24 lutego 2016

[Recenzja] Lucifer's Friend - "...Where the Groupies Killed the Blues" (1972)



Lucifer's Friend mógł dołączyć do najpopularniejszych grup hard rockowych. Niestety, muzykom zabrakło konsekwencji. Praktycznie każdy wydany pod tym szyldem album utrzymany jest w innym stylu. Drugi w dyskografii zespołu "...Where the Groupies Killed the Blues" to odejście od mrocznego hard rocka z debiutu, na rzecz bardziej progresywno-jazzrockowego grania. Prawie nie słychać tutaj organów, które były kluczowym elementem brzmienia poprzedniego longplaya. Zamiast tego, sporo tutaj pianina, a czasem pojawiają się też syntezatory. To nowe oblicze grupy niestety nie wypada tak interesująco, jak wcześniejsze.

Zaczyna się jednak całkiem nieźle, od galopującego "Hobo", który - podobnie jak otwieracz debiutu, "Ride the Sky" - wyraźnie nawiązuje do zeppelinowego "Immigrant Song". Przynajmniej pod względem wokalnym - John Lawton imituje tutaj charakterystyczną wokalizę Roberta Planta. Pod względem muzycznym słychać jednak już zapowiedź nowego kierunku, w postaci jazzujących partii pianina, które niespecjalnie pasują do hard rockowej gry pozostałych instrumentalistów. Podobny dysonans pojawia się w innych czadowych utworach: "Prince of Darkness" i tytułowym "...Where the Groupies Killed the Blues". Chociaż ten ostatni to akurat jeden z nielicznych fragmentów albumu, w którym oprócz pianina i syntezatorów słychać także organy. Hard rockowe fragmenty pojawiają się także w "Rose on the Vine", ale to już bardziej progresywny utwór, z wieloma zmianami nastroju.

W pozostałych kompozycjach zespół całkowicie odchodzi od swoich korzeni. "Mother" to podniosła ballada, która razi przesadnym patosem (podkreślonym przez użycie melotronu i kontrabasu), a z drugiej strony zachwyca fantastyczną melodią i świetnymi gitarowymi solówkami. Jeszcze bardziej pretensjonalnie wypada "Summerdream / Delirium / No Reason or Rhyme", który wbrew tytułowi i czasowi trwania (wynoszącym ponad osiem minut) jest dość monotonny i momentami po prostu chaotyczny. W przeciwieństwie do "Mother", ciężko znaleźć w nim jakieś pozytywy. Muzycy po prostu przecenili tu swoje umiejętności, niewystarczające do grania jazz rocka. Przeciwieństwem tych dwóch utworów jest "Burning Ships", z ascetyczną pierwszą połową, podczas której partii wokalnej towarzyszy jedynie akompaniament gitar i szum morza, oraz niepasującym zaostrzeniem w drugiej połowie. Melodycznie niestety też nie jest najlepiej, a właśnie melodia jest najważniejsza w tego typu utworach.

"...Where the Groupies Killed the Blues" niestety nie dorównuje fantastycznemu debiutowi Lucifer's Friend. Jego wadą jest nie tyle sam fakt zmiany stylu, co nieadekwatny do umiejętności muzyków wybór nowego stylu. Najlepiej wypadają tutaj utwory, którym najbliżej do poprzedniego albumu. Pozostałe sprawiają wrażenie nie do końca przemyślanych eksperymentów.

Ocena: 7/10



Lucifer's Friend - "...Where the Groupies Killed the Blues" (1972)

1. Hobo; 2. Rose on the Vine; 3. Mother; 4. ...Where the Groupies Killed the Blues; 5. Prince of Darkness; 6. Summerdream / Delirium / No Reason or Rhyme; 7. Burning Ships

Skład: John Lawton - wokal; Peter Hesslein - gitara, instr. perkusyjne, dodatkowy wokal; Peter Hecht - instr. klawiszowe; Dieter Horns - bass, kontrabas; Joachim Rietenbach - perkusja i instr. perkusyjne
Producent: Conny Plank, Herbert Hildebrandt, Lucifer's Friend


1 komentarz:

  1. O ile zdecydowanie wolę jazz-rock niż hard rock to w wypadku Lucifer's Friend muszę Ci przyznać rację. Ich kierowanie się w progresywno-jazzowe rejony było zupełnie nieudolne. Na dwójce jeszcze tego aż tak bardzo nie słychać, ale np "Banquet" (ponoć wielu ludziom się ta płyta podoba) jest kompletnie nieudany i naprawdę nie potrafię zrozumieć po co oni w ogóle brali się za taką muzykę. To brzmi trochę tak, jakby Kumple Lucyfera po wydaniu świetnego debiutu zmienili się jako słuchacze i nudziło ich już granie prostego rocka, ale nie byli wystarczająco dobrymi muzykami, żeby w formule jazz-progowej mieć cokolwiek interesującego do zaproponowania. Możliwe zresztą, że to właśnie ta przemiana stylistyczna uniemożliwiła im zrobienie kariery. Może gdyby grali cały czas hard rocka w końcu dograliby się niezłej pozycji. Ostatecznie Blue Öyster Cult, czy Nazareth są dużo bardziej znani, a przecież te zespoły, bądźmy szczerzy, nie nagrały nigdy płyty faktycznie dużo lepszej niż debiut LF, za to przez lata uparcie grały swoje.

    OdpowiedzUsuń

Pytania niezwiązane z powyższym tekstem proszę zadawać na stronie Q & A. Komentarze nie na temat będą kasowane.