3 lutego 2016

[Recenzja] Lugnet - "Lugnet" (2016)



Szwedzka scena retro rockowa doczekała się kolejnego interesującego reprezentanta. Lugnet jest dopiero debiutującą grupą, jednak przynajmniej dwóch muzyków może już pochwalić się pewnym doświadczeniem. Wokalista Roger Solander miał okazję współpracować z Kenem Hensleyem (niegdyś członkiem Uriah Heep), a perkusista Fredrik Jansson przewinął się m.in. przez składy Witchcraft (zagrał na najlepszym albumie zespołu, "The Alchemist") i doom metalowego Count Raven (w którym pełnił rolę basisty). Pozostali członkowie - gitarzyści Marcus Holten i Danne Jansson, oraz basista Lennart Zethzon - nie mają na koncie żadnych szczególnych osiągnięć, jednak amatorami z pewnością nie są, co słychać w ich grze.

Album "Lugnet" to zaledwie 44 minuty muzyki, rozłożone na osiem utworów - bardzo klasycznie, jak w czasach sprzed pojawienia się płyt kompaktowych. Stylistycznie i brzmieniowo jest tak samo klasycznie. Barwa głosu Solandera kojarzy się z Davidem Coverdalem, z domieszką Tony'ego Martina i Raya Gillena. Doskonale pasuje do wykonywanej przez zespół muzyki. W szybszych, chwytliwych utworach - jak "All the Way", "Sails", "It Ain't Easy" i "Gypsy Dice" - skojarzenia idą w stronę wczesnego Whitesnake, a może nawet Deep Purple z coverdale'owego okresu. Podobnie jest w ciężkiej balladzie "Tears in the Sky", którą fantastycznie ubarwiają klasyczne organy Hammonda oraz ładne, bluesujące solówki gitarowe; zresztą i pod względem melodycznym jest to bardzo udany utwór. Z kolei w najcięższych, a zarazem wolniejszych kompozycjach, "Veins" i "In the Still of the Water", zespół zbliża się lekko do twórczości Black Sabbath (szczególnie tej bardziej doomowo-stonerowej). Muzycy nie bali się zakończyć albumu 10-minutowym utworem "Into the Light", w którym nie brakuje nagłych skoków dynamiki i dłuższych fragmentów instrumentalnych ze zgrabnymi solówkami. Momentami na pierwszy plan wybija się gitara basowa, znów też pojawiają się Hammondy. Świetny finał albumu.

Bardzo obiecujący debiut. Muzykom nie można odmówić umiejętności - wokalista posiada kawał głosu (prawdziwy ewenement wśród nowych zespołów), gitarzyści potrafią zabłysnąć niezłymi solówkami, a sekcja rytmiczna zapewnia solidny podkład. Jako kompozytorzy też nieźle sobie radzą. Oczywiście nie jest to album wybitny, ale słucha się go bardzo przyjemnie. Szczerze polecam go wszystkim wielbicielom klasycznego hard rocka, szczególnie zaś wspomnianych wyżej wykonawców.

Ocena: 7/10

PS. Choć nie jestem zwolennikiem wydłużania albumów i "winylowy" czas ok. trzech kwadransów jest według mnie idealny dla albumu studyjnego, to trochę szkoda, że zespół nie umieścił tutaj utworu "Fly with Me" (wydanego na stronie B singla "All the Way") - bardzo fajnego, o lekko bluesowym odcieniu.



Lugnet - "Lugnet" (2016)

1. All the Way; 2. Sails; 3. Veins; 4. Tears in the Sky; 5. It Ain't Easy; 6. Gypsy Dice; 7. In the Still of the Water; 8. Into the Light

Skład: Roger Solander - wokal; Marcus Holten - gitara; Danne Jansson - gitara; Lennart Zethzon - bass; Fredrik Jansson - perkusja
Gościnnie: Bruno Erminero - organy (4,8)
Producent: Lugnet


5 komentarzy:

  1. Może coś o Wolfmother albo Kadavar z tej samej grupy, jak to nazywają - Retro rocka.
    ps. notabene jak słyszę ten termin to... sam się czuje jak retro słuchacz ;-)

    OdpowiedzUsuń
  2. dobra kapela, tez wlasnie napisalem pare slow na ktorys z kolejnych dni i z ciekawosci zaczalem sie rozgladac, czy ktos ich u nas wspominal, a tu mi sie u mnie w panelu bocznym znajoma okladka pojawila w nowosciach blogowych :) dobrze grajá, nic nowego ani przelomowego, sprawdzone patenty, ale kapitalne brzmienie. ciekaw jestem jak sie prezentuja na zywo, bo wokal ma kawal glosu, ale co innego zarejestrowac takie partie w studiu, a co innego odtworzyc je podczas koncertow

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jak najbardziej Twoje klimaty, więc spodziewałem się, że też o nich napiszesz ;) Choć nigdy nie wiadomo, bo np. debiutu Witchwood z zeszłego roku nie zrecenzowałeś, a takie purplowo-heepowo-tullowe granie idealnie by pasowało na Twojego bloga. Ja odkryłem ten album z dużym opóźnieniem, na początku stycznia i dopiero w zeszłym tygodniu go opisałem, po czym pomyślałem "zobaczę co Bizon o nim myśli", a tu zdziwienie, bo recenzji brak ;)

      Usuń
    2. ano bizon nic o nim nie myśli, bo nie zna xD ale się nadrobi :) tzn. nie na blogu, bo nie wracam już do 2015 roku, ale posłucham :) dzięki za rekomendacje ;)

      Usuń