczę, bo to tylko kilkusekundowy fragment pełniący rolę wstępu), dwa inne zostały dodane w wydaniu kompaktowym ("Rock and a Hard Place" i "Can't Be Seen"). W ogóle mało tutaj utworów z albumów nagranych z Ronniem Woodem, bo są jeszcze tylko "Start Me Up" i "Miss You" - jedyne prawdziwe przeboje z tego okresu. I dobrze, bo dzięki temu jest więcej miejsca na stonesowską klasykę, zarówno z czasów Briana Jonesa (np. "Ruby Tuesday", "Paint It Black", "Sympathy for the Devil" i nieśmiertelne "Satisfaction"), jak i Micka Taylora ("You Can't Always Get What You Want", "Brown Sugar" i "Jumpin' Jack Flash"). Repertuaru dopełniają mniej znane utwory, jak "Factory Girl", czy przeróbka "Little Red Rooster" Howlin' Wolfa, ozdobiona świetną solówką samego Erica Claptona. Wykonania są jak zwykle bardzo energetyczne (co jednak nie służy wszystkim utworom - vide chaotyczna wersja "Miss You") i czasem mocno odbiegają od pierwowzorów (np. ciekawie przearanżowany "Paint It Black").

"Flashpoint" jest jednak istotną pozycją głównie ze względu na obecność dwóch studyjnych, premierowych kompozycji: "Highwire" i "Sex Drive". Mają one przede wszystkim wartość historyczną - są to ostatnie dwa utwory Stonesów, w których nagraniu wziął udział basista Bill Wyman, kończąc tym samym trzydziestoletni staż w grupie. Same utwory wypadają całkiem przyzwoicie. "Highwire" to taki typowy dla grupy melodyjny rockowy czad, w stylu "Jumpin' Jack Flash", "Brown Sugar" czy "Start Me Up". Z kolei w "Sex Drive" członkowie zespołu po raz kolejny w karierze dają wyraz swojej fascynacji muzyką funk/disco; odpowiedni klimat tworzą tutaj partie dęciaków i żeńskie chórki. Nie są to wybitne kompozycje, ale trzymają dobry poziom albumu "Steel Wheels". Cały album spokojnie zasługuje na mocną "siódemkę".

Ocena: 7/10



The Rolling Stones - "Flashpoint" (1991)

LP1: 1. Continental Drift (intro); 2. Start Me Up; 3. Sad Sad Sad; 4. Miss You; 5. Ruby Tuesday; 6. You Can't Always Get What You Want; 7. Factory Girl; 8. Little Red Rooster
LP2: 1. Paint It Black; 2. Sympathy for the Devil; 3. Brown Sugar; 4. Jumpin' Jack Flash; 5. (I Can't Get No) Satisfaction; 6. Highwire (studio); 7. Sex Drive (studio)

Skład: Mick Jagger - wokal, gitara, harmonijka; Keith Richards - gitara, wokal; Ronnie Wood - gitara; Bill Wyman - bass; Charlie Watts - perkusja
Gościnnie: Chuck Leavell - instr. klawiszowe; Matt Clifford - instr. klawiszowe, waltornia; Bobby Keys - saksofon; Eric Clapton - gitara (LP1: 8); Bernard Fowler, Lisa Fischer, Cindy Mizelle, Katie Kissoon, Tessa Niles - dodatkowy wokal
Producent: Chris Kimsey, Mick Jagger i Keith Richards


4 marca 2016

[Recenzja] Steamhammer - "Mk II" (1969)



Debiutancki album Steamhammer nie odniósł komercyjnego sukcesu, choć zespół zdobywał coraz większą popularność dzięki koncertom. Wiosną 1969 roku muzycy dostali propozycję wsparcia słynnego amerykańskiego bluesmana Freddiego Kinga na jego brytyjskiej trasie. Wspólne koncerty rozpoczynały się od występu Steamhammer, a następnie wokalista Kieran White i gitarzysta Martin Pugh schodzili ze sceny, a do pozostałych muzyków - gitarzysty Martina Quittentona, basisty Steve'a Davy'ego i perkusisty Michaela Rushtona - dołączał King, by zaprezentować swój repertuar. Tak to działało w tamtych czasach - solowi artyści ze Stanów nie mogli koncertować w Europie ze swoimi stałymi współpracownikami, bo wytwórnie nie chciały płacić za ich przelot i pobyt za granicą. Stąd konieczność występowania z lokalnymi instrumentalistami. Innym przykładem takiej sytuacji były np. wspólne występy The Yardbirds z Sonnym Boyem Williamsonem.

Niedługo przed nagraniem drugiego albumu, ze Steamhammer zdecydowali się odejść Rushton i Quittenton. Nowym perkusistą został Mick Bradley, natomiast zamiast nowego gitarzysty przyjęto saksofonistę Steve'a Jolliffe'a (późniejszego członka Tangerine Dream, z którym nagrał album "Cyclone"). Rezultatem tego posunięcia jest większa rozpiętość stylistyczna. Zespół kontynuuje eksperymenty z psychodelią i folkiem, ale też wprowadza elementy jazzowe. Najmniej w tym wszystkim bluesa, który przecież dominował na debiucie. "Mk II" to bardzo zróżnicowany album, co najlepiej oddają cztery pierwsze utwory - każdy utrzymany w zupełnie innym stylu. "Supposed to Be Free" pokazuje nowe, jazzujące oblicze grupy; na pierwszy plan wybijają się tutaj saksofonowe partie Jolliffe'a. "Johnny Carl Morton" przynosi psychodeliczny klimat, utworzony za pomocą klawesynu i hipnotycznego basu. Z kolei "Sunset Chase" to akustyczna, instrumentalna miniaturka, przywodząca na myśl folkowe utwory Led Zeppelin. Natomiast "Contemporary Chick Con Song" to jedyny na tym albumie utwór stricte bluesrockowy. A zarazem jeden z jego najlepszych fragmentów, ze świetnymi solówkami na saksofonie i gitarze.

Dalsza część albumu wydaje się nieco bardziej spójna, choć zróżnicowanie stylistyczne wciąż jest spore. Wpływy folkowe powracają w "Down Along the Grove" i "Fran and Dee Take a Ride" - kolejnych akustycznych instrumentalach - a także w "6/8 for Amiran", który - nie tylko za sprawą fletu - brzmi jak zaginiony utwór Jethro Tull (gdzieś z okresu wydanego w tym samym roku "Stand Up"). "Turn Around" i "Passing Through" to z kolei bardziej piosenkowe, łagodne utwory o przyjemnych melodiach. Najbardziej wyróżniającym się utworem jest natomiast 15-minutowy "Another Travelling Tune". Nie tylko ze względu na czas trwania i mniej oczywistą strukturę, ale także dlatego, że to najostrzejszy, najbardziej hardrockowy utwór na albumie. Zasadnicza część utworu oparta jest na gitarowym duecie, budzącym skojarzenia z Wishbone Ash, jednak potem utwór ciekawie ewoluuje, pojawiają się interesujące solówki na saksofonie, a długi fragment instrumentalny zahacza o jazz, folk i psychodelię. Utwór stanowi zatem doskonałe podsumowanie całego albumu.

"Mk II" jest dowodem rozwoju zespołu, którego wówczas nie można było już przypisać do konkretnej stylistyki. Z drugiej strony, przez owo zróżnicowanie, albumowi można zarzucić brak spójności. Poszczególne utwory jednak się bronią, a niektóre z nich to prawdziwe perełki.

Ocena: 8/10



Steamhammer - "Mk II" (1969)

1. Supposed to Be Free; 2. Johnny Carl Morton; 3. Sunset Chase; 4. Contemporary Chick Con Song; 5. Turn Around; 6. 6/8 for Amiran; 7. Passing Through; 8. Down Along the Grove; 9. Another Travelling Tune; 10. Fran and Dee Take a Ride

Skład: Kieran White - wokal, gitara, harmonijka; Martin Pugh - gitara; Steve Jolliffe - saksofon, flet, klawesyn (2), dodatkowy wokal; Steve Davy - bass; Mick Bradley - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Fritz Fryer i John Hawkins


3 marca 2016

[Blog] Podsumowanie lutego

W lutym odszedł, w wieku zaledwie czterdziestu lat, kolejny utalentowany muzyk - Piotr Grudziński, gitarzysta grupy Riverside. Miałem okazję poznać go osobiście, gdy trzy lata temu przeprowadzałem wywiad na potrzeby bloga i serwisu, z którym wówczas współpracowałem. Choć to nie z nim miałem rozmawiać o właśnie wydanym albumie "Shrine of New Generation Slaves", podszedł do mnie by się przywitać i zamienić kilka słów. Okazał się bardzo pozytywnym i przyjacielskim człowiekiem. Zawodowo, jeśli można to tak określić, był natomiast profesjonalistą i chyba nie będzie w tym przesady, jeśli nazwę go jednym z najlepszych, a może najlepszym polskim gitarzystą. Choć Riverside nie należy do często słuchanych przeze mnie wykonawców, informacja o śmierci Piotra była dla mnie ogromnym szokiem.


Pora przejść do radośniejszej części tego tekstu, czyli nowości w mojej muzycznej kolekcji. W lutym nie kupiłem żadnych winyli, za to uzupełniłem braki w płytach DVD. Najważniejszy zakup to "London Hyde Park 1969" supergrupy Blind Faith - polowałem na to wydawnictwo przez ponad rok. Nie będę się rozpisywał na jego temat, ponieważ niedawno go zrecenzowałem. Dwie inne nowości to "In Concert: Historical Live Performance" Black Sabbath oraz "Live from Radio City Music Hall" alter ego tej grupy, Heaven & Hell. Pierwsze z tych wydawnictw to bootleg, z fatalnej jakości obrazem (jakby przegranym ze starej kasety VHS) i amatorskim montażem. Przynajmniej dźwięk jest przyzwoity, choć bez rewelacji. Jednak płyta zawiera niezwykle ekscytujący materiał - zapis występu z 20 grudnia 1970 roku w Paryżu. Naprawdę warto, nawet w tak podłej jakości obrazu, zobaczyć jak bardzo młodzi Ozzy, Tony, Geezer i Bill wykonują utwory ze swoich dwóch pierwszych, rewelacyjnych albumów. Ciężko zrozumieć dlaczego oficjalnie wydane zostały tylko fragmenty (za to lepszej jakości) tego występu - to przecież fantastyczny materiał. "Live from..." to z kolei rejestracja koncertu z 30 marca 2007 roku w Nowym Jorku. Zespół występował wówczas pod inną nazwą i w innym składzie - z Ronniem Jamesem Dio i perkusistą Vinnym Appice'em. Na repertuar składają się utwory z trzech albumów Black Sabbath nagranych z Dio, a jest to równie ekscytujący materiał, co ten z początku lat 70. Wykonawczo jest bez zarzutu - muzycy mimo wieku są w doskonałej formie. Jak przystało na oficjalne wydawnictwo, tym razem i obraz, i dźwięk są idealne. Pozostaje tylko żałować, że zlekceważyłem szansę zobaczenia na własne oczy ówczesnego koncertu grupy w Polsce. 




2 marca 2016

[Recenzja] Roy Harper & Jimmy Page - "Whatever Happened to Jugula?" (1985)



Kariera muzyczna Jimmy'ego Page'a po rozpadzie Led Zeppelin nagle zwolniła drastycznie tempo. Muzyk przez długi czas nie potrafił znaleźć sobie miejsca. Na początku lat 80. wspólnie z sekcją rytmiczną Yes - basistą Chrisem Squire'em i perkusistą Alanem White'em - stworzył zespół XYZ (czyli ex-Yes-Zeppelin), którego działalność skończyła się po kilku wspólnych jamach. Kolejnym projektem Page'a było zaangażowanie się w nagranie soundtracku do filmu "Death Wish II". Powstał dziwny album, na którym przeciętne kawałki hardrockowe przeplatają się z typowo filmową muzyką tła (warto jednak zwrócić uwagę na przepiękny "Prelude", będący interpretacją "Prelude No. 4 in E minor (Op. 28)" Chopina). W 1984 roku gitarzysta dołączył do projektu The Honeydrippers Roberta Planta, który niestety także okazał się efemerydą, z jedną EPką na koncie. W tym samym roku wziął udział także w nagraniu albumu albumu "Whatever Happened to Jugula?", firmowanym wspólnie z Royem Harperem. Warto bliżej przyjrzeć się tej pozycji.

Roy Harper to brytyjski artysta folkrockowy, wydający albumy od 1966 roku. Fanom rocka prawdopodobnie najbardziej znany jest z udziału na albumie "Wish You Were Here" Pink Floyd - to właśnie jego wokal słychać w kompozycji "Have a Cigar". Jimmy Page już w latach 70. wystąpił gościnnie na kilku albumach Harpera, jednak jego udział ograniczał się do zagrania w jednym, dwóch utworach. "Whatever Happened to Jugula?" był ich pierwszym pełnowymiarowym wspólnym przedsięwzięciem. Choć decydujący wpływ na kształt całości miał Harper - jako producent, autor wszystkich tekstów i kompozytor większości muzyki. Wyjątek stanowi utwór "Hope", skomponowany przez Davida Gilmoura. Ciekawa jest historia tej kompozycji, bowiem gitarzysta Pink Floyd napisał ją na swój drugi solowy album, "About Face". Za oryginalny tekst odpowiada Pete Townshend z The Who, Gilmour nie był jednak z niego zadowolony i w efekcie ta wersja utworu, zatytułowana "White City Fighting", trafiła na album "White City: A Novel" Townshenda. Następnie gitarzysta zwrócił się z prośbą o napisane tekstu właśnie do Harpera - tak powstało "Hope", które również go nie zadowoliło i ostatecznie w ogóle zrezygnował z nagrania tego utworu. Wbrew powszechnej opinii, Gilmour nie gra w "Hope" (gra natomiast w "White City Fighting").

"Whatever Happened to Jugula?" to album, który niekoniecznie może przypaść rockowym słuchaczom - oczywiście nie licząc tych, którzy lubią np. twórczość Jethro Tull czy akustyczne utwory Led Zeppelin. Dla pozostałych może być za bardzo folkowy. Choć nie brakuje tutaj bardziej dynamicznych momentów czy ostrzejszych partii gitar. Momentami muzycy zahaczają nawet o rock progresywny. Tak jest w trzech najdłuższych kompozycjach: "Nineteen Forty-Eightish", "Hangman" i "Advertisement (Another Intentional Irrelevant Suicide)". Misterne partie gitar akustycznych są w nich dopełniane ostrymi dźwiękami gitary elektrycznej i bezprogowym basem Tony'ego Franklina, a w "Nineteen Forty-Eightish" także syntezatorami. Najwięcej elektrycznej gitary pojawia się w "Advertisement", który momentami brzmi po prostu rockowo. Jednak moim zdaniem najciekawiej z tych trzech kompozycji wypada "Hangman", intrygujący dość mrocznym klimatem. Na albumie są też mniej złożone utwory. Jak bardziej piosenkowe "Hope" i "Elizabeth". Ten pierwszy to najbardziej dynamiczny fragment longplaya; jedyny utwór, w którym jest więcej gitary elektrycznej niż akustycznej. Natomiast drugi z nich (znany już z poprzedniego wydawnictwa Harpera, "Born in Captivity"), zachwyca przepiękną solówką Page'a. Z kolei "Twentieth Century Man" i śliczny "Frozen Moment" charakteryzują się uroczym ascetyzmem - instrumentarium ogranicza się w nich do gitary akustycznej. Całości dopełnia około minutowy "Bad Speech", o którym wszystko mówi tytuł - rzeczywiście jest to przemówienie (do monotonnego podkładu z syntezatora) i faktycznie jest to zły utwór, zupełnie tutaj niepotrzebny. Przy tak udanej reszcie można jednak wybaczyć jego obecność.

"Whatever Happened to Jugula?" to bardzo dobry album folkrockowy. Trudno ocenić mi jak wypada on na tle innych wydawnictw Roya Harpera, bo jego twórczość znam bardzo powierzchownie. Natomiast jest to bez wątpienia ścisła czołówka post-zeppelinowych wydawnictw Jimmy'ego Page'a.

Ocena: 8/10



Roy Harper & Jimmy Page - "Whatever Happened to Jugula?" (1985)

1. Nineteen Forty-Eightish; 2. Bad Speech; 3. Hope; 4. Hangman; 5. Elizabeth; 6. Frozen Moment; 7. Twentieth Century Man; 8. Advertisement (Another Intentional Irrelevant Suicide)

Skład: Roy Harper - wokal, gitara, instr. perkusyjne; Jimmy Page - gitara; Tony Franklin - bass; Nik Green - instr. klawiszowe; Ronnie Brambles - perkusja; Steve Broughton - perkusja; Preston Heyman - perkusja; Nick Harper - gitara (3)
Producent: Roy Harper