26 lutego 2016

[Recenzja] May Blitz - "May Blitz" (1970)



Odpowiadając na liczne prośby Czytelników, postanowiłem zaprezentować na blogu grupę May Blitz. To jeden z tych zespołów, które nie odniosły sukcesu, mimo że miały potencjał. Twórczość tego brytyjsko-kanadyjskiego tria może i nie prezentuje tak wysokiego poziomu, jak np. debiutanckie albumy T2 i Lucifer's Friend, jednak warto się z nią zapoznać. Grupa powstała w 1969 roku, na gruzach brytyjskiego zespołu Bakerloo, którego żywot zakończyło odejście śpiewającego gitarzysty Clema Clempsona do bardziej popularnego Colosseum. Osamotniona sekcja rytmiczna - basista Terry Poole i perkusista Keith Baker - postanowili kontynuować działalność pod nowym szyldem. Składu dopełnił pochodzący z Kanady James Black. Zanim jednak trio cokolwiek nagrało, Poole i Baker odeszli do innych zespołów (pierwszy do dziś już zapomnianego Vinegar Joe, drugi do Uriah Heep, z którym nagrał album "Salisbury"). Na ich miejsce Black zaangażował znajomego basistę, także kanadyjskiego pochodzenia, Reida Hudsona, oraz brytyjskiego perkusistę Tony'ego Newmana, który miał już za sobą m.in. współpracę z The Jeff Beck Group. Wkrótce muzycy nagrali swój debiutancki album, nazwany tak samo jak zespół.

Zawartość longplaya można określić jako hard rock z elementami bluesa i psychodelii, a czasem też funku (w utworach "I Don't Know", "Squeet" i "Fire Queen"). Brzmienie jest bardzo surowe, co jednak w tego typu muzyce nie powinno przeszkadzać. Zespół prezentuje całkiem niezły poziom wykonawczy. Już na sam początek otrzymujemy najbardziej rozbudowaną kompozycję, "Smoking the Day Away". Już w  części wokalnej słychać tzw. chemię między muzykami - ich partie idealnie się dopełniają; a w części instrumentalnej każdy z nich ma miejsce do zaprezentowania swoich umiejętności - po krótkiej perkusyjnej solówce i kilku taktach basowego popisu, rozbrzmiewa długie, bardzo ciekawe solo gitarowe. Nie do końca przekonuje jedynie warstwa wokalna - Black śpiewa w mało wyrazisty sposób. Innym wyróżniającym się utworem jest "Dreaming", o onirycznym i lekko orientalizującym klimacie, z zaskakującą częścią środkową, z dzikimi wrzaskami Blacka. Klimatycznie rozpoczyna się także finałowy "Virgin Waters", by potem stopniowo nabierać mocy. Nie zabrakło tutaj także klasycznej ballady - "Tomorrow May Come" przypomina spokojniejsze utwory Wishbone Ash, brakuje tylko słynnych gitarowych duetów. Jest za to fajna partia basu, uwypuklona w drugiej części utworu. Całości dopełniają trzy wspomniane utwory o funkowej rytmice, wyróżniające się także bardziej konwencjonalnymi strukturami - choć i w nich nie brakuje niespodzianek (np. perkusyjne solo w "I Don't Know").

Debiut May Blitz to właściwie typowy album hardrockowy z tamtych czasów - a więc odpowiednio urozmaicony i dobrze wyważony pod względem instrumentalnym (sekcja rytmiczna nie ogranicza się do tła dla gitary i głosu). Jak już jednak wspomniałem, nie jest to album wybitny. Z czasem jednak zyskuje - dla fanów starego rocka, którzy nie mieli jeszcze styczności z tą grupą, na pewno będzie to przyjemne odkrycie. W 1970 roku ukazało się jednak tyle genialnych albumów, że brak sukcesu May Blitz zupełnie nie dziwi. Był to co najwyżej trzecioligowy zespół, jak na ówczesne standardy.

Ocena: 7/10



May Blitz - "May Blitz" (1970)

1. Smoking the Day Away; 2. I Don't Know; 3. Dreaming; 4. Squeet; 5. Tomorrow May Come; 6. Fire Queen; 7. Virgin Waters

Skład: James Black - wokal i gitara; Reid Hudson - bass, dodatkowy wokal; Tony Newman - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: May Blitz


1 komentarz: